Szlakiem martwych karawan - Rozdział 18 - \"Różdżka szamana\"
Tarivar syknął cicho, gdy przeniósł ciężar ciała na zranioną nogę. Wytrzymały mężczyzna nie przejmował się zbytnio bólem, wiedział jednak, że ta rana nie obędzie się bez opatrzenia.
Ale to musiało jeszcze poczekać.
Opuścił zasypaną gruzem jaskinię i znalazł się w wąskim chodniku, zmierzającym w górę. Był coraz bliżej wyjścia na pustynię i dziwnym trafem nie mógł przestać o tym myśleć.
Zdając się na intuicję, zignorował odgałęzienie korytarza i podążył prosto. Spodziewał się, że Yorall znajduje się blisko otwartej groty, prowadzącej na powierzchnię, ale w tej kwestii mógł jedynie snuć przypuszczenia.
Szedł tak przez kilkanaście minut, nie rejestrując żadnych śladów obecności kon’khaali. Plecami ocierając się o wilgotną ścianę, dotarł do miejsca, w którym chodnik zaczynał biec poziomo.
Echo rozmowy usłyszał już z daleka. Położył dłoń na rękojeści miecza – jego wyjęcie przychodziło łowcy szybciej, niż komuś innemu choćby pomyślenie o dobyciu broni. Zaczął nasłuchiwać, wciąż idąc.
Nie będziesz kwestionował moich rozkazów! – rozległ się kobiecy głos. Jego właścicielka najwyraźniej traciła zimną krew.
*
Nie będziesz kwestionował moich rozkazów! – krzyknęła Yorall na Bobblebalibhta. Szaman przyniósł wieści o walce – uciekając z pola bitwy wraz z liczną grupą kon’khaali. Najwyraźniej Tarivar, choć został ranny, zabił wielu przeciwników i sam wciąż żył. Szaman nie znał końcowego wyniku walki, ale przypuszczał, że nie okaże się on korzystny. Najgorszy był przerażający Płonący Człowiek. Bobblebalibht wolał nie wiedzieć, co stało się z tymi, którzy tam zostali.
Ty okłamać nas! – krzyknął na Yorall, przyjmując groźną postawę. W kobietę były skierowane groty dwudziestu włóczni, które zdecydowanie dodawały szamanowi odwagi.
Yorall musiała szybko coś wymyślić. Hyrved warknął ostrzegawczo na kon’khaali i cofnął się.
-Użyję przeciw Tarivarowi najsilniejszej magii, jaką dysponuję – rzekła kobieta pewnym głosem. Musiała kłamać przekonująco. – Obiecałam go zabić i nie spocznę, dopóki tego nie zrobię. Odejdźcie teraz. Przygotuję zaklęcie.
Bobblebalibht pokręcił głową.
Zrobić to przy nas. My patrzeć. My ci już nie ufać.
Pozostali kon’khaali zgodzili się z nim.
Nagle jednak rozległ się brzęk i strzała uderzyła w skalną ścianę tuż obok pochodni, którą Yorall kazała tam umieścić.
- Tarivar! – wrzasnął szaman i pobiegł w boczny tunel na czele swych pobratymców. Niech Yorall radzi sobie z łowcą, jeśli jest taka silna.
*
Wojownik przez chwilę nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Obiecała go zabić? Dlaczego?
Po chwili przyszło mu na myśl, że przyrzekła to nienawidzącym go kon’khaali w zamian za ich eskortę.
Zanim jednak na to wpadł, zdążył wystrzelić trzy strzały w stronę, z której dochodziło echo rozmowy.
Rzecz jasna, odgłosy te już po pierwszym strzale zostały zastąpione przez dźwięki, sugerujące szaleńczą ucieczkę bandy kon’khaali.
Łowca zawiesił łuk na plecach i sięgnął po miecz. Po chwili wyjął też drugie ostrze.
*
Yorall, siedząca na grzbiecie jaszczura, wiedziała, że nie może pobiec za kon’khaali. Sięgnęła po załadowaną kuszę, którą już podczas rozmowy z Bobblebalibhtem trzymała za plecami.
Ostrożnym, ale pewnym siebie krokiem do jaskini wszedł jasnowłosy mężczyzna. Gdy znalazł się w kręgu światła, rzucanego przez pochodnię, Yorall mogła dostrzec jego surowe, wyraziste rysy twarzy. Trzymał w obu rękach ostrza: długie i krótkie, nie uczynił jednak żadnego ruchu, aby zaatakować.
Jego śmiałe spojrzenie niepokoiło kobietę.
Witaj, łowco – odezwała się Yorall.
Po czym wystrzeliła z kuszy.
Mężczyzna uchylił się ruchem, który sprawił, że jego sylwetka przez chwilę zdawała się być zamazaną plamą. Bełt zahaczył o szarozielony płaszcz, oddzierając strzępek materiału.
- Podobno chcesz mnie zabić – Tarivar uśmiechnął się samymi wargami. – Cóż, musisz się bardziej postarać.
Skoczył w jej stronę, Yorall jednak była już na ziemi. Myślami rozkazała hyrvedowi: „Zabij go!”. Jaszczur stanął między łowcą a przejściem, w stronę którego pobiegła kobieta. Po raz pierwszy od naprawdę dawnego czasu Yorall się bała. Przebłysk strachu, tak ludzkiego uczucia, nie trwał jednak na tyle długo, aby mogła się nad tym poważnie zastanowić.
Pędząc w stronę wyjścia, niemal zaśmiała się w głos, zadowolona z częściowego sukcesu.
Była właściwie na granicy Anarii. Niemal u wrót Srebrnego Fortu.
*
- Już dobrze, jestem tutaj – szeptał Korin do Zeidy. Nie zważając na ból własnych, drobnych lecz licznych ran, starał się pomóc zielarce i bogedhillom. Wolał na razie nie ruszać ich z miejsca, gdzie leżeli, odsunął za to trupy kon’khaali. W trakcie wykonywania tej czynności przypadkiem spojrzał w martwe, szeroko otwarte oczy jednego z wrogów.
Zszokowany, odwrócił głowę. „Zabiłem rozumne stworzenie” pomyślał i poczuł, jak żołądek podjeżdża mu do gardła. To wszystko było realne, nie tak jak w historiach o bohaterach. Krew była prawdziwa, prawdziwe były jęki umierających kon’khaali, które ucichły jakiś czas temu. Va – erth poczuł dzwiną pustkę.
Ja… zabiłem – wyjąkał tylko.
Raptem usłyszał jakiś dźwięk za plecami. Obrócił się gwałtownie, ale wiedział, że nie jest teraz w stanie walczyć.
To była Zeida. Zielarka podniosła się powoli i z wysiłkiem, lewą rękę przyciskając do mostka. Przemówiła jednak bez trudności.
- Korinie, to nie twoja wina – rzekła spokojnie. – Oni nie okazaliby ci żadnej litości. Świetnie rozumiem, co czujesz. Ja także nienawidzę zabijać, a jeszcze kiedy przyjdzie mi na myśl, że w zaświatach ich wszystkich spotkam… - przerwała na chwilę, uważnie wpatrując się w twarz młodzieńca. – Ale zrobiłeś to, ratując siebie i innych. Nie możesz się teraz winić, rozumiesz? Nikt nie oskarżyłby cię o zabójstwo.
Do Korina dotarła oczywistość tych słów. Walczył z podłymi potworami, które mordowały bez skrupułów, były złe i okrutne. Co prawda czuł, że… „Nie” – zreflektował się. „Postąpiłem słusznie”.
Masz rację, Zeido – odparł, podchodząc do zielarki i podtrzymując ją ramieniem. Łagodnym naciskiem nakłonił ją, aby usiadła przy ścianie.
Muszę się nami zająć – rzekła z wysiłkiem. – Nic mi nie jest.
Nie udawaj – odrzekł. – Jesteś bardzo dzielna, ale teraz powinnaś odpocząć.
Przez chwilę nie odpowiadała.
- Nie mów do mnie jak do dziecka, Korinie – odrzekła po chwili. – Właśnie cudem uniknęliśmy śmierci, ale wszyscy jesteśmy ranni. Nie sądziłam, że… zresztą – westchnęła – nie ma czasu na rozmowy. Musimy zająć się Finnem i Finą.
Zaklęcie czarodziejki oświetlało korytarz łagodnym, rozproszonym blaskiem. Bogedhille leżące pod ścianą sprawiały wrażenie, jakby po prostu spały.
- Najgorzej jest z Finnem. Pomóż mi go podnieść, tylko delikatnie. Muszę obejrzeć wszystkie rany. Nie ma tu chyba niczego poważnego, ale jest mocno poturbowany. Swoją drogą, niezły był ten jego wyczyn…
Kobieta stęknęła, gdy wraz z Korinem ostrożnie podnosili nieprzytomnego bogedhilla. Właściwie Zeida wiele razy w życiu obrywała już gorzej, ale teraz odniesione przez nią rany nałożyły się na te z poprzedniej walki, nie do końca jeszcze wygojone. Musiała zaciskać zęby, aby nie wrzasnąć z bólu, kiedy pochylała się nad leżącym bogedhillem.
Z kieszeni swych wygodnych, podróżnych spodni wyjęła małe puzderko, zawierające gęstą maść i zaczęła po kolei smarować liczne zadrapania i drobne rany Finna.
Korinie – szepnęła. Młody Va – erth stał za nią i z dość dziwną miną przyglądał się zabiegom.
Tak?
Nie mam przy sobie większości moich leków. Bez nich jestem bezsilna.
Przecież… - zawahał się – mogłabyś uleczyć go magią, prawda?
Odwróciła się i spojrzała w jego pełne nadziei oczy. Korin jej ufał, a to dodawało zielarce sił.
- Obawiam się, że nie zostało we mnie wystarczająco mocy nawet, aby poprawić wygląd złamanego nosa – zażartowała. Zabrzmiało to jednak dość smutno. – Posłuchaj, postaram się zrobić wszystko, aby oni się ocknęli. Przeżyją – dodała szybko, widząc jego zaniepokojenie – ale nie jest z nimi najlepiej. Obawiam się, że gdyby nie ty i Tarivar… zresztą, nieważne. Idź szybko po konie. W sakwach przy siodłach są wszystkie moje zioła i napary. Możesz przyjechać tu na Torvaillu. W bagażach jest chyba też kilka bogedhillskich pochodni, zapalisz jedną.
Korin wydał z siebie dziwny dźwięk, jakby chciał zaprotestować, ale chwilę później spojrzał na nienaturalnie blade twarze bogedhilli. Sam zresztą też był nieźle obolały, jednak obawiał się, że na to Zeida wiele nie poradzi, wolał zresztą, żeby zajęła się innymi. Jemu pozostał po ciosie oszczepu tylko tępy ból w okolicy mostka. Bogedhillska kolczuga ocaliła mu życie.
Popatrzył jeszcze raz na twarze swoich przyjaciół i aż serce mu się ścisnęło.
Zaraz wracam – rzucił przez ramię, odbiegając korytarzem.
Znał drogę – chodnik, którym tu przybyli, wiódł zresztą niemal przez cały czas prosto. Za pierwszym zakrętem znalazł się jednak w obszarze, gdzie zaklęcie Zeidy już nie działało. Musiał znacznie zwolnić i posuwać się niemal po omacku. W czasie wędrówki w ciemnościach nie słyszał właściwie niczego prócz bicia własnego serca, które wydawało mu się nienormalnie szybkie. Przed odejściem z jaskini – obozowiska Zeida podała wszystkim koniom – nawet Torvaillowi – liście rośliny zwanej mgielnym zielem, które działały jak łagodny narkotyk, otępiający i powodujący senność. Zwierzęta bowiem niemal cały czas płoszyły się w tunelach, które były całkowicie odmienne od ich naturalnego środowiska.
Va – erth rozmyślał o niedawno stoczonej bitwie, były to jednak raczej chaotyczne strzępki obrazów niż konkretne, logiczne i spójne myśli. W głębi serca odczuwał jeszcze lęk, napięcie i podekscytowanie wywołane walką, ale wiedział też, że słusznie postąpili.
On i jego towarzysze.
Jego drużyna.
*
Tarivar walczył niemal z radością, próbując w szalonym tańcu ostrzy znaleźć odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania. Niezgrabny, pokryty twardym pancerzem jaszczur nie był trudnym przeciwnikiem dla szybkiego łowcy. Gdy klinga zagłębiła się w miękkiej szyi stworzenia, wojownik zawahał się.
Jedna jego część chciała popędzić za Yorall. Wiedział, że zabijając szaloną kobietę, przysłużyłby się też Zeidzie, niewiele to jednak go obchodziło. Chciał odpłacić Yorall za to, co przysięgła z nim zrobić.
Przypomniał sobie jednak o swych towarzyszach, rannych, leżących gdzieś w korytarzu. Kto wie, jakie potwory mogą tamtędy przechodzić? I tak opuścił ich już na zbyt długo.
Wyszarpnął ostrze z ciała hyrveda i pobiegł znaną sobie już drogą.
Nie chciał przed sobą przyznać, że ucieka też od wyjścia na powierzchnię. Nie był pewien, co zrobi, gdy już je ujrzy.
*
No chodź, Torvaill – łagodnie namawiał Korin wierzchowca Zeidy. Konie były otępiałe od działania ziela i nie chciały za nim pójść. Młody Va – erth był zdenerwowany, bo zmarnował dużo czasu, próbując znaleźć, a potem zapalić pochodnię. Przyznawał sam przed sobą, że brakuje mu należnego opanowania i spokoju.
No już… dalej…
Wspaniały ogier spojrzał na niego dużymi, brązowymi, lekko zamglonymi oczami.
Korin westchnął i wsunął stopę w strzemię. Pozostałe trzy konie były powiązane jeden za drugim. Szalona Marchewka szła na końcu. Teraz, kiedy Korin o tym myślał, wcale nie uważał, żeby imię klaczy było zabawne.
Wskoczył na siodło i z całej siły wbił pięty w boki Torvailla. Potraktowany tym sposobem rumak wstrząsnął łbem i ruszył do przodu. Va – erth, trzymający w lewej dłoni pochodnię i wodze konia jucznego idącego za Torvaillem, poczuł gwałtowne szarpnięcie i o mało nie spadł.
- Ruszcie się, głupie bestie! – krzyknął. Echo jego głosu zabrzmiało donośnie w pustce korytarzy. Po chwili z przerażeniem uświadomił sobie, że jeśli coś się tu czai, na pewno już o nim wie.
W końcu konie, choć niechętnie, ruszyły, a Korin zdecydowanie je poganiał. Przynajmniej nie szarpały się zbytnio, co czyniło prowadzenie za sobą trzech zwierząt nieco łatwiejszym. Va – erth owinął sobie wodze konia jucznego wokół nadgarstka i uniósł pochodnię wysoko nad głową, powiększając w ten sposób krąg rzucanego przez nią światła. Musiał się pospieszyć.
*
Hej, wszystko w porządku?
Tarivar z daleka rozpoznał skulone pod ścianą sylwetki. Światło zaklęcia rzucało na nie łagodny blask, który dziwnie drażnił łowcę.
Zeida odwróciła głowę na dźwięk jego głosu. Klęczała przy Finie, podtrzymując głowę bogedhillki. Ta ostatnia była przytomna, co zdziwiło łowcę.
Nie było łatwo – odparła w końcu zielarka. – Nie tego się spodziewałam.
Cóż, dla mnie to codzienność – odrzekł, podchodząc bliżej. – Widziałem Yorall. Wysoka, młoda kobieta o władczej postawie i krótkich, jasnych włosach?
W odpowiedzi czarodziejka pokiwała głową.
- Uciekła w stronę wyjścia na powierzchnię – dokończył Tarivar. Po jego tonie zrozumiała, że nie chce dalszego poruszania tego tematu.
Chyba dostałam w głowę, co? – odezwała się nagle słabo Fina. – No, w każdym razie nic mi nie…
Leż spokojnie – Zeida przerwała jej próbę podniesienia się. – Wiem, że jesteś twarda, ale na razie leż.
Fina przyjęła to z ulgą. Wcale nie była twarda. Była bogedhillem i kiedy zaczęła się walka, poczuła strach. Musiała bardzo się starać, aby nie uciec. Nie mogła na to wiele poradzić: taka była natura jej rasy, a Fina i tak należała do najodważniejszych bogedhilli. Ponieważ jednak nie uciekła. Nigdy nie uciekała.
Gdy któryś kon’khaal zdzielił ją drzewcem włóczni w brzuch, poczuła dziwną ulgę. „Nie będę musiała dłużej tego oglądać” pomyślała, nim osunęła się na ziemię. Teraz czuła tępy ból w czaszce, prawdopodobnie spowodowany upadkiem. Nie była na szczęście ciężko ranna, podobnie, jak Finn.
To chyba cud, że przeżyliśmy. Na Tova, myślałam, że już po nas!
Ja też – przyznała Zeida. – Tarivar i Korin zjawili się w samą porę.
Nie cierpię walki – wyznała bogedhillka. – To bardzo złe wyjście, z każdej sytuacji.
Czyżbyś była strachliwa? – wtrącił łowca. Zeida jednak spojrzała na niego ze złością, co spowodowało, że, ku własnemu zdziwieniu, dodał:
Nie miałem niczego złego na myśli.
Zielarka w końcu się poddała i delikatnie posadziła Finę – bogedhillka bardzo starała się zmienić swoją pozycję z leżenia na cokolwiek innego.
A gdzie Korin? – zainteresował się w końcu Tarivar. Był zmęczony długą walką; usiadł na skalnej posadzce korytarza i przymknął oczy.
Poszedł po konie.
Aha.
Wysłałaś go samego? – krzyknęła Fina. – A jeśli…
Nic mu nie będzie – przerwał jej łowca. Odgłosy naszej walki wypłoszyły z pobliskich tuneli wszystkie stworzenia.
Może raczej przyciągnęły?
Może – wzruszył ramionami.
*
Bobblebalibht nie miał trudności z przekonaniem pobratymców, iż Yorall byłą zdrajczynią. Kon’khaali jakoś nie kwapili się do pościgu za nią, zamiast tego obrzucając byłą przywódczynię najrozmaitszymi wyzwiskami. W ogóle szeregi ziemnowodnych stworów znacznie się przerzedziły.
Szaman zastanawiał się nad swoją sytuacją. Kobbl Ordagnell nie żył, Tapargabbali także… prawdopodobnie kon’khaali zaraz przystąpią do wyborów nowego przywódcy, co Bobblebalibht wolał przeczekać gdzieś z dala.
Powolnym krokiem, podpierając się na swej ozdobionej oznakami szamańskiej godności włóczni, zaczął wracać w stronę miejsca, gdzie po raz ostatni widział Yorall.
Szaman lubiał wiedzieć. Wynik walki pomiędzy Tarivarem a byłą przywódczynią kon’khaali interesował go z wielu przyczyn. Gdyby Yorall wygrała, poczytałaby prawdopodobnie ich postępek za zdradę, a wtedy wolałby próbować ją ugłaskać, nie chcąc robić sobie kolejnego potężnego wroga. Co gorsza, szaman sądził, że Yorall mogła połączyć siły z Tarivarem przeciwko kon’khaali. Dlatego musiał sprawdzić, co dokładnie zaszło. Niestety, Bobblebalibht nie mógł wysłać zwiadowców. Żaden kon’khaal nie poszedłby tam, gdzie przed jakimś czasem przebywał Tarivar. Poza tym kto wie, może pobratymcy oskarżają także szamana o niepowodzenie? Bobblebalibht znał swych współplemieńców i wolał nie wydawać im teraz żadnych rozkazów. Wreszcie, do misji rozpoznawczej potrzeba było kogoś rozsądnego, a szaman uważał za takiego tylko siebie.
Ostrożnie, przytulony do ściany, wędrował w stronę jaskini, gdzie zostawili Yorall. Wiedział, że najprawdopodobniej usłyszałby łowcę – wyczulone uszy kon’khaala potrafiły zarejestrować dźwięki o wiele cichsze, niż ucho człowieka. Gdyby usłyszał cokolwiek, natychmiast zawróciłby.
Kon’khaali liczyli czas według posiłków. Szaman wiedział, że ominął ich przynajmniej jeden – gdy ukrywali się w korytarzach i uciekali przed Tarivarem. Skoro jednak nawet jego pobratymcy zatrzymali się w końcu, oznaczało to, że jest już w miarę bezpiecznie – zagrożenie minęło.
Odnalezienie właściwej groty, a raczej powrót do niej, zajął szamanowi sporo czasu. Tarivar faktycznie był gdzie indziej – siedział przy ognisku, jedząc twarde jak rzemień suszone mięso i dyskutując z towarzyszami; odpoczywając po walce.
Bobblebalibht wiedział, że jeśli Yorall wygrała starcie, najrozsądniej będzie spróbować jakoś z powrotem się do niej przyłączyć. Razem mogliby stać się wielką siłą. Tylko… szamanowi nie podobała się rola podwładnego, jaką musiał odgrywać. Podświadomie chyba nawet pragnął, aby zwycięzcą walki okazał się Tarivar, stary wróg, do którego zdążyli się już przyzwyczaić.
Szaman wyczuł, że w komnacie, do której się zbliża, nie ma żadnej żywej istoty. Niesamowity wzrok kon’khaali pozwalał im odróżniać ogólne zarysy przedmiotów nawet w całkowitych ciemnościach, toteż Bobblebalibht od razu dostrzegł spory, niekształtny przedmiot, leżący na posadzce komnaty.
Po chwili zdał sobie sprawę, że to hyrved Yorall.
W ciepłym powietrzu rozniósł się zapach krwi jaszczura, gryzący i nieprzyjemny dla kon’khaala. Szaman podszedł bliżej. Cała krew, promieniująca jeszcze słabo ciepłem, wypływała z jednej, wąskiej rany na podgardlu zwierzęcia.
Nigdzie nie było najmniejszego śladu Yorall, poza słabą wonią, gdzieś daleko w tunelu prowadzącym na powierzchnię.
Bobblebalibht zorientował się po chwili, że do grzbietu martwego jaszczura wciąż są przytroczone juki. Ostrożnie zaczął je przeszukiwać. Torbę z ubraniami odrzucił na bok, podobnie, jak sakwę z prowiantem. Cały czas nasłuchiwał, gotów uciec, gdyby tylko najlżejszy szelest zdradził podkradającego się wroga. Nerwowym ruchem zerwał wąski rzemień, zapinający kolejną torbę. W jego dłoni znalazło się trochę dziwnego proszku.
Pamiętając o rozmaitych wybuchowych przedmiotach, które miała w posiadaniu Yorall, wyszarpnął szybko rękę. Torba przechyliła się i coś z niej wypadło, ze stukotem uderzając o posadzkę.
Szaman zamarł w bezruchu. Przez chwilę nawet nie oddychał. W końcu, gdy dziwny przedmiot – wąska pałeczka z nieokreślonego materiału – w żaden sposób nie zareagował, kon’khaal powoli się schylił i, powodowany zadziwiającą ciekawością, podniósł to coś.
Pałeczka, grubości mniej więcej kciuka Bobblebalibhta, była gładka i zimna w dotyku. Szaman nie miał pojęcia, do czego może służyć.
Postukał w nią ostrożnie paznokciem, po czym odrzucił daleko od siebie i zasłonił twarz przedramionami, na wypadek, gdyby to coś eksplodowało.
Nic takiego nie zaszło. Coraz bardziej zaciekawiony, odszukał i ponownie podniósł pałeczkę. Przypuszczał, że ma ona jakieś konkretne przeznaczenie – w przeciwnym wypadku nie znalazłby jej w rzeczach Yorall – ale nie wiedział, jak je poznać. Obejrzał bardzo dokładnie przedmiot, lecz wzrok kon’khaali, dobry do odróżniania podstawowych szczegółów w ciemnościach, nie nadawał się do tak subtelnego badania.
W końcu coś przyszło mu do głowy. Widział takie przedmioty na ilustracji w księdze. Wtedy nie zwrócił na to uwagi. Dzierżyły je walczące z potworami bogedhille. Najwyraźniej pałeczka była jakimś dziwnym rodzajem broni.
Chwycił ją za jeden koniec, tak jak było to namalowane na kartach księgi. Spróbował dźgnąć nią niczym włócznią – najpopularniejszą wśród kon’khaali bronią – ale nie przyniosło to efektu. Postanowił więc zamachnąć się jak bogedhillskim młotem albo kilofem.
Z końca pałeczki wystrzelił wąski strumień błękitnego ognia. Oślepiony nagłym, jaskrawym rozbłyskiem i przestraszony szaman porzucił różdżkę – która była jednym z pomniejszych czarodziejskich przedmiotów Yorall – i odbiegł kawałek.
Zaraz jednak wrócił. Nic mu się nie stało – nie został poparzony ani w inny sposób zraniony przez tą tajemniczą broń.
Z dziwnym przeczuciem, że może kiedyś żałować tego, co właśnie robi, ostrożnie podniósł pałeczkę – sprawdzając najpierw, czy nie jest rozgrzana – i schował ją do sakiewki ze swoimi amuletami. Potem szybko zawrócił, aby zanieść swym pobratymcom wieść.
Yorall przegrała z Tairvarem. Wszystko znów będzie tak, jak dawniej.
*
Korin siedział w kucki przy ognisku i popijał wino ze skórzanego bukłaka. Zeida opatrzyła jego rany – nie były zresztą groźne. Najgorzej poturbowany okazał się Finn, ale i on, leżąc teraz spokojnie, natarty leczniczymi maściami i obandażowany, co jakiś czas włączał się do rozmowy. Wszyscy wychwalali jego niezwykły pomysł i było widać, że jest tym bardzo uradowany, ale i trochę zażenowany.
Rzeczywiście, Finn i Fina zrobili coś, na co stać było niewiele bogedhilli. Nigdy wcześniej nie brali udziału w tak poważnym starciu.
Na Tova Kamienną Głowę, to było straszne – powiedziała łamiącym się głosem Fina, spoglądając na swego starego przyjaciela. – Byłam pewna, że z tego nie wyjdziemy, zwłaszcza ty.
Mam ochotę wrócić do Khov – Orest – słabo odrzekł Finn. – Chyba koniec z patrolami. Ja się do tego nie nadaję.
Ależ świetnie się nadajesz! – zapewnił go gorliwie Korin. – Jesteś odważny i pomysłowy…
Mimo że tak, jak pozostali był w niewesołym nastroju, Finn aż pokraśniał z dumy.
Zeida siedziała z boku, nie odzywając się. Niestety, Yorall udało się umknąć i pewnie już jest na powierzchni. Czarodziejka czuła, że po raz kolejny zawiodła, choć nie mogła zrobić więcej dla swoich przyjaciół, niż uczyniła to w czasie tej walki.
Zeida chciała jak najszybciej wyruszyć, musieli jednak odpocząć przez jakiś czas. Finn i Fina oraz Tairvar najprawdopodobniej wrócą potem do podziemnego miasta, gdy tylko stan bogedhilla pozwoli im na tak forsowny marsz.
„Na szczęście mamy konie, w odróżnieniu od Yorall” – pomyślała zielarka. Od wyjścia na powierzchnię, jeżeli dobrze się orientowała, było około trzydziestu kilometrów do pierwszej anariańskiej osady. Droga nie wiodła już pustynią, ale suchym stepem, niemniej warunki podróży mogły okazać się ciężkie. Zeida miała nadzieję, że wraz z Korinem uda się im szybko pokonać ten odcinek drogi.
Ostatecznie zadanie, które sobie wyznaczyła, polegało głównie na ostrzeżeniu ludzi z Anariańskiej Szkoły Magii, których Yorall pragnęła zgładzić. Zeida jednak była niemal pewna, że córka Vitshialai spróbuje zdobyć Nocną Rosę.
Na szczęście miała niewielkie szanse. Niebezpieczny miecz z pewnością był dobrze strzeżony, zwłaszcza, że przecież kiedyś próbowano już go skraść.
Świadoma tego, że zaraz znów pogrąży się we wspomnieniach o Vitshialai, bolesnych i smutnych, zielarka wstała i zaproponowała, że przygotuje coś ciepłego do jedzenia. Każde zajęcie było teraz dla niej dobre.
*
Yorall nie odczuwała jakiegoś szczególnego niezadowolenia czy złości. Przecież pokonanie Tarivara nigdy nie było częścią jej planów. Była całkowicie usatysfakcjonowana, zbliżywszy się do Srebrnego Fortu. Co prawda miała przed sobą długą drogę na piechotę. Zacisnęła zęby i starała się myśleć o przyjemnych rzeczach. O zemście.
Znajdowała się jakieś pięć kilometrów na wschód od wyjścia na powierzchnię. Wędrowała spalonym stepem. Niestety, wszystkie jej bagaże poza odrobiną prowiantu i bukłakiem z wodą – które zawsze nosiła przy sobie – przepadły.
Zaklęła głośno, marząc o chwili, w której dopełni się jej przeznaczenie.
Była zbyt zaabsorbowana tą jedną myślą, zbyt nią przejęta, aby zastanowić się nad zagadkową bitwą w podziemiach. Bobblebalibht poinformował ją przecież, że Tarivarowi ktoś pomagał. Yorall jednak sądziła, iż zerwała właśnie wszystkie więzi łączące ją z podziemiami. Nie przypuszczała, że jeszcze kiedyś ujrzy łowcę.
Odgarnęła z czoła kosmyk jasnych włosów. Wydawało się jej, że pustynny wiatr niesie ze sobą głos jej matki, ciepłe podziękowanie za to, co już uczyniła, aby uczcić jej pamięć i za to, co jeszcze chce uczynić.
Zagryzła wargi, pragnąc uwolnić się od wszelkich ludzkich słabości: strachu, głodu, zmęczenia.
Musiała być wolna. Silna i wolna. Nawet, jeśli cały świat będzie przeciwko niej.
*
Wiesz co, Zeido – odezwał się zagle Korin – Podoba mi się magia.
Zmiana zainteresowań, co? Już nie chcesz machać mieczem? – żartobliwie odrzekła zielarka. Zaczął wracać jej dobry humor, podobnie, jak reszcie towarzyszy. Choć byli przygnębieni walką i zabijaniem, odczuwali ulgę, że udało im się ujść z życiem. A także radość ze zwycięstwa.
Nie, nie o to mi chodzi. Widzisz… nigdy nie miałem styku z taką magią, jak twoja. Wszystko, co widziałem, to czarodziejskie sztuczki, specjalnie przygotowane, aby zabawić publiczność… Ale taka magia – chyba jest dla mnie. W końcu wiąże się ze studiowaniem ksiąg, a czytanie to moja pasja…
Druga po wojaczce – wtrącił Tarivar, wzbudzając tym śmiech całej grupy. Korin śmiał się najgłośniej – zdał sobie sprawę, że właśnie po raz kolejny zaczął wygadywać głupstwa. Zawsze miał do tego skłonność – dawał się ponieść marzeniom.
Siedzieli w obozowisku, w niewielkiej jaskini o wysokim stropie, jedząc usmażone nad ogniem mięso z zapasów. Choć byli poobijani i poranieni – co wciąż było widoczne, pomimo całkiem skutecznych lekarstw Zeidy – odkąd ruszyli z miejsca potyczki, wędrowali niemal przez dwie godziny bez odpoczynku. Co oznaczało teraz wielki wysiłek, zwłaszcza dla bogedhilli. Tylko Tairvar czuł się świetnie, sprawiał nawet dziwne wrażenie bardziej zadowolonego, niż gdy opuszczali Khov – Orest.
Opierając się na przypuszczeniach Zeidy przyjęli, że odpoczywali niemal przez dwa dni. Właściwie czarodziejka zamierzała odesłać bogedhille wraz z łowcą z powrotem do miasta – uważała, że wystarczająco dużo przeżyły – ale one uparły się, że chcą zobaczyć powierzchnię.
- Niech mam jakąś korzyść z tej okropnej wyprawy – zażartowała Fina. – Nigdy więcej nie zrobię czegoś takiego, więc mam jedyną szansę.
Bogedhille wciąż były przejęte tym, co zrobiły. Od pokoleń opowiadano w ich mieście historię o słynnym wojowniku, który pokonał czwórkę kon’khaali. Choć Finn i Fina nie byli sami, należało uznać, że przynajmniej powtórzyli ten wyczyn. Jednak w głębi ducha, jako przedstawiciele miłującej pokój rasy, byli zasmuceni swymi dokonaniami. Choć wiedzieli, że postąpiły słusznie – wszyscy cały czas dawali im to do zrozumienia.
Na czas podróży do wyjścia na powierzchnię Finna wsadzono na konia Korina – Szaloną Marchewkę. Z początku nie chciał na niej jechać, ale w końcu dał się przekonać – ostatecznie bohaterskie wyczyny nie były mu obce. Pod opieką Zeidy szybko wracał do zdrowia, jednak wciąż był poturbowany.
A tobie jak się podobało, Korinie – zagadnął łowca, mając na myśli walkę. Na razie nie podejmowali tego tematu – emocje były zbyt żywe.
Wiesz – odrzekł po chwili zastanowienia, szarpiąc się za brodę – nie było tak, jak w książkach.
Zanim Tarivar zdążył rzucić jakąś sarkastyczną uwagę, Va – erth dodał:
- Gdy musisz zabić jakąś istotę… ciężko się przemóc. Nawet, jeżeli nie jest ona dobra. Wiem jednak, że nie zrobiłem niczego złego. Pomogłem wam, może także całemu Khov – Orest. Mimo to… cóż, kiedy byłem pod wpływem zaklęcia maga z Orchid – a pamiętam to dość mgliście – walka dawała mi szaloną satysfakcję, zaspokojenie jakichś żądzy. Teraz… jest inaczej.
Urwał, mając nadzieję, że jego szczera wypowiedź nie zabrzmiała głupio.
Zielarka pokiwała głową.
Masz rację, Korinie.
Podziękował jej uśmiechem, który podchwycili pozostali.
*
Szaman wracał do swoich pobratymców niemal biegiem, ignorując wszelkie niebezpieczeństwa, jakie mogły czaić się po drodze.
Był zachwycony i upajał się tą radością. Nareszcie! Nareszcie spełniają się jego marzenia! Nastała chwila, w której jego mądrość i spryt zatriumfują nad bezmyślną siłą pozostałych!
Bobblebalibht od dawna poważał inne wartości, niż większość kon’khaali, ale wolał tego nie zdradzać.
Już z daleka usłyszał odgłosy kłótni. Jak zwykle chodziło o jedzenie. Kon’khaali byli głodni i zdenerwowani, wielu odniosło rany w walce. Ci najbardziej nadrabiali miną i najgłośniej się spierali, wiedzieli bowiem, że jeżeli zostaną uznani za zbyt słabych, aby wędrować z grupą, nikt się nimi nie zaopiekuje i zginą, porzuceni w tunelach.
Dumnym krokiem, z podniesioną głową, Bobblebalibht wkroczył w środek zgromadzenia. Na jego widok podniosło się wiele głów i posypały liczne przekleństwa; wielu obwiniało szamana o niepowodzenie w walce. W końcu jego rolą było przewidywanie nadchodzących wydarzeń, zaś tym razem nie ostrzegł pobratymców przed klęską.
Próbował, ale nikt tego nie pamiętał.
- Słuchajcie wszyscy! – zawołał donośnie szaman w języku kon’khaali. – Po zdradzie Yorall, której słuchaliście jak dzieci, wielkie moce zesłały mi oświecenie!
Dłonie mocniej zacisnęły się na włóczniach. Porównanie do dzieci było wielką obrazą dla wojowników, natomiast ich szczere uwielbienie i posłuszeństwo wobec Yorall po prostu znikło. Wszyscy „od początku wiedzieli”, że sprowadzi ona kłopoty.
Nie jesteś wodzem! Nie wybraliśmy jeszcze wodza! – odkrzyknął jakiś rosły kon’khaal, zapewne pretendent do tego tytułu. W całej jaskini, raczej ciasnej, zapanowało poruszenie. Bobblebalibht uderzył o ziemię swą ceremonialną włócznią. Pomogło. Mimo wszystko, trochę jeszcze się go bali. Stare odruchy nie tak łatwo wykorzenić.
Zawiodłeś nas! – wrzasnął jednak ktoś. Bobblebalibht odwrócił się w stronę źródła dźwięku.
To nie ja zawiodłem, lecz wy! I zostaniecie ukarani!
Zanim którykolwiek z kon’khaali zdążył zareagować na te zuchwałe słowa, w kierunku tego, który nieopatrznie naraził się szamanowi, pomknął błękitny płomień, który na moment rozświetlił całą grotę, kładąc głębokie cienie na twarzach przerażonych kon’khaali.
Magia! Magia! – rozległy się pełne strachu nawoływania.
Jeśli mnie posłuchacie, magia nie zrobi wam krzywdy! – donośny głos szamana zagłuszył ich wszystkich. Bobblebalibht stał dumnie wyprostowany. W pobliżu niego nie było nikogo. Ofiary ognistego ataku leżały na ziemi, choć poza napadem paniki nic im się nie stało.
Bobblebalibht będzie nowym wodzem! – pisnęła cienko jakaś wojowniczka, kładąc u stóp szamana swoją włócznię.
Wszyscy postąpili za jej przykładem. Przez dłuższą chwilę słychać było trzask upadającej broni.
Bobblebalibht jest teraz wodzem!
Tak, będzie nas prowadził!
Szaman z dumą przyjrzał się pałeczce, która w ciągu krótkiej chwili sprawiła, że stał się przywódcą swego plemienia.
Wszyscy się go bali.
Mimo trudów, jakie przeżył, cieszył się, że spotkał Yorall.
Nadprzyrodzone siły najwyraźniej od początku chciały go nagrodzić.
Odrzucił głowę do tyłu i przyłączył się do wrzasku, jaki podnieśli jego nowi poddani. W jego głosie brzmiał triumf.
*
Zeida nie mogła zasnąć. Siedziała otulona kocem pod ścianą jaskini i wsłuchiwała się w równe, spokojne oddechy pozostałych.
„Może to i lepiej”, pomyślała. Tarivar upierał się, że wystawianie warty nie jest konieczne. Twierdził, że zbudzi go najlżejszy szmer.
Odkąd rozłożyli obozowisko, aby „przez chwilę odpocząć”, nie ruszyli się z tamtej jaskini. Choć ciągnęło ich do wyjścia na powierzchnię – każdego z innej przyczyny – potrzebny im był kolejny długi postój.
Zielarka była tym zmartwiona. Od jakichś trzech dni praktycznie stali w miejscu! Kto wie, gdzie była teraz Yorall!
Czarodziejka dała ujście emocjom, pozwoliła, aby samotna łza spłynęła po jej policzku. Otarła ją niemal ze wstydem, rozglądając się, jakby chciała sprawdzić, czy nikt tego nie widział. Za radą Tarivara oświetlili obozowisko – wbrew pozorom, podziemne potwory raczej unikały światła, zaś po niedawnej walce także kon’khaali będą uciekać od oświetlonych miejsc, zbyt boleśnie kojarzących się z bogedhillami i towarzyszącym im rozwścieczonym łowcą.
Zeida cały czas musiała grać twardą. To przez nią wszyscy się tu znaleźli. Czuła, że jest odpowiedzialna za swych towarzyszy.
Największy ból sprawiała jej jednak świadomość, że musi dążyć do walki z jedynym dzieckiem Vitshialai. Gdyby wszystko skończyło się na poinformowaniu czarodziejów z Anariańskiej Szkoły Magii!
Jednak co oni by zrobili dla powstrzymania szalonego przeciwnika?
Złej, opętanej kobiety, w której oczach Zeida odnajdywała swoją najdroższą przyjaciółkę z lat młodości? Yorall jednak była teraz taka sama jak Vitshialaia, gdy dopadło ją szaleństwo.
Zielarka wiedziała, że nic nie może z tym zrobić. Czuła się bezsilna. Miała już niemal obsesję na punkcie Yorall i na to także niewiele mogła poradzić.
Cicho chlipnęła, pocieszając się widokiem śpiących bezpiecznie Korina i bogedhilli. Przynajmniej ich nie zawiodła.
Co się stało? – rozległ się naraz szept. Ku swemu zdziwieniu nie usłyszała nawet szelestu, gdy chwilę później łowca zerwał się na równe nogi. Zresztą, nie przysłuchiwała się zbyt dokładnie.
Rzeczywiście budzi cię najmniejszy szmer – uśmiechnęła się. – Nie, nic, po prostu nie mogę zasnąć. Zimno tu – dodała, chowając dłonie pod kocem.
Masz rację, czarodziejko.
Nie wiedziała, czy nie dostrzegł śladów łez na jej twarzy, czy po prostu uznał za stosowne zmilczeć na ten temat. W ogóle był zaskakująco uprzejmy. Zazwyczaj dawał się poznać z innej strony i Zeida, ogólnie nie przepadająca za nim, spodziewała się, że zbudzony bez przyczyny będzie co najmniej oschły i nieuprzejmy.
Wiedziony dziwnym impulsem podszedł do niej i usiadł obok, obejmując ją ramieniem. Zdał sobie sprawę, że nie robił tego, odkąd zapuścił się w tunele pod Righess. Zresztą, nic dziwnego. Kogo miałby obejmować?
Poklepał Zeidę po przyjacielsku. Jej bliskość sprawiała mu przyjemność, a ona nie odepchnęła go.
Nic jednak między nimi nie zaiskrzyło. Tarivar pozostał sobą i nie dał się ponieść emocjom.
- Nie martw się – mruknął. Do jego słów zakradł się protekcjonalny ton. – Damy sobie radę z Yorall, czarodziejko. Nie umknie nam.
Nie zwróciła nawet uwagi na formę, jakiej użył: „nie umknie nam”. Dotychczas łowca nigdy nie wspomniał, że chce kontynuować podróż z Zeidą i Korinem.
Zielarka jednak wychwyciła z jego stwierdzenia tylko jedno.
Tarivar też uważa, że należy zabić Yorall.
Zabić. Unicestwić.
- Zastanawiam się – wyszeptała w nagłym przypływie szczerości – czy wiesz, co oznacza utrata najdroższego przyjaciela.
Przez twarz łowcy przemknął grymas bólu, zaraz jednak zniknął.
Zapewniam cię, że tak. – mruknął w odpowiedzi.
Poruszył się, ale nie odsunął. Chwilę później zielarka zasnęła, zaś Tarivar – wkrótce po niej.
*
Cholera by to wzięła! – zaklął Tarivar, przeciągając się. – Czego się śmiejecie?
Korin parsknął wesoło.
Uroczo wyglądałeś, śpiąc zwinięty w kłębek na ziemi!
Obok Zeidy! – dodała Fina.
Łowca niezbyt delikatnie szarpnął zielarkę za ramię.
To nie ma nic do rzeczy – warknął.
Natychmiast zrozumieli, że istotnie nie miało i wkrótce przestali o tym myśleć, przez chwilę jednak jeszcze chichotali i mrugali do siebie znacząco.
Tarivar rozmasował ręką obolałe plecy, naciągając swoje wygimnastykowane ciało. Nic dziwnego, że był odrętwiały – zasnął na siedząco przy ścianie groty, a potem zsunął się na ziemię! Obudzili go dopiero po jakimś czasie Korin i Fina. Ta dwójka nie potrafiła cicho wstać. Przewracając się na prowizorycznych posłaniach narobili tyle hałasu, że zbudziliby chyba umarłego.
Zielarka też w końcu wstała i przetarła oczy. Nie powiedziała ani słowa na temat tego, co zaszło, a jej spojrzenie spoczęło na łowcy tylko przez chwilę. Można było w nim jednak dostrzec rodzące się ciepło, którego nie było wcześniej.
To co, ruszamy? – rzekła wesoło, zwijając swój koc. – Teraz nie będziemy się już chyba zatrzymywać aż do powierzchni!
Powieeerzchnia… - Finn przeciągnął się i ziewnął. – W takim razie trzeba ruszać, drodzy ludzie! Mam nadzieję, że zdążycie tam, gdzie wam tak spieszno. Nie powiem, poza tą całą walką nie mogę się uskarżać na warunki podróży z wami…
Finn, jeszcze się nie rozstajemy – zwróciła mu uwagę Fina. Zeida odetchnęła z ulgą widząc, że bogedhille są odprężone i raczej zadowolone, a nie ponure i zamyślone tak, jak zaraz po walce. Widać ich naturę, choć była wrażliwa, życie w niebezpiecznych podziemiach uodporniło na wstrząsy i wzmocniło. Czarodziejka nie darowałaby sobie nigdy, gdyby przez nią pobratymcy Kthoree’go, sympatyczne i szczere istoty, miały przez resztę życia ciągle rozpamiętywać tamte groźne chwile.
Tak, ruszajmy – westchnął Korin, zabierając się za pakowanie juków. – Srebrny Fort czeka…
Tarivar tymczasem okrył się swym postrzępionym płaszczem i stanął u wyjścia tunelu, którym mieli wyruszyć.
Macie coś do picia? – zapytał po chwili. Zabrzmiało to niemal jak prośba.
Czystą, dobrą wodę – odrzekła Zeida.
Skrzywił się i cmoknął z niezadowoleniem.
Wolałbym coś mocniejszego.
Zielarka wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć „nie mogę ci pomóc”. Widząc to, Va – erth, dotąd cierpliwie zajmujący się wpychaniem do juków koców bogedhilli, porzucił tę robotę i zaczął szukać czegoś w torbie przy siodle swej klaczy. Wiedział, że włożył to tam jakiś czas temu.
- Masz – po chwili rzucił płaski, skórzany bukłak łowcy, który zręcznie go złapał. – Ale pij najwyżej jeden łyk naraz.