A KIND OF MAGIC
Otwarte oczy przeszkadzają widzieć naprawdę
Gdzie morze czystą falą składa pocałunki
Brzegowi - tam w jaskiniach, zdobnych kryształami
Zaklętych gwiazd, spoczywa pasterz trzód morskich.
To Proteusz, znużony po długiej wędrówce.
(Daerne Phaer „Phraeteus”, tłum. Whisper*, fragment)
- Dawno, dawno temu, w dalekim kraju za morzami dzielny i prawy książę Ajan zapragnął ręki i serca pięknej księżniczki. Imię jej brzmiało Maureta.
Jakaż była radość księcia, gdy dowiedział się, że księżniczka darzy go uczuciem równie gorącym! Szczęście ich jednak nie trwało długo, pewnego bowiem dnia, gdy spacerowali po pałacowym ogrodzie doszedł do ich uszu łopot olbrzymich, błoniastych skrzydeł. Straszna poczwara porwała Mauretę w pazury i odleciała, pozostawiając księcia w rozpaczy. Rozkazał on natychmiast odnaleźć księżniczkę, jednak nie zdało się to na nic. Ajan pogrążył się w smutku, sądząc, iż jego ukochana nie żyje. Wiele dni i wiele nocy minęło, a nikt nie potrafił ukoić jego bólu.
- Co się stało z księżniczką? - Spytała dziewczynka, przytulając się mocniej do kolan matki. W purpurowym świetle ognia z kominka jej oczy zabłyszczały jak czarne diamenty.
- Poczekaj cierpliwie. Pewnego dnia u bram pałacu zjawił się obdarty żebrak. Powiedział, że wie, jak odnaleźć Mauretę. Strażnicy chcieli go odegnać, książę jednak, chwytający się każdej nadziei, zaprosił go do pałacu i ofiarował mu wszelkie wygody. W zamian wdzięczny żebrak wyjawił mu tajemnicę. Ajan musiał odnaleźć morskiego dziada, starszego od wszystkich ludzi, znającego wszystko co jest i będzie. Trzeba ci jednak wiedzieć, że dziad ów odmawiał śmiertelnym odpowiedzi na pytania, a posiadał zdolność przemieniania się w każdą istotę. Bohater, który chciał dowiedzieć się o coś, musiał wodnika drzemiącego na plaży złapać i nie wypuścić, choćby przybierał kształty najstraszliwszych stworów.
- Czy książę pokonał dziada?
- O, tak - uśmiechnęła się matka - ale nie było to łatwe. Wodnik mienił się w coraz to inne postaci - to węża, to lwa drapieżnego, to jadowitego stwora zwanego bazyliszkiem... Ajan jednak nie ustraszył się ani węża, ani lwa, ani nawet bazyliszka. W końcu jednak dziad przemienił się w sam ogień. Książę, przerażony, już miał go puścić, gdy wtem przed oczyma stanęła mu twarz Maurety i tylko zacisnął ręce. Morski dziad zrozumiał, że tym razem został zwyciężony i zmienił się w suchą gałązkę. Książę, pouczony przez żebraka, złamał ją i ukazał się przed nim sędziwy starzec z brodą z wodorostów morskich.
„Otrzymasz odpowiedź na swe pytanie, wędrowcze” - rzekł i wyjawił Ajanowi, że księżniczka jest więziona przez potwora w dalekim kraju na północy. Książę udał się we wskazane miejsce, dobył miecza, zabił poczwarę i uwolnił swą ukochaną.
- I żyli długo i szczęśliwie?
- Oczywiście, Mauretko. Ale teraz idź już spać.
- A co się stało z morskim dziadem? - Spytało dziecko sennym głosem.
- To już zupełnie inna historia...
***
Tym razem musiało się udać. Morski starzec nosił wszelkie znamiona autentyczności. Leżał oparty o skałę do połowy wkopaną w nadbrzeżny piasek, okryty skłębioną masą wodorostów. I na dwieście kroków śmierdział rybami.
Szum łagodnych fal usypiał i uspokajał, a równocześnie stwarzał nieodparte wrażenie nierealności otoczenia, jakby piaszczysta plaża i pobliski las na starych wydmach były tylko statycznym obrazem ze snu.
Mężczyzna zrobił ostrożnie kilka kroków w kierunku starca. Piasek doskonale amortyzował jego chód, zaczął iść szybciej, śmielej. Zamarł, gdy po nieuważnym stąpnięciu spod jego nogi wystrzelił kopnięty kamyk.
I zaklął głośno, widząc, jak kamyk zapada się w ciemniejszej połaci piasku pomiędzy nim a skałą.
Robak piaskowy, który pojawił się na miejscu wodnika prychnął gniewnie i wkręcił się w ziemię, obsypując wszystko dookoła wilgotnym piaskiem.
„To ta przeklęta plaża!”
Zrezygnowany mężczyzna odwrócił się w stronę miasta. Szczyt Wieży Latarni widoczny w pogodne dni nawet z wyspy Caymar zapłonął podwójnym ogniem - tym rozpalonym przez strażnika i pomarańczowym odbłyskiem zachodzącego słońca na pozłacanej kopule.
Nie miał szans dotrzeć tam przed zmrokiem, nawet gdyby posiadał skrzydła. Zapędził się za daleko i odnalezienie bezpiecznego miejsca stało się sprawą priorytetową. Podróż po ciemku plażą pełną piaskowych pułapek mogła się okazać jego ostatnią podróżą.
„Wszystko, tylko nie to miejsce.”
Las oddalony od morza o kilkadziesiąt kroków kusił bezpiecznym cieniem i ciepłą, szeleszczącą obecnością drzew o twardych, błyszczących liściach, których nie spotykano nigdzie indziej - ani na północ, ani na południe od Andamaru. Mężczyzna zagłębił się w gąszcz, wdychając dziwnie oszałamiający zapach nie znanego mu pnącza oplatającego pnie drzew - o drobnych, białych kwiatach ze środkami czerwonymi jak krew.
„Krew? Dlaczego przyszła ci do głowy krew?” - Skarcił sam siebie.
Nie zdziwił się wcale widząc ognisko rozpalone na niewielkiej polance. Nie tylko jego przyciągnęła perspektywa szybkiego zarobku. On jednak bynajmniej nie zamierzał ograniczyć się do sumy określonej jako nagroda za schwytanie morskiego starca. Wiedział, że Schaudinn oddałby za niego o wiele więcej i swoją zapłatę zamierzał pobrać w klejnotach. I w wyjątkowo dużych i pięknych andamarskich perłach, słynnych na całym świecie. Tak. Nie wątpił w hojność najbogatszego i najbardziej wpływowego kupca na Wschodnim Wybrzeżu.
Rozsiadł się wygodnie przy ogniu. „Jak mogłem myśleć, że mi się nie uda? Jeśli Schaudinn twierdzi, że coś jest - to musi być prawda. Proste.” Wpatrzył się zamyślony w płomień. Nie wierzył w przeczucia, nic podobnego, ale intuicja podpowiadało mu, że jest coraz bliżej.
Coś w ogniu przyciągnęło jego uwagę. Czegoś brakowało.
Gdy nagle zrozumiał, było już za późno.
Nie czuł ciepła.
***
Andamar, jak inne Wolne Miasta, zawsze był miastem kupców i awanturników przybywających zarówno statkami jak i barkami rzecznymi z całego Wschodniego Wybrzeża. Siłą rzeczy nie dziwiła nikogo obecność najróżniejszych indywiduów. Byli więc wysocy, bladzi i jasnowłosi ludzie z północy, Ghnedowie** z Mart Ghnedrin, byli Jeźdźcy Pustyni przemierzający na garbatych wierzchowcach i silnych futrzastych stworach szlak obiegający Zatokę Wrzeciona, byli w końcu niscy i krępi mieszkańcy wielkich gór na zachodzie, chełpiący się bujnymi, fantazyjnie zaplecionymi brodami. Powszechnym stał się już widok gnomów, które łącząc zaawansowaną technikę ze zręcznością i zmysłem artystycznym zmonopolizowały rynek złotniczy. Poza tym miasto było pełne pielgrzymów zdążających do wielkich świątyń Mojgota i Ajrona oraz sanktuarium bogini Cimence.
Karczmarza Memira Gerbranda nie zaskoczył pod żadnym względem wygląd grupki wkraczającej do „Złotego Rumaka”, o nie. Dwóch mężczyzn, starszy i młodszy, dwie kobiety. No cóż, miecz już dawno przestał być atrybutem męskiej części społeczeństwa. „Emency... pansja?” - pomyślał nie bez złości Memir. Tak mniej więcej nazywał to pewien uczony, który przyplątał się tutaj dobre pół roku temu. Karczmarz miał na to inne określenie. „Daj babie odrobinę swobody, od razu roją się jej równe prawa. Zaraza by to...” - Popatrzył ukosem na przybyszy.
Młodszą, jasnowłosą dziewczynę bez dłuższego namysłu zakwalifikował do dzieci ulicy i miejskich zaułków. Mógłby przysiąc, że wychowała się w Andamarze. Druga... no cóż, trudno było cokolwiek o niej powiedzieć. Karczmarz nie przyznałby się do tego za nic, ale wypełniała go pewnym rodzajem... nie, nie strachu, raczej niepokoju. Być może po prostu do głosu doszła zawodowa nieufność do osób w ciemnych płaszczach z kapturami. Może...
Dziwni przybysze podeszli do lady. Gerbrand nerwowo przetarł blat lepką ścierką.
- Czym mogę służyć? - rzucił uprzejmie.
- Nocleg dla czterech osób. - Zażądał rzeczowo starszy z mężczyzn. Karczmarz nie dał się zwieść. \"Złoty Rumak\" był porządnym lokalem, a tacy goście zwykle powodowali kłopoty.
- Nie ma. Wszystko zajęte.
Pytający zaklął głośno i odwrócił się gwałtownie chcąc wyjść. Powstrzymała go kobieta w ciemnym płaszczu.
- Myślę, że jednak coś się znajdzie - powiedziała cicho, patrząc na Gerbranda spod kaptura. Jej oczy, przysiągłby, błysnęły na zielono jak oczy kota. Przełknął ślinę na widok sakiewki, którą trzymała w ręku.
- Hmm... ach... być może... w ostateczności... - wyjąkał niepewnie.
- Dobrze. - Uśmiechnęła się. Oczami.
***
- Co to miało być, Troy? - Nerisa spojrzała krytycznie na Shapira - Gdzie się podziało twoje słynne opanowanie?
- To nie twoja sprawa.
- Jak to nie?! - wzburzyła się - tak samo moja, twoja, Kaela i Roeenny! Jesteśmy tu z tobą, nie zauważyłeś?!
- Nie musieliście - odparł niewzruszony.
- Przecież nie puścilibyśmy cię samego. - mruknął ponuro Kael - zwłaszcza, że wydajesz się zbyt zapatrzony w jakąś legendę.
- Legendę! - prychnęła Nerisa - Bądźmy szczerzy, po prostu bajkę dziecięcą rozpowiadaną przez wieśniaków. Ludową mrzonkę o wszechwiedzącym wodniku. Schaudinnowi coś się uroiło i zaraz wszyscy biegną nad morze szukać morskiego dziadka.
- To wcale nie musi być nieprawda - odezwała się niespodziewanie Roeenna. Zdjęła już ciemnozielony płaszcz, odsłaniając uszy o kształcie zbliżonym bardziej do kocich niż do ludzkich.
- Co masz na myśli?
- My też mamy swoje legendy. I nie są to bajki dla dzieci. Ta o Phraeteusie też.
- O czym? - zdumiał się Kael.
- Nie o czym, tylko o kim. - Poprawił Shapiro. - O Proteuszu, wiecznym starcu, strażniku morskich trzód bogów, który wie o wszystkim co było, jest i będzie. I zna odpowiedź na każde pytanie.
- Niesamowite. - zadrwiła Nerisa - Naprawdę wierzysz w te bzdury? Przecież to...
Nie skończyła. Nie miała już do kogo mówić.
- Chyba przesadziłaś. - Powiedział Kael, patrząc na drzwi zatrzaskujące się za Shapirem.
- Nie wiem co go ugryzło - rzekła niepewnie Nerisa.
- Jak to co? - Roeenna popatrzyła na nią dziwnie. - Jego własne pytanie.
***
Wschód słońca w Andamarze. Jedyne w swoim rodzaju zjawisko. Nerisa uśmiechnęła się wspominając czasy, gdy strażnikiem ognia w wieży latarni był jeszcze stary Haffe. Ile to już lat? Ze zdumieniem uświadomiła sobie, że ponad cztery.
Ulica była niemal całkiem pusta, jedynie nieliczni kupcy rozstawiający stragany z żywnością sygnalizowali, że Andamar budzi się do życia.
Nerisa bez dłuższego zastanowienia skręciła w zacieniony zaułek, pozornie nie wyróżniający się niczym wśród dziesiątek zaułków w całym mieście, i zapukała w małe drzwiczki. Po chwili zapukała ponownie.
- Zamknięte! - Dobiegł burkliwy głos zza drzwi.
- Nawet dla starych przyjaciół?
Drzwi powoli uchyliły się, w szparze pojawiła się para oczu, po chwili ukazał się w całej okazałości niski człowieczek o rysach twarzy nieodparcie przywodzących na myśl kogoś, komu niebywałą przyjemność sprawia liczenie pieniędzy. I to niekoniecznie zarobionych w uczciwy sposób.
- Nerisa? Niech mnie licho, to naprawdę ty?
- Też mi miło cię widzieć, Liattar.
Liattar otworzył szeroko drzwi i szerokim gestem zaprosił dziewczynę do środka.
- Witam, pani, w moich skromnych progach - wyrecytował uroczystym tonem - i tak dalej, i tak dalej. Siadaj, nie zastanawiaj się. Swoją drogą, co się z tobą działo? Zniknęłaś tak nagle...
- Załóżmy, że znalazłam sobie miejsce - odpowiedziała wymijająco. - Opowiedz lepiej co słychać.
- Jak widzisz, siedzę ciągle na starych śmieciach. Interes się kręci, ale odkąd namiestnikiem został ten grubas Leuhnak straż miejska stała się nadgorliwa, ileż można nachodzić uczciwego handlarza? No i czemu żeby szczerzysz? Poczęstuj się jabłkiem i zatkaj gębę. O czym to ja...? Aha, strażnicy. Teraz jeszcze ta sprawa z wodnikiem. Słyszałaś może? Schaudinn odgrzebał gdzieś plotkę, że legendarny morski starzec ma zwyczaj bywać w pobliżu Andamaru. Już siedmiu poszło go szukać wzdłuż wybrzeża i nie wróciło. Straż jest coraz bardziej natrętna, sprawdzają wszystkich przybyszów, naschodziło się swoją drogą różnych kreatur... Zaraz... - łypnął na Nerisę podejrzliwie - właściwie to dlaczego tu przyszłaś? Bo chyba nie z tęsknoty?
- Miło, że spytałeś - Nerisa uśmiechnęła się lekko - potrzebuję czterech koni. Na kilka dni. Da się zrobić?
- Obrażasz mnie. - Prychnął Liattar - Na jutro możesz mieć stadninę. To wszystko?
- Cztery, nie stadninę, ale na dzisiaj. Najlepiej na teraz.
- Babskie wymagania. Właśnie dlatego się nie żenię. Z czego znowu rechoczesz? Pytałem, czy to wszystko?
- Nie wszystko. Potrzebne mi jeszcze cokolwiek z aurą antymagiczną. Jak najmocniejsze.
Liattar zerwał się na równe nogi.
- Dziewczyno! Na jakim ty świecie żyjesz? Przecież antymagia jest nielegalna odkąd w Andamarze stanęła pierwsza gildia Gwiazdy! Lepiej idź do świątyni Mojgota i módl się o rozum, bo ci go poskąpił!
- Od kiedy używasz słowa „nielegalny”? - zadrwiła Nerisa. - Przecież oboje wiemy, że masz coś takiego. Nie pamiętasz już, co mi obiecywałeś?
Liattar westchnął głęboko.
- Dobrze, poddaję się. Nie ma co, chyba się starzeję. Nie będę nawet pytać, po co ci to wszystko. Ale pamiętaj - zastrzegł - w razie czegokolwiek ja cię nie znam.
- Pokaż, co masz - ponagliła go Nerisa.
Liattar wstał mrucząc coś pod nosem i zniknął za drzwiami osłoniętymi przezroczystą kotarą. Wrócił po dłuższej chwili, niosąc małą drewnianą szkatułkę.
- To wszystko? - Nerisa bez entuzjazmu obejrzała drobny amulet na cienkim miedzianym łańcuszku. -Widziałam medaliony wielkie jak talerze, ale ten...?
- Żartujesz?! - oburzył się Liattar. - To amulet pierwszej klasy - złoty beryl, lazuryt, czarny szafir... Zostawiła go tutaj młoda dziewczyna z Gwiazdy, dobre pół roku temu. Uważaj z nim tylko. Gdy go przez przypadek obudziłem rozbił mi w proszek wszystkie cztery malachity w lokalu.
Malachit, kamień kupców, mający przyciągać szczęście i pieniądze, umieszczany w czterech rogach budynku, przypomniała sobie Nerisa. Niezbyt silna, raczej symboliczna magia, praktycznie niewykrywalna.
- Ciągle masz jakieś wątpliwości?
- Skoro tak mówisz...
- Przyjdź za godzinę po konie. Będziesz miała dwa dni.
- Ile będę ci winna?
- Jedną piątą nagrody - Liattar spojrzał jej w oczy. - Bo chodzi o tego wodnika, dobrze zgadłem?
- Niezupełnie - odwróciła wzrok - W każdym razie nie przewiduję nagrody. Jedynie solidnego guza. Przykro mi, będziesz musiał wymyślić coś innego.
- Jednak pozostanę przy jednej piątej zysku z tej sprawy.
- Twój wybór.
***
Po kilku godzinach konnej jazdy morskie wybrzeże zmieniło się. Prawie niezauważalnie, ale Shapiro był pewien, że jest inaczej. Słońce, przez cały dzień niemiłosiernie palące, teraz wydawało się być osłonięte przejrzystą zasłoną - niewidoczną, ale obecną. Powietrze falowało rozmywając kontury piaszczystej plaży i lasu rosnącego nienaturalnie blisko morza.
- Zróbmy postój, konie nie wytrzymają w tym upale - rzekł Kael, ocierając pot z czoła.
- Mamy dwa dni - przypomniała Nerisa, odwracając się w siodle. - Liattar mi nie daruje, jeśli się spóźnię.
- Właściwie to czego ten Liattar chce za wypożyczenie koni? - spytał Shapiro. - Przecież wiem, że nie masz pieniędzy.
- Nie wierzysz w przyjacielską pomoc?
- Raczej nie.
- Dobrze, jakby to powiedzieć... - zająknęła się dziewczyna - chce jednej piątej nagrody.
Shapiro uniósł brwi ze zdziwieniem.
- Nagrody? Jeśli myślisz, że jestem tu tylko dla zysku...
- Też tak mu powiedziałam - przerwała - ale uparł się, co mogłam zrobić? To będzie jego strata.
Roeenna uciszyła ich syknięciem.
- Patrzcie - wskazała ręką na piasek - chyba jesteśmy na miejscu.
- No co? - skrzywiła się Nerisa. - Kupka wodorostów. Jak dla mnie nic nadzwyczajnego.
- Popatrz uważniej.
Popatrzyła. Wszyscy popatrzyli.
Zwyczajny, wyschnięty kłębek wodorostów, jakby poczuł się zdemaskowany, łypnął na nich czarnymi oczkami i potruchtał w kierunku lasu błyskając złotawoszarym futerkiem.
- Czy to... czy to jest normalne? - spytał Kael.
- Nie jest. Najwyżej nie w żadnym innym miejscu.
- To iluzja. - Shapiro aktywował ostrożnie amulet. Uwolniona fala -nie, falka - antymagii rozeszła się po plaży w niemal widoczny sposób, odsłaniając kolejne kilka stworzonek dotąd będących kamieniami i gałęziami. Lekko falująca powierzchnia wody zakrzywiła się w nienaturalny sposób. Roeenna wzdrygnęła się wyraźnie.
- Uważaj z tym - rzekła. - Nie mam zaufania do tej rzeczy.
„Ja też nie” - dodał w myśli Shapiro. Z trudnością powstrzymał amulet przed pełnym uwolnieniem mocy. Antymagia była równie potężna, co niebezpieczna - znaczyło to, że neutralizowała praktycznie wszystkie zaklęcia i aury, co pozwalało nie lękać się żadnego rodzaju magii; z drugiej strony nieumiejętnie używana mogła zniszczyć wszystko dookoła, co posiadało w sobie jakikolwiek ślad magii - łącznie z bronią i kamieniami szlachetnymi w talizmanach. Dlatego właśnie została jednomyślnie zdelegalizowana wiele lat temu przez druidki z zakonów Gwiazdy i Słońca.
Nadpływająca fala po raz kolejny nienaturalnie się zakrzywiła, w niepokojący sposób zakłócając harmonijność całego widoku.
Kael zeskoczył z siodła i zanurzył rękę w wodzie. Po chwili bez słowa wyprostował się i otworzył zaciśniętą dłoń.
Spomiędzy jego palców przesypywał się suchy piasek.
***
„Kto to?” - twardolistne drzewko przy wejściu do jaskini spłynęło strumykiem wody na piaszczystą ziemię i wyrosło ponownie w postaci suchego krzaka. - „Czego chcą?”
„Jego. Chcą Jego.” - gryzoń o czarnych oczkach nerwowo podrapał się za uchem, przybierając w tym celu postać małpki.
„Przecież nie mogą. Nie oni. Nie mogą.” - podkreślił żółty wąż, porzucając bezpieczną i neutralną postać konara zagrzebanego do połowy w piasku. - „Inni nie mogli. Oni też.”
„Mają rzecz” - gryzoń przywołał kolejno kilka obrazów chaotycznie wyjaśniając, o co mu chodzi.
„Niemożliwe. Ukryłeś ją tam.” - wąż wskazał końcem ogona w kierunku miasta.
„Mają rzecz” - powtórzył zwierzak. - „Tą rzecz.”
„To znaczy, że my...” - zaszeleścił niepewnie krzak.
„Nie będziemy mogli tego robić” - potwierdził wąż ilustrując potwierdzenie efektowną przemianą w pnącze o białych kwiatach oplecione wokół drzewa. - „Nie obok rzeczy.”
„To tylko ludzie.” - Gałęzie krzaka poruszyły się lekko. - „Wierzą w to co widzą.”
„To tylko ludzie” - syknął złowieszczo wąż.
***
Promienie zachodzącego słońca rozbijały się na falach jak szkło, na drobne okruchy wysyłające setki błysków. Na wodzie której nie było.
Po przeciwnej stronie nieba można już było dojrzeć wspinający się po niebie księżyc w otoczeniu pierwszych gwiazd.
- Zaraz zapadnie zmrok - rzekł Kael. - Wolałbym nie zostawać tu po ciemku.
- Przeszkadza ci ciemność? - Roeenna roześmiała się i zanuciła cicho.
- Co to? - spytała Nerisa.
- Początek starej pieśni Kaen. W ludzkim języku brzmi mniej więcej tak:
W miejscu gdzie wzrok zaczyna kłamać,
Otwarte oczy przeszkadzają widzieć naprawdę...
Shapiro rozejrzał się dookoła. Jego wzrok przyciągnął blask ognia w odległej części lasu.
- Chyba nie jesteśmy tu sami. Chodźmy sprawdzić, kto rozpalił to ognisko. Może przynajmniej ten las jest prawdziwy.
***
Wąż z sykiem owinął się dookoła pnia, kierując na przybyszy spojrzenie wypukłych oczu. „Liczy na to, że go nie zobaczymy w ciemnościach” - pomyślała Roeenna i zadrżała bezwiednie.
***
Ognisko płonęło równo i jasno, iskry strzelały w górę. Wszystko było w najlepszym porządku, z jednym wyjątkiem - nie było nikogo, kto mógłby je tutaj rozpalić.
Shapiro w zamyśleniu zapatrzył się w płomień. „Tak nie może być” - pomyślał. „Każda zagadka ma rozwiązanie.”
- Troy! - Nerisa położyła mu rękę na ramieniu - Co się dzieje?
- Myślę.
Dotknął amuletu antymagicznego i cofnął rękę czując szarpnięcie mocy - tym razem mocniejsze, prawie fizyczne, wyrywające się spod kontroli z całej siły.
„Otwarte oczy przeszkadzają widzieć? Może...”
W normalnych okolicznościach parsknąłby śmiechem z powodu niedorzeczności tego pomysłu. Ale przecież te okoliczności nie były normalne.
Nie zważając na zdumione spojrzenia towarzyszy zamknął oczy i włożył rękę w ogień.
Spodziewał się... właściwie czego? Sparzenia, bólu. W ostateczności pustki. Zamiast tego jego dłoń natrafiła na chłodną i gładką gałązkę krzewu.
Trwało to ułamki sekundy, po których krzak stał się nagle cieplejszy i pokryty futrem. Gibkie zwierzę rzuciło się do ucieczki w gąszcz, przez piaszczystą polanę pogrążoną nagle w ciemności rozpraszanej jedynie przez promienie księżyca. Shapiro nie zdążył nawet zareagować zanim szelest zdradził, że skryło się za czarną ścianą lasu.
Zdążył za to kto inny.
Roeenna, nie ograniczana panującym mrokiem, skoczyła za stworzeniem w szeleszczący las.
***
Grota u stóp dawnego klifu dziwnie nie pasowała do otoczenia - skąpane w księżycowym świetle wydawało się niemal jasne w porównaniu do plamy niemal lśniącej głęboką czernią pustki, którą stanowił wejście do groty.
Roeenna podniosła z piasku krótką, grubą gałąź, oberwała z niej resztkę liści i drobnych gałązek; nakreśliła nad drewnem znak dwoma palcami - gałąź rozjarzyła się jasnym światłem.
Roeenna przymknęła oczy i czekała. Słuchała odgłosów lasu. „Ten las jest inny” - przemknęło jej przez myśl. Tak, inny, to dobre słowo.
Nagle wyczuła poruszenie w gąszczu za sobą. Wstała i odwróciła się powstrzymując przyspieszony oddech.
„Tylko sprawdzę” - pomyślała.
***
Kael rozgarnął gałęzie podrapanymi rękami kierując się w stronę światełka. Przez chwilę nie poznał Roeenny, uspokoił się, gdy obaczył zielone lusterka oczu obracające się ku niemu.
- Zdawało mi się, że słyszałam coś w krzakach - uprzedziła jego pytanie. - Nieważne, cokolwiek to było, pewnie już uciekło.
***
Wąż w gąszczu syknął gniewnie i już jako skrzydlaty stwór poderwał się ciężko w powietrze i odleciał potrącając gałęzie.
***
Shapiro oświetlił wejście do jaskini pochodnią Roeenny, ale to nie wystarczyło aby przełamać czerń wewnątrz.
Dno groty był wilgotne i śliskie, w powietrzu unosił się delikatny, ale wyczuwalny zapach morskiej wody.
- Ale tu cicho - głos Nerisy, chociaż cichy, zabrzmiał w uszach niemal jak krzyk i odbił się echem od jakiejś odległej w ciemności ściany.
- Nic nie widać - rzekła Roeenna.
Shapiro przez niesamowicie krótką chwilę zastanawiał się nad tym co powiedziała. Przyzwyczaił się już do jej oczu świecących w nocy i do tego, że ciemność nie stawiała przed nią żadnych przeszkód. Gdy zrozumiał, poczuł jak ogarniający go niepokój zaczyna przeradzać się w coś znacznie silniejszego.
Szedł powoli przodem, trzymając pochodnię, jednak wydawała się zupełnie bezużyteczna. Jasna sfera dookoła niej stanowiła zamkniętą przestrzeń, w pewnym miejscu ostro przechodzącą w czerń.
Czerń, która po prostu nie mogła być prawdziwa.
Zamknął oczy, nie mogąc znieść kłującej w oczy pustki i szedł dalej.
Po kilku minutach poczuł, jak podłoże zmienia się, coś zachrzęściło podejrzanie pod jego nogami. Jednocześnie przez zaciśnięte powieki dotarło do niego jaśniejące światło.
- Na Mojgota... - usłyszał głos Nerisy.
***
Olbrzymia grota iskrzyła się tysiącami błękitnych kryształów pokrywających ściany i sklepienie. Na samym środku, na wielkim kamieniu wyrzeźbionym przez wodę na kształt krzesła siedział starzec o długiej brodzie i włosach, które kiedyś być może białe, teraz przybrały kolor zielonkawy od glonów i wodorostów wplątanych w nie.
Spojrzał dookoła, po czym zatrzymał wzrok na twarzy Shapira.
Jego twarz, jego oczy... nie były ludzkie. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. U niego przypominały bezdenne studnie odsłaniające patrzącemu coraz to więcej, nie odsłaniając zarazem nic, mamiąc i zwodząc tego, kto odważy się z nimi zmierzyć.
- ODEJDŹ STĄD DOPÓKI MOŻESZ - głos rozległ się w całej grocie, jednocześnie zdając się rozbrzmiewać bezpośrednio w umyśle. - ODEJDŹ, PÓKI NIE ZATRZYMAŁO CIĘ TWOJE PYTANIE.
Shapiro chwycił rękojeść miecza.
- NIE MOŻESZ WIEDZIEĆ. JESZCZE NIE.
- Słuchaj, wodniku - powiedział powoli głosem drżącym ze zniecierpliwienia -jestem tu po to, żeby się dowiedzieć, czy...
- WIEM. - O ile to było możliwe, na twarzy Proteusza pojawiło się coś na kształt rozbawienia. Bezdenne oczy rozświetliły się niesamowitym blaskiem, nieodparcie przyciągającym wzrok
- Skoro tak, odpowiesz mi, czy tego chcesz, czy nie. A jeśli mnie okłamiesz...
- Troy - przerwała mu Roeenna - on nie może kłamać.
Shapiro chciał odwrócić się od hipnotyzujących oczu wodnika w jej stronę. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że jest to niemożliwe.
- SKORO TEGO CHCESZ... - rzekł Proteusz.
Kątem oka Troy dojrzał pnącze o białych kwiatach, oplatające jego ciało, już nie delikatne, ale mocne i sprężyste.
- TERRASHI. TO TWOJA ODPOWIEDŹ.
Starzec na kamiennym tronie bez emocji patrzył, jak pędy skręcają się unieruchamiając ludzi i wpuszczając cienkie korzonki w ich skórę.
- OSTRZEGAŁEM.
W tym samym momencie jego twarz zaczęła się ściągać, w błyskawicznym tempie skurczył się i wysechł. Po chwili ciało wodnika rozsypało się na biały pył. Dopiero po chwili spośród skał wyskoczył jasnoszary szczur i pomknął w cień, przemykając pomiędzy pokrywającymi ziemię szczątkami szkieletów i odłamkami kości.
W głębi jaskini dał się słyszeć głuchy pomruk stworzenia obudzonego z długiego snu. Shapiro bezsilnie próbował rozerwać pnącze i dobyć miecza, ale więzy tylko zacisnęły się wpijając w odsłoniętą skórę.
Wtedy z cienia wypełzło to, co usłyszał.
***
Stwór powoli zbliżał się w ich stronę, przeciągając włochate cielsko po ziemi. Przednie kończyny z imponującymi szponami wyciągał przed siebie, tylne miarowo miażdżyły kości zalegające podłoże.
„Nie”, pomyślał Troy, „to nieprawda, to sen, obudź się, obudź...”
Wielkie łapsko odchyliło się do tyłu, biorąc zamach do ciosu, który miał na zawsze usunąć z tego świata jego, Kaela, Roeennę i...
Shapiro krzyknął i w tej samej chwili poczuł, że amulet na jego piersi zrywa się z uwięzi materii.
Moc została uwolniona.
***
Potwór zaryczał rozpaczliwie, po czym padł na ziemię. Momentalnie zmienił się, rozpłynął w cuchnącą brązowawą maź, wsiąkającą w zagłębienia. Pnącze więżące Shapira opadało suchymi kawałkami na ziemię.
Potężna fala niszczącej siły rozeszła się wokoło wstrząsając posadami jaskini.
Magicznej jaskini.
Zadzwoniły odrywające się od stropu kryształy, w odległym korytarzu zabrzmiało głuche tąpnięcie. Shapiro zerwał z szyi parzący skórę amulet i poszukał wzrokiem wyjścia, lesz wszystko falowało pod działaniem mocy. Grotę zasypywały coraz większe odłamy skały i piaskowca.
Amulet rozjarzył się oślepiającym światłem i równocześnie dotarło do niego inne światło - światło słoneczne.
Ostatnią rzeczą, którą poczuł, było mocne uderzenie w tył głowy. Resztę zakryła ciemność.
***
Nerisa nie bez trudu otworzyła oczy.
- Gdzie ja, do... aha, prawda - przypomniała sobie. Jaskinia, wodnik... i co?
Błękit u góry... to niebo. Poczuła pod palcami sypki, gorący piasek. Poderwała się i opadła z powrotem, czując, jak jest poobijana. Dopiero za drugim razem udało jej się wstać. Shapiro leżał tuż obok niej.
- Troy! - Potrząsnęła jego ramieniem. Zajęczał trzymając się za głowę z wielkim stłuczeniem.
Roeenna i Kael wstali otrzepując się z piasku. Kael spojrzał na czerwone punkty na przedramionach, miejsca, w których pnącze zapuściło paraliżujące korzonki.
Mimo to chwilami zdawało mu się, że to wszystko nie zdarzyło się naprawdę.
Znajdowali się na brzegu morza, o ile można go było nazwać brzegiem teraz, gdy woda, przedtem tak bliska lasu, oddaliła się o kilkaset kroków odsłaniając szeroką, piaszczystą płaszczyznę. Miejsce zakryte dotąd iluzorycznym morzem wolne było od gniazd piaskowych robaków, gdzieniegdzie leżały rozrzucone kawałki drewna, zapewne z rozbitego okrętu.
- Terrashi - powiedział głośno Shapiro - Co to jest Terrashi?
Wszyscy milczeli.
- Dowiemy się - rzekła Roeenna. - Ktoś będzie wiedział.
Nerisa uśmiechnęła się pod nosem. Shapiro spojrzał na nią pytająco.
- Wyobrażam sobie minę Liattara, gdy się o wszystkim dowie - zachichotała. - Na bogów, chyba zrezygnuje ze swojego dochodu...
Przeszła kawałek po plaży kopiąc resztki desek. Jej wzrok przyciągnął refleks światła na czymś metalowym.
Schyliła się i odsunęła popękane kawałki drewna. Wstała i zaklęła głośno.
- Chodźcie tu! - krzyknęła.
Wśród deszczułek leżała najzwyczajniej w świecie zbutwiała szkatułka ledwo trzymająca się zardzewiałych zawiasów. Z jej dziurawego boku wręcz wysypywały się wielkie, połyskujące perły.
***
Liattar obejrzał pod szklaną lupą największą z pereł i zagwizdał z uznaniem.
- Miałem wyczucie, czegoś takiego dawno nie widziałem. Dostaniecie za nie co najmniej trzydzieści tysięcy.
Nerisie zakręciło się w głowie.
- Trzydzieści... tysięcy...? To przecież fortuna!
Liattar przytaknął.
- Konkretnie dwadzieścia cztery tysiące. Umawialiśmy się na jedną piątą.
- Liattar?
- Tak?
- Co to jest Terrashi?
Kupiec spojrzał jej w oczy.
- W co ty się znowu pakujesz, dziewczyno?
- Nic. Chcę wiedzieć.
Liattar westchnął głęboko.
- Kiedyś, dawno temu, słyszałem to słowo. Terrashi to kraina na zachodzie, daleko stąd, za Czerwoną Ziemią. Nie ma nikogo, kto wróciłby stamtąd. I może dobrze.
Nerisa zanotowała w pamięci jego słowa.
***
W odległej części skalistego wybrzeża wnętrze zagłębienia w górnej części skalnego klifu rozjarzyło się przez chwilę dziwnym światłem. Krab, którego morze wyrzuciło na skałę wystawił oczy na długich słupkach. Odczuł coś - w najwyższym stopniu, w jakim może odczuwać skorupiak.
Chwilę później krab zniknął. Na jego miejscu pojawiła się śnieżnobiała mewa i wzbiła się w powietrze.***
---------------------
* Oryginał zaginął w tajemniczych czeluściach mojego pokoju. Ewentualnym zainteresowanym dam znać, gdy się znajdzie. - Whisper
** \"Gh\" czytać jako gardłowe \"h\", a nie \"g\".
*** Do ludzi myślących jak mój brat: mewa NIE zjadła kraba.