Waga szaleństwa - Część pierwsza
Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oczu, okrył płaszczem ciemności sylwetkę z kamienia; przyniósł senną, nocną ciszę.
Jedynie Księga Przyszłych Słów nadal odcinała się w czerni. Snop księżycowego blasku spływał na stronice; srebrzysty kurz opadał powoli na znaki, jakby przez świetlik w sklepieniu sypał się prosto z nieba gwiezdny pył.
Dżamila przemknęła między kolumnami aż do ołtarza, spoglądając płochliwie dokoła; w uszach brzęczała cisza, a każdy szmer zdawał odbijać się echem po zacisznym wnętrzu. Przycupnęła w cieniu ogromnego, ponurego posągu i zerknęła niepewnie w szmaragdy, poprawiając granatową chustę osłaniającą twarz.
Biały Mędrzec spał. Zupełnie jakby zapomniał o Księdze i Powiernikach Przyszłych Słów. Nie zbudził się nawet, gdy młoda tłumaczka przybyła, by popełnić świętokradztwo.
- Wybacz mi... - wyszeptała, nie mając pojęcia, czy cokolwiek to pomoże.
Zbliżyła się do stojaka z Księgą i ostrożnie położyła dłonie na wiekowych stronicach. Znaki zalśniły złotawą poświatą i zaszeptały. Chciwie ogarnęła wzrokiem kilka pierwszych wersów, wsłuchując się w szemranie przyszłości. W oczach odbijał się blask, włosy jeżyły od Mocy. Księga powierzała tłumaczce wszystkie sekrety, które kryło Teraz, Zaraz, Za Dwa Księżyce...
Tsyt, tsyt, tsyt...
Serce Dżamili zamarło, znaki zaszeleściły zgrzytliwie. Zamrugała zdumiona, przeczytała fragment drugi raz. Zmarszczyła z niedowierzaniem brwi wsłuchana w szept.
- Nie... to przecież nie... - wymamrotała do Księgi, przerzucając pośpiesznie stronice, jakby szukała wyjaśnienia.
Pismo zgrzytnęło. Tsyt!
Wrota otworzyły się z głuchym łoskotem, wpuszczając do sali modlitw woń nocnego wiatru. Młoda tłumaczka odskoczyła od stojaka i z obłędem na twarzy wpadła do ocienionej wnęki z darami od mieszkańców Hadikat as-Sahra. Zacisnęła powieki, by oczy nie błyszczały w ciemnościach i wstrzymawszy oddech, nasłuchiwała.
Ale w świątyni nie pojawił się nikt.
***
- Trup - orzekł fachowo Husam, patrząc w zamyśleniu na zarwane łoże. Wolał nie podchodzić zbyt blisko, mimo że martwa sila wyglądem przypominała niemal zwyczajną kobietę. Skupił wzrok na smukłej dłoni wystającej spomiędzy fałd skotłowanej pościeli; po wygiętym kciuku spacerowała mucha. - Mało brakowało, a zostałby z niej skwarek.
Misbaah ściągnął niecierpliwie brwi, nachylił się nad ciałem i wznowił oględziny. Zwłoki wydawały się całkiem świeże, a smród spalenizny nie zdążył się jeszcze rozejść po pomieszczeniu. Piękną twarz wykrzywiał upiorny grymas, ostre zęby szczerzyły się w złowieszczym uśmiechu do uczonego, jakby umarła istota chciała go ugryźć. Lśniące, długie włosy rozsypały się czarnymi kaskadami na barwnych poduszkach.
- To już drugi martwy opiekun w tej dekadzie, przyjacielu. Co możesz rzec o jego śmierci?
- Potrzebuję jeszcze chwili, panie.
Ra\'ed skinął przyzwalająco głową i splótł dłonie na plecach. Rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu, którego ściany udekorowano czerwonymi chustami o czarnych wzorach. W rogu stała złocona szisza, a leżące wokół przedmioty i różnego rodzaju ingrediencje pozwalały bez trudu domyśleć się, jaki zawód uprawiała właścicielka pokoju. Emir pozwolił sobie na lekki uśmiech; widział w oczach swoich najwierniejszych asasynów, że byli tu nie pierwszy raz. Choć wcale go ten fakt nie dziwił - sam nie raz słyszał o Ibtihadż, która słynęła w Hadikat as-Sahra z ognistego temperamentu. I drogich usług.
Uczony nadal milczał, badając w skupieniu dziurę ziejącą w brzuchu trupa. Trącał przypieczone jelita, próbował przebić się przez plątaninę opuchniętych trzewi do serca sili. Musiał je dokładnie obejrzeć, aby wiedzieć na pewno.
- A ta mała kahba? Przeżyła? - Ra\'ed zmrużył oczy, przez twarz przebiegł cień obrzydzenia.
- Tak, ale odjęło jej rozum - Husam z ulgą odwrócił spojrzenie od Misbaaha. - Tak jak poprzedniemu podopiecznemu. Asasyni zabrali ją do świątyni, lecz żaden kapłan nie potrafił pomóc. Żaden wojownik, panie... jeszcze nigdy nie widział jej tak smutnej. Podobno jej żal...
- Dziękuję, przyjacielu - przerwał emir niecierpliwie. - Dobrze, że jest w tobie tyle troski o strapione niewiasty. Dręczy mnie natomiast pytanie, dlaczego podopieczni postradali rozum?
Misbaah nie odpowiedział od razu. Z wnętrza sili dobiegło nieprzyjemne trzaśnięcie.
- Racz wybaczyć śmiałość, panie, jednak wątpię czy nawet ty zostałbyś przy zdrowych zmysłach, widząc własnego dżinna, a co dopiero jego wnętrzności.
- Zdaje się, że pomijasz to, co istotne, przyjacielu.
- My, śmiertelni nieznający świata Drugiej Pustyni, nie wiemy, co tak naprawdę jest istotne. Hm... jeśli dobrze cię zrozumiałem, panie, pytasz o sprawy, które przekazuje mieszkańcom Hadikat as-Sahra Księga. A zatem: jakaś siła musiałaby strzaskać cień opiekuna, aby jego podopieczny oszalał. Czyli tym samym musiałaby zniszczyć...?
- Serce dżinna.
- Otóż to - Misbaah wyszarpnął rękę spomiędzy trzewi istoty i uważnie przyjrzał się dłoni. Roztarł między palcami szaro-czarny pył, ani chybi popiół. Westchnął ciężko. - Złe wieści, panie. Nad naszym miastem zawisło ogromne niebezpieczeństwo.
- Cóż to znaczy? - Ra\'ed ściągnął brwi, na dnie jego ciemnych oczu osiadł niepokój.
- Nie wiem - uczony bezradnie pokręcił głową. - I nikt nie będzie wiedział, póki się nie dokona...
- Co? Mówże, starcze!
- Pewnie jakiś rytuał, ofiara, trudno odgadnąć! Mogę jedynie podejrzewać, że rozwikłanie zagadki będzie ryzykowne. Któż to wie, jakie sztuczki ma w zanadrzu istota, która bez trudu powaliła dwa dżinny? - Misbaah rzucił martwej sili bezradne spojrzenie i z ociąganiem począł wycierać dłoń o pościel. Emir i Husam patrzyli na niego w wyczekiwaniu. - Radzę przemyśleć sprawę, panie. Hadikat as-Sahra potrzebuje pomocy, jednak nie uzyska jej od żadnego asasyna. Mimo bezgranicznego oddania, ci ludzie nie są cudotwórcami i źle znieśliby wieść, że idą na pewną śmierć. Potrzebujemy kogoś... kto nie ma już nic do stracenia. Kogoś, kto...
- ...jest solą w naszym oku? - wszedł w słowo Husam, patrząc znacząco na zamyślonego Ra\'eda.
***
Szczur znów podżerał jadło z obtłuczonej miski, popiskując radośnie. Azam widywał już wcześniej tę żarłoczną bestię, która z nadnaturalną punktualnością, od kilku tygodni pojawiała się, by pozbawić go obiadu. Ale była też jedyną istotą chętną do rozmowy z więźniem.
Z początku obrał sobie za punkt honoru zabicie bezczelnego gryzonia, jednak z czasem zaczął doceniać jego towarzystwo. Może i szczur był marnym mówcą, ale drugiego takiego słuchacza próżno by szukać w Hadikat as-Sahra. Niejednokrotnie bywało też, że podjadanie strawy okazywało się niebagatelną przysługą - rzadko kiedy Azamowi udawało się przełknąć choćby kęs bez dreszczu obrzydzenia.
- Znów widziałem księżyc, Szczurze - westchnął, ledwo dostrzegając w półmroku ruchliwy, niewielki tułów gryzonia. - Srebrny blask wpadał przez okno, kładł się na mojej wyciągniętej dłoni. Zabawne. - Zaśmiał się cicho. Pazurki stworzenia zaskrobały o dno miski. - Tego chyba brakuje mi najbardziej. Zimnej poświaty. Przypomina mi noce spędzone pod Czarnym Baldachimem, kiedy z dachów Hadikat as-Sahra obserwowałem i przysłuchiwałem się rozmowom. Pewnie wiesz, Szczurze, że możni miasta wolą spacerować w Porze Księżyca... czuliby się mniej bezpiecznie w tłumie, który panuje za dnia. Często lekkomyślnie chwalą się w swoim zacnym gronie, opowiadają o dobrach skrytych w pałacach za miastem.
Gryzoń pisnął ze zrozumieniem. Azam nie musiał kontynuować - stworzenie doskonale wiedziało, dlaczego mężczyzna gnije w lochach miejskiego więzienia. Węszyło jeszcze przez chwilę, obwąchując puste naczynie, po czym odwróciło się, a koniuszek jasnego ogona zniknął w ciemności.
Więzień znów został sam, ale wiedział, że następnego dnia jego niemy towarzysz na pewno się pojawi. To dodało mu trochę otuchy, gdyż miał wrażenie, że Szczur opacznie go zrozumiał. Pewnie pomyślał, że Azam dał się złapać w pałacu któregoś z możnych, przy próbie kradzieży butli z ifrytem. I faktycznie tak było! Rzeczywiście wiedział, że flasza, w której uwięziony jest dżinn znajduje się w tamtym pomieszczeniu z obszerną loggią, ale nie ujęto go przez nieuwagę! Nie raz bywał w podobnych domostwach, zawsze ze szczegółowym planem wyuczonym na pamięć. Nigdy nie został zauważony (za wyjątkiem tej jednej, nieszczęśliwej nocy) czym zasłużył sobie na imię \"Harmattan\", gdyż tam gdzie się pojawiał, unosiła się woń pustynnego wiatru.
- Wracając do butli z dżinnem - podjął Azam, wiedząc, że gdziekolwiek podział się Szczur, pewnie nadal go słyszy. - Wyłoniłem się z ciemności i znalazłem w komnacie. Wiedziałem, że flaszę ukryto za obrazem córki szejka. Spodziewałem się też zaklęć zabezpieczających... i wtedy ją zobaczyłem. Leżała na ogromnym łożu, za mgłą baldachimu. Nie wyglądała zwyczajnie, może dlatego zawahałem się i podszedłem. Nie przemówiło do mnie jej piękno, ale panujący dookoła smutek. Była nieszczęśliwa. Teraz pewnie mnie wyśmiejesz, Szczurze, ale odchyliłem muślinowe zasłony i...
Zamek szczęknął i drzwi rozwarły się na oścież z hukiem. Więzień uniósł się ciężko na łokciach. Odpełzłszy w najdalszy kąt cuchnącej celi, wpatrzył się z niepokojem w stojącego w progu rosłego strażnika. Był to ten sam krwawy zubb, którego zła sława docierała nawet na dachy Hadikat as-Sahra, gdzie straszono nim młodych rzezimieszków. Nie bez powodu, gdyż trudnił się torturowaniem schwytanych złoczyńców. Robił to tak skutecznie, że w przypadku oczyszczenia z zarzutów, nikt jeszcze nie zdołał wyjść z lochów o własnych siłach. Teraz, na jego parszywej gębie, więzień mógł dostrzec niezadowolenie.
- Będą kłopoty, Szczurze - Azam ostrzegł gryzonia, wciskając się w kąt.
- To ten, panie - burknął strażnik, odsuwając się nieco, by stojący za nim człowiek w czarnym stroju mógł zajrzeć do środka. - Ale ja bym go ni puszczał. Złapali go w pałacu szejka Mutazza. Omamił jego córę; jak straże przybiegły, krzyczała, by zabrał ją ze sobą, kiedy sposobił sie do ucieczki przez taras. Nie chciała go puścić, łkała, trzymała za brzeg peleryny. Mówie, panie, ostawcie go, gdzie tera siedzi. Czarownik jaki, weźcie Mudżahida z sąsiedniej celi, on sie lepij spisze...
- Dziękuję - przerwał nieznajomy spokojnie, ale stanowczo. - Interesuje nas tylko Harmattan. Nie potrzebujemy tępawych rębajłów, mamy ich w szeregach asasynów dostatek. - Strażnik prychnął, strzyknął śliną w bok i usunął się z przejścia. Mężczyzna wkroczył do celi. Obserwował chwilę chudego niczym szkielet więźnia, który wpatrywał się w przybysza. - Przybywam z propozycją od emira Ra\'eda. Czy chcesz jej wysłuchać, Azamie?
- Mów.
- Otrzymasz wolność w zamian za drobną przysługę. Jednakże, jeśli jej nie wypełnisz, czeka cię śmierć. Nie spoczniesz, póki nie uznasz, że zrobiłeś już wszystko, co w twojej mocy. Owa przysługa stanie się dla ciebie najważniejsza.
- Rozumiem, że ciężko będzie ujść z życiem w trakcie oddawania tej przysługi? - zapytał więzień, w którego oczach zagościła niespodziewana przytomność. Nieznajomy poruszył się niepewnie. - Wnioskuję, bo nie przydzielacie do tego zadania żadnego asasyna, a wygrzebujecie z lochów złoczyńcę. Rozumiem... a jeśli przeżyję, jakie będą moje korzyści?
- Otrzymasz wolność, głupcze.
- No dobrze, na początek to mi wystarczy.
- To nie wszystko, Harmattanie - Na twarz Azama znów wypłynął wyraz więziennej samotności i strachu. - Na czas wykonywania przysługi zostaniesz uwolniony i zaopatrzony w odpowiedni ekwipunek; przedmioty, jakich tylko sobie zażyczysz. Obowiązuje cię jednak jeden, bezwzględny zakaz: nie wolno ci zbliżać się do pałacu szejka Mutazza, a tym bardziej do jego córki Hanan. Za jego złamanie zostaniesz surowo ukarany. Na twoje inne niedoskonałości emir Ra\'ed postanowił przymknąć oko.
Azam skinął sennie głową, zbyt zmęczony, by przejmować się obecnością kogokolwiek. Być może nieznajomy asasyn zauważył, że wygłodzony i chory więzień nie jest w stanie dłużej rozmawiać, bo umilkł i rozpłynął się w śmierdzących ciemnościach celi. Szczur wdrapał się na klatkę piersiową Harmattana i dotykając twarzy wilgotnym nosem, chciał przekonać mężczyznę, że wszystko było tylko dobrym snem. Marzeniem, jakich wiele przetacza się przez umysły udręczonych więźniów.
***
Odetchnął świeżym, ciepłym powietrzem, a na twarz wypłynął mu mimowolny uśmiech. Znał ten zapach, nie zapomniał go nawet przez wszystkie dekady spędzone w cuchnących lochach. Była to woń nocy - stygnącego piachu, ulotnego harmattanu, nagrzanych budynków. Nic jej nie tłumiło, zdawała się kłębić w miejscu, w którym się znajdował. Zupełnie jakby leżał pod gołym niebem.
Nie chciał jeszcze otworzyć oczu, pragnął trwać w bezruchu do chwili, gdy pierwsze promienie słońca połaskoczą go w powieki. Jednak wiedział, że nie ocknął się sam. Wyczuwał czyjąś obecność w pomieszczeniu, zwiewną niczym skrzydła Isis, ale równie rzeczywistą jak miękkie szaty, które czuł na skórze. Nieznajomy znajdował się blisko, może nawet siedział tuż obok. Pachniał haszyszem i arakiem. Azam czuł na sobie twarde spojrzenie pełne bezwzględnej pogardy.
- Czy zakradanie się nocą do komnat złoczyńców to nowa specjalność emirów, panie?
- Cieszę się, że magia kapłana Misbaaha ci służy, przyjacielu - odwarknął Ra\'ed i poruszył się dziwacznie, spazmatycznie, jakby przez jego ciało przebiegł skurcz. - W innym wypadku twój język nie byłby aż tak cięty. Zdrowiejesz. Ale to dobrze, bo czas ucieka.
Harmattan rozchylił nieśpiesznie powieki. Aksamitny mrok wypełniał pomieszczenie, kładąc się na pięknych meblach, gładzonych ścianach i ogromnym, owalnym łożu stojącym na środku okrągłej komnaty. Wyżej, nad wezgłowiem, rozpościerało się kunsztownie zdobione sklepienie pokryte mozaiką: dżinny ognia i sile powietrza zastygły na niej w dzikim tańcu. Trudno było się w nich dopatrzyć dobrotliwych opiekunów Hadikat as-Sahra.
- Zatem czas na przysługę?
- Tak, czas. A raczej jego brak.
Azam oparł się na łokciach i ostrożnie, jakby robił to pierwszy raz w życiu, usiadł na posłaniu. Spojrzał spokojnie na niewyraźną sylwetkę Ra\'eda ciemniejącą po drugiej stronie łoża. Emir rozmyślnie tam usiadł - cień jednej z kolumn otaczających miejsce snu stanowił doskonałą kryjówkę przed wzrokiem złoczyńcy. Jednak intensywna woń haszyszu mówiła wszystko. Działo się coś niedobrego.
- Zatem mów, panie, co skłoniło cię do rozmowy ze złodziejem?
- Bądź pewny, że nie sympatia - natarł niespodziewanie Ra\'ed. Jego gniew zdawał się wzrastać z każdym wypowiedzianym słowem. - Gdyby nie sytuacja... wiedz, że dawno przebiłbym cię scimitarem! Twoja obecność w moich gościnnych komnatach jest dla mnie największym upokorzeniem. Nie waż się ich opuszczać bez mojego zezwolenia, nikt nie może cię zobaczyć w pałacu - zastrzegł szybko.
Azam milczał. Wolał nie prowokować odurzonego emira.
- Miałeś spać dłużej, aby w pełni odzyskać siły, ale los odebrał ci tę możliwość - podjął z niewytłumaczonym wzburzeniem Ra\'ed. Jego roztrzęsiony cień w niczym nie przypominał teraz dostojnego, opanowanego księcia uważanego za mądrego i sprawiedliwego władcę Hadikat as-Sahra. - Nad miastem zawisło wielkie niebezpieczeństwo, które szybko się rozwija, a my nie mamy pojęcia... nie wiemy... musisz rozwikłać tę zagadkę! Jak najszybciej! - Drżącą z wściekłości dłonią wydobył fiolkę zza pazuchy i rzucił na czerwone poduszki. Azam wpatrzył się w błyszczące w świetle księżyca szkło. - To od Misbaaha, mojego najlepszego kapłana. Bardzo potężna mikstura, wypijesz, gdy wyjdę. Wtedy odzyskasz siły. Przed świtem wydostaniesz się balkonem. Nikt nie może cię zauważyć! - szepnął gorączkowo.
- Postąpię, jak każesz, panie. Muszę jednak najpierw wiedzieć, co mam dla ciebie zrobić. - Harmattan ujął w dwa palce buteleczkę i przyjrzał się jej pod słabe, zimne światło. - Mam coś wykraść? Zgładzić po cichu twojego wroga? Zdobyć ifryta? - Uśmiechnął się kwaśno przy ostatnim pytaniu.
- Głupcze - prychnął emir i wstał gwałtownie. - Do takich zadań posłałbym wiernego asasyna. Ty idziesz tam, bo zginiesz... prędzej, czy później. - Ra\'ed rozpłynął się w mroku komnaty. Tylko jego mocny głos zdawał się pozostać w pomieszczeniu. - Udasz się do czcigodnej Lamiji, ślepej Tłumaczki Księgi. Ona, jeśli uzna za stosowne, powie ci więcej.
Azam milczał przez dłuższą chwilę, póki nie zrozumiał, że emir opuścił komnatę. Wpatrzył się w zadumie w niewielką fiolkę pełną bezbarwnego płynu i szybkim ruchem wyciągnął korek. Ze szklanej szyjki uniosła się ulotna mgiełka, która niczym chłodny pył osiadła złodziejowi na palcach, roznosząc rozkoszną, delikatną woń.
Dziwna to była noc, pełna niespodzianek i tajemnic. Oto nieugięty Ra\'ed, pogromca złoczyńców, prosi Azama o przysługę, która zdaje się być sekretem, wielką zagadką. Śmiertelną enigmą, do której wskazówki może zdradzić stara kobieta, opiekunka i Powierniczka Księgi Przyszłych Słów.
Płyn z flaszki miał słodki smak miodu...
***
Słońce jeszcze nie zdążyło wznieść się ponad złote połacie pustyni, gdy strażnik Szihab przysnął skulony na zydlu. Zdarzało się to często, zwłaszcza ostatnio, odkąd młodemu wojownikowi udało się wymknąć spod skrzydeł mentora i poznać prawdziwy smak życia asasyna. Wieczorne biesiady zakrapiane arakiem i potajemne spotkania z Badriją dawały się we znaki nie tylko początkującemu strażnikowi, ale i starszym żołnierzom. Wieczny spokój Hadikat as-Sahra prowokował wiele okazji do świętowania.
Tsyt, tsyt, tsyt...
Szihab nie narzekał na zmęczenie, tym bardziej, że szalone wieczory przywoływały niezwykłe sny. Młodzieniec znajdował w nich tajemniczą rozkosz, radość, baśniowy, nocny świat. Śnił o pełni księżyca, gdyż na jawie była dla niego zakazana. Nieuchwytna, należąca do pana Ra\'eda, który nie miał w zwyczaju dzielić się swoimi nałożnicami z byle jakim asasynem...
Słychać piachu zgrzyt!
Poderwał głowę, mając wrażenie, że słyszy ciche stąpanie rozlegające się w dziwnym rytmie - jakby dziecięcej rymowanki. Rozejrzał się uważnie, lecz szary świt był niezmącony i spokojny. Ogrody wokół pałacu emira trwały w ciszy i aksamitnym śnie.
Młody asasyn rozsiadł się wygodniej na zydlu, rad, że zaraz powróci do ukochanej krainy sennych marzeń. Mógłby sprawdzić, czy aby na pewno w cieniu palm ktoś się nie czai, gdyż zdawało mu się przez moment, że wyczuł woń starczego ciała i zgnilizny, ale stwierdził, że nie warto. Nawet, jeśli w pobliżu znajdował się starzec, czy starucha, to co złego udałoby im się zdziałać w pałacowym ogrodzie?
Szihab odetchnął pełną piersią, uśmiechając się mimowolnie. Delikatna woń pustynnego wiatru i chrzęst piasku ukołysały go do snu...
***
Wejście do kompleksu świątynnych budynków było ciemne, niemal odpychające. Przypominało więzienne wrota, które dla każdego otwierają się tylko raz. Sprawiało wrażenie zaklętej bariery strzegącej sezamu, lub kłębowiska mrocznych tajemnic; zdawało się, że istnieje za nim inny, złowrogi świat Drugiej Pustyni.
Azam zawahał się. Otwarcie tych smolistych drzwi znaczyło przypieczętowanie umowy z Ra\'edem. Mógł uciec - ukraść wierzchowca oraz trochę jadła i zniknąć w falującym morzu pustynnego piachu. Mógł także wkraść się do budynku niepostrzeżenie, podsłuchać kilka rozmów, dowiedzieć się jak bardzo ryzykuje, wykonując zadanie od emira i dopiero wtedy zdecydować.
A jednak pchnął czarne skrzydło wrót i znalazł się na ciemnym dziedzińcu.
Drgający płomyk wynurzył się z cienia kolumnady. Oświetlał twarz i dłoń urodziwej dziewczyny o dużych, przejmująco smutnych oczach naznaczonych piętnem tajemnej wiedzy, bądź jakiegoś niewygodnego sekretu. Harmattan rozpoznał ją od razu, mimo odpychającej miny, jaką go przywitała.
Jest źle, pomyślał z niechęcią.
- Witaj, Młodsza Tłumaczko, urocza Dżamilo.
- Witaj, złodzieju. - Dziewczyna skinęła nieznacznie głową, darując sobie uprzejmości. Skrzywiła się, jakby drobne pochlebstwo było jej uszom niemiłe. - Chodź za mną. Czcigodna pani Lamija oczekuje cię w bibliotece.
Azam poprawił biały zawój osłaniający twarz i ruszył za chwiejnym płomykiem lampy. Mijał czarne kolumny, których gęste cienie podobne były do przepaści przecinających mozaikową posadzkę.
Tsyt... tsyt... tsyt...
Stąpał najciszej jak potrafił, by nie zbudzić śpiących wokół demonów przyciągniętych przez świętość miejsca i ofiary. Jego splamiona dusza stanowiłaby łatwy cel dla istot nadprzyrodzonych, szczególnie dla mumiai. Co kilka kroków miał wrażenie, że ponure kształty przemykają pośród cieni, a plamy mroku zatrzymują się pomiędzy kolumnami, jakby go obserwowały. Ale dostrzegał to jedynie kątem oka, bo zwidy czmychały, gdy próbował im się przyjrzeć. To musiała być ułuda - demony zawsze spały o świcie.
Tsyt!
Przyjazny płomyk uspokoił się i dopiero wtedy złodziej poczuł ciężki zapach kurzu.
- Jesteśmy, panie. - Dżamila posłała Azamowi łzawe, bezradne spojrzenie, wręczając mu lampę oliwną.
- Coś cię nęka? - zapytał bez zastanowienia, rad że skrywa twarz za zawojem. Coś niepokojącego kryło się w oczach dziewczyny.
- Prawda mnie nęka - odrzekła cicho i odeszła szybkim krokiem.
Złodziej patrzył jeszcze chwilę za nią, póki nie znikła między kolumnami. Wyglądało na to, że sprawy miały się gorzej, niż przypuszczał. W Hadikat as-Sahra działo się coś złego, co musiało zostać tajemnicą. Ra\'ed, wyciągając Harmattana z lochów, jednocześnie uczynił go strażnikiem sekretu.
Harmattan ruszył przed siebie, oświetlając sobie drogę płomykiem. Mężczyznę otaczał labirynt zapomnianej wiedzy, woluminów mądrzejszych od niejednego mędrca. Gdzieś pośród regałów z księgami, znajdowała się kobieta znająca choć część odpowiedzi na kłębiące się w umyśle Azama pytania. Stara, światła Tłumaczka powinna wreszcie wyjaśnić, co się dzieje, dlaczego jest trzymane w sekrecie, dlaczego właśnie złodziej musi się zmierzyć z rozwiązaniem dziwnej zagadki...
Ciche, niewyraźne poszeptywanie dobiegało zza półki ze zwojami. Brzmiało jak bezmyślnie powtarzana modlitwa. Harmattan ruszył w kierunku źródła dźwięku najciszej jak potrafił.
- ... usłyszy... w mroku... czarne słowa... stój!
Azam zatrzymał się, o mało nie wypuszczając z rąk lampy. Wpatrzył się z niepewnością w szarą, garbatą staruchę siedzącą pokracznie na zydlu przy stole. Białe, rzadkie włosy opadały na pomarszczoną twarz, sękate palce nieporadnie zaciskały się na zatrzaśniętej książce. Zbrązowiałe, zrośnięte powieki drgały gwałtownie, jakby kobieta odczuwała jakieś niewyjaśnione poruszenie. Zaśliniony podbródek nieustannie trząsł się w niemym monologu.
- Jestem Azam, czcigodna. Przysyła mnie emir Ra\'ed.
- Tak, tak. Wiemy.
- Poinformował mnie, że odpowiesz na moje pytania.
- Ibtihadż, Gijes, a tejże nocy Adil. Przez smutek, przez bierność, przez fałszywy osąd.
Złodziej uniósł brwi. Nie będzie prosto, skonstatował.
- Czcigodna, co...
- Nie! Nie! - przerwała, machnąwszy niecierpliwie ręką. - Patrz w Drugą Pustynię. W tamtym świecie dzieje się to, czego nie zdołasz pokonać. Oni nadal są, ale już nie strzeże ich cień. Dotknęli pustki. Teraz zrozumieć ich mogą tylko demony.
- Chcesz powiedzieć, że...
- Tak, że nie pojmiesz, co będą chcieli ci przekazać.
- W takim razie, jak...
- Szukaj, a może znajdziesz to, co przeoczyliśmy. A można przeoczyć tylko człowieka.
- Tego, który stoi za... tym wszystkim?
- Jesteś głupcem. Większym, niż twierdził Ra\'ed. - Starucha splunęła siarczyście na posadzkę. Na zsiniałe, ciemne usta wypełzł szalony uśmieszek. - Szukaj człowieka, który zapłakał, nie zlitował się, wydał nieuczciwy wyrok. Szukaj i tego, który skłamie, będzie głupcem i nie okaże łaski, a nigdy nie przyjdziesz z pomocą Hadikat as-Sahra.
- Co zatem...
- Słuchaj! - zaskrzeczała Lamija, uderzając dłonią w stół. - Słuchaj, głupcze! Dżamila!
Azam cofnął się, widząc jak ślepa Tłumaczka dyszy ciężko, zmęczona rozmową. Chwilę później usłyszał szybkie kroki i poczuł dłoń na ramieniu. Spojrzał ostatni raz na starą, szaloną kobietę i rzekł ponuro:
- Żegnaj, czcigodna.
Odwrócił się, by dostrzec w brudnożółtym świetle ogarka naglące, twarde spojrzenie dziewczyny. Bez słowa wskazała mu ręką wyjście na ciemny, straszny dziedziniec pełen cieni i śpiących mar. Słońce nadal ociągało się ze wschodem, szare niebo do złudzenia przypominało te nieliczne, niemal legendarne dni, kiedy na Hadikat as-Sahra spadał deszcz. Tym razem Azam nie pozwolił Młodszej Tłumaczce uciec przed rozmową - zrównał się z nią po wyjściu z biblioteki, by ramię w ramię kluczyć między kolumnami.
- Pomóż mi, Dżamilo - szepnął.
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. W brunatnym półmroku jej piękna, smutna twarz przypominała oblicze dzikiej dżinniji. Surowej, ale dobrej.
- Tacy jak ty nie powinni oglądać świata spoza lochów.
- Twoja pani miała mi wszystko wyjaśnić. Bez wiedzy nie wykonam zadania dla emira Ra\'eda. Od tego zależy moja głowa...
- Od tego zależy i moja! - przerwała gniewnie, patrząc z ukosa na złodzieja. Przyśpieszyła kroku, płomyk świecy przygasł. - A możliwe, że i głowy wszystkich mieszkańców miasta. W więzieniu trudno o pogłoski, dobry panie?
- Owszem, muszę przyznać, że czułem się tam odrobinę samotny...
- Nie kpij, złodzieju. - Dżamila przystanęła gwałtownie przed wysokimi wrotami. Oddychała ciężko, jakby mocując się wewnętrznie z jakąś nieodpartą, rozpaczliwą pokusą. - W ostatnich dniach doszło do... strasznych zdarzeń, których nikt nie potrafi wyjaśnić. Nawet kapłani milczą niczym zaklęci - zaczęła wyrzucać z siebie słowa, jakby pozbywała się z ust jadu. - Ibtihadż, Gijes i Adil. To są imiona ludzi, którzy popadli w obłęd i przebywają w świątyni. Nie dowiesz się od nich niczego, wciąż bredzą...
- Ale co się wydarzyło?
- Ich opiekuńcze demony zostały... unicestwione - zająknęła się, świadoma wagi wypowiedzianych słów. Patrzyła chwilę w zdziwione oczy Azama. Po jej policzku spłynęła łza. - Już rozumiesz? Nie chodzi o zwykłe morderstwa, tym emir nie martwiłby się aż tak bardzo. Zginęły już dwa dżinny i sila... musisz się śpieszyć. Bacz na imiona. Słuchaj dzieci i szaleńców, bo inaczej nie dostrzeżesz Prawdy. Nie trać czasu, idź!
Złapała go za łokieć i wypchnęła za bramę. Wrota zatrzasnęły się z głuchym jękiem. Z oddali dobiegały ciche trzaski i pobrzękiwanie z kramu garncarskiego za zakrętem uliczki.
Harmattan zaklął w duchu i wpatrzył się w ziemię. Piach zaczynał skrzyć się w pierwszych, nieśmiałych promieniach. Widniały na nim świeże ślady, które Azam zostawił w drodze do świątyni - ledwo widoczne i płytkie, typowe dla lekkiego, złodziejskiego kroku. Było też sporo głębokich, chaotycznych odcisków - asasyni. Nieśli kogoś, na dodatek z niemałym trudem. Najpewniej wczesną nocą.
Złodziej nie musiał długo zastanawiać się nad tym, co działo się w Porze Księżyca na uliczce wijącej się między świątynnymi budynkami. Przed chwilą uzyskał odpowiedź. Zginął kolejny opiekun, do uzdrowicieli niesiono oszalałego mężczyznę. Wpatrując się w ślady na piachu, widział oczyma wyobraźni, jak w mroku grupa wojowników prowadzi wijącego się, łkającego Adila. Jak dowódca chwyta go za kark i zmusza do spokojnego marszu, nie szczędzi kopniaków i razów. Jak obłąkany szarpie się uparcie, aż trafia w ręce kapłanów i spojony miksturą, staje się bezwładny, jak kukła.
Trzeci dżinn, trzeci szaleniec...
Azam wpatrzył się w piach i szybkim krokiem podążył śladami asasynów. Biała galabija zafalowała od ciepłego podmuchu; powoli zaczynało robić się gorąco. Harmattan miał jedynie nadzieję, że będzie mógł przerwać kwerendę na czas Pory Słońca i wznowić ją z nastaniem zmroku. W ciągu dnia nie tylko zbyt wielu wrogów kręciło się po zatłoczonych uliczkach Hadikat as-Sahra, ale także i zbyt wielu przyjaciół gotowych zaoferować swą pomoc.
Frija