Bliźniacze węże
Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopodobnie niewidoczna gołym okiem zadra we wsuwającej się w podłogę płytce zahaczyła o coś. Dźwięk niemal tak cichy jak ruch powietrza. Mimo to nie uszedł wyczulonym do granic możliwości uszom elfa. W takich przypadkach błyskawiczny refleks był niezaprzeczalną zaletą. Zanim zdążył przekląć odruchowo rzucił tylko \"STAĆ!\". Cztery postacie stanęły natychmiast w całkowitym bezruchu wstrzymując oddech. W sprawach słuchu byli całkowicie posłuszni zmysłom tego przewodnika. Długouchy wykrztusił nerwowo - Niech nikt się NIE RUSZA! - i dodał pominięte wcześniej słowo - \"kurwa...\".
- C-co się sta-ło? - chropowaty głos opuścił usta otulonego zielonym płaszczem olbrzyma stojącego pod ścianą.
- Nie ruszajcie się! Muszę sprawdzić... zdawało mi się, że coś usłyszałem - elf nerwowo grzebał w kieszeniach idealnie wyprasowanego garnituru wyglądającego jakby dopiero co opuścił wieszak wystawy sklepowej.
Wychudzony karzeł o spiczastym nosie patrzył na niego z pogardą, ale nie odważył się ruszyć z miejsca. Wiedział doskonale, że złodziejowi można zaufać... przynajmniej w tych sprawach. Za to mu płacili. A płacili niemało.
- A co usłyszałeś? - zapytała szeptem stojąca najdalej czarnowłosa dziewczyna nie odwracając się. - Pułapka? Kroki? Ja nic nie słyszę...
- Ciii! - olbrzym przyłożył palec wskazujący do ust. I sylabizując dodał powoli: \"Daj mu chwi-lę Dezs\". Nie lubiła kiedy przekręcał tak jej imię, ale nie zwracała mu uwagi za każdym razem, gdy to robił. Golemy nie grzeszyły inteligencją. Nie musiały, bo nadrabiały kondycją fizyczną. Od myślenia byli inni, te prawie całkowicie sztuczne twory przydawały się za to, gdy robiło się gorąco. Niezastąpione podczas negocjacji. Nic nie dodawało więcej powagi niż dwu-i-pół metrowy kolos stojący za dyplomatą, nawet jeśli liczył żarówki na żyrandolu. Gabaryty wywoływały szacunek samym faktem istnienia.
Kobieta przeczesała dłonią sięgające do pasa włosy i wzruszyła ramionami nie kończąc przerwanego zdania. Elf wyciągnął wreszcie z kieszeni prostokątną kostkę i zaczął nerwowo stukać w nią obracając się szybko wokół własnej osi. Karzeł patrzył na to z wyraźną dezaprobatą i widać było, że naprawdę zmuszał się aby nie powiedzieć czegoś nieprzyjemnego.
- Przecież już sprawdzałeś to pomieszczenie, o Elaro Wielki, mistrzu złodziei. I zarzekałeś się, że NIC tutaj nie ma - Dessana była lekko zaniepokojona zachowaniem głównego \"wytrychu drużyny\" jak go czasem nazywali, gdy znajdowali się poza zasięgiem jego spiczastych uszu.
- Wiem, ale jestem całkowicie pewien, że przed chwilą coś usłyszałem...
Metaliczne brzęczenie przerwało dialog. Nie było głośne, ale wystarczająco wyraźne aby wszyscy go usłyszeli. Po raz pierwszy głos zabrał opierający się luźno o ścianę mężczyzna w podartej, skórzanej kurtce. Potargane, fiołkowe włosy zakrywały pokryte bliznami czoło, ale nawet przez nie widać było gęstą sieć tatuaży zdobiących całą twarz
- Jest źle, prawda?
Elaro zignorował pytanie, ale najwyraźniej trafił na trop, bo przestał kręcić się wokół własnej osi i teraz jedynie stukał w migający przeróżnymi odcieniami zieleni i błękitu ekranik trzymanego prostokątu. Po chwili dodał patrząc tępo na malutki monitor przenośnego wykrywacza, mniej nerwowo ale z dziwnym odcieniem w głosie: - Dobra - Zars, Meko i
człowiek z żelaza mogą się ruszyć. Dessana, poczekaj jeszcze chwilę.\"
Karzeł przewrócił oczami tak mocno, że przez chwilę nie było widać jego źrenic, po czym parsknął pogardliwie. Olbrzym ruszył powoli w stronę stojącej nadal w bezruchu i odwróconej do nich plecami Dessany. Brzęczenie nadal było słyszalne. Zdążył zrobić krok gdy ostry głos elfa rozciął powietrze.
- STÓJ! Wracaj tutaj tępaku!
Olbrzymi humanoid zatrzymał się w pół kroku i odwrócił w stronę elfa z wyrazem twarzy mającym wyrażać bodajże zdziwienie. Spiczasty nos Zarsa wydawał się jeszcze ostrzejszy niż zwykle, a prawa brew wygięła się lekko w łuk zdradzając zdumienie. Dłoń znalazła się na pasie, z którego zwisał luźno pistolet, kalibru wystarczającego na zrobienie więcej niż
zwykłej dziury w elfiej głowie. Oczy nie kłamią, a w wąskich szczelinach, które przecinały teraz twarz karła, nie było widać nic przyjemnego.
- Lepiej, żebyś miał na to jakieś dobre wytłumaczenie, o wielki... - ociekające kpiną zdanie zawisło w powietrzu bez odpowiedzi.
Elaro wydawał się zdenerwowany, a nie zdarzało się to często. Przecież to doświadczony włamywacz. Coś było naprawdę nie tak.
- Dessana! Stój tam i nie ruszaj się! Reszta do mnie.
Dłonie elfa dygotały lekko. Gdy trzech towarzyszy podeszło już do niego spojrzał na nich przygryzając lekko dolną wargę. Schylił się nieco w ich kierunku i konspiracyjnym szeptem zaczął nerwowo tłumaczyć, wypluwając słowa w szybkim słowotoku.
- Kiedy skanowałem to pomieszczenie pierwszy raz było czyste. ALE, wiecie, teraz do niektórych zabezpieczeń używają tych nowych materiałów z powłokami i...
Mężczyzna z tatuażami przerwał potok słów stanowczym syknięciem.
- Do rzeczy - w jego głosie słychać było lekko metaliczne echo, efekt modyfikacji. Wszystko ma swoją cenę.
Elf przygryzł dolną wargę, wyraźnie nie chciał mówić tego, co miał na myśli. Karzeł odchylił teatralnie połę płaszcza i pogłaskał delikatnie, ale znacząco broń przytwierdzoną do pasa. Prezentowany kaliber był wystarczającą motywacją do dalszych zwierzeń. Elaro kontynuował.
- Wiecie jakie pułapki kryją się pod kodem SiDA, prawda?
Olbrzym w zielonym płaszczu przyjął zatroskany wyraz twarzy i z całkowitą pewnością pokiwał przecząco głową, ale nie był on właściwym adresatem pytania. Oczy włamywacza spoczywały na pokrytej tatuażami twarzy mężczyzny, którego nazwał wcześniej \"człowiekiem z żelaza\". A adresat zdawał sobie z tego sprawę.
- Gdzie ona jest?
Zars nie mówiąc nic przeskakiwał szybko oczami z jednej twarzy na drugą. Elf spuścił głowę unikając spojrzenia.
- Mówcie głośniej panowie też chcę słyszeć! Długo jeszcze mam tak stać? - zignorowali nagłe pytanie.
Elf nie powiedział nic, ale reszta chyba zrozumiała. A przynajmniej jeden z nich. Kącik ust poszukiwacza drgnął lekko, metaliczne brzmienie głosu zrobiło się wyraźniejsze.
- Jaka pewność?
- Stu procentowa.
- Obszarowa czy punktowa?
- Obszarowa...
- Dotyk czy czas?
- Dotyk, ale z podłączeniem czasowym...
Ostatnie pytanie mężczyzna w skórzanej kurtce wypowiedział nieco ciszej, jakby znał odpowiedź. I obawiał się jej.
- Pusta?
Elf nie odpowiedział, ale lekko pokręcił przecząco głową nadal nie podnosząc wzroku. Zapadła cisza... ta cisza która pojawia się w oczekiwaniu na coś naprawdę złego. Albo gdy to coś już się stało. I teraz trzeba przekazać złą wiadomość...
- Moglibyście się pospieszyć? Nogi mi drętwieją! - po tonie głosu można było poznać, że dziewczyna żartuje lekko. Błoga nieświadomość sytuacji bywa czasem prawdziwym błogosławieństwem.
Brzęczenie nasilało się. Teraz było już wyraźnie słyszalne.
- Chcesz powiedzieć elfie - słowo elfie wypowiedziane było z prawdziwą nienawiścią - że przegapiłeś sida?? I że stoi na nim ta lalunia!? Pal licho tę dziwkę, ale spaprałeś sprawę za, którą ci suto płacimy. Nie muszę chyba mówić jak chętnie wolałbym widzieć tam ciebie wychudzony...
Mężczyzna przerwał ciąg gróźb wylewających się z sykiem z ust karła odpychając go na bok, krasnal zatoczył się, ale zdążył złapać równowagę w ostatniej chwili. Chociaż oczy strzeliły iskrami, nie ważył się tknąć broni. Wiedział dobrze, że to byłby ostatni ruch, na jaki by się zdobył. Ta wiedza dawała motywację, która powstrzymywała nawet niepohamowaną rządzę obrażania elfiego towarzysza podróży, choć była to jedna z ulubionych rozrywek Zarsa. Drugą byłoby zapewne, choć tego nigdy nie zdradził na głos, pobicie spiczastouchego do nieprzytomności.
- Ile mamy czasu? - pytanie spadło na elfa jak ostry miecz.
Długouchy poprawił nerwowo garnitur i wyjąkał
- Nie... nie... wiem.
- Więc lepiej skup się i odpowiedz.
Źrenice mężczyzny rozchyliły się gwałtownie przybierając jaskrawo fioletowy kolor podobny do jego włosów. Cena władzy nad sobą jest czasem znaczna. A fioletowy błysk źrenic nie był dla rozmówcy dobrym znakiem. Oznaczało to, że któraś z licznych modyfikacji właśnie zaczyna działać. Elf cofnął się szybko i wybełkotał jąkając się nadal.
- Na... Na pewno więcej niż pięć minut.
- Więc jeśli teraz zaczniecie biec zdążycie do windy, tak?
- Ehhhh, tak... to by się zgadzało.
- Więc lepiej zacznijcie biec.
Popchnął elfa w kierunku drzwi, błyskawicznie odwrócił się do Zarsa i Meko i rzucił ostro przez zęby: \"Winda, biegiem, teraz.\"
Byli przyzwyczajeni do rozkazów. W końcu to on myślał w tej ekipie. Przed opuszczeniem pomieszczenia mężczyzna rzucił głośniej w kierunku odwróconej nadal kobiety.
- Poczekaj jeszcze chwilę, Dess.
- Taaa... - odpowiedziała lekceważąco, nadal nie była świadoma, co dzieje się dookoła.
Zanim opuścili pomieszczenie usłyszeli jeszcze kolejne pytanie: \"Co tak brzęczy?\".
Dobiegli do drzwi prowadzących następnie ciągiem krętych korytarzy do windy. Zdyszany Zars próbował złapać oddech, ale przywołał na twarz kwaśny uśmiech i klepiąc lekko ramię mężczyzny wycedził: \"Zdążymy...\". Karzeł dyszał ciężko, nie był przyzwyczajony do biegu. Zwłaszcza szybkiego. Meko trzymał się znacznie lepiej, ale wysiłek fizyczny dla prawie całkowicie sztucznego ciała wzmocnionego dodatkowo wszczepami i przeróżnymi modyfikacjami nie był czymś szczególnym. Elf nie wydawał się
wcale zmęczony, chociaż nadal miał spuszczoną głowę i lekką pustkę w oczach. Mężczyzna otworzył drzwi i gestem nakazał wejść reszcie drużyny.
- Stąd pamiętacie pewnie drogę. Nie da się zgubić.
Gdy weszli już wszyscy, mężczyzna nadal trzymał drzwi. Elf zatrzymał się i odwrócił.
- Zaczekaj, dlaczego wcześniej mówiłeś „zdążycie”?
Zars i olbrzym zatrzymali się słysząc głos długouchego. Również odwrócili się. Wytatuowany stał w drzwiach i patrzył na nich, albo w pusty korytarz za nimi. Nadal stał w wejściu. Nie wiadomo kto zrozumiał pierwszy, ale odezwał się Zars.
- O nie! NIE! Nawet o tym nie myśl!
Wytatuowana twarz wykrzywiła się lekko w grymasie mającym przypominać uśmiech.
- Nie wiem o czym mówisz.
Krasnolud ciągnął dalej: \"Zwariowałeś do reszty? Postradałeś rozum?\"
Mężczyzna uśmiechnął się znowu. Lekko.
- Może.
Karzeł nie przebierał w słowach, w tym był dobry.
- Będziesz zgrywał pierdolonego bohatera?! Otrząśnij się z tej głupoty człowieku, kiedy będziemy w Sermovile możesz mieć takich jak ona na pęczki... A gdzie znajdziemy takiego jak ty, co? Pomyślałeś o tym? Czy ciebie już doszczętnie popierdoliło?! - chudy krasnolud dyszał ciężko, patrząc na mężczyznę nienawistnym wzrokiem.
- Może - spokój z jakim udzielono odpowiedzi na wszystkie pytania mógł oznaczać tylko jedno i choć Zars nie był mistrzem dyplomacji, nawet on wiedział, że już nie wpłynie na zdanie rozmówcy.
- Jesteś... jesteś... kurwa... brak mi słów... - krasnolud zwiesił z całkowitym zrezygnowaniem ramiona i westchnął głośno. Elf pojął dawno o co chodzi, wiadomość nie dotarła jeszcze do Meko.
- Ja... przepraszam... zawaliłem... - Elaro był bardzo przybity.
Mężczyzna zaprzeczył kiwnięciem głowy
- To nie twoja wina, nie mogłeś wiedzieć. Poza tym wiedzieliśmy doskonale, w co się pakujemy, zanim tu weszliśmy, prawda? No i teraz to i tak nic nie zmieni. Idźcie już. Zdążycie na pewno.
Zars rzucił wytatuowanej twarzy ostatnie spojrzenie i kiwnął lekko głową - miało to oznaczać: \"W takim razie żegnaj\". Męskie pożegnania nie trwają długo i zawierają mało słów. Bez łez, bez wzruszeń, wystarczy drobny gest. Zresztą i tak nie było czasu na pożegnania. Każda sekunda była cenna.
Trójka odwróciła się powoli i zaczęła, ociągając się, iść. Nie odwrócili się już. Lekkie napięcie było jednak nadal wyraźnie wyczuwalne w powietrzu...
- Hej! Meko! - olbrzym odwrócił się powoli słysząc swoje imię - Łap!- Żółty kwadracik wielkości paczki chusteczek przeleciał parę metrów i wylądował w ogromnej dłoni golema. - Podwójna stawka dla ciebie, resztą podziel się grzecznie z kolegami.
Niemal płaska twarz stwora wykrzywiła się w groteskowej parodii uśmiechu, wydukał powoli sylabizując \"Dzię-ki, sze-fie\". Mężczyzna uśmiechnął się i puścił oko do pół-maszyny. - Idź już.
Olbrzym pomachał wielką ręką, jak małe dziecko odprowadzające rodzica na pociąg, po czym odwrócił się i zaczął powoli iść za znajdującą się już na horyzoncie dwójką. Golemy były bardzo naiwne, bo postrzegały świat oczami dziecka właśnie. Potrafiły się cieszyć wszystkim. Wszystko było dla nich zabawą, wszystko było interesujące i kolorowe. I nie rozumiały słowa \"żegnaj\". Pożegnania zawsze były dla nich chwilowe. To czasem dawało im znaczną przewagę nad zwykłymi istotami. One po prostu nie rozumiały. Mężczyzna odwrócił się i uśmiechnął do siebie. Nie był to uśmiech radości, tylko jeden z tych którymi obdarza się myśli. Te przyjemne. Źrenice rozjarzyły się fioletowym światłem i rozszerzyły zajmując teraz całą powierzchnię tęczówki. Napiął wszystkie mięśnie i ruszył biegiem. Najszybciej jak potrafił. Miał mniej więcej 3 minuty. Na pożegnanie się. Na słowa. Na słowa, których nigdy nie wypowiedział. I których już nigdy nie wypowie, jeśli nie zrobi tego teraz. Droga powrotna zajęła nie więcej niż dwadzieścia sekund. Miał włączony pomiar czasu, a szybkość nie była żadnym problemem. Zasługa implantów i nowego systemu wstrzykiwania adrenaliny. Czasem zastanawiał się, ile jeszcze człowieka w nim zostało, ale obecny moment nie był odpowiedni na takie rozmyślania. Czas uciekał szybciej niż powinien. Z każdą cyferką zmieniającą się na wyświetlaczu. Zobaczył drzwi prowadzące do hali, zwolnił tempo i wszedł w nie...
Dessana stała w tym samym miejscu co ostatnio, ale była teraz odwrócona twarzą do drzwi, tak że zobaczyła go od razu. Płakała. Jej ramiona trzęsły się lekko. Brzęczenie było teraz całkowicie wyraźne. Chyba pojęła już, co się stało. I czego może się spodziewać. Kiedy zobaczyła mężczyznę otarła wierzchem dłoni mokre policzki i spojrzała na niego
dziwnie, ale w oczach błysnęła jej jakby iskierka nadziei. Zatrzymał się. [2.50 minut] Stali w milczeniu, patrząc na siebie. Dessana zabrała głos pierwsza, powstrzymując na chwilę łkanie
- Więc co to jest?
Uśmiechnął się lekko.
- Sida - i po chwili dodał: - Pusta, obszarowa z podłączeniem czasowym. A przynajmniej tak twierdził nasz wytrych.
Spuściła wzrok... nie potrafiła rozróżnić tych nowoczesnych zabawek w praktyce, ale wiedziała co w żargonie wojskowym oznacza skrót \"SiDA\". Zwłaszcza „pusta”...
- Czyli to koniec, tak? - przeniosła wzrok na towarzysza, błagając spojrzeniem, aby powiedział: \"Nie. Przyszedłem ci pomóc\". Nie powiedział nic, nadal patrzył. [2.30 minut]
- Więc po co tutaj przyszedłeś? Żeby się naśmiewać ze mnie, tak jak ta świnia Zars? Żeby ostatni raz pogapić się na mój tyłeczek?
Zrobił krok do przodu.
- Nie bądź głupia. Przecież wiesz, po co przyszedłem.
Zawahała się.
- Nie rozumiem.
„Przyszedłem do ciebie” - tego nie powiedział na głos. Może zabrakło odwagi... Może czegoś innego... zdanie nie opuściło myśli. Ale chyba sama zrozumiała. Zrobił kolejny krok. [2.20 minut] Chyba zrozumiała. Wyciągnęła broń z kabury na udzie i wycelowała w podchodzącego coraz bliżej mężczyznę.
- Stój! Zwariowałeś do reszty!
Nie zatrzymał się. Wiedziała, że zdąży do wyjścia bez różnicy, ile pozostało czasu. Widziała na własne oczy, co umiał zrobić, do czego był zdolny. Odległość nie była ograniczeniem dla takich jak on. Wiedziała to, ale nie rozumiała, co ten fioletowowłosy dureń w tej chwili robi. Nie mogła zrozumieć po co tutaj przyszedł. Chyba, że...
- Stój! Ostrzegam cię. Uciekaj stąd! Nie żartuję! - faktycznie nie żartowała, ale nie zatrzymał się. Nacisnęła spust, kula ze świstem przeleciała przez salę trafiając w policzek i zostawiając podłużny, krwawy ślad na skórze. Nie odchylił się... Nawet nie próbował, a mógł... Pęd pocisku odrzucił jego głowę w bok, ale on nadal nie zatrzymał się.
- Stój! Idioto!
Był coraz bliżej. Krew ze zranionej twarzy skapywała na podartą kurtkę.
- Mówię STÓJ!!! - krzyknęła i wystrzeliła ponownie. Z ramienia wytatuowanego mężczyzny trysnęła krew, odrzucając bark mocno do tyłu.
Zachwiał się nieznacznie. Gdyby nie podskórna warstwa ochronna prawdopodobnie wyrwałoby całe ramię z barku. Był odporny, ale czuł. Przecież czuł ból! Więc dlaczego nadal szedł? Dlaczego był tak głupi i uparty? Tego nie mogła zrozumieć. Krew skapywała powoli z dłoni na podłogę zostawiając za nim krwawą ścieżkę. Łzy - chłodne i słone, zaczęły spływać po policzkach Dessany. Nie mogła ich powstrzymać. Nie wiedziała dlaczego. Był coraz bliżej. Nie chciała przecież go krzywdzić. Nie chciała zadawać mu bólu. Chciała tylko... żeby sobie poszedł... żeby zostawił ją samą. Ale on nadal szedł, z ramieniem zwisającym bezwładnie przy boku i nadal uśmiechał się do niej. Zrobił kolejny krok. Przygryzła wargę do krwi i wystrzeliła po raz trzeci. Mężczyzna upadł na kolana, plama szkarłatnej krwi zaczęła szybko rozlewać się po podłodze. Podparł się i z trudem, powstrzymując uczucie palącego bólu podniósł się. Ledwo stał, lewe udo krwawiło obficie. Ale nie zatrzymał się, szedł, utykając i nadal patrząc na nią i uśmiechając się lekko. [0.40 minut] Łzy pociekły po bladej już twarzy dziewczyny. Zaczęły skapywać po podbródku. Puszczony pistolet upadł na podłogę z metalicznym huknięciem. Jeszcze kilka kroków. Jeszcze kilka sekund. [0.30 minut] Doszedł. Stał naprzeciw niej. I patrzył teraz w jej oczy. Głęboko, przenikliwie. Jego tęczówki były zielone. Zdała sobie sprawę, że są... piękne, takie zielone - jak trawa. Przypomniała sobie, że nigdy nie widziała przecież prawdziwej trawy. Ale gdyby miała powiedzieć jaki kolor ma, to wybrałaby właśnie ten. Nie widziała też nigdy jego oczu. Tych prawdziwych. Zawsze miały ten obrzydliwie fioletowy połysk, który pojawiał się gdy korzystał z implantów.
- Dlaczego? Dlaczego to zrobiłeś? Jesteś idiotą, skończonym, pieprzonym idiotą! - krzyczała na niego, a łzy nadal spływały po jej twarzy.
Zniżył głos... nie słychać już było w nim metalicznego echa [0.20 minut]
- Wiesz... kiedyś myślałem, że się pomyliłem, myślałem że tylko wyobrażam to sobie, ale... [0.18 minut] teraz wiem już, że jeśli miałbym... [0.16 minut] żyć tak cały pozostały mi czas... [0.14 minut]... wolałbym nie żyć w ogóle... [0.12 minut]... Teraz zrozumiała. Teraz pojęła. Przypomniała sobie. Przypomniała sobie pierwsze spotkanie. I wisiorek który dostała... od niego... po pierwszym zadaniu. Przedstawiał dwa splecione węże, nie był ładny, wielokrotnie zastanawiała się czy po prostu go nie wyrzucić. Ale nie zrobiła tego... Opowiadał jej kiedyś tą historię o wężach z wisiorka, ale nie zwróciła uwagi na szczegóły... Ot takie gadanie dla zabicia czasu - tak wtedy myślała. Ale teraz przypomniała sobie jedno zdanie \"Bliźniacze węże nie mogą żyć bez siebie. Bo jeśli jeden zniknie, drugi nie ma na czym się oprzeć. Dlatego zawsze odchodzą razem.. Zawsze śmiała się z niego, gdy tak nieporadnie wykonywał wszystkie \"ludzkie\" czynności, śmiała się z niego mówiąc, że w żyłach płyną mu elektrony, a nie krew i że zamiast serca ma tylko mikroprocesor, na co on uśmiechał się tylko i odpowiadał, że kawałek jeszcze mu został, ale odkłada go na odpowiedni moment. Zastanawiała się wtedy, o co mu chodzi, chociaż nigdy nie zapytała. Ale teraz było już za późno na rozmyślanie. Rzuciła się na niego i przytuliła do nie zranionego ramienia, położyła głowę do jego ramienia... mocno... było ciepłe... tak przyjemnie ciepłe... [0.00 minut]... Powietrze przeszył metaliczny brzęk. Zaczęło drgać od nagromadzonej energii. Spojrzała mu w oczy, odwzajemnił spojrzenie. Jeszcze nikomu nie patrzyła tak głęboko w oczy. I zobaczyła to czego obawiała się najbardziej, przed czym uciekała całe życie. Czego się bała. Ale teraz nie było to straszne, nie wywoływało lęku. Nie odpychało. Nie było już zabawną bajeczką, w którą nie wierzyła. Uśmiechnął się do niej. Ostatni raz. Ostatni uśmiech, w którym zawarte były wszystkie niewypowiedziane słowa. Ostatnia szansa. I ostatnie spojrzenie... Nieziemskie światło przyćmiło cały widziany oczami pary świat. Cały widok. W ułamku sekundy wszystko na poziomie całej kondygnacji przestało istnieć. Po czym światło zgasło. Świat wrócił do normalnych barw. Światła na korytarzach i w salach zamigotały i
pozapalały się z powrotem. Jedyne co zostało, jedyne co uchowało się przed żarem to dwie figury. Czarne jak smoła. Teraz stworzone z samego popiołu. Mężczyzna i kobieta. Stojący po środku wielkiej hali. Przytuleni do siebie w ostatnim uścisku. Na zawsze razem. Czas nie płynął, zatrzymał się aby być świadkiem tej chwili. Ostatniego spojrzenia. Ostatniego uśmiechu.
Cichy szept drgający lekko w powietrzu wypełniającym pomieszczenie: \"Bliźniacze węże nie mogą żyć bez siebie. Bo jeśli jeden zniknie, drugi nie ma na czym się oprzeć. Dlatego zawsze odchodzą razem.\" i drugi, rozbawiony, kobiecy szept: \"To głupie, kto wierzy w takie historyjki? I kto je w ogóle wymyśla?\". \"My...\" . Nie było już uśmiechu, nie było spojrzenia, nie było zielonych jak trawa oczu i długich włosów spływających łagodnymi falami po plecach. Posągi z prochu w jednej chwili rozsypały się jak od dotknięcia magicznej różdżki, malutkie cząsteczki pyłu zasłały podłogę jak delikatna, czarna mgła. Nikt nie
usłyszał niemego westchnięcia Czasu, nikt nie zwrócił uwagi na to, co właśnie się stało. Nikt. Bo kogo obchodzi to, co nie dotyczy jego samego? Ta historia już się skończyła. Nikt jej nie słyszał i nikt jej już nie usłyszy, nikt nie będzie żałował i pamiętał. Szept: \"I słusznie, bo to była historia tylko dla ciebie Dess\" i odpowiadające mu echo kobiecego śmiechu: \"Czy ty właśnie próbujesz mnie poderwać, żelazny człowieku?\". Jeśli powietrze potrafiłoby ułożyć się w uśmiech teraz właśnie by to zrobiło - \"Ty zdecyduj.\"
--- KONIEC ---
Michał \"ShaDan\" Szukała