Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Węzeł Światów - Przybysze

kondias ·

Część I
W naszym świecie


PRZYBYSZE
Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć nietypo-wa, praktycznie bez walk i potworów. Ale może czytelnikom z naszego świata ten schemat już się sprzykrzył?
„Z naszego świata”... Napisałem te słowa odruchowo, ale czy ja i moja rodzina jeszcze do niego należymy? I kogo właściwie mam teraz uważać za swoją rodzinę? Jak się to wszystko poplątało...
W świecie, z którym obecnie się związaliśmy, gatunek ma bez porównania mniejsze zna-czenie. Dla wielu ludzi, zwłaszcza nie związanych wcześniej z fantastyką, świat ten na pewno wydałby się dziwny, może nawet przerażający, chociaż jest on naprawdę piękny i pod wielo-ma względami lepiej urządzony od tego, w którym się wychowałem.
Sam z fantastyką związany byłem od dawna. Zebrałem wielki księgozbiór z tego zakresu, który obecnie ofiarowałem wrocławskiemu klubowi SF. Sam też trochę pisałem, lecz tylko trzy opowiadania własne oraz cztery tłumaczone z rosyjskiego opublikowałem w profesjonal-nej prasie bądź antologiach. Kilka zamieściłem w wydawnictwach klubowych, ale to się nie liczy – za mały nakład. Z zawodu jestem – czy raczej byłem – bibliotekarzem.
Zaczęło się to pod koniec października, chyba ostatniego dnia „złotej polskiej jesieni”. Na pojutrze zapowiadano znaczne ochłodzenie, jednak tego dnia było jeszcze ciepło. Skończyłem pracę w katalogu alfabetycznym Biblioteki Uniwersyteckiej i wsiadłem do tramwaju. Marci-nek, od niespełna dwu miesięcy uczeń pierwszej klasy, czekał na mnie jak zwykle na przy-stanku i poszliśmy razem do domu, opowiadając sobie wzajemnie różne fantastyczne histo-ryjki. Każde dziecko potrafi tworzyć je „od ręki”, choć przeważnie pozbawione są one ele-mentarnej logiki i sensu. Ale to właśnie jedna z tych historyjek Marcinka podsunęła mi blisko rok wcześniej pomysł na najlepsze moje opowiadanie. Kiedy zostało ono opublikowane w „Fantastyce”, śmialiśmy się wszyscy, że Marcinek jest najmłodszym pisarzem w Polsce. Zro-biliśmy mu przyjęcie, kupiliśmy trochę zabawek i od tej pory zacząłem notować niektóre jego historyjki w komputerze. Kilka z nich opracowałem i niedługo przed tymi wydarzeniami wy-słałem do prasy dla dzieci. Trzy zostały potem opublikowane, wziąłem egzemplarze autor-skie, a pieniądze, które tu byłyby zwykłymi śmieciami, przekazałem na fundusz ochrony zwierząt – zawsze je kochałem, a teraz mam ku temu szczególne powody...
Kiedy przyszliśmy do domu, przywitała nas Krystyna.
– Cześć, fantaści! – zawołała.
– Dzień dobry, mamo! – odkrzyknął Marcinek, rzucając się w jej objęcia. Ja pocałowałem ją w czoło i przekazałem zrobione w okolicach Rynku zakupy. Potem przywitaliśmy się z trójką naszych zwierzaków: suczką Łajką, będąca krzyżówką jamnika prawdopodobnie z pin-czerem, oraz kotką Astrą i jej synkiem Radikiem, nazwanym tak od łacińskiego „radius” – „promień”. Syn „gwiazdy” musiał otrzymać takie imię...
– Wymyśliliście coś nowego? – zainteresowała się Krystyna.
– Tak, tak! – zawołał Marcinek, wbiegając do domu.
– Hej, buty! – krzyknęła za nim.
– Mama to zawsze taka... – zgubił się chłopiec.
– Jaka?
– No... taka... przyziemna! – wypalił.
– Ktoś w tej rodzinie musi myśleć o takich przyziemnych sprawach. Gdyby nie ja, byłby tu brud, smród i niechlujstwo.
– Masz rację – zgodziłem się. – Statek bez kotwicy nie popłynie. A ty jesteś jak kotwica dla naszej fantazji.
– Czy to twoja nowa złota myśl? – weszliśmy do kuchni.
– Niezupełnie. Porównanie żony marynarza do kotwicy spotkałem już w paru marynistycz-nych powieściach.
Tak rozmawiając, wykonaliśmy codzienne czynności i usiedliśmy w kuchni do obiadu. Jak zwykle bardzo nam smakował. Potem Krystyna przypomniała mi:
– Miałeś skopać grządkę, Mirek.
– Wiem, tylko obejrzę najświeższe wiadomości na TVN 24.
Obejrzałem i poszedłem do ogrodu, a Marcinek za mną. Zaczęliśmy kopać, to znaczy ja kopałem, a on bawił się swoją łopatką, udając, że mi pomaga.
Nasz ogród jest otoczony w całości pięknym starym murem. Nie wiem, po co był potrzebny przedwojennym niemieckim właścicielom posesji. Marcinek lubił sobie wyobrażać, że upra-wiano tu czary i miał je ukryć, albo że była to oblegana twierdza. Oczywiście, to tylko dzie-cięce fantazje, ale trzeba przyznać, że ten mur ma swoisty urok. Jest oplątany pnączami wino-rośli, a jego słupki oporowe mają kształt okrągłych wieżyczek zakończonych stożkowymi „daszkami”. W rogach te wieżyczki są wyższe i otoczone ozdobnymi koronami z metalu, chyba z mosiądzu. Nawet nad bramą jest murowany łuk. Dzisiaj to niepraktyczne, gdyż cięża-rówki nie mają jak wjechać; przy remontach materiały budowlane, a dawniej przed przyłą-czeniem domu do elektrociepłowni, także koks trzeba było nosić kawał drogi – a jednak nie wymieniłbym go na inne ogrodzenie. Mój dziadek, który był inżynierem architektem, opo-wiadał, że kiedy przyjechał do Wrocławia w jednej z pierwszych grup repatriantów, wybrał ten dom z uwagi na ów stary mur. Budynek, przebudowany gruntownie w okresie międzywo-jennym, z blaszanym dachem z lat osiemdziesiątych, jest zupełnie przeciętny, ale ten stary mur sprawia, że unosi się nad nim nieuchwytna atmosfera tajemniczości, grozy, a może i ma-gii. W takiej aurze łatwo było wyrosnąć na fantastę.
Wydaje się, że właśnie ten mur odegrał na początku tej historii decydującą rolę. Z jednej strony ukrył całe wydarzenie przed wścibskimi oczami sąsiadów, z drugiej zaś stał się swo-istym kondensatorem szczątkowego „pola magii” naszego świata, dodatkowo wzmocnionym przez nasze fantastyczne zainteresowania. Gdyby nie to, brama z tamtego świata otworzyłaby się zapewne przed którymś z okolicznych kościołów albo na cmentarzu i można sobie wy-obrazić, co by to było...
Postanowiłem trochę powiększyć grządkę. Pod porastającą jej obrzeża trawą znalazłem kil-ka kamieni, największy był wielkości kilogramowego ciężarka. W trakcie ich usuwania usły-szałem dziwny gwizd, przypominający trochę dawny sygnał powszechnej samoobrony, za-pamiętany z dzieciństwa w PRL. Marcinek wrzasnął i podbiegł do mnie. Trzymając w jednej ręce gotowy do odrzucenia kamień, drugą objąłem dziecko, odwróciłem się i... osłupiałem.
Kilkanaście metrów przed sobą ujrzałem... inny świat! Wyglądało to tak, jakby ktoś tuż nad ziemią wyciął w przestrzeni okrągłą dziurę o średnicy około dwóch metrów, przez którą widać było jakieś zupełnie obce rośliny, wśród których biegły na nas cztery równie dziwne istoty: troje humanoidów i czworonóg. Od razu stwierdziłem, że to nie tacy ludzie jak my, ale podobieństwo było na tyle duże, że będę dalej ich nazywał „ludźmi”. Najmniejszą z nich była dziewczynka, może dziesięcioletnia, w długiej aż do ziemi brązowej sukience i jesiennym płaszczyku, dwie pozostałe wyglądały na jej rodziców, choć później okazało się, że nimi nie byli. Na razie nie miałem czasu przyjrzeć się im dokładnie, zwróciłem jednak uwagę na niezwykły szafirowy kolor ich skóry i dość długie szpiczaste uszy, jak u elfów. Za nimi biegł człowiek, chyba identyczny jak my, ubrany na błękitno, z wyciągniętym przed siebie łukiem z nałożoną strzałą. Przez ramię miał przewieszony karabin z bagnetem, który początkowo skojarzył mi się z powstaniem listopadowym, ale później, oglądając go, stwierdziłem, że nie była to skałkówka, tylko karabin kapiszonowy z nowocześniejszym systemem odpału, lecz równie powoli nabijany od przodu, jakiego używano u nas podczas Wiosny Ludów. Innych „białych” nie widziałem, lecz musieli być za nim w pewnej odległości, gdyż usłyszałem wystrzał i szafirowy mężczyzna runął pomiędzy rośliny, jeszcze przed „granicą”. Kobieta, dziecko i zwierzę wbiegły na nasz teren. Dziewczynka i czworonóg pobiegły dalej, aż pod sam mur, kobieta zaś zatrzymała się, odwróciła, ujęła w rękę zawieszony na szyi duży medalion, a drugą coś przy nim manipulowała, wypowiadając przy tym kilka słów. Dziura znikła z klaśnięciem, ale goniący ich człowiek zdążył wbiec przez nią do naszego świata. Wystrzelił z łuku do dziewczynki – zwierzę skoczyło, zasłoniło ją i z przebitym brzuchem runęło na ziemię – po czym odrzucił łuk, chwycił karabin i wbił bagnet głęboko w twarz kobiety.
Zanim jeszcze umierająca zdążyła upaść, ja, odzyskawszy zdolność ruchu, rzuciłem w łucz-nika trzymanym w ręku kamieniem. Celowałem wprawdzie w głowę, lecz nie przypuszcza-łem, że trafię. Chyba jakiś przysłowiowy łut szczęścia sprawił, że trafiłem i to w skroń. Mor-derca zwalił się na ziemię. Marcinek tulił się kurczowo do mnie, od drzwi biegła zaalarmo-wana krzykami Krystyna. Gdy uderzony padł, była już blisko. Krzyknęła:
– Nic się wam nie stało?!
– Mnie nic – głos mi drżał, ale stopniowo się uspokajałem – On jest chyba w szoku – uwol-niłem się z objęć Marcinka. – Zobaczymy, co z resztą.
Czytelnik mógłby może zdziwić się, że nie ulegliśmy panice. Ale najpierw wszystko działo się zbyt szybko – nie wiem, czy od gwizdu do mojego rzutu minęła minuta – a później po prostu nie było już czego się bać Ciężko rannego zwierzęcia? Dziesięcioletniego dziecka? To byłyby kpiny! Ja w każdym razie szybko przyszedłem do siebie i oboje poszliśmy w kierunku naszych gości.
Kobieta nie żyła, jej morderca na szczęście również. Dziewczynka kuliła się w kącie ogrodu obok rannego zwierzęcia. Kiedy się zbliżyliśmy, chciała uciekać, ale zwierzę coś do niej... powiedziało. Tak, powiedziało, to na pewno była wyraźnie artykułowana mowa, chociaż wte-dy jeszcze ani słowa z niej nie rozumieliśmy. Zaczęli się jakby kłócić. Dziecko wskazywało na nas z wyraźnym strachem, a zwierzę jakby je uspokajało. Później okazało się, że zwie-dziona podobieństwem wyglądu nas oraz ścigających ich ludzi dziewczynka myślała, że trafi-li do świata najeźdźców; zwierzę zaś zorientowało się szybciej i dowodziło, że gdyby tak by-ło, nie zabiłbym ścigającego, tylko właśnie ich. W końcu widocznie zdołało ją przekonać, gdyż dziewczynka jako tako się uspokoiła, nawet pozwoliła nam pogłaskać się po głowie. Dopiero teraz mogliśmy przyjrzeć się dokładnie obu uratowanym istotom.
Dziecko wyraźnie różniło się od Ziemianina nie tylko kształtem uszu i kolorem skóry, lecz także twarzą. Nie miało brwi, przez czoło biegł łańcuszek niewielkich kostnych wypustek, od nosa aż do czubka głowy, dzieląc przód czupryny na dwie równe części. „O ile pamiętam, podobną twarz miał ktoś ze «Star Treku»” – pomyślałem. Miało szare oczy i piękne, złote włosy, zebrane z tyłu w pojedynczy warkoczyk.
Zupełnie identyczną głowę, tylko z czarnymi włosami, zebranymi w dwa warkoczyki po bokach, nieco ciemniejszą skórą na twarzy, bardzo dużymi zielonymi oczami i znacznie wy-datniejszym kostnym „grzebieniem” na czole miało zwierzę. Z reszty ciała przypominało naj-bardziej panterę lub pumę, w każdym razie jakiegoś dużego kota o ciemnoszarej sierści. Palce na przednich łapach miało lepiej rozwinięte od naszych kotów, ale gorzej na przykład od mał-piatek, nie miało też przeciwstawnych kciuków. Taką łapą można było jednak, jak się później przekonaliśmy, wykonywać sporo czynności, nawet utrzymać w niej choćby łyżkę przy je-dzeniu. Warkoczyki sugerowały, że to samica.
„Kot o ludzkiej głowie! – pomyślałem zdumiony. – Istny sfinks!”. Z rany na brzuchu kapała krew, choć stosunkowo powoli, Krystyna sięgnęła ręką w kierunku strzały, lecz ją odtrąciłem.
– Nie ruszaj – ostrzegłem ją. – Wyjmując, możesz jej na przykład skręcić jelita. Czytałem gdzieś, że w takich przypadkach niefachowiec może najwyżej przepiłować strzałę, żeby za bardzo nie wystawała. Zadzwoń do Karola.
– Co ja mu powiem? Że mamy tu rannego... nawet nie wiem, jak to określić.
– Co chcesz. Na razie nazwijmy to sfinksem. Sądzę, że wystarczy mu powiedzieć, że mamy coś zupełnie niezwykłego i żeby przyjechał jak najszybciej.
– A te ciała? Co z nimi zrobimy?
– Na razie nic. Karol musi je zobaczyć. Potem pewnie zakopiemy. I broń Boże, nie dzwoń na policję.
– Nie miałam zamiaru.
– I dobrze. Dopiero zrobiłby się szum. Długo nie mielibyśmy spokoju. A ich pewnie by zamęczyli – wskazałem na sfinksa i dziewczynkę. – Musimy ich ukrywać jak długo się da.
Sfinks znowu coś powiedział do dziecka. Dziewczynka podeszła do zwłok kobiety, zdjęła łańcuszek z medalionem i włożyła sobie na szyję. Potem zupełnie dziecinnym gestem przytu-liła się do ciała i zaczęła rozpaczliwie płakać.
Krystyna zniknęła w drzwiach domu. Głowa sfinksa opadła na łapy. Zamknął oczy – pew-nie stracił przytomność. Podszedłem do Marcinka. Chłopiec siedział z szeroko otwartymi oczami, ale jakby nic nie widział. Dopiero kiedy go objąłem, poruszył się i wykrzyknął:
– Co to było?!
– Nie wiem – widząc, że taka odpowiedź go nie zadowala, dodałem z udawaną niefrasobli-wością: – Wygląda na to, że odwiedzili nas goście z innego świata. Marzyliśmy przecież o tym. A że spotkanie nie wyszło jak należy, to już nie nasza wina.
– Ale.... ty go zabiłeś! – zawołał chłopiec.
– Musiałem. On był zły, rozumiesz? Przecież zabiłby to dziecko. Zobacz, jak płacze – wskazałem. – A potem pewnie i nas.
– Nas?! – przeraził się Marcinek.
– Tak. Tam pewnie toczy się jakaś wojna. On był w... – chciałem powiedzieć „w szale bi-tewnym”, ale dziecko w siódmym roku życia z pewnością by tego nie zrozumiało, więc do-kończyłem: – ...w takim stanie, że zabiłby każdego, kto stanąłby mu na drodze.
– Aha – kiwnął głową Marcinek. Mądre dziecko! Przyjrzał się dziewczynce i dodał: – Inna niż my, co?
– Inna – zgodziłem się z nim – Cóż, jest z innego świata. Ale wyobrażaliśmy sobie dziw-niejsze istoty. Tam jest jedna taka – wziąłem go za rękę i poprowadziłem w kierunku sfinksa – Ale jest ranna. Nie dotykaj!
Inne dziecko z pewnością by się przeraziło, widząc coś takiego, ale nie Marcinek. Co może fantastyka! Zapytał tylko:
– Przeżyje?
– Nie wiem. Mama zadzwoniła po pana Karola. Może ją wyleczy.
– Ja chcę, żeby przeżyła! – krzyknął chłopiec – Taka ładna...
Ładna? Dla większości ludzi taka twarz byłaby koszmarna. Ale my z miejsca poczuliśmy do tej istoty niezwykłą sympatię. Tak się poświęcić!
Dziewczynka nagle oderwała się od kobiety. Podbiegła do zwłok mordercy i zaczęła je bić i kopać po głowie, krzycząc wściekle. Z pewnością strasznie przeklinała. Nie dziwiłem się jej. Musiała w jakiś sposób wyładować wściekłość na tego łotra, który zniszczył całe jej życie. Nawet nie próbowaliśmy uspokajać. Krystyna wróciła, zawiadamiając mnie, że Karol już jedzie i usiedliśmy na ławce, czekając. Podbiegła Łajka i wskoczyła mi na kolana. Zacząłem ją machinalnie głaskać, równocześnie rozmyślając o różnych aspektach tego wydarzenia. Wreszcie miałem czas nad tym pomyśleć – poprzednio wszystko działo się zbyt szybko.
„Przede wszystkim: skąd i jak oni przybyli? – zastanowiłem się. – Albo z jakiegoś świata równoległego, oddzielonego od naszego na przykład barierą czasową, albo po prostu z innej planety przez wytworzoną przez nich «dziurę przestrzeni» czy «bramę». Z tego, że uciekali przed tak słabo uzbrojonymi wrogami, wynikałoby, że jest to świat nie technologiczny, czemu z kolei przeczyła obecność tego sfinksa, świadcząca o bardzo wysokim poziomie genetyki. W cywilizacji, zdolnej do aż takich manipulacji genetycznych, nie walczono by przecież za pomocą łuków czy takich prymitywnych karabinów. Musiał to więc być albo świat postkatastroficzny, a istoty, którym pomogliśmy, były mutantami, albo świat magii, jak z jakiejś powieści fantasy. Sposób, w jaki kobieta zamknęła bramę, świadczył raczej o tym drugim...”.
Goście ze świata magii! Jedno z największych marzeń fantastów! Aż serce podskoczyło mi z emocji. A gdyby jeszcze tam się wybrać – to już byłoby super...
„Super-głupio – odpowiedziałem sobie realistycznie. – Co za niedorzeczny pomysł: tu mam bezpieczne, stabilne życie, a przecież to nie wycieczka na Ślęzę czy do Krakowa – tam trwa jakaś wojna, durniu! No i w ciemno tam przecież nie pojadę, musiałbym się najpierw czegoś o tamtym świecie dowiedzieć, ale jak? Nie znam ich języka ani oni mojego, trudno się będzie porozumieć. Wprawdzie dzieci szybko uczą się języków, ale i tak to dość długo potrwa. Jak ją przez ten czas ukrywać? I jeszcze tego sfinksa... jeśli przeżyje. A jeśli ich metabolizm różni się od naszego? Albo jeśli sprowadzą tu jakieś niebezpieczne bakterie? Same «jeśli» i znaki zapytania...”.
Dziewczynka zmęczyła się i podeszła do Krystyny. Ta przesunęła się trochę, robiąc jej miejsce na ławce. Dziecko usiadło i przytuliło się do niej. Drżało jak w febrze. Krystyna za-częła ją głaskać po głowie i pocieszać.
– Dobrze, już dobrze, maleńka. Nie bój się, jesteś tu bezpieczna.
Dziecko nic z tego oczywiście nie rozumiało, lecz spokojny ton jej głosu sprawił, że, ciągle pochlipując, położyło jej głowę na kolanach i po chwili zasnęło.
Przyjrzałem się z bliska jej medalionowi. Był znacznie większy niż mi się wcześniej zdawa-ło, wielkości dużego płaskiego talerza. Kształtem przypominał stylizowane słońce o krótkich promieniach. Błyszczał też podobnie, później się okazało, że wykonany był z pewnego natu-ralnego stopu złota. W połowie odległości między obrzeżem a środkiem wtopiono w niego około dziesięciu kolorowych kamieni. Jeden był całkiem czarny, dwa pół-czarne, pół-jasne, pozostałe jasne: różowy, seledynowy, błękitny... Tworzyły idealny krąg, podobny do tarczy zegarowej. Nad kręgiem było kilka ciemnych kamieni o innym kształcie, prawdopodobnie służących do czegoś innego. Spróbowałem dotknąć medalionu – i cofnąłem natychmiast opa-rzony palec. Z czystej ciekawości pociągnąłem za łańcuszek, na którym wisiał i poczułem, że zrobił się nieprawdopodobnie ciężki. A dziecko nic nie poczuło! Nawet się nie obudziło! To już mogła być wyłącznie magia obronna tego obiektu. Musiał to być niezwykle cenny przed-miot, przypuszczalnie artefakt mocy. Gdyby wpadł w ręce przeciwników, mógłby wpłynąć w decydujący sposób na wynik wojny. Uciekinierzy z pewnością pilnowali go jak oka w głowie, a osaczeni użyli jego mocy otwierając bramę – ostatnią deskę ratunku...
Moje rozmyślania przerwał dźwięk dzwonka. Przyjechał Karol. Łajka natychmiast zesko-czyła z moich kolan i pobiegła do bramy. Znałem go jeszcze ze szkoły średniej. Potem ja, będąc dobrym raczej w przedmiotach humanistycznych, choć lubiłem też przyrodę, posze-dłem na bibliotekoznawstwo, on zaś początkowo próbował dostać się na medycynę, a kiedy dwukrotnie zabrakło mu paru punktów – ukończył weterynarię. Chciał koniecznie kogoś le-czyć, no i leczy zwierzęta. Do nas często przychodzi towarzysko, bardzo się lubimy.
Wszyscy wstaliśmy z ławki. Dziewczynka na chwilę się ocknęła, była jednak tak wyczerpa-na, że głowa opadła jej na ławkę i spała dalej. Poszedłem otworzyć. Od bramy ogrodu nie widać – zasłaniają go dom, kawałek płotu i „garaż”, będący właściwie drewnianą poniemiec-ką szopą. Wpuściłem Karola na podwórze. Zapytał bez wstępów:
– No, co tam macie takiego niezwykłego, do czego jestem wam potrzebny?
– Dwa trupy i rannego sfinksa – palnąłem prosto z mostu. – Spróbuj go wyleczyć.
– Sfinksa?! – Karola aż zatkało.
– No, niezupełnie – uściśliłem – Raczej rozumną pumę o głowie podobnej do ludzkiej. Chy- ba samica. Aha, przynajmniej jeden z tych trupów jest wprawdzie humanoidem, ale nie czło-wiekiem. Przybyli pewnie z jakiegoś świata magii.
Spojrzał na mnie jak na wariata, ale kiedy Krystyna potwierdziła moje słowa, poszedł do ogrodu. Rzucił okiem na trupy, na śpiącą na ławce dziewczynkę, mruknął:
– Rzeczywiście. Wyjaśnienia mogą poczekać – podszedł do sfinksa. – Dobrze, że nie rusza-liście strzały – pochwalił nas i sam przystąpił do jej ostrożnego wyciągania. Wyjął, zszył ranę, założył prowizoryczny opatrunek i określił stan istoty: – Ciężka sprawa. Ma uszkodzony jakiś organ, przypominający wątrobę. Nie wiem, czy przeżyje. Miałeś rację, to samica. Powinnem zrobić jej zdjęcie rentgenowskie, ale może lepiej nie wozić. Wstrząsy mogłyby jej zaszkodzić. Przeniesiemy ją do domu i położymy na czymś miękkim. Zwłoki zabiorę do sekcji. Gdyby wystąpiły jakieś kurcze, drgawki albo coś innego, to zadzwońcie. Możecie mnie obudzić na-wet w środku nocy. Przyjadę. A co się tu działo?
Wspólnie z Karolem przenieśliśmy ostrożnie sfinksa do pokoju Krystyny i położyliśmy go na przygotowanej przez nią starej kołdrze bez poszwy. Potem usiedliśmy przy kawie i opo-wiedzieliśmy Karolowi o wszystkim. Pokazaliśmy mu nawet artefakt na piersi dziewczynki, uprzedziwszy, żeby go nie dotykał. Wysłuchał i ocenił:
– Rzeczywiście, bohaterskie stworzenie. A co do was, to wprawdzie nie jestem zwolenni-kiem mieszania się do zupełnie obcych konfliktów, ale chyba nie mieliście innego wyjścia.
– A co radzisz z nimi zrobić? Przyjmując oczywiście, że ta... sfinksica przeżyje? – uściśliła Krystyna.
– Jakiś czas mogą tu na pewno pomieszkać – dodałem. – Ale co dalej?
– Poczekajcie z decyzją, aż będziecie się mogli z nimi porozumieć – poradził rozsądnie Ka-rol. – Nie wyobrażam sobie ich dłuższego życia tutaj, w naszym tak mało tolerancyjnym świecie. Lecz jeśli i tam będzie na nie czekała śmierć... Tak źle i tak niedobrze...
– Nie chcę, żeby umarły! – zawołał Marcinek.
– Nikt z nas tego nie chce, synku – uspokoiłem go. – Zastanawiamy się właśnie, jak do tego nie dopuścić. Bo to dużo bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje
Porozmawialiśmy jeszcze trochę, nie dochodząc jednak właściwie do żadnych konkretnych wniosków. Potem przyniosłem ze strychu składane łóżko, ustawiłem koło sfinksicy i przenie-śliśmy na nie dziewczynkę. Nawet się nie obudziła. Karol zabrał ciała i odjechał, a Krystyna zaczęła robić kolację. Tuż przed posiłkiem chciałem dziewczynkę obudzić, ale Krystyna mi to wyperswadowała. Zjedliśmy posiłek, Marcinek wykonał wszystkie wieczorne czynności i poszedł spać, a my jeszcze długo siedzieliśmy, myśląc i trochę rozmawiając o całym wyda-rzeniu. Wiedzieliśmy, że było ono doniosłe – odwiedziły nas istoty z innego świata! – lecz nie mieliśmy pojęcia, co z nimi począć. Czuliśmy się jednak za nie odpowiedzialni i zgodziliśmy się, że będziemy je bronili przed niebezpieczeństwami, czyhającymi na nie na każdym kroku, a jeśli zajdzie taka konieczność, udamy się z nimi nawet do ich świata. Próbowaliśmy skupić się na czymś innym, na przykład na oglądaniu telewizji, ale to było niemożliwe. W końcu położyliśmy się do łóżek, nawet wcześniej niż zwykle, ale spać w tych warunkach mogłyby chyba tylko dzieci w wieku Marcinka. Ciągle myśleliśmy o naszych niezwykłych gościach.
Co z nimi zrobić? Oto było pytanie!

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Sztylet

Opowiadania · suchy ·

Sztylet upadł z głośnym brzękiem na podłogę. Korin przerażony popatrzył na swe zakrwawione ręce. Rozejrzał się niepewnie po pomieszczeniu. Znajdował się w przestronnym, ciemnym pokoju. Mrok rozjaśniał jedynie blask księż...