Czarnopióra
Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych.
Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha.
W pył się obrócą chwała i pieśni,
Upadną królestwa, wielkich czas pokona.
Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie.
Kroki trójki poszukiwaczy skarbów rozbrzmiewały głucho w jaskini. Idąca na przedzie kobieta zatrzymała się i uniosła wysoko pochodnię, oświetlając nagie, chropowate skalne ściany.
- To ślepa komora.
- Anoi, wracajmy – odezwał się jeden z podążających z tyłu mężczyzn. – Ta jama na pewno nie jest jaskinią z twojej mapy.
- Niepotrzebnie ufaliśmy jakiejś śmierdzącej mapie – wtrącił drugi mężczyzna. – Żadnych skarbów, nawet żadnych śmieci.
Kobieta nie słuchała ich. Coś leżącego pod ścianą groty, obok wielkiego głazu, przykuło jej uwagę.
Podeszła i ostrożnie podniosła zniszczoną, oprawioną w skórę księgę.
Zaciekawiona Anoi kucnęła, ujęła w dwa palce brzeg okładki i otworzyła ciężki tom.
*
Dael wszedł do chaty opanowanym, spokojnym krokiem.
Nie chciał martwić siostry; wiedział, jak zrani ją wiadomość o czynie, którego się dopuścił, ale nie miał wyboru. Ani teraz, ani wtedy.
- Czarnopióra, musimy opuścić wioskę.
Dziewczyna zerwała się z posłania, na którym siedziała.
- Dael…
- Ja… tak, powiem ci, co zrobiłem. Hora wyśmiewał się ze mnie i nazwał mnie głupcem. Prowokował mnie już od dawna. Nienawidzi mnie. W końcu – dziś – dobyłem broni i powaliłem go. Ja musiałem, Czarnopióra. Bronić honoru. Wiedziałem, że każą mi opuścić wioskę, ale są rzeczy ważniejsze…
Urwał. Czarnopióra wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, jej piersią wstrząsał tłumiony szloch.
- Dael… - odezwała się urywanym głosem. – Ty… zabiłeś…
Na widok rozpaczy siostry Daela coś chwyciło za serce. Podszedł do Czarnopiórej i objął ją mocno.
Choć skończyła osiemnaście lat i była niemal równie wysoka jak on, wciąż przypominała małą dziewczynkę. Sylwetką, ruchami, spojrzeniem.
- Nie zabiłem go, nie zabiłem – szeptał jej na ucho. – Zraniłem go tylko. Musiałem, kiedyś zrozumiesz. I tak nikogo tu nie mamy oprócz siebie, opuścimy wioskę, ruszymy do miasta. Tam będzie lepiej, zobaczysz. Zaopiekuję się tobą, będę cię chronił, jak zawsze. Przecież jestem twoim bratem.
Dziewczyna uspokoiła się, choć jej wargi wciąż drżały.
- Cieszę się, że go nie zabiłeś. Proszę, daj mi pomówić ze starszymi osady. Na pewno pozwolą nam zostać do wiosny. Dael, nie przeżyjemy podróży przez góry zimą! Nie mamy teraz dokąd iść!
Brat jednak odsunął ją od siebie.
- Nie, Czarnopióra. Raniłem człowieka dla honoru i teraz z honorem odejdę. Będę wierny samemu sobie. Jutro o świcie odchodzę.
- W takim razie pójdę z tobą, Dael – odrzekła. Zawsze taka była: cicha i posłuszna.
- Kocham cię – wyszeptał i przytulił ją mocniej.
*
Czarnopióra nosiła kiedyś inne imię, ale wszyscy już dawno o nim zapomnieli. To, które do niej przylgnęło pochodziło od pióra – zwyczajnego pióra do pisania, czarnego, zaostrzonego. Dziewczyna zawsze nosiła je przy sobie – w dłoni, za paskiem, czasem nawet we włosach, nie bacząc na to, że plami je atramentem. Zapewne zmieniała pióra, które zużywały się, ale zawsze miała takie samo – czarne.
Księgę dostała od ojca na swoje ósme urodziny. Nie wiedziała, skąd ja wziął, ale była wspaniała – wielka, o grubych kartach, pełnych miejsca na spisywanie historii.
- Wiem, że lubisz pisać – powiedział jej wtedy ojciec. – Widziałem, jak robiłaś to węglem na ścianie i patykiem na piasku. Może tobie ta księga na coś się przyda.
Uradowana, uściskała wtedy ojca i ucałowała go.
Zaginął na polowaniu następnego lata. Wtedy została sama z o pięć lat starszym Daelem. Matki nawet nie pamiętała, wiedziała tylko, że zmarła ona na jakąś straszną chorobę. Czasami w nocy, we śnie widziała jakąś twarz pokrytą liszajami i wrzodami, twarz osoby straszliwie cierpiącej – i wówczas budziła się z krzykiem. Nie dopuszczała do siebie myśli, że to może być matka.
Czarnopióra bała się śmierci i przemijania. Straciła oboje rodziców i najbardziej ze wszystkiego lękała się, że Dael również może odejść.
Odkąd skończyła czternaście lat, pracowała jako pomocnica akuszerki. W ich wiosce, małej, otoczonej lasem, zimą odciętej od świata, nie było uzdrowiciela i stara kobieta trudniąca się odbieraniem porodów zajmowała się także leczeniem chorych. Czarnopióra wiele razy widziała śmierć – gwałtowną lub przeciągającą się w długie godziny, kiedy chory powoli gasł na jej oczach – śmierć przy porodzie, śmierć od ran, śmierć szaloną, kiedy chory śmiał się opętańczo, aż straszliwy charkot zamierał mu w gardle.
Najgorsze były dzieci, które urodziły się martwe.
Sinofioletowe zwłoki, małe usteczka, które miały się nigdy nie otworzyć. Szyjki okręcone pępowiną.
Czarnopióra cierpiała, wykonując swoją pracę.
Nigdy nie zastanawiała się, dlaczego. Dlaczego dzieci umierają, zanim się narodzą. Nie winiła nikogo za to okrucieństwo, nie szukała odpowiedzi, której nie było.
Zastanawiała się, jak.
Co zrobić, by ożywić te małe, kruche istotki, jak zachować je na zawsze, ustrzec od rozkładu.
Każdemu martwemu noworodkowi dawała imię – nikt inny się o to nie troszczył. Zapisywała wszystkie imiona w swojej księdze.
Uśmiechała się wtedy.
- Nigdy nie umrzecie, nigdy – mówiła. – Uratuję was.
I tak samo postanowiła uratować Daela. Jej ukochanego brata i opiekuna, dobrego, silnego Daela o spracowanych dłoniach. Daela, który był najlepszym wojownikiem w wiosce. Który myślał, że mieczem można wyrąbać sobie drogę do nieśmiertelności.
- Mój honor i chwała dadzą mi wieczne życie – mówił dumnie. – Tak mnie nauczono i tak będę postępował.
Ale ona wiedziała, że nie można zyskać życia narzędziem służącym do jego odbierania. Musiała sama ratować kochanego, nic nie rozumiejącego brata.
I tak w dzień pracowała, a nocami spisywała historię Daela i swoją. Aby zachować ich na zawsze..
*
Dael martwił się o swoją siostrę.
Musieli przejść przez przełęcz w górach; czekały ich jeszcze co najmniej cztery dni drogi, a pogoda robiła się coraz gorsza.
Szli pieszo, skromny dobytek i zapasy niosąc w tobołkach na plecach. Nie rozmawiali wiele.
Dael wiedział, że postąpił właściwe, ale miał też świadomość, że Czarnopióra tego nie pojmuje. Dlatego tak się o nią niepokoił. Nie wiedział, co ją może skłaniać do przeżycia, do wędrówki.
Zanim odeszli, dał jej nóż. Ostry nóź w skórzanej pochwie.
Wzięła go z lękiem i schowała za pasek.
Młody mężczyzna westchnął.
- Nadciąga noc i zawierucha – powiedział głośno. – Powinniśmy się zatrzymać.
- Dobrze.
Znaleźli osłoniętą od wiatru, płytką jamę. Rozpalili ognisko i posilili się.
- Czarnopióra, zostawię cię na chwilę samą. Poradzisz sobie?
- Tak. Nie bój się o mnie. Proszę, wróć, zanim nadciągnie burza.
Wiatr wzmógł się i szarpał gałęziami świerków. Dael odszedł od jamy i zawołał głośno:
- Wiem, że nas śledzisz! Zawróć, bo zginiesz w zamieci.
Odczekał chwilę.
- Jesteś szalony, chory z nienawiści, jeżeli aż tu za mną przyszedłeś, Hora. Wracaj do wioski. Raz cię pokonałem i teraz zrobię to ponownie, jeżeli nie zawrócisz.
*
Czarnopióra opisywała ich podróż. Siedziała w jamie, grzejąc fiolkę atramentu w dłoniach.
Umoczyła końcówkę pióra i postawiła pierwszy znak na nowej stronie.
Dael wrócił. Od razu zauważyła, że jest ranny. Podbiegła do niego.
- Dael, co się stało?
- Walczyłem. Hora nas śledził. Chciał mnie zabić. Nie wróci już do wioski.
Dziewczyna zaczęła szlochać.
- Przestań! – nakazał. Czasami go złościła. Była za miękka, zbyt współczująca. Bała się śmierci i wojny, nawet nóż zawsze trzymała, jakby miał ją ugryźć.
Zajęła się opatrywaniem rozciętego ramienia brata. Robiła to delikatnie, z oddaniem.
Kiedy skończyła, chwycił ją za rękę i powiedział:
- Niczym się już nie martw. Wszystko będzie w porządku.
Wtem jego wzrok padł na leżącą niedaleko księgę.
- Znowu pisałaś – rzucił ostro. Czarnopióra odsunęła się od niego.
Dael nie lubił, gdy pisała. Nie podobało mu się to. Uważał, że marnuje czas.
- Zabraniam ci pisać – powiedział.
Jego siostra jęknęła. Dlaczego? Dlaczego mówił takie straszne rzeczy?
- Zabraniam!
Podniósł księgę i chciał ją rzucić do ognia, ale Czarnopióra wyrwała mu ją z rąk i ukryła w bagażu.
- Obiecuję, że nie będę pisać – powiedziała cicho. – Ale jej nie niszcz.
Odwrócił się od niej i patrzył w niebo. Wiatr rozgonił chmury i ucichł, widać było gwiazdy.
*
Złamała przysięgę.
Trzeciego dnia podróży, na skalistej, bezdrzewnej równinie, dopadła ich zamieć.
Natura postanowiła pokazać szaleńcom, na co się porywali, ruszając zimą w podróż.
Dael długo walczył, osłaniał siostrę przed śniegiem i zimnem, szukał schronienia.
Wśród wycia wichru prowadził Czarnopiórą w stronę jaskini na zboczu niewysokiego wzniesienia, jaskini, którą przedtem oglądali z daleka.
Kiedy zachwiał się na nogach i upadł bezwładnie w nieskalaną biel, Czarnopióra wiedziała, co musi zrobić.
Zostawiła wszystkie bagaże prócz księgi i przyborów do pisania. I mocno chwyciła swego dużego brata.
- Chodź, Dael.
Dobywając z siebie nadludzkich sił ciągnęła go, wlokła, co chwila się przewracając. Czuła, jak zimno wysącza z niej siły, jak przenika grube warstwy stroju. Wiatr odbierał jej oddech.
W końcu dotarła.
Położyła brata na zimnej skale, strząsnęła śnieg z jego twarzy i wzięła jego głowę na kolana. Delikatnie gładziła Daela po włosach.
- Mój silny, duży bracie – szlochała, jednak z jej oczu nie popłynęła ani jedna łza. – Zawsze byłeś dzielny, walczyłeś, chciałeś zdobyć sławę i honor, a pokonała cię zima.
Czarnopióra wiedziała, jak uratować Daela. Martwego, lodowato zimnego Daela, który rano oddał jej swoją kamizelę, żeby nie marzła w drodze.
Odchodzili bez wielkich słów, w pustej, cichej grocie.
Dziewczyna długo grzała resztkami własnego ciepła atrament, którym miała spisać swoje ostatnie dzieło. Nie mogła umrzeć, póki tego nie dokona.
Ujęła w zgrabiałe palce pióro, zmusiła dłoń do posłuszeństwa. Na zewnątrz burza przycichała.
Pisała tak bardzo długo, w półmroku, skupiona, trzymając martwego brata na kolanach.
W końcu księga wypadła jej z rąk. Z hukiem uderzyła o skałę i zamknęła się.
Na twarzy Czarnopiórej zagościł uśmiech.
- Myślałam, że dam nam życie – szepnęła. – Co, jeśli…
Nie dokończyła; osunęła się na ciało swojego brata. Fiolka atramentu roztrzaskała się, upadając na kamienie i ochlapała oboje granatowymi kroplami, niczym zimną krwią.
*
Anoi ostrożnie otworzyła wolumin.
Na pierwszej stronie, zbrązowiałej, zniszczonej przez czas i wilgoć, widniały ledwo dostrzegalne ślady pisma.
Kobieta ujęła kartę w palce.
Patrzyła, jak strona rozpada się, zmienia w butwiejące strzępy.
Anoi zaklęła pod nosem.
Następna karta również nie odkryła przed nią swych tajemnic. Księga, niszczejąca w jaskini przez wiele, wiele lat, nie mogła znieść niczyjego dotyku.
- Przeklęte słowa – odezwała się głucho Anoi. – Jesteście wewnątrz, ale nie mogę was odczytać. Martwe słowa.
Chciała cisnąć woluminem, ale zawahała się. W końcu odłożyła go delikatnie z powrotem na miejsce, w którym go znalazła.
Obok skały, tej dziwacznej skały.
Zamrugała oczami. Czyżby skała rzeczywiście miała kształt osoby pochylającej się nad kimś, trzymającej go?
- Wyobraźnia – Anoi otrząsnęła się ze złudzenia. Tak, to była tylko skała.
- Idziemy. Nic tu nie ma – zawołała głośno poszukiwaczka do swych towarzyszy, którzy już wyszli na zewnątrz. – Ruszajmy w dalszą drogę.
- A martwe słowa zostawmy martwym – wyszeptała po chwili, wzdrygając się.
Płacz, Czarnopióra,
Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych.
Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha.
W pył się obrócą chwała i pieśni,
Upadną królestwa, wielkich czas pokona.
Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie
Prócz widma twego oddania.