Węzeł Światów - Nocna rozmowa
Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem.
– Źle z nią – oceniła krótko. – Dzwoń do Karola.
Zadzwoniłem. Potem stanęliśmy i patrzyliśmy bezradnie. Czuło się wręcz fizycznie, jak to stworzenie walczy ze śmiercią. Twarz miało tak bladą, jakby nie było w niej ani kropli krwi, jęczało, skręcało się z bólu, dygotało. Coś potwornego! Przyniosłem mokry kompres, chciałem położyć na jej czole, ale ona bezwiednie odtrąciła mnie, aż się zatoczyłem na śpiącą na łóżku dziewczynkę. Ta ocknęła się i usłyszała jęki. Akurat w tym momencie przyjechał Karol i Krystyna poszła mu otworzyć. Dziewczynka rozejrzała się i ujrzawszy umierającą towarzyszkę, skoczyła na równe nogi. Rozpaczliwie wrzasnęła i chwyciła w ręce artefakt. Skierowała tarczę w kierunku sfinksicy i naciskając jeden z kamieni, zaczęła mówić głębokim, zupełnie nie dziecinnym głosem:
– Alkandrat menua...
Artefakt błysnął i zgasł. Czar nie zaskoczył. Dziewczynka poprawiła coś i zaczęła od nowa:
– Alkandrat menua gab simbro...
Znowu błysnęło i zgasło. Przyszedł Karol, rzucił okiem i tylko machnął ręką:
– To już agonia...
Dziewczynka chwilę siedziała w rozterce. W końcu machnęła ręka, jakby podejmując trudną decyzję. Znowu zacisnęła jedną rękę na artefakcie, drugą chwyciła sfinksicę za łapę, zamknęła oczy, cała się sprężyła, aż krople potu wystąpiły na jej czole i zaczęła jeszcze raz:
– Alkandrat menua gab simbro ruhiworne a sejdo...
Tym razem „poszło”. Dziecko wpadło w rytm i mówiło jak w transie. Było to z pewnością jakieś długie, skomplikowane zaklęcie. Artefakt zapłonął jasnym, nieco migotliwym światłem. Staliśmy i patrzyliśmy w napięciu, co się stanie.
– Jak ona może tak długi tekst zapamiętać? – wyszeptała mi po chwili do ucha Krystyna.
– Nie sądzę, żeby pamiętała – odszepnąłem. – Prawdopodobnie zna tylko kilka pierwszych słów. Reszta uruchamia się sama. Tak jak parę kamyków uruchamia lawinę.
Krystyna kiwnęła głową. Zaklęcie się skończyło, lecz dziecko wciąż stało z jedną ręką kurczowo zaciśniętą na jasno świecącym artefakcie, a drugą na łapie sfinksicy. Stworzenie przestało jęczeć i skręcać się, na jego twarz stopniowo powrócił normalny, szafirowy kolor. Widać było, że czuje się coraz lepiej, chociaż ciągle nie odzyskiwało przytomności. Trwało to może z pół godziny. Nagle artefakt zgasł.
Dziewczynka puściła łapę i osunęła się bezwładnie na łóżko. Teraz ona była bledsza od sfinksicy. Dyszała jak po ostrym sprincie. Oderwała drugą rękę od artefaktu i zobaczyliśmy, że kolejny kamień na nim zrobił się zupełnie czarny. Prawdopodobnie oznaczało to całkowite wyczerpanie się danej dziedziny mocy artefaktu. Zamknęła oczy i leżała nieruchomo.
Karol podszedł do sfinksicy. Stworzenie oddychało równo i głęboko. Zdjął opatrunek i wszyscy zobaczyliśmy szybko zasklepiającą się ranę z niegroźnym skrzepem krwi, jak po zwykłym skaleczeniu
– Niesamowite – mruknął, zdejmując szwy. – Dopiero co była w agonii, a teraz pewnie niedługo wstanie... Przydałyby się nam takie artefakty...
– Nie ruszaj! – ostrzegłem go. – To przedmiot z innego świata i powinien tam wrócić.
– Nie mam zamiaru. Tylko mi szkoda.
– A co z nią? – Krystyna wskazała na dziewczynkę
– Coś ją musiało bardzo wyczerpać – stwierdził Karol, przyjrzawszy się jej.
– Była przewodnikiem magii – zwróciłem uwagę.
– Tak. I nie wiemy, jak to może na nią później wpłynąć – dodał Karol.
– Dowiemy się – mruknąłem. – Jedziesz do domu?
– Muszę pospać. I wam radzę to samo. Dobranoc – wyszedł.
Zanim się położyłem, zajrzałem na chwilę do Marcinka. Chłopiec spał, lecz co mu się prawie nigdy nie zdarzało, obudził się, kiedy otwierałem drzwi. Widocznie i jemu udzieliło się coś z napięcia, w jakim żyliśmy od kilku godzin. Usiadł na łóżku, ale zanim zdążył się odezwać, ja już byłem przy nim. Głaszcząc go uspokajająco po głowie, mówiłem:
– Wszystko w porządku, kochanie. Sfinks już prawie zdrowy. Śpij spokojnie.
– Będę mógł się jutro z nimi pobawić?
– Chyba tak. Tylko że one nie mówią po naszemu.
– Nie szkodzi – mruknął chłopiec. – Pokażę im swoje zabawki. I zagramy na komputerze. I pójdziemy do parku. I...
– Tak, oczywiście – przerwałem jego wyliczankę. Nie było sensu tłumaczyć mu o tej porze, że to prawie wszystko było niemożliwe. – Ale teraz śpij.
Pewnie by zasnął, a ja chyba zaraz po nim, gdyby nie krzyk Krystyny:
– Mirek, chodź tu! Obudziła się!
Pobiegłem, a Marcinek za mną. Krystyna rzuciła mi ostre spojrzenie – obudziłem dziecko – lecz ja patrzyłem tylko na naszych gości. Dziewczynka, choć wyraźnie osłabiona transmisją magii, zerwała się radośnie z łóżka i objęła towarzyszkę za szyję. Sfinksica później tyle razy relacjonowała przy mnie ich rozmowę, że mogę przedstawić ją tak dokładnie, jakby była pro- wadzona po polsku, choć wtedy naturalnie nic z niej rozumieliśmy. Dziewczynka krzyknęła:
– Żyjesz, Bulena! Żyjesz! Uratowałam ciebie!
– A wcześniej ja ciebie. Jesteśmy kwita – Bulena klepnęła ją łapą po ramieniu – Ale gdzie my jesteśmy? I puść, bo po tym wszystkim jeszcze mnie udusisz.
– Nie wiem. Ale miałaś rację, to na pewno nie jest ICH świat. To jakiś inny, choć podobny.
– Bo ja wiem, czy podobny? – mruknęła Bulena, rozglądając się – Nie znamy tamtego.
– Z wyglądu mieszkańców – uściśliła dziewczynka.
– Co do tego się zgadzam. W każdym razie techniczny.
– Tak. I chyba bez własnej magii.
– Bez magii?! – zawołała Bulena – To jak mnie uratowałaś?!
– Tak – dziewczynka położyła jedną rękę na artefakcie, a drugą na łapie sfinksicy.
– Kelia! – krzyknęła Bulena – Czy ty wiesz, co zrobiłaś?!
– Wiem – Kelia spokojnie usiadła z powrotem na łóżku. – Uczyłam się o tym. To jedna z podstawowych zasad magii. Teraz ja też będę bantakiem. I wybrałam twój gatunek – dersana. Ale nie mogłam pozwolić ci umrzeć. Nie mogłabym żyć twoim kosztem, no i sama bym sobie tu nie dała rady. Może zresztą w tym świecie tak nie będzie?
– Bardzo ci dziękuję, ale nie licz na to. Do tego wystarczy odrobina magii, jaka tu jest na pewno. Czujesz jakieś pieczenie, swędzenie, mrowienie czy coś w tym rodzaju?
– Oj, czuję, czuję.
– No widzisz! Tak się to zaczyna. Zapytaj artefakt, ile to potrwa. Wiesz, jak to zrobić?
– Czekaj... Te kamienie nad tarczą.... Chyba ten – Kelia nacisnęła kamień i powtórzyła pytanie. Okazało się, że w tak śladowym polu magii, jak ziemskie, potrwa to dwa-trzy dni, U nich trwałoby dwie-trzy godziny.
– Więc musimy w ciągu tych dwóch dni powrócić do siebie. Później stracisz całkowicie możliwość oddziaływania na artefakt. Przecież wiesz, że my, bantaki, nie mamy magii.
– O tym nie pomyślałam.
– No widzisz! – powtórzyła Bulena. – A poza tym... Nie chcę cię straszyć, ale przy przewodzeniu magii artefaktu podczas transformacji niemal zawsze dochodzi do porażenia i paraliżu.
– Cooo?! Tego się jeszcze nie uczyłam. A ty skąd wiesz?
– Z tego, że sami nie potrafimy się magią posługiwać, wcale nie wynika, że nic o niej nie wiemy. Teorii nas też uczą. Do porażenia dochodzi zresztą nie tylko w tym przypadku, lecz także w kilkunastu innych, na szczęście bardzo rzadkich, sytuacjach. Pamiętam, jak moja nauczycielka opowiadała o swojej wizycie w ośrodku, gdzie trzymają porażonych. Coś koszmarnego! Prawie nikt z nich już nigdy nie opuści łóżka lub specjalnego fotela.
– I ja też?!! – dziewczynka była przerażona, wręcz zaszokowana.
– Obawiam się, że tak. Ale...
Kelia wybuchnęła płaczem. Bulena wstała, usiadła przy niej na łóżku zupełnie po ludzku, jako tako objęła ją przednimi łapami i powiedziała pocieszająco:
– Cóż, może ty będziesz akurat jednym z tych rzadkich przypadków, którym to ujdzie bezkarnie. Poza tym pamiętaj, że musimy za wszelką cenę dostarczyć magom aurę agresora. Wątpię, czy komuś innemu udało się ją zdobyć, a bez niej na pewno przegramy. No i sam ar- tefakt też jest bezcenny. Czy dla tego nie warto się poświęcić? Mogłyśmy zresztą już nie żyć.
– Tak, ale... to co innego – wybełkotała Kelia przez łzy.
– Zgadzam się. Ale czy mamy jakąś alternatywę? Powiedz sama.
– Nie mamy – przyznała Kelia, uspokajając się trochę. – Więc co mam zrobić?
– Musimy porozumieć się z nimi – Bulena wskazała na nas. – Użyj do tego artefaktu. Nie martw się, jeśli magii nie przewodzisz, nawet podczas transformacji nie ulegniesz porażeniu.
– A kto ma ją przewodzić? – dziewczynka była zdziwiona.
– Nikt. Po prostu dopuść ich do artefaktu. Mam nadzieję, że ich przyjmie. A oni i tak nie będą potrafili tego wykorzystać. Wiesz, jak się to robi?
– Tyle wiem – Kelia poczuła się nieco urażona.
Dotknęła jednego z „promieni słonecznych” artefaktu i coś powiedziała. Natychmiast cała zwrócona ku nam strona przedmiotu zmieniła kolor na zielony. Potem wskazała kolejno na sfinksicę i na siebie, wypowiadając bardzo wyraźnie ich imiona. Wymawiając własne imię, położyła drugą dłoń na zielonej powierzchni. Wskazała na mnie, rozłożyła ręce, po czym skinęła przyzywająco i znowu położyła dłoń na artefakcie. Domyśliłem się, że chce, bym uczynił to samo. Powiedziałem swoje imię: „Mirek” i najpierw dotknąłem artefaktu jednym palcem, a kiedy nic nie poczułem, położyłem na nim całą dłoń. Tym razem wrażenie było przyjemne, jakbym dotknął lekko naelektryzowanej pluszowej zabawki. „Prąd” szybko zaniknął, pozostawiając uczucie błogiego ciepła, spokoju, komfortu psychicznego, jakby obecności kogoś starego, przyjacielskiego i bardzo mądrego. Następnie poczułem delikatne sondowanie, jakby ten ktoś chciał poznać moje myśli... Nie, nie myśli, uczucia. Było to coś zbliżonego do empatii. Otworzyłem się cały – nie miałem nic do ukrycia – i po chwili odebrałem błysk aprobaty, po czym wszystko minęło. Cofnąłem rękę, a artefakt ponownie zrobił się złoty. Kelia powtórzyła wszystko od początku, wskazując na Krystynę. Ta spojrzała niepewnie na mnie.
– Zrób to, co ja – poleciłem. – Było naprawdę przyjemnie.
Krystyna podała swoje imię i przyłożyła rękę do artefaktu. Kiedy ją cofnęła, na jej twarzy malował się zachwyt. A Kelia wskazała na Marcinka. Chłopiec podszedł śmiało, podał swoje imię i wszystko powtórzyło się jak z nami.
– Było super – mimo naszych pouczeń nadużywał tego modnego dziś słowa.
Kelia zamieniła kilka zdań z Buleną, po czym pokazała nam, że teraz mamy wszyscy troje położyć ręce na artefakcie. Zmieściły się w sam raz. Nacisnęła jeden z kamieni i znowu zaczęła recytować jakieś zaklęcie, zupełnie inne niż poprzednio. Amulet ponownie zapłonął jasno, jak wtedy, gdy leczył Bulenę. Marcinek krzyknął, lecz natychmiast położyłem drugą rękę na jego ustach i kiedy Kelia skończyła zaklęcie, wszyscy staliśmy w ciszy i bezruchu w stożku czarodziejskiego światła. W głowie miałem krystaliczną jasność. Po chwili zaczęły do mnie dochodzić jakieś odległe myśli, dźwięki, słowa. Początkowo wszystko było niezrozumiałe, ale przyswajałem je sobie bardzo szybko, trochę tak, jakbym przypominał sobie język, który kiedyś znałem. Tego języka oczywiście znać nie mogliśmy, ale kiedy po kwadransie artefakt zgasł i kolejny kamień zrobił się czarny, rozumieliśmy już w nim wszystko i mówiliśmy nim równie dobrze jak po polsku.
– Dziękujemy wam za pomoc – odezwała się Bulena – A jeżeli dzięki wam uda nam się mimo wszystko ich pokonać, nasza wdzięczność będzie naprawdę bezgraniczna.
– No dobrze, ale o co w tej wojnie chodzi? Nic o niej nie wiemy, ratowaliśmy was trochę impulsywnie: kobieta, dziecko, półzwierzę. Bez urazy, ale skąd mamy wiedzieć, że stanęliśmy po właściwej stronie?
Kelia aż się żachnęła. Sądzę, że to słowo właściwie oddaje jej reakcję, gdyż zamachała rękami i opadła na poduszkę. Być może moja niefortunna uwaga mogłaby u niej doprowadzić do ataku histerii, ale Bulena zachowała spokój:
– Opanuj się, Kelia. On ma rację. Należą się im jakieś wyjaśnienia. Odwróćmy sytuację: czy ty na ich miejscu nie miałabyś prawa do wątpliwości?
– No już dobrze, przepraszam – mruknęła niechętnie Kalia.
– To ja przepraszam – potem zwróciłem się do Buleny: – A może ty mi powiesz, co to za wojna?
– To nie wojna, to rzeź! – krzyknęła dersanka. – Wtargnęli do nas ze swojego świata i mordują wszystkich jak leci: ludzi, bantaki, naturalnych, zwierzęta! A najgorsze, że magia na nich nie działa! Werstowi i Gewoce udało się wprawdzie złapać w artefakt ich aurę, ale zginęli i teraz my musimy ją dostarczyć do magów i to szybko. Za dwa dni nie będziemy mogły wydostać się z waszego świata.
Teraz i ona była bliska płaczu. Nie wiedziałem wprawdzie, co to jest ta „aura”, ale mniej więcej domyślałem się, co Bulena miała na myśli. Czyżby było to owo nieuchwytne „coś”, co zdaniem niektórych otacza każdego i jest niepowtarzalne – dla osobnika lub gatunku? Ale jak takie coś schwytać w artefakt? Cóż, w magicznym świecie i to może być możliwe.
– Do czego wam ta aura potrzebna? – wypytywała dalej Krystyna.
– Jak to do czego? Do włączenia ich w naszą magię – odrzekła Kelia tak, jakby ktoś w naszym świecie zapytał, do czego służy samochód.
– Kelia, proszę, nie tym tonem – zwróciła jej uwagę Bulena. – Dla nas to są sprawy zupełnie oczywiste, lecz oni nie mają o nich zielonego pojęcia. Czy ty na przykład wiesz, do czego to służy? – wskazała telewizor. – Nie. I ja nie. A dla nich to rzeczy podstawowe.
– Rozumiem – Kelia skinęła głową, zupełnie po naszemu, a Marcinek ziewnął.
„Cóż, my tej nocy już się nie położymy, ale on powinien pójść spać” – pomyślałem, patrząc na zegar: pół do pierwszej. I zwróciłem się do Krystyny:
– Połóż go i zrób nam kawę.
– Dasz sobie radę ze szklanką, Bulena? – Krystyna wskazała stojące w kredensie za szybą naczynia.
– Ależ tak – Bulena pokazała, że obejmie ją dwiema łapami.
– Daj te z plexi, z uszkiem – poleciłem. – Będzie jej łatwiej.
– Nie chcę żadnych ekstra-ułatwień – sprzeciwiła się dersanka. Krystyna wyszła z Marcinkiem, a my rozmawialiśmy dalej:
– Ależ my też takich szklanek chętnie używamy. One się nie tłuką.
– Nie tłuką się? – Bulena była tym zdziwiona, a gdy potwierdziłem, skomentowała: – Wielu bantakom by się takie naczynia przydały. Musimy, przynajmniej na co dzień, używać drewnianych lub metalowych, a najbiedniejsi glinianych. Bo większość z nas stara się żyć jak ludzie, od których przecież pochodzimy. Przynajmniej na tyle, na ile się da.
– Pochodzicie od ludzi? – zaintrygowała mnie. – Zostaliście zaczarowani, czy co?
– No, ja nie. Ja już się taka urodziłam. Ale moi przodkowie, kiedyś dawno, na pewno byli ludźmi. Albo stali się ofiarami pierwszych czarów, magicznych wojen na Parsytii bądź jakichś innych wypadków czy eksperymentów z magią, albo zostali skazani za przestępstwa.
– Rozumiem. Niezły sposób na pozbywanie się przestępców. Stosujecie go jeszcze?
– O ile wiem, to dość rzadko. Ale teraz będziemy musieli zastosować go wobec najeźdźców po włączeniu ich w naszą magię. Nie mamy innej broni zdolnej przeciwstawić się ich małej i wielkiej broni ognistej. Na Wanterii nigdy nie było zbyt wielu ludzi, a po faktycznym upadku cesarstwa – choć sam cesarz istnieje do dzisiaj – kiedy było trochę większych wojen, ich liczba jeszcze bardziej spadła i musieli ograniczyć je do minimum...
– A bantaki? – przerwałem.
– Zaledwie kilkanaście gatunków jako tako nadaje się do wojen, w tym i my, dersany. Poza tym to nie nasze sprawy i więcej zyskiwaliśmy, trzymając się od nich z daleka. Dzisiaj już naprawdę nie mamy powodów do narzekań. Na to, że się tacy urodziliśmy, nie mamy wpływu, a ludzie traktują nas coraz lepiej. Mamy już większość ich praw, chociaż zawsze będziemy istotami drugiej kategorii. Wprawdzie i wśród bantaków zdarzają się bogacze, a wśród ludzi biedni, ale to oni rządzą i będą rządzili Wanterią. Wiele zresztą zależy od gatunku.
– Dawniej było wam gorzej?
– O, bez porównania! Dawniej byliśmy niewolnikami, każdy człowiek mógł zabić bantaka bezkarnie, mógł zrobić z nim, co chciał. Tylko ci z nas, którzy żyli wyłącznie lub głównie w wodzie, jak arbetsy czy skonery, byli jako tako bezpieczni.
– Co to są arbetsy i skonery?
– Daj Kelii coś do rysowania, to zobaczysz.
Poszedłem do pokoju Marcinka, który już spał, wziąłem jego blok i kredki, położyłem przed Kelią. Potem wyszedłem na chwilę na ganek odetchnąć rześkim powietrzem – podczas takiej bezsennej nocy to dobrze robi. Było bardzo zimno, jak to w końcu października. Na niebie niewidoczne gwiazdy pokrywały gęste chmury, czuło się, że niedługo będzie deszcz.
„Wczoraj było tak pięknie – pomyślałem – a na jutro zapowiedziano deszcz ze śniegiem. Bywa”. Za mną poszła Łajka, która wyrwana ze snu o tak niezwykłej porze, chciała koniecznie sprawdzić, co się dzieje. Musiałem chwilę poczekać. Suczka obiegła dom i powróciła, szczekając pogardliwie. Jakby mówiła: „Nikogo nie ma. Kto to widział wychodzić o tej porze? Idźcie spać!”. „Chciałbym, Łajeczko – pomyślałem, głaszcząc ją – ale nie mogę. Mamy naprawdę niezwykłych gości”. I powróciłem do pokoju,
Kelia wciąż rysowała, a Bulena położyła się na składanym łóżku z głową opartą na łapach. Usiadłem przy stole i zacząłem zastanawiać się nad dalszymi pytaniami – było ich tyle...
Kiedy Kelia skończyła rysunki, okazało się, że skoner to uchatka jak lew morski, ale o ludz- kiej głowie, a arbets to coś w rodzaju syreny, prawie w całości porośniętej krótką, foczą sierścią, z ogonem poziomym, jak u delfina, i zaczynającym się poniżej bioder, a nie od pasa.
– Część arbetsów ma tylko skrzela i może żyć wyłącznie w wodzie, część zaś ma i skrzela, i płuca – te mogą długo przebywać na lądzie – dodała. Potem zajrzała pod łóżko i podniosła głowę. wyraźnie zaskoczona.
– Czego szukasz? – zapytałem natychmiast.
– Nocnika. Nie macie go?
– Mamy coś lepszego. Chodź – zaprowadziłem ją do łazienki – Usiądź na tym. A potem umyj ręce. Bardzo jestem ciekawy, jak ty wyglądasz nago, ale jeśli nie chcesz mi się pokazać, to po prostu wyjdę.
– Nie, zostań – ściągnęła majtki i podniosła sukienkę. Całe ciało miała identyczne, jak nasze dziewczynki, tylko kolor skóry i głowa świadczyły o jej obcym pochodzeniu. Pokazałem jej dokładnie, co ma robić z papierem toaletowym, spuściłem wodę. Rozejrzała się w poszukiwaniu źródła szumu: – Co zrobiłeś?
Nie wiem, ile zrozumiała z moich wyjaśnień, ale widać było, że jej się to podoba.
– Szkoda, że u nas nic z tego nie ma! – westchnęła. Odkręciła jeden z kranów przy umywalce i podstawiła ręce pod wodę. „A więc to zna, ale chyba tylko na zimną” – pomyślałem.
– Czekaj. Nie tak od razu. Wyreguluję ci temperaturę – odkręciłem drugi kran i ustawiłem. Była zachwycona ciepłą wodą.
– Weź mydło – pokazałem jej.
– To ma być mydło? – mruknęła zdziwiona, ale wzięła. Później przekonałem się, że u nich mydło było półpłynne. Też całkiem niezłe.
– Kawa stoi na stole – Krystyna zajrzała do łazienki. – A Kelię przydałoby się całą umyć pod prysznicem. Zaraz to zrobię.
Umycie i wytarcie dziewczynki istotnie nie zajęło jej więcej niż kilka minut. Kelia nie mała innego ubrania, więc z konieczności włożyła stare, brudne i miejscami podarte, lecz i tak prezentowała się lepiej. Przez ten czas kawa trochę przestygła i można było pić. Obok stało zimne mleko, cukier oraz resztki upieczonego przez Krystynę kilka dni temu tortu. Byłem ciekawy, co z tego znają przybysze. Znali wszystkie dodatki, natomiast samej kawy nie. Kelia początkowo chciała samo mleko, ale kawa z mlekiem także bardzo jej smakowała.
Przyglądałem się Bulenie, ciekawy, jak sobie poradzi. Okazało się, że miała kłopoty. Była tak przyzwyczajona do szelek przy krzesłach, zabezpieczających dersany przed spadnięciem, że nie pomyślała, iż tu może ich nie być. Było jej niewygodnie i musiała poprosić o przysunięcie krzesła aż do krawędzi stołu, oparłszy się o jego blat mogła łatwiej skupić się na jedzeniu. Nie miała kciuków, ale łyżeczką posługiwała się całkiem zgrabnie. Podobnie było z piciem: po włożeniu dwóch palców do uszka podniosła naczynie nie rozlewając ani kropli. Przyznała jednak, że ze zwykłą szklanką miałaby znacznie więcej kłopotów. Skończywszy ten nocny posiłek, powróciliśmy do rozmowy. Zaczęła Krystyna.
– Ile ty masz lat, Keliu? Dziesięć?
– Tak – uprzedziła ją Bulena. – A ja dwadzieścia dwa – dodała.
– Bantaki mają ludzki rytm życia, prawda? – upewniłem się.
– Tak, tu decyduje głowa, nie ciało. Dlatego naturalnych nie da się tak wykształcić jak nas.
– Co to są naturalni? – indagowała dalej Krystyna.
– Rozumne, mówiące zwierzęta. Po prostu jakieś sto lat temu magowie zaczęli je na dużą skalę cywilizować. Muszą one jednak spełniać określone kryteria: wielkość, pewien poziom intelektu i co najmniej dwuletni okres rozwoju biologicznego. Tylko wtedy ma sens zakładanie im kamieni mowy. Ale i tak nie osiągają w zasadzie poziomu wyższego niż kilkuletnie dzieci ludzi czy bantaków – wyjaśniła nam dersanka.
– A sorbegi? A odelompy? – przypomniała jej Kelia.
– Powiedziałam „w zasadzie” – podkreśliła Bulena. – Są i wyjątki. Sorbegi to istoty wodne i one zawsze były bardzo inteligentne...
– My także mamy takie zwierzęta – przerwałem – Delfiny. Też wodne i też próbujemy nawiązać z nimi kontakt, lecz na razie bez rezultatu.
– Pewnie źle to robicie – wtrąciła Kelia.
– Możliwe. Nie znam się na tym – przyznałem. – Więc nawiązaliście kontakt z sorbegami?
– O, już bardzo dawno, choć nawiązały go właściwie arbetsy, dzięki podobnemu zakresowi mowy – uściśliła dersanka. – Obecnie i one potrafią mówić bez kamieni, mają zbliżony do ludzkiego cykl rozwojowy i arbetsy dawno uznały je za pełnoprawnych partnerów. Kształcą nawet ich dzieci razem z własnymi. Formalnie są naturalnymi, lecz w praktyce bantakami. Gdyby nie przybycie ludzi, w stosunkowo niedalekiej przyszłości stworzyłyby pewnie własną cywilizację. Na lądzie zaś mogłyby ją stworzyć odelompy – zapytaliśmy o nie i Kelia narysowała je. Okazało się, że to dinoteria, mioceńscy kuzyni współczesnych słoni.
– Mówiłaś: „przybycie” – zwróciła uwagę Krystyna. – Czyżbyście i wy kiedyś przybyli do swojego świata z innego?
– To niepamiętne czasy, ale wszystko za tym przemawia – potwierdziła Bulena – Na Wanterię przybyliśmy na pewno z Parsytii, lecz i tam nie ma śladów po dawnych ludziach. Jakby zjawili się znikąd trzy tysiące lat temu, a wraz z nimi magia. Są też legendy o przybyciu ludzi z jakiegoś świata bez magii, o jakichś błyskach, dziwnych chorobach, latających grzybach...
– Wojna atomowa – mruknęła Krystyna po polsku. Skinąłem głową.
– Co? – wanterki nie mogły tego oczywiście zrozumieć.
– Nic. Z pewnością nie wiecie, co to jest atom – i ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że słowo to wypowiedziałem w języku przybyszów. Czyżby więc coś o tym wiedzieli? Ale chyba nic konkretnego – przecież u nas Demokryt podejrzewał istnienie atomów już w starożytności. I rzeczywiście Bulena natychmiast wypaliła, jakby z pewną przechwałką:
– A właśnie że wiemy! Hipotetyczna najmniejsza cząstka materii.
– Wcale nie hipotetyczna – zaprzeczyłem. – Naprawdę istnieje.
– I co z tego? – drążyła temat dersanka.
– To, że w pewnych warunkach możemy atomy rozbić na jeszcze mniejsze składniki. Przy tym powstaje bardzo dużo energii – jak się okazuje i to słowo jest tam znane. Widocznie jednak było używane raczej w kontekście magicznym, gdyż Bulena musiała się upewnić:
– Dużo magii?
– Nie, nie magii. Raczej... ciepła i... światła, jak na Słońcu. Powstaje wielki huk, rozbłysk i... chmura w kształcie grzyba – gorączkowo szukałem zrozumiałych dla nich terminów. – I taki wybuch może zniszczyć kawał świata, a kilka nawet cały świat. Wasi przodkowie musieli to zrobić i przy sposobności otworzyli też przejście do innego świata. Lecz kontakt z tą energią powoduje także ciężkie choroby i może.... hm... zmienić potomstwo. Może właśnie to rozwinęło u was w nowym świecie zdolności magiczne?
– Pasuje! Zgadza się! – zawołała Bulena – Wszystko się zgadza!
– Co się zgadza? – Kelia znacznie mniej z tego zrozumiała.
– Wyjaśniły się pewne kwestie związane z naszym pochodzeniem – poinformowała ją dersanka. – Gdy opowiem o tym magom, będą chyba zadowoleni. Wy tą energię znacie, prawda?
– Znamy. Raz nawet użyliśmy jej w wojnie, na szczęście w niewielkiej skali. I oby nigdy więcej! Nawet używanie jej do celów pokojowych budzi znaczne opory społeczne. Dlatego, nawet gdybym mógł, nie przekazałbym jej wam. Może i zniszczylibyście wrogów, ale przy okazji i swój świat. Podobnie wasze artefakty w naszym świecie mogłyby albo przynieść duże korzyści, albo stać się potężną bronią.
– Przecież tu prawie nie ma magii – zwróciła uwagę Bulena.
– Nie martw się. Już ludzie znaleźliby sposób na wykorzystanie ich do swoich niecnych celów – „pocieszyłem” ją sarkastycznie. – Wróćmy jednak do was. Mówisz, że wasi przodkowie znaleźli się na kontynencie zwanym przez was Parsytią? Czekajcie, może porównamy wasz świat z naszym? Zaraz przyniosę atlas.
Okazało się, że ich świat ma geografię podobną do naszego akurat w takim stopniu, że trudno było ustalić, czy to świat równoległy, czy obca planeta. Parsytia obejmowała w przybliżeniu obie Ameryki, a Wanteria – Eurazję z Afryką. Z wysp najważniejsze były Domhan na południowym Pacyfiku, większy od naszej Grenlandii, Kulfar i Glentoran mniej więcej odpowiadające Grenlandii północnej i południowej z Islandią, ale tylko Kulfar był zlodowaciały, oraz Archipelag Epcor w miejscu naszej Australii. Istniała też jakaś zlodowaciała „Antarktyda” o nieustalonych jeszcze „brzegach”, na pewno mniejsza niż ziemska.
Bulena przy niewielkiej pomocy Kelii opowiadała dalej o ich świecie:
– Ludzie zajęli najpierw północną Parsytię, potem zaczęli rozprzestrzeniać się coraz bardziej na południe. U dzieci zaczęły pojawiać się najrozmaitsze zdolności magiczne. Prawdopodobnie starsi próbowali je powstrzymać, lecz na to nie było siły. Wówczas potencjał magiczny objawiał się o wiele wcześniej niż obecnie i kilkuletnie dzieci potrafiły rzucić czar, zupełnie nie zdając sobie sprawy z jego konsekwencji. Czasami je nawet zabijano, ale mimo to ilość różnych półzwierzęcych istot, nazwanych ogólnie bantakami, szybko rosła. No, głowy nie można było przemienić, ale resztę tak.
– Musiały to być straszne czasy – zauważyła Krystyna.
– Były – zgodziła się Bulena – Nikt nie mógł być pewny ani dnia, ani godziny. Bantaka natomiast w człowieka nie można już było z powrotem przemienić.
– A w innego bantaka? – zainteresowałem się.
– Tylko w znacznie gorszego – tym razem Kelia uprzedziła Bulenę. – Wprawdzie uczono mnie, że bardzo silny mag teoretycznie może za cenę utraty mocy zamienić pojedynczego bantaka w nieco lepszego, ale to byłoby bez sensu. Lepiej nieco poprawiać efekty starych przemian na całych gatunkach, jak w przypadku jolkenów. I to już się robi.
– Efekty starych przemian? – powtórzyła pytająco Krystyna. Bulena potwierdziła:
– Tak. Pierwsze bantaki, nawet te tworzone przez dorosłych, były bardzo toporne. Miały po prostu ludzkie głowy „doczepione” do niezbyt im odpowiadających ciał zwierząt, bądź zwierzęce części do ludzkich ciał.
– Jakby je przyszyto chirurgicznie – zauważyłem. – A co one jadły?
– Cóż, jeśli były to zwierzęta znacznie odbiegające pokarmowo od człowieka, jak konie, ptaki, czy nawet koty, zapewne miały duże kłopoty z wyżywieniem się i często szybko umierały. Dopiero po kilkuset latach magowie nauczyli się tworzyć istoty o bardziej harmonijnej budowie, nawet „składanki” z kilku zwierząt, a organizmy bantaków „wypracowały” kompromisowe rozwiązania żywieniowe. Na przykład koniowate ginsalty czy faskolary – z rysunku Kelii wywnioskowałem, że ciała tych ostatnich pochodzą od jakichś zwierząt podobnych do koali – potrafią spożywać dowolne pokarmy roślinne, a my, dersany, nie jemy wyłącznie surowego mięsa, jak duże koty, lecz jesteśmy bardziej wszystkożerne, jak psy.
– Aha, a czy można utworzyć u was na przykład centaura? – zaintrygowało mnie. Z tego, że taki termin tam był, już myślałem, że tak, ale Kelia zaprzeczyła:
– Nie, bantak musi mieć cztery kończyny, gdyż nie licząc bezużytecznych do tego celu stawonogów nie ma u nas takich zwierząt. No, piątą może ewentualnie być ogon, poza tym niektóre bantaki, głównie morskie, lecz także kilka lądowych, mają zrośnięte tylne kończyny.
– O ile wiem, podobne istoty żyją w którymś ze światów, ale jak dotąd jako tako przyjacielskie kontakty nawiązano tylko z paroma, w tym z bigrakami i do nich właśnie chcieliśmy się udać – dodała Bulena. – U nas zaś magowie już od dawna próbowali tworzyć takie istoty, ale im to nie wychodziło. Dopiero ostatnio podobno uzyskano jakieś czworonogi z dodatkowymi skrzydłami, „pegazy”, czy „smoki”, ale nie wiem jak, gdyż naturalna magia na to nie pozwala. Rzadkie i przeważnie bezpłodne są nawet krzyżówki z gadami. Lecz i tak pozostaje wiele możliwości – opisała nam sporo takich istot, niektóre z nich narysowała Kelia.
Na przykład sarwoty były ludźmi o rękach i nogach zakończonych płetwami, a jolkeny kopytkami. Sarwot jest istotą ziemnowodną, która świetnie pływa, całkiem sprawnie też chodzi na dwóch nogach po lądzie, ale postać jolkena była jedną ze szczególnie niewygodnych, gdyż dużo dłuższe kończyny tylne od przednich utrudniały chodzenie, a dodatkowo w okolicach chłodniejszych przeszkadzał brak sierści. Dlatego ostatnio magowie obdarzyli większość tych istot sierścią i niektórym wyrównali kończyny, a także przekształcili ich szyje na dłuższe i bardziej „zwierzęce”, dla nich o wiele wygodniejsze. Było to wszystko, co można dla nich zrobić. Istniały również harpie, zwane tam fentlami i wiele innych krzyżówek.
– Po jakimś czasie magia u dzieci zaczęła się objawiać znacznie później, choć jej potencjał – ale nie rodzaj – można było określić wcześnie – kontynuowała Kelia, prawdopodobnie w większości cytując swoje szkolne podręczniki – Zarazem ludzie stali się na magię odporniejsi, chyba że czar rzucał silny mag lub posiadacz specjalnego, bardzo rzadkiego kamienia. Obecnie kamienie te wchodzą w skład artefaktów, które „wynaleziono” jednak dużo później. Ci najsilniejsi magowie szybko stworzyli najwyższą klasę, rządzącą się własnymi prawami. Dochodziło pomiędzy nimi do konfliktów, kilka z nich przerodziło się w wielkie, bardzo wyniszczające wojny. W końcu cała Parsytia została tak nasycona magią, że normalne życie stało się bardzo trudne, wiele dzieci rodziło się mutantami. Większość jej mieszkańców przeniosła się na Wanterię, zabierając tam także swoich niewolników – bantaki. Tu nauczeni smutnymi doświadczeniami magowie złożyli uroczyste ślubowanie, że nie będą wykorzystywali magii do złych celów. Przysięga ta jest dziś składana na nowo przez każdego maga. Kiedy ktoś ją złamie, zostaje zamieniony w bantaka i to jednego z tych gorszych. Nie wyklucza to naturalnie robienia mniejszych i większych złośliwostek, ale zakreśla pewne ich granice.
– A kto czuwa nad tym, żeby nie były one przekraczane? – zaciekawiło mnie.
– Nad przestrzeganiem prawa czuwa straż miejska, policja oraz magowie prawdy – tym razem Bulena podjęła wątek. – Przeważnie dwie pierwsze wystarczą, a większe i bardziej skomplikowane sprawy prowadzą tacy magowie przy pomocy „kamieni prawdy”, w obecności których kłamstwo jest niemożliwe. Każdy, chociaż długo dotyczyło to wyłącznie ludzi, może zgłosić swoją sprawę magom prawdy, choć przy pewnych typach spraw trzeba mieć wadium. Magowie natomiast mają swój własny kodeks karny, zupełnie odmienny od powszechnego – pomyślałem, że pod tym względem przypominają trochę nasze duchowieństwo. – Teoretycznie system ten jest znakomity, w praktyce zdarzają się wprawdzie rozmaite interpretacje uzyskiwanych danych, ale nie rażąco niesprawiedliwe wyroki.
– O, to pewnie ci magowie prawdy są u was znienawidzeni – zauważyła Krystyna.
– Tylko przez większych przestępców – uśmiechnęła się dersanka. – Uczciwi nie mają się czego bać, a poza tym wprawdzie kilkadziesiąt lat temu tym systemem objęto też bantaki, ale wśród najbiedniejszych do dzisiaj to nie funkcjonuje. Ich życie nikogo nie obchodzi i mogą między sobą żreć się, ile chcą. Bywają i starcia międzygatunkowe, ale na niewielką skalę – z dalszej relacji wywnioskowałem, że najwyżej na nieco większą niż „wojny” ziemskich kiboli czy młodzieżowych gangów. Ogranicza je instynkt samozachowawczy niewielkich liczebnie gatunków, poza tym w większe zamieszki ingeruje żandarmeria, czasami nawet magowie.
– A życie naturalnych? Jeśli potrafią mówić dzięki magom... – zaczęła Krystyna.
– Potrafią, ale większość z nich żyje jednak dalej prawie tak, jak dawniej – „naturalnie”, stąd zapewne nazwa – przerwała Bulena.
– Magowie nawodnili też pustynie, stworzyli wiele nowych gatunków roślin i zwierząt, a nawet habele – wtrąciła z dumą Kelia.
– Habele? To rośliny czy zwierzęta? – zdziwiło mnie, że nie zalicza ich ani tu, ani tu.
– Nie bardzo wiadomo. To stworzona przez maga Habelusa około dwustu lat temu krzyżówka rośliny ze zwierzęciem: drzewko z mięsnymi owocami – wyjaśniła Bulena.
– Zwierzęta rosnące na drzewach?! – aż krzyknąłem. – I jak one się tam czują?!
– Nic nie czują – uspokoiła nas dersanka. – To owoce wielkości wiewiórek, praktycznie bez mózgu i jakichkolwiek zmysłów. Nie mają oczu ani uszu, nie oddychają, nie odżywiają się, nie czują też żadnego bólu. Praktycznie kawałki surowego mięsa w sierści, ze struną grzbietową wchodzącą przez ogonek w gałązkę i pestką z nasieniem w miejsce mózgu. Początkowo wywołało to szok, lecz stopniowo wszyscy doszli do wniosku, że to znakomity pomysł i znacznie ograniczyli zabijanie zwierząt. Nawet część naturalnych woli jeść to niż polować.
Jak później stwierdziłem, to „roślinne mięso” dodatkowo osłabiło ludzki „instynkt agresji”, który na Ziemi wciąż zbiera tragiczne żniwo – przy zachowaniu całej ciekawości świata! Niestety człowiek stał się rozumny w znacznej mierze przez drapieżnictwo, a naturalne hamulce agresji wobec własnego gatunku u niego po prostu się nie wykształciły. Staliśmy się drapieżnikami niewłaściwymi, które dopiero teraz, z wielkimi oporami, uświadamiają sobie cały koszmar krzywd wyrządzonych przyrodzie – i sobie samym. Z pewnością dla przyrody byłoby znacznie lepiej, gdyby człowiek albo pozostał roślinożercą, albo od początku był drapieżnikiem – właściwym. Oni mieli podobnie tragiczną przeszłość jeszcze z poprzedniego świata, z której wprawdzie nic konkretnego nie pamiętali, ale widocznie coś z tamtych czasów przetrwało w ich podświadomości, umożliwiając im w nowych warunkach najpierw przetrwanie, a obecnie, wzbogacone o Parsytię i kilka innych doświadczeń, także rozwój, o wiele mniej konfliktowy od naszego. Stopniowo włączono też do niego bantaki, a nawet naturalnych.
Innymi dziedzinami magii, o których owej nocy dużo rozmawialiśmy, były iluzja i czasomian – skrót od czasowa przemiana – dwa sposoby czasowej transformacji człowieka w bantaka lub bantaka w dowolnego innego, przy iluzji nawet w człowieka. Iluzja jednak daje efekt wyłącznie wizualny, „przemieniony” nie jest w stanie posługiwać się nowymi możliwościami. Przy czasomianie przeciwnie – po pewnym przyzwyczajeniu można dość łatwo korzystać z nowych możliwości: pływać, biegać, posługiwać się rękami. W tym wypadku przemiana w „lepszego” bantaka trwa jednak znacznie krócej niż w „gorszego” a przy iluzji tyle samo – czas jej trwania zależy tylko od siły maga.
– Większość potrafi to robić na pół zudry do zudry – kontynuowała Bulena – ale są i tacy, u których może to trwać nawet grubo ponad pół doby, podobnie jak czasomian przy dużej różnicy „in minus”, a wręcz legendarną trwałość czasomianu miał mag Xasedof, żyjący około pięciuset lat temu, kiedy jeszcze bantaki były niewolnikami. On także miał swoją ulubioną niewolnicę dersankę, która raz gdzieś wysłana natknęła się na jeden z częstych wówczas pogromów bantaków, została ciężko pobita i ledwie żywa doczołgała się do jego domu. Chciał ją zanieść do uzdrowiciela – wówczas wielka rzadkość! – ale ona to odrzuciła, odpowiadając mu słowami, które przeszły do historii: „Nie mnie trzeba ratować, tylko nasze społeczeństwo. Jeżeli chce pan coś dla mnie zrobić, to proszę mi obiecać, że wszystkie swoje siły poświęci pan walce o naszą, bantaków, sprawę. Pańska magia może być naprawdę potężną bronią. Proszę spróbować ją wykorzystać” – a kiedy jej to obiecał, umarła naprawdę szczęśliwa.
– I dotrzymał tej obietnicy? – zdziwiłem się.
– Tak. Zaczął wykorzystywać czasomian w wysokich sferach towarzyskich, zamieniając na krótko ludzi w bantaki. Dla większości była to tylko zabawa, ale niejeden zaczął mieć wątpliwości. W końcu dotarł na dwór lokalnego władcy, wówczas bardziej cesarskiego namiestnika niż udzielnego księcia, jego strażników pozamieniał w sarwoty lub skonery, porwał władcę i przemieniwszy w dersana, podrzucił jakiejś rodzinie dersanów w sąsiednim mieście. Gdy po kilku dniach władca odzyskał swoją postać i powrócił do pałacu, w pierwszym odruchu rozesłał za Xasedofem listy gończe, lecz po dokładnym przemyśleniu sprawy doszedł do wniosku, że mag postąpił właściwie, karząc go za dotychczasowe, hulaszcze i rozpustne życie. Wycofał listy, zamiast nich wysłał mu list żelazny, a kiedy mag przybył do niego ponownie, powiedział mu: „Te «bantacze» dni nauczyły mnie więcej niż całe życie. Nawet sobie nie wyobrażałem, że można żyć aż w tak wielkiej nędzy i poniżeniu. A wiedz, że podczas wojen magów mój przodek stoczył z kimś magiczny pojedynek i wygrał go. Mógłby go równie dobrze przegrać i byłoby przeciwnie – ktoś z dzisiejszych bantaków by tu rządził, a ja byłbym jednym z nich. Wiem, czego chcesz. Gdybym to zrobił od razu, zaraz by mnie obalili, ale obiecuję stopniowo łagodzić ten wyzysk” – i słowa dotrzymał.
– E, to pewnie jakaś legenda – mruknąłem sceptycznie.
– W większości raczej tak, ale oparta na historycznych przesłankach. Droga bantaków do wolności była długa i trudna, ale ktoś to przecież zapoczątkował, lubimy wyobrażać sobie, że właśnie ów Xasedof. Obecnie ciągle uważa się nas za istoty drugiej kategorii, ale mamy już większość praw ludzkich. Niektórzy z nas są wcale bogaci, inni wykształceni – ja sama skończyłam pełną integracyjną sześcioletnią szkołę podstawową i dwuletni dersański kurs rolniczo-ogrodniczy – i pracują prawie we wszystkich zawodach, często nawet je monopolizując. Na przykład usługi pocztowe i kurierskie są domeną bantaków latających, fentli oraz wilsunów – podobnych do nietoperzy, ale o nieco innym pochodzeniu – które wprawdzie latają trochę słabiej, lecz dzięki chwytnym kończynom mogą przenieść więcej.
– Są też magowie telepaci i teleportanci – przypomniała Kelia.
– Tak, ale jest ich niewielu i korzystanie z ich usług poza sytuacjami ekstremalnymi jest tak drogie, że mogą to robić praktycznie tylko władcy oraz Wielcy Magowie.
Zaczęliśmy omawiać ustrój społeczny Wanterii. Nominalnym władcą całego świata jest tam cesarz, ale w praktyce jest on raczej czymś porównywalnym z ziemskim ONZ. Mieszka w historycznym, lecz jak na taką osobistość raczej dość przeciętnym pałacu w Akalurze na Wyżynie Cesarskiej, odpowiadającej naszemu Tybetowi, choć niższej. Nie musi być magiem, ale ma swoich osobistych magów, należących do najsilniejszych i teoretycznie może wykorzystywać ich w dowolnym celu. Mogą go na przykład teleportować gdzie chce, okryć iluzją i tak dalej. Dzięki wpływowi na nominacje w Radzie Wielkich Magów ma pewną władzę nad magami. W praktyce rzadko z tych praw korzysta.
Magowie stanowią najbardziej rozwarstwioną grupę z wieloma klasami i podklasami, a wartość maga zależy od jego siły, użyteczności talentu i innych czynników, z których urodzenie jest na ostatnim miejscu. Można być synem magów najwyższej klasy i nie mieć zupełnie zdolności magicznych, a można być synem chłopa i zostać Wielkim Magiem. Z tym że oczywiście dzieci magów znacznie częściej są magami niż inne. Wielcy Magowie traktowani są na równi z królami i książętami, ale mag o słabej mocy albo „głupim” talencie typu zmiany kolorów własnego ubrania może nic z tego nie mieć i musi imać się innych zajęć.
Realną władzę sprawują królowie i książęta. Knują między sobą spiski i intrygi, ale wojny między nimi są rzadkie i krótkie, prowadzone siłami rzędu sumeryjskich czy miast greckich – armia pięciusetosobowa była już tam uważana za ogromną. Do prowadzenia długich wojen brakuje zresztą ludzi, którzy w większości krajów stanowią niewiele ponad 10% społeczeństwa – ale 100% warstw rządzących – i boją się, by ten stosunek jeszcze się nie pogorszył. Po upadku jednolitego cesarstwa był okres, który doprowadził do zachwiania tych relacji i wymusił takie ustalenia. Poza niewielkimi „twierdzami” przy granicach, w których stacjonuje zazwyczaj po sto do dwustu stałych żołnierzy, reszta wojska to pospolite ruszenie, szkolone w systemie „szwajcarskim”. Bantaki mogą tam pełnić jedynie funkcje pomocnicze: zaopatrzeniowe, logistyczne i tym podobne, na przykład fentle i wilsuny są zwiadowcami i kurierami, oraz – w określonych proporcjach – służą w niezależnych od armii strukturach żandarmerii, używanych do tłumienia buntów i zamieszek – chętnie czynią to na przykład dersany. Ponadto władcy posiadają wyłącznie ludzkie pięknie umundurowane kompanie honorowe i straż pałacową, złożoną głównie z ich kuzynów, a często i kuzynek
Dalej jest klasa właścicieli ziemskich, którzy przeważnie zarządzają majątkiem w bardzo praktyczny i „ludzki” sposób, nieco podobny do półfeudalnej gospodarki czynszowej. Mniejsze majątki, obejmujące najwyżej jedną wieś, mogą także posiadać bantaki. Następnie wyższa inteligencja: właściciele manufaktur, najlepiej prosperujący rzemieślnicy, bogaci kupcy i im podobni. Zdarzają się tu i bantaki, choć rzadko. Potem drobniejsza inteligencja: naukowcy i studenci, przeciętni rzemieślnicy, wolne zawody, policjanci i tak dalej – dla bantaków przeważnie to szczyt marzeń. Potem inne zawody – niektóre zmajoryzowane przez bantaki, jak łączność, inne dostępne tylko dla najsprawniejszych i ludzi. No i wreszcie ci od najczarniejszych, najmniej lubianych i najgorzej płatnych zawodów, jak śmieciarze, palacze i tym podobni oraz bezrobotni – w tych grupach to już są same bantaki.
0d czasu jednak, kiedy stworzono „mięsne rośliny” i zmodyfikowano magicznie wiele innych roślin, nie było głodnych. Żywności starczało tyle, że niemal każdy władca organizował jadłodajnie, w których można zjeść jednostajny, ale całkiem smaczny i pożywny pokarm za przysłowiowy grosz, a dla bantaków-ciekawostek, jak jolkeny, praktycznie pozbawionych możliwości pracy – chyba że w cyrku – nawet za darmo. Później dowiedziałem się, że w posiłkach tych były łagodne środki antykoncepcyjne, uniemożliwiające ich konsumentom posiadanie więcej niż trojga dzieci – nie licząc ciąż wielorakich, równie rzadkich jak u ziemskich ludzi. W ten sposób unikało się „przebantaczenia” kiepskimi gatunkami i wielu związanych z tym plag, znanych na ogromnych obszarach Ziemi. Bardzo mądrze!
Mało który król czy książę rządzi sam. Przeważnie jego władza ograniczana jest przez różne, wybierane całkowicie bądź częściowo, parlamenty. Zasiadają w nich wyłącznie ludzie, ale w radach miast czy gmin bantak nie jest już jakimś ewenementem, choć i tam są one rzadkie. Jak z tego widać, bantaki mają już nawet prawa wyborcze, choć bierne tylko na niskich szczeblach. Przy najwyższych organach władzy też istnieją komisje do spraw bantaków, kierowane przez ludzi, lecz co najmniej w połowie złożone z bantaków jako „ekspertów”, ale mają one tylko głos doradczy, a z jego słuchaniem bywa różnie. Bantaki jednak i z tego są zadowolone, nie tak dawno nie miały w ogóle żadnych praw. Przy władcach są też przedstawicielstwa bantaków wodnych, które mają zupełnie odrębne systemy i struktury władzy.
O tych ostatnich Kelia i Bulena wiedziały niewiele, sporo za to dowiedziałem się o systemie finansowym Wanterii. Złoto jest tam o wiele częściej spotykane niż w nas i jest, owszem, cenione jako surowiec do produkcji różnych wyrobów jubilerskich, błyskotek i tak dalej, jednak cała ich ekonomia opiera się na srebrze, znacznie od złota rzadszym. Najwartościowsze monety bite są z czystego srebra, mniejsze z jego stopu ze złotem lub miedzią. Obecnie stopniowe na całej Wanterii wprowadza się wspólną walutę oraz pieniądz papierowy, oparty na zasobach cesarskiego skarbca, lecz jeszcze używane są także pieniądze lokalne.
– Najrzadszym i najcenniejszym surowcem jest jednak tongrel – kontynuowała Kelia, zapewne znów cytując swoje podręczniki do nauki magii – „magiczne złoto”, używane do wyrobu artefaktów. Jeżeli znajdziesz okruch tongrelu wielkości pestki jabłka i dostarczysz go magom, to po przejściu przez test „kamienia prawdy”, masz już zabezpieczony byt do końca swoich dni. Zdarza się to jednak coraz rzadziej i coraz trudniej magom tworzyć nowe artefakty, mogące zastąpić ewentualne straty. O wiele częściej spotykane, choć także bezcenne, są „kamienie magii”, które w czasie obróbki są wtapiane w artefakt. Jedne służą do zaklęć i po ich wyczerpaniu zostają wymienione na nowe, inne, stałe, służą na przykład do dopuszczania do artefaktu nowych osób, czy odpowiadania na pytania dotyczące magii.
Pomyślałem, że w tym zakresie artefakt jest odpowiednikiem naszego komputera. Ma również system ochronny, włączający się automatycznie – a raczej auto-magicznie – w razie jakiegoś zagrożenia. Niestety nie jest w stanie ochronić właściciela...
C.D.N.##edit_byaliarii 2008-08-05 14:39:44##ed_end##