Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Aleja Upadłych Marzeń

dark_dragon616 ·

Panika przeradzała się powoli w nieopanowaną chęć przeżycia. Instynkt przejął władzę nad wiotkim ciałem i dziewczyna rzuciła się do ucieczki. Bezsens.
Dla zwykłego człowieka jej ruchy mogły wydawać się przeraźliwie szybkie. W końcu to hedrra, istota w której płynie Zew Wiatru. Czerpiąc energię z otoczenia pomknęła pod stertą zwalonych, betonowych odłamów.
Ale co mnie to mogło obchodzić? I tak Eliminator jest szybszy, nawet od mocy żywiołów. Tym Eliminatorem byłam ja.
Ruchy dziewczyny, pchanej strachem i dziką żądzą, były nieskładne. Zaczęła biec przez ruiny niegdysiejszej metropolii, przeskakując na nierówne resztki betonowych bloków czy aut. Ruszyłam za nią powoli wyciągając i odbezpieczając broń. Nie ucieknie mi. W końcu Eliminator to ktoś... to coś... przed czym nie ma ucieczki.
Usłyszałam krótki krzyk, który jeszcze bardziej ułatwił mi podążanie jej tropem. Pociągnęłam lekko nosem i wyczułam lekko metaliczny aromat świeżej krwi – była blisko.
Przymknęłam zaczerwienione powieki i naprężyłam mięśnie z całej siły. We wnętrzu mojego ciała jakby eksplodował niewielki ładunek wybuchowy i rozwarłam szeroko oczy... Kolor tęczówek zmienił się, skóra napięła. Morfowałam...
Eliminator. Wytwór chorych naukowców i wojny. Uosobienie przeraźliwego bagna ówczesnego Systemu. Jedynym naszym zamysłem było eliminować. Po otrzymaniu celu należało go znaleźć, a następnie zgodnie z powagą sytuacji oraz potęgą wroga znieść potrzebne bariery, aktywować poziom absorpcji energii z akumulatorów oraz zaprogramować sobie umysł na zwolnienie odpowiednich blokad.
W moim umyśle rozbrzmiał idealny, męski głos czytający powoli komendy dowództwa:
„Ochronna bariera 3-cF załączona, pancerz erytrytowy wysunięty na głębokość 2mm, absorpcja energii – akumulatory w spoczynku. Blokada 4 zwolniona. Intruz w promieniu 9 metrów. Cel ranny, traci krew...”.
Mrugnęłam na próbę pozwalając oku przyzwyczaić się do sztucznej soczewki noktowizora. Sprawdziłam spusty i zasuwy obu pistoletów głównych oraz dwóch zapasowych. Ostateczność. Z zasady padali jak muchy po jednym strzale.
Uśmiechnęłam się lekko i odrzuciłam sprzed twarzy kosmyk zagubionych, szarych włosów.
Cel skulił się pod ścianą, dygocząc. Stanęłam nad hedrrą i zaczęłam spokojnym, bezuczuciowym głosem odczytywać wyrok:
- Rada Sprawiedliwości skazuje niejaką Otę Derian na najwyższy wyrok z powodu zdrady stanu i spiskowania w spółce z wrogą Rebelią. Wyrok zostanie niezwłocznie wykonany przez Eliminatora numer seryjny 45696. - zrobiłam stosowną pauzę i nabrałam powietrza. - Chwała Imperium!
Uśmiechnęłam się lekko i uniosłam wykonany ze stopu ciemnych metali pistolet.
- Ostatnie słowa przed śmiercią, zdrajczyni? - uwolniłam cały drzemiący w sobie sarkazm i spojrzałam na nią.
- Ave Liberta!
Dziewczyna splunęła mi w twarz z pogardą i zacisnęła powieki. Naciśnięcie spustu było dla mnie czymś odruchowym i aż drgnęłam widząc resztki jej mózgu na ścianie przede mną. Westchnęłam. „Stajesz się maszyną, stara” – rzuciłam lekko, ocierając twarz.
Po chwili siedziałam już we wnętrzu ciepłego auta jadącego wprost w kierunku lśniącej kopuły Miasta.
*
Fedrea, najgorsza dzielnica Miasta Jasności, idealnego tworu naszych czasów. Jakże na miejscu ze wszystkimi słowami Ojca stały te wszystkie zapierające dech w piersi, śnieżnobiałe wieżowce, lekko zarysowane gdzieniegdzie rzeźby aniołów. Sztuczna iluzja czystego nieba nad miastem potęgowała wrażenie spokoju, dostatku i... utopii.
A jednak wciąż nie miałam zamiaru zdradzić. Coś ślepo trzyma mnie przy tym zakłamaniu. Coś sprawia, że nie czuję winy, naciskając spust i zabijając coraz to nowych Rebeliantów walczących w żałosnej walce o wolność.
Liberta!
Zaśmiałam się cicho, jakby to był wyborny żart.
Ciężkie buty uderzały głucho o bruk. Ściekami płynęły fekalia najbiedniejszych mieszkańców tego samego Miasta, które uchodziło za azyl dobroci i stolicę Imperium.
Fedrea, najodleglejsza otchłań rozpaczy. Miejsce, gdzie żaden z nas nie chciałby się udać. Ja za to poszłam tam z własnej woli. Ba! Bywałam tam co jakiś czas, aby spotkać się z przyjaciółmi. Wychowałam się w tej dzielnicy, to ona nauczyła mnie sprytu, cwaniactwa i walki o swoje.
Lepkie od brudu drzwi rozwarły się pod naporem mojej dłoni. Skrzywiłam się lekko omijając czyjeś wymioty i podeszłam do grupki osób zajmujących największy stolik. Machnęłam na barmana. To, co zwykle... a jakżeby inaczej.
Instynkt Eliminatora podpowiedział mi bardzo cicho, że po moim wejściu głosy przycichły. Poczułam jak atmosfera gęstnieje, ludzie spinają się i zamykają w sobie. Podeszłam do nich powoli i stanęłam za dumnie wyprostowanym mężczyzną. Pokręcił głową i odwrócił się.
- Neg... – zaczęłam szeptem.
- Milcz - przerwał mi i uniósł się z krzesła. Podłoga zaskrzypiała lekko i po sekundzie jego twarz znalazła się milimetry od mojej własnej. Neg, były Eliminator. Teraz – dowódca podziemia. A również jedyny mężczyzna, którego kiedykolwiek kochałam.
- Daj mi jeden powód - szepnął mi prosto do ucha. Jego głos aż drżał od bólu i skrywanego cierpienia. Podbródek zatrząsł się lekko i Neg pociągnął nosem. Poczułam lufę przystawioną do żeber po lewej stronie tułowia.
- Zabijasz nas po kolei. Eliminujesz ludzi, których jeszcze parę lat temu byłaś siostrą.- odbezpieczył pistolet wżynający się już dość mocno w moje ciało. - Jakie to było uczucie wczoraj wieczorem? Pociągać za spust przystawiony do głowy Oty?- mówił coraz głośniej.- Ona miała może trochę ponad 17 lat! - krzyknął i głos mu się załamał. Odczekałam moment.
- Spójrz w dół - szepnęłam. Nasze ciała niemal stykały się, pojedyncza łza stoczyła się po moim policzku momentalnie wsiąkając w tkaninę jego czarnej koszuli. Równie czarnej jak otchłań rozpaczy, w którą za moment miałam się zanurzyć. Zerknął na ułamek sekundy i skrzywił się.
Ciemny metal mojej broni znajdował się dokładnie przy jego podbrzuszu. Ja celowałam w niego, a on we mnie. Oboje wiedzieliśmy, kto jest szybszy. W końcu Neg od lat nie praktykował jako Eliminator, był jednym z najwcześniejszych modeli. A ja? Ja codziennie wykonywałam nowe zlecenia, nie czując nawet śladu wyrzutów sumienia. Bo i po czym? Żyjesz według Systemu, nieważne jakie wartości kultywuje, albo giniesz. Prawo przetrwania. Ja popłynęłam z prądem... I dlatego wciąż żyję.
Teraz przystawiałam lufę pistoletu do jego ciała. Jego oddech przyspieszył i przypomniałam sobie lata, które spędziliśmy razem. Bezsenne noce i długie poranki. Wieczory przesycone marzeniami. Wspólne cele i plany. Przeszłość... On, ktoś, kto sprawiał, że moja skóra pokrywała się drobnym dreszczem i znajdowałam się w stanie błogiego upojenia. Nigdy więcej żaden mężczyzna nie doprowadzał mnie do takiego szaleństwa. Z przeszłości pozostały tylko wspomnienia, koszmary i uzależnienie od CH-3-LF. Tym razem jego oddech przyspieszył, bo Neg czuł już niemal smak nadchodzącej śmierci. Czy właśnie to czuli ci wszyscy, których „eliminowałam” każdego dnia...?
Spojrzałam prosto w jego oczy spodziewając się wyrazu nienawiści albo wyrzutu. Zapadłam się momentalnie w głębię błękitu przypominającą jesienne, zachmurzone niebo. Oczy nabiegłe krwią, szybkie bicie serca – tak blisko mojego, a jednak nie zobaczyłam w tym spojrzeniu nienawiści. Chyba bardziej nadzieję. Nie nadzieję ślepego optymisty – nadzieja przywódcy podziemia przypominała mi bardziej ostatnią deskę ratunku przed zapadnięciem się jego osamotnionej duszy w bagnie marności i skazania na zagładę.
Drzwi do pubu rozwarły się i do środka wpadła mocno dymiąca kula. Zaklęłam. Zaraz potem w pomieszczeniu była już cała, ciężko uzbrojona grupa uderzeniowa.
- Stać! Ręce do góry, natychmiast! – goście rzecz jasna poderwali się z krzeseł i rzucili w panice do okien i drzwi awaryjnych, których nie sposób zliczyć w takich melinach. Barman znikł wraz z przebrzmieniem pierwszych słów Strażnika.
Wymieniłam kolejne spojrzenie z Negiem i oderwałam pistolet od jego ciała. Jeszcze w półobrocie zmieniłam zawartość magazynka, żeby nikt nie posądził mnie o zdradę przez identyfikację kul Eliminatorki, i wycelowałam w pierwszego Strażnika. Neg rzucił się na podłogę, reszta poprzewracała stoły i skryła się za nimi szybko przeładowując coś na wzór starych kałasznikowów.
Ja natomiast tylko uchyliłam się przed pierwszą kulą. Po co miałabym się kryć? Uśmiechnęłam się mimowolnie... Kolejny mundurowy plamił swoją krwią posadzkę.
Dopiero przy trzecim poczułam falę bólu w okolicy uda. Roześmiałam się. Adrenalina! Czego więcej trzeba, by eliminator czuł się szczęśliwy?
-Przestań, Faux! – Neg przekrzyczał ryk broni i złapał mnie w pół ściągając siłą na podłogę. Wykorzystałam te parę sekund na wyciągnięcie sprayu z kwasem siarkowym z wewnętrznej kieszeni i zaczęłam maskować nim ślady mojej krwi na podłodze. Tym też mogli mnie łatwo zidentyfikować.
Wychyliłam się zza przewaloną sofę ledwo pamiętającą czasy swojej świetności.
Pierwszy strzał. Chybiłam!
- Cholera... – przymknęłam oczy i poczułam lekkie kołatanie w czaszce. Muszę odstawić na jakiś czas CH-3-LF. Zmrużyłam ponownie powieki i próbując z całych sił powstrzymać drżenie rąk postrzeliłam kolejnego.
Prawie poza granicą słuchu zwykłego człowieka, pośród harmideru i nieopisanego chaosu, usłyszałam ryk potężnego silnika. Źrenice leżącego przy mnie Nega rozszerzyły się gwałtownie i spojrzał na mnie.
Wciągnęłam szybko powietrze i odetchnęłam próbując się uspokoić. Nie myślałam, że zechcą tak zupełnie wyeliminować tak na pozór nieszkodliwą grupkę młodych rebeliantów w podrzędnej melinie Fedrei.
Nie aż tak, żeby przysyłać innych Eliminatorów...
Neg zarządził odwrót tuż po tym, jak usłyszeliśmy tupot okutych butów na schodach baru. A potem... potem nastała ciemność z delikatnymi przebłyskami obezwładniającego bólu we wszystkich częściach mojego ciała...
*
W przeszłości ten widok podsunął by mi nazwę „mgła”, ale tym razem z lekką nutą paniki w głosie spróbowałam zerwać się z miejsca z krzykiem „Pożar!”. Dym?
Huk w głowie wypędził jednak z mojego wnętrza cały strach i opadłam na wilgotne podłoże z głuchym łupnięciem. Twarde. Bruk...?
Rozchyliłam ponownie powieki, tym razem juz ostrożniej. Mleczna zawiesina nade mną nie była jednak wcale dymem. Mgły również nie przypominała – była zbyt gęsta jak na mgłę. Zbyt... nie do przeniknięcia wzrokiem.
Zignorowałam zawroty głowy i usiadłam.
Widok mnie zadziwił – podziemia. Znajdowałam się w podziemiach Miasta Jasności, jedynym miejscu, gdzie zachowano jeszcze odrobinę godności. Ci mieszkający w pożałowania godnych warunkach, w biedzie i slumsach na pograniczu zupełnie innego świata i podziemnych ścieków żyli naprawdę wolni.
W niewielkiej studzience kanalizacyjnej wysoko nad moją głową zajaśniał nieśmiało promień słońca. Poranek. Niech by to szlag...
-Może chociaż „dziękuję”? – odwróciłam się szybko na dźwięk ostrego, kobiecego głosu.
-Hea, tyle lat. Co za miłe... – zaczęłam siląc się na uśmiech. Posiniaczona twarz zamieniła uśmiech w dziwny grymas bólu.
- Gówno, a nie ci miło - warknęła moja dawna siostra krwi i splunęła mi pod nogi. – Nie wiem, co oni sobie myśleli. Przyprowadzić tu taką szmatę jak ty, to jak pokazać hienie wejście do nie bronionej królikarni... Za ile im nas sprzedasz? Za nic? A może za zapas prochów na rok...?
Nie panowałam już nad mimiką swojej twarzy. W końcu westchnęłam pogardliwie i podniosłam na nią wzrok.
- Krzyw się ile chcesz, dziecino... Mnie to już nie rusza. - Odwróciła się i ruszyła wgłąb plątaniny drobnych uliczek. Schyliłam się nad rurą kanalizacyjną, na której ktoś suszył pranie i poszłam za nią. Otoczyła mnie grupka trzech strażników. I tak za mało, żeby mnie powstrzymać, ale wystarczająco, żeby pokazać mi moje miejsce. Zrozumiałam.
Uratowali mnie, wprowadzili do Środka. Zaufali. Obdarzyli ostatnią i największą jaką pamiętam dozą zaufania... To był strzał w ciemno, przecież wiedzieli, że mogę pozostać wierna fałszywym i zwodzącym przesłaniom Imperium. Nie tyle za sprawą hierarchii swoich wartości, ile dla interesu i świętego spokoju.
Hea szła dalej, mamrocząc coś cicho. Podeszłam do niej, aby posłuchać.
- Andre zginął dwa miesiące temu w obronie Twierdzy w Waag. Rett nie żyje od prawie pół roku, poległa w samobójczej misji zniszczenia statku nadzorującego więzienie rebeliantów. Galatea wykrwawiła się próbując odwrócić ostatkiem sił uwagę Strażników podczas szturmu na jeden z ośrodków tymczasowych władzy tuż po budowie kapsuły nad Miastem. Ed konał w ramionach samego Nega... Dowódca prawie co noc budzi się z krzykiem na ustach, przerywając koszmary, o których potworności nawet sobie nie zdajesz sprawy. – przystanęła na chwilę przepuszczając młodą dziewczynę z trójką dzieci. – Mówić dalej..? – rzuciła mi ukradkowe spojrzenie.
- Próbujesz mnie złamać – stwierdziłam spokojnie.
Spoliczkowała mnie mocno... Zatoczyłam się na jednego z mężczyzn mnie eskortujących i oparłam ciężko na jego klatce piersiowej dysząc. Suka. Trafiła w zwichniętą część żuchwy...
Opierając się na strażniku skorzystałam z szansy i błyskawicznie wyciągnęłam mu niewielki rewolwer z kieszeni. W ułamku sekund celowałam już w Heę.
- Strzelaj, jeżeli wciąż mało ci śmierci swoich dawnych przyjaciół... – szepnęła i wpiła się we mnie palącym wzrokiem. Gdzieś na dnie mojej duszy krótkim jękiem odezwało się od dawna skrywane sumienie. Mało przyjemnie.
Zmieniłam ustawienie lufy obracając stary rewolwer w dłoni i celując prosto w swoją skroń.
Krótki cień przerażenia na twarzy Hei dał mi odpowiedź.
- Do czego jestem wam potrzebna?
Kłamstwa popłynęły jak rwący potok. Albo, żeby lepiej opisać ich malowniczość, jak ścieki w rurach Miasta Jasności...
- Postanowiliśmy zaryzykować po raz ostatni. Czy już całkiem zapomniałaś o tych latach, kiedy razem walczyliśmy o wolność i niezależność Rebelii? Czy straciły dla ciebie znaczenie dawne hasła, a priorytety zatarły się w pamięci? Zapomniałaś o nas? Zapomniałaś o... Negu?
Kolana drżały mi niebezpiecznie zdradzając moje uczucia, choć po twarzy nie można było nic poznać. Okres odstawienia środków psychotropowych, które sprawiały, że „zapominałam”, wydłużał się niemiłosiernie z każdą minutą. Ostatnią dawkę CH-3-LF wzięłam ponad osiem godzin wcześniej. To za długo jak na osobę w pełni uzależnienia.
-Faux, przestań. Widać po tobie, że prochy przestają działać. Uczuć nie da się zamaskować na zawsze. Prześpisz się i porozmawiamy za parę godzin.
- Parę godzin! - krzyknęłam. Chcą grać moimi uczuciami. Idioci. – Nie. Porozmawiamy teraz. Prowadź mnie do Nega, siostro.
Hea odwróciła się powoli i ruszyła w sobie tylko znanym kierunku. Nawet nie próbowała uciekać. Kątem oka zauważyłam szybki ruch w okolicy mojego ramienia. Wycelowałam bronią w twarz jednego ze strażników, który próbował mnie rozbroić i syknęłam. Chłopak miał może z 16 lat i pół twarzy poorane okropnymi bliznami, pewnie po wybuchu chemicznym.
- Nie próbuj - powiedziałam zrezygnowana i poszłam za Heą.
Zapowiada się ciekawy dzień. Dzień pełen zmian, jak podpowiadało mi nieomylne przeczucie.
*
- Nie.
- Daj mi skończyć...
- Nie!
- Nie znasz całej oferty. Mamy ci naprawdę wiele do zaoferowania...- zagarnął gorączkowo kosmyk niesfornych włosów za ucho i zerknął na stojących obok niego ludzi pytającym wzrokiem.
- Sam wstęp mi nie odpowiada i na tym zakończmy tą dyskusję, Neg.
Westchnął. Reszta zgromadzonych natomiast już niebezpiecznie piorunowała mnie wzrokiem. Gdyby tylko mógł zabijać...
W głowie kręciło mi się coraz bardziej, czułam nieopisany głód i ból. Pragnęłam z całych sił, żeby dali mi spokój. Chciałam opuścić to cholerne miejsce i zaszyć się gdzieś ze śmiertelną dawką leków nasennych. Miałam dość, przecież każdy ma swoją wytrzymałość.
Słowa Nega i Hei sprawiły, iż po długim czasie wspomnienia powróciły ze zwielokrotnioną siłą. Nie wiem, co bolało bardziej – głód, czy też twarze i głosy dawnych przyjaciół we wnętrzu mojej głowy, którzy zginęli walcząc o wolność.
- Czy to te leki tak cię zmieniły, czy to System, czy też zawsze taka byłaś...? - westchnął Neg, ukrywając twarz w dłoniach. Wydało mi się, że jest starszy niż w rzeczywistości, że przeszedł o niebo więcej, niż mogłabym przypuszczać. Nagle przepaść między nami poszerzyła się jeszcze bardziej.
Zapadło bolesne milczenie, po którym Neg niespodziewanie podniósł głowę i skinął na resztę zebranych. Tuzin mężczyzn i kobiet w różnym wieku wstał i z ociąganiem ruszył do wyjścia z niewielkiego pomieszczenia. Hea przechodząc obok zdążyła jedynie syknąć mi prosto do ucha:
-Masz szczęście, dziwko. Gdybyś to nie była ty, już dawno przestał by cię ochraniać. A wtedy... leżysz w rynsztoku z nożem w plecach. Moim nożem.
Kiedy drzwi zamknęły się Neg wstał i podszedł do mnie. Spod jego koszuli wystawały bandaże przesiąknięte już prawie zupełnie krwią. Oparł pooraną bliznami rękę na blacie stołu i przysiadł na nim z trudem.
- Zastanawiałem się czasem, jak to się stało. Kiedy nasze marzenia i wartości przerodziły się w najwyższy cel, a dążenie do niego przeistoczyło się w jedyną rzecz, jaką możemy w życiu naprawdę dokonać. - Westchnął i przeniósł głębokie spojrzenie przymrużonych oczu na mnie. - Zastanawiam się też, jak doszło do tego, że marzenia, które kiedyś dzieliliśmy stały się tylko moimi marzeniami...
Przypominałam już wrak człowieka, gałki oczne nabrzmiały, powieki spuchły, skóra napięła się... Nienaturalna bladość oblała moje ciało, zimny pot spływał coraz większym strumieniem po plecach. CH-3-LF. Jak to się stało, że w ogóle zaczęłam brać to świństwo?
Słowa Nega i całej reszty docierały do mnie coraz wyraźniej. Coraz dobitniej rozumiałam ich oskarżenia i nagle, po dwóch latach eliminowania dopadły mnie wyrzuty sumienia. Łamali mnie z olbrzymim sukcesem...
- Wiesz - zaczął po jakimś czasie i poczułam, że to będzie już ostateczny cios. Nie oprę się. Nie mam siły i... nie mam ochoty. Zamknęłam oczy i pozwoliłam uszom delektować się brzmieniem cichego, melodyjnego głosu Nega. – Wspomnienia tego, co nas kiedyś łączyło są dla mnie czymś więcej, niż tylko wspomnieniami. Nie potrafiłem cię wymazać, chociaż próbowałem przez wiele lat. - Oprzytomniałam momentalnie i spojrzałam mu prosto w oczy, szukając choćby śladu manipulacji czy fałszu.
- Faux, chociaż jesteś kimś, kogo mógłbym szczerze znienawidzić, to wciąż cię kocham...
Zsunęłam się z krzesła na podłogę ledwo czując lodowate uderzenie. Bezwładność całego ciała spływała na mnie niczym zbawienie. Tuż na granicy jawy dojrzałam twarz Nega. Instynkt mówił mi z całą pewnością, że jego słowa były prawdziwe. Ogrom emocji z nich płynący był nie do opisania.
- Ja też - wykrztusiłam ostatkiem sił.
*
- Przeżyje...?
- Módl się o cud.
Cisza. Odległe pikanie przedziwnej aparatury.
Szum powietrza w uszach....
- To przez to, co brała?
- Nie. Nie przedawkowała, o ile do tego zmierzasz - westchnięcie. Westchnięcie ulgi? – Ale nie ciesz się, generale. Te środki sprawiły, że rany nie chcą się zasklepić, a ciało jest tak wyniszczone od środka...
- Przeżyje? - przerywa trochę za ostro drugi głos.
- Jeżeli Bóg istnieje... to tylko On może to teraz wiedzieć.
I znów ciemność.

Epilog

Imperium upadło. Nikt nie wie, jak do tego doszło – w końcu po latach prób i oddaniu za sprawę tysięcy ludzkich żyć, odnieśliśmy sukces. Rebelia zjednoczona w ostatecznym ciosie powaliła System i błoga radość zalała swoją falą świat... Karnawałowi i świętom nie było końca.
A potem... potem przyszedł czas na odbudowywanie tego, co zatraciliśmy w walce o przetrwanie. Było to równie ciężkie zadanie co samo dojście do wolności, jednak optymizm i nadzieja już nas nie opuściły.
Nastała nowa era. Nowy czas. Przeszłość pogrzebano w tumanach kurzu i tylko Bóg może wiedzieć, co niosą następne lata.
Chcecie też pewnie wiedzieć co stało się ze mną, Faux?
Tamtej nocy, kiedy otarłam się o śmierć, moje życie zrobiło nagły zwrot. Zmieniło się wszystko. Pewnie to przeznaczenie, a może i w głębi duszy od dawna chciałam powiedzieć „nie”?
Liczy się jednak to, że powróciłam do podziemia. Pomagałam z całych sił, ryzykując wiele, ryzykując życie, a i tak dopiero pod sam koniec odzyskałam tak zupełnie ich zaufanie. Niektórzy nawet do dziś uważają mnie za zdrajczynię.
Jednak to te zawistne spojrzenia i ból gdzieś w środku mnie samej – wspomnienia czasów, kiedy byłam czymś gorszym od ścierwa – właśnie one pchały mnie do największych poświęceń.
No i... jest On. Neg. Zawsze, tuż obok, przy mnie. Ta jego nieskończona wiara we mnie. Wyciągnął mnie z bagna i pomógł wrócić. A to, co połączyło nas z powrotem jest czymś, czego wciąż nie jestem w stanie pojąć... Niektórzy mówią, że to Miłość. Ale to słowo jest dla mnie zbyt ulotne. Prawdziwa Miłość to coś więcej, niż moglibyśmy przypuszczać. I to właśnie ona czai się tuż za zakrętami losu...

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...