Am Ha Arec* - (1) Mercado
Starzec dokładnie pamiętał tamten dzień. Pamiętał te ciężkie, kłębiaste chmury, wiszące nisko nad ziemią. Wszystko wokół było ciche, jak gdyby świat zamarł, czekając na coś, co mogło nie być zbyt miłe dla jego mieszkańców.
I dostał to, na co tak czekał. Ptaki poderwały się do lotu, krzykiem oznajmiając wszem i wobec swoje niezadowolenie. W niedalekich zaroślach coś zaszeleściło i w tej samej chwili wybiegł z nich przerażony zając niknąc dalej w lesie. Muł, należący do tamtego strzygł niespokojnie uszami. Dziad naliczył około trzydziestu strzałów, nie był jednak pewien, gdyż niektóre niemal zlały się w jeden ciąg głośnego huku. Na chwilę wszystko ucichło. „Zmiana magazynków” – pomyślał. Znowu kolejne strzały, chwila ciszy, jeszcze trzy i... Koniec. Pamiętał jak nadstawiał uszu, próbując wysondować czy jeszcze coś się stanie, ale w kapliczce po drugiej stronie traktu cisza zagościła już na dobre. Starzec czekał na Strzelca.
Tak. W jego głowie doskonale zachował się obraz człowieka, który nie do końca wyglądał na człowieka, a teraz właśnie stał na drewnianych schodach rozpadającej się kapliczki. Tak jak wtedy, gdy nieznajomy pojawił się w wiosce, dostrzegł coś, co musiał mieć w sobie z tych przeklętych elfów. Kiedy go wynajął, tamten powiedział tylko tyle, iż nazywa się Sebastian. Nic więcej na swój temat nie mówił. Wypytał o szczegóły zlecenia i wyruszyli w drogę. Starzec ciągle miał przed oczami postać Strzelca. Raczej wysoki, dobrze zbudowany. Miał długie, proste włosy w kolorze dojrzałej pszenicy. Nosił czarne spodnie, wysokie skórzane buty, szary sweter i długi ciemnoszary płaszcz. A i jeszcze te pretensjonalne rękawiczki bez palców.
Przypomniał sobie jak Sebastian zbliżał się do niego chwiejnym krokiem. Pomyślał wtedy, że być może jest ranny. Jednak nie był. Przeskoczył zręcznie nad wielką kałużą, stary widział wtedy przez chwilę jego broń. Dwa potężne pistolety, spoczywające w kaburach na szelkowej uprzęży. Dostrzegł też prostokątny, srebrny medalion z nefrytową, czterolistną koniczyną w środku. Sebastian szybko zapiął płaszcz. Starzec przypomniał sobie wtedy ryciny starych Świętych Kapłanów, jakie widział w kolorowych książkach, kiedy jeszcze był dzieckiem.
Pomyślał, że Sebastian trochę przypomina te dostojne postacie. Ale szybko porzucił tę myśl.
„Tirador de élite, Łowca. Ha! Chyba jest ich przeciwieństwem.” Tymczasem Sebastian stał już koło niego.
- Mieliście rację – powiedział suchym głosem i pociągnął spory łyk z manierki, która wcześniej leżała pod drzewem – Wąpierz. Do tego trzech ożywieńców i zmora.
- Wszyscy Święci! I jak...? – Zapytał zlęknionym głosem.
- Wąpierz był młody jeszcze. Raczej niedoświadczony. Trochę mnie poturbował, ale to nic groźnego, najwyżej zostanie parę siniaków. Pozostała czwórka, jeszcze słabsza.
Starzec wyraźnie odetchnął z ulgą. Popatrzył jeszcze raz z lekkim strachem na drzwi kaplicy i potarł w zadumie twarz, której nie golił chyba od wieków. W końcu powiedział:
- Dzięki wam, bogowie! Sit tidi terra levis! Dzięki też tobie panie Strzelcze. Tak jak obiecaliśmy, nagroda cię nie minie.
Wyjął mieszek złota i podał go Sebastianowi. Ten zwarzył w ręce swoją zapłatę i schował ją do juk na plecach muła. Podrapał zwierze po głowie i powiedział:
- To by było na tyle. Powodzenia panie Starosto.
Odwrócił się i poszedł w swoją stronę.
Tak. Obrócił się wtedy plecami zabierając ich ostatnie oszczędności. Odszedł gdzieś tam, daleko. Ale, przynajmniej mieli spokój z upiorami. Wioska ostatnio zbyt szybko pustoszała, a młode panny nie mogły zmrużyć oka. Wszyscy się bali. A on był ich przewodnikiem, musiał dbać o bezpieczeństwo.
To było miesiąc temu. Obecnie, po prawdzie mieli spokój, ale... Pieniądze. „Cóż, dwóch srok za ogon trzymać się nie da” – mawiała jego żona. Od czasu wizyty san Sebastiana nic się nie działo. Tylko teraz wiedział już trochę więcej na jego temat. Ale czy to było ważne? Miał wystarczające problemy z okolicznym plemieniem leśnych elfów, zbiory były niezbyt obfite, a krowy dawały za mało mleka. Wszystko było na jego głowie i musiał szukać na te problemy skutecznych rozwiązań.
Podobno kiedyś, ponad trzy wieki temu, istniała tylko rasa ludzi. Nie było czegoś takiego jak magia, demony, przerażające stwory i przede wszystkim, nie było tej przeklętej bandy ożywieńców i mutantów. Ale, jak mawiała jego babka: „Koniunkcja Sfer zrobiła swoje. Tego, co wydawało się Amerykanom i Ruskim nie do pomyślenia, dokonała siła nieczysta z innego świata”. Ha! Wtedy już podejrzewał, że z babcią jest coś nie tak, co potwierdziło się, kiedy zbudowała sobie skrzydła i skacząc z urwiska krzyczała: „Jestem Ikarem! Jestem Ikarem!” – Swoją drogą, to były jej ostatnie słowa. Kto to w ogóle miał być ten Ikar?! Później doszedł do wniosku, że starej kobiecie pokręciło się w głowie od nadmiaru wiedzy. Uśmiechnął się do siebie.
- Co się tak śmiejesz, idioto?! – Krzyknęła nagle jego żona, która akurat przechodziła w pobliżu – Za robotę byś się wziął! Obornik trza wywalić, świnie nakarmić, drwa narąbać! Ruszże się, padalcu!
I to byłoby na, tyle jeśli chodzi o chwilę odpoczynku. Stary podniósł się ciężko ze schodów werandy, kości w jego zużytych stawach strzeliły jak płonące drwa w kominku. Starosta miał już swoje lata, jednak dobrze się trzymał i wcale nie narzekał na zdrowie. Długowieczność była nieodłączną cechą jego rodziny. Przeciągnął się, ziewnął i żwawym krokiem ruszył w stronę niezbyt okazałych zabudowań gospodarczych.
*****
Sebastian dotarł do Hammer Will około południa. Pierwsze kroki skierował też zaraz do karczmy prowadzonej przez jego dobrego znajomego Fredricka. Był on gnomem. Na tyle sprytnym i zaradnym, że potrafił doskonale urządzić się w tak popieprzonym miejscu, jakim było miasto Hammer Will. Dość by można mówić o jego podziale na Górną i Dolną część, kilkudziesięciu zamtuzach i podrzędnych burdelach, bogaczach zamkniętych w swych willach, żebrakach kończących swój marny żywot w rynsztoku. Słowem, miasto jak każde inne z licznych, miast – państw rozrzuconych po całej północnej części Perghardu. Pełne kontrastów i podejrzanych alejek. Rządziło się swoimi prawami, miało regularne wojsko oraz dostęp do niewielkiego arsenału i pewnych działów magii. Przewodziła mu Rada Pięciu. Podobno: elfie bliźniaki, człowiek, krasnolud i jakiś niziołek, ale nikt nigdy ich nie widział, co nasuwało pewne wątpliwości w kwestii sprawiedliwego podziału władzy. Jednakże było tutaj w miarę spokojnie i ten właśnie spokój sprzyjał szybkiemu rozwojowi przemysłu i gospodarki.
Gwarne ulice tętniły życiem. Wszyscy gdzieś się śpieszyli. Strumień ludzi zdawał się płynąć pomiędzy domami, rozdzielając się miejscami, by po chwili znów połączyć się w całość. Miasto było pełne ludzi oraz przedstawicieli innych ras. Spora ich część pracowała w licznych tutaj fabrykach, produkujących całą masę gadżetów na potrzeby wojska oraz na eksport do innych miast.
Sztab uczonych, pod dowództwem jednego z potomków pierwszego elfiego rodu, który pojawił się w tym świecie, dzień i noc pracował nad nowymi patentami. Niestety, jak na tak potężne mózgi, nie wymyślili oni nic rewelacyjnego, a przynajmniej niczego aż tak dobrego, ażeby zadowolić w pełni Radę. Do tej pory zdołali opracować tylko system ulicznych latarni gazowych w Wysokim Mieście, domowe latarenki na ogniwa elektryczne, oraz parę drobiazgów, które najbardziej przydawały się w kuchni. Do większych osiągnięć można zaliczyć tylko rekonstrukcję fabryki produkującej amunicję, oraz naprawę kilku ciężkich maszyn. Jak mówiła plotka, podobno starano się zbudować egzemplarz broni krótkiej, ale do tej pory nic z tego nie wychodziło. Na tym oficjalna lista wynalazków się kończyła. Ktoś opowiadał historie o złożach drogocennego płynu zdolnego tchnąć życie w stalowe automobile, lecz nikt nie brał sobie tego poważnie do serca.
Sebastian miał gdzieś plotki o interesach Rady. Nic go to nie interesowało.
Nie śpiesząc się, szedł do „Ochoczej Dziewki” i przy okazji obserwował codzienne życie mieszkańców. Ulice były pokryte niezbyt równymi kamiennymi płytami, co jednak nie miało zbytniego znaczenia dla mieszkańców, którzy niemal z sadystyczną przyjemnością pędzili po nich w rozklekotanych wozach. Sebastian był już niedaleko karczmy i na myśl o smacznym posiłku poczuł ssanie w żołądku. Ominął głęboką wyrwę w kamieniu i podbiegł do drzwi wejściowych „:Ochoczej Dziewki”. Nagle otworzyły się one z hukiem i niczym wystrzelony z procy, wyleciał z nich sam czcigodny właściciel. Wylądował parę metrów dalej w błotnistej kałuży i właśnie zamierzał się podnieść, kiedy ze środka wyszło trzech osobników płci męskiej. Wszyscy ubrani byli w czarne tuniki, ich włosy kryły się pod dużymi kapturami. Każdy z nich miał rewolwer na biodrze, a jeden nosił jeszcze spory sztylet. To on właśnie przemówił, a jego głos nie wróżył nic dobrego:
- Słuchaj śmieciu! Masz zapłacić, nic nas to nie obchodzi. Nie interesuje to tym bardziej naszego szefa. Wspaniałomyślnie przedłużył ci termin do piątku. A wtedy...Mam nadzieję, że dasz nam powód byśmy mogli dobrać się do twojej gnomiej dupy.
Jego kompani zarechotali żabim chórem, ale wystarczyło spojrzenie tego ze sztyletem, żeby ich uciszyć. Sebastian ze zdziwieniem obserwował całe zajście, czego jednak nie dał po sobie poznać i już miał się wtrącić, kiedy to oni pierwsi wciągnęli go w awanturę.
- Czego się gapisz?! – Ryknął do niego osobnik ze sztyletem, widać było, że to on tu rządzi – Ludzi żeś nie widział, elfie ścierwo? To do miasta przylazłeś, hę?
Sebastian nie był elfem, ale z wyglądu mógł trochę przypominać jednego z przedstawicieli Królewskiego Rodu – jak lubili oni mawiać o sobie. Czasem ktoś przez pomyłkę zaliczał go do ich grona.
- Nie jestem elfem. – Odparł – Tak sobie spaceruje, oglądam to przepiękne miasto i trafiłem tutaj.
- Toś źle trafił, nie–elfie. Radzę ci szybko się stąd oddalić – warknął szef bandy, głos mu drżał, a ręka powędrowała do rewolweru.
Sebastian nawet nie mrugnął.
- Myślę, że jednak trochę jeszcze tutaj zabawię i zjem coś, gdyż zgłodniałem nieco w czasie swej przechadzki.
Bandyci patrzyli na niego jak na idiotę. W sumie o to mu właśnie chodziło. Rozłożył ręce w geście bezradności. Spojrzał na nich najbardziej tępym wzrokiem, na jaki było go stać. Szef bandy myślał przez pełną napięcia chwilę nad czymś, co zapewne nie miało być przyjemne dla Sebastiana, ale wbrew pozorom powiedział łagodniej:
- Dobra, starczy tego przedstawienia. –Odprężył się nieco i zdjął rękę z kolby broni – Kora, Arldek, idziemy stąd. Zostawmy tego idiotę i knypka w spokoju. Na razie. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. – Uśmiechnął się złowieszczo i spojrzał Sebastianowi w oczy, ten nie cofnął wzroku, cały czas uśmiechał się rozbrajająco. Mężczyzna ze sztyletem rzucił mu kpiący uśmiech i ruszył za swoimi kompanami. Gdy zniknęli za zakrętem, Sebastian odetchnął z ulgą. Nie chciał zaczynać jatki w tak ruchliwym miejscu. Tym bardziej, iż niedaleko kręciło się kilku strażników. Podbiegł do obolałego Fredricka, który starał się właśnie pozbyć grudek błota ze swojego ciemnozielonego fraka.
- Cholera! Co to za jedni? W co ty się znowu wpakowałeś?
- Ano. Niestety. – Odparł smutnym głosem karczmarz – Nie zawsze na wozie. Wejdź do środka, to ci opowiem.
*****
Sebastian pochłaniał posiłek słuchając jednocześnie opowieści gnoma. Mercado, jak zwykli mawiać o sobie miejscowi specjaliści od szemranych interesów, udzielili „pożyczki” Fredrickowi. Sporej pożyczki, jak na niezbyt wysoki stan konta gnoma. Na jego niekorzyść, zmienili jednak warunki umowy, przyśpieszając termin spłaty całego długu. Oczywiście Fredrick nie posiadał tak wielkiej sumy pieniędzy, nie mógł też zebrać jej w kilka dni i stąd owa niezbyt przyjemna sytuacja.
- Czyli, masz czas do piątku. – Hmm. Sebastian pokiwał głową, podłubał widelcem w zębach i w końcu dodał – To daje ci dwa dni. Potrzebujesz dziewięciuset sztuk mew. Niewykonalne. – Zakończył.
- Dzięki. Sam o tym wiem. – Kwaśno odparł gnom. – Chyba, że dam to w zastaw.
Zatoczył ręką koło.
- Ale nie chcę! Ta buda jest dla mnie jak matka. Jak można sprzedać własną matkę? Nie mogę jej opuścić.
Głowa opadła na jego chude ramiona i sprawiał wrażenie mniejszego niż był w rzeczywistości. Wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać. Zrobiło mu się go żal. Mały gnom nie zasłużył sobie na taki los. Sebastian zdał sobie sprawę z tego, że nie zapytał, dlaczego Fredrick zdecydował się na pożyczkę, ale nie chciał jeszcze bardziej jątrzyć tej rany, dlatego też powiedział:
- Mam trochę oszczędności u Orbsa. Jeśli chcesz, mogę ci pożyczyć. Ale to tylko pół tysiąca.
Gnom wyraźnie się ożywił. Jego twarz pojaśniała, a oczy zapaliły się jak dwie pochodnie.
- Naprawdę? Pożyczyłbyś mi? Ja mam w skrytce około dwustu sztuk. To razem siedemset. Zostaje dwieście, ale myślę, że tyle pozwolą mi oddać później.
Sebastian skrzywił się.
- Albo i nie pozwolą. Jest jednak duża szansa, że jednak uda się to tak załatwić. Jeśli ten „szef” jest inteligentny, to wie, że jak oddasz mu siedemset sztuk mew, resztę też dostanie.
- No właśnie! – Fredrick cieszył się jak dziecko. - Dostanie na pewno!
- Tak. Tylko ciekawe, co na to banda jego sługusów. Coś mi się wydaje, że nie będą specjalnie zadowoleni.
Sebastian pogrążył się w myślach jednak gnom szybko przerwał chwilę ciszy:
- Eee tam. Ty to zawsze wszystko w czarnych barwach widzisz. Zobaczysz będzie dobrze. Gnom poklepał go po plecach. Jednak bardziej w ten sposób chciał zapewnić siebie, że wszystko będzie w porządku.
- Napijmy się za szybkie rozwiązanie naszych, hm, moich problemów. Oby wszystko się tak dobrze układało! Sagni leć po wino! – Krzyknął do żwawej dziewczyny krzątającej się za barem. – Ale już!
Gdyby wiedział, że cała ta sytuacja jest tylko wierzchołkiem góry lodowej wydarzeń, które zmienią wiele rzeczy w Perghardzie! Coś się tutaj działo, coś, czego nie byli w stanie przewidzieć. Sebastian pozornie zachowywał spokój. Niepokoiła go myśl, że gdyby, Mercado byli zwykłymi bandziorami najprawdopodobniej doszłoby do strzelaniny już przed karczmą.
„Hm. Do strzelaniny” – pomyślał – „Tylko skąd tamci mieli broń?”
Pistolety nie były tak łatwo dostępne w tym świecie. Może kiedyś…Ale teraz, nie. Przeważnie trafiały się jednostkom w regularnym wojsku. Czasem ochrona jakiejś wyjątkowo bogatej persony miała do nich dostęp. Można było też spotkać pojedyncze okazy na czarnym rynku. Osiągały one jednak bajońskie sumy. Jego dwa pistolety, „P14 Ordnance”, mające długie, ponad dwudziestocentymetrowe lufy były niemal skarbem. W jednym magazynku mieściło się czternaście naboi. On oprócz dwóch w pistoletach, posiadał jeszcze siedem zapasowych, które zawsze nosił przy sobie. Wszystkie były załadowane. Miał też zawsze pod ręką pudełko naboi. Pozostały zapas amunicji podzielił na niewielkie paczki i ukrył na terenie Perghardu. Cały ten zestaw, wart był ogromną fortunę, a on doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Dlatego starał się postępować ostrożnie w swoich podróżach. Przez te wszystkie lata, kiedy mieszkał u Vermin ciężko pracował na tą broń.. Stara kobieta nauczyła go wszystkiego, co sama umiała, dała cel, świetnie wyposażyła i wypuściła w wielki świat.
Obecnie na terenie zrzeszonych miast-państw, zwanych właśnie Perghardem, działała tylko jedna fabryka broni, która cały czas była modernizowana i ulepszana na podstawie pradawnych schematów. Niezbyt chciało mu się wierzyć, ażeby Mercado stać było na takie rarytasy jak rewolwery. Musieli mieć bardzo mocne wsparcie od kogoś z wyższych sfer. A ten ktoś na pewno mógł zaszkodzić wielu mieszkańcom miasta. Tym bardziej im. Zwłaszcza, kiedy wziął na muszkę Fredricka.
*****
Następnego dnia Sebastian udał się do bankiera Orbsa. Jego posiadłość mieściła się w Wysokim Mieście i cała ta wycieczka’ zajęła mu mnóstwo czasu. Bankier mieszkał w okazałej willi z ogromnym ogrodem. Sebastian szedł przez ten egzotyczny park i podziwiał zbiory Orbsa. Eleganckie alejki brukowane białym kamieniem doskonale komponowały się ze specjalnym gatunkiem wysokiej trawy rosnącej w ogrodzie. Co rusz mijał też klomby o wyszukanych kształtach, złożone z różnokolorowych kwiatów. Lewą część parku porastał jeszcze młody żywopłot specjalnie sadzony na kształt labiryntu. Gdzieniegdzie rosły gęste, liściaste krzewy, przedstawiające zwierzęta i historyczne postacie, które przyczyniły się do wzrostu miasta.
Pogoda była typowo wiosenna, słońce raz po raz, to chowało się za chmurami, to wyglądało zza nich żeby ogrzać promieniami przyrodę budzącą się z zimowego snu. Po drodze widział też kilku ochroniarzy, spacerujących w jedną i drugą stronę, czujnie wypatrujących jakiegoś podejrzanego ruchu ze strony „klientów”. Sebastian stanął w końcu przed drzwiami banku, który wybudowano obok domu Leonarda Orbsa. Osobnik ten był krasnoludem. Wszyscy w mieście znali;Pana Orbsa’ i wszędzie gdzie się pojawił wzbudzał niezdrowe zainteresowanie. Korzenie jego rodu sięgały czasów, kiedy Hammer Will dopiero raczkowało. Wtedy to jego pradziad wpadł na pomysł by, tak jak w Starym Świecie, przed koniunkcją, otworzyć również tutaj mały bank. Na przestrzeni wieków interes rozwijał się coraz lepiej, procentując ogromnymi zyskami. W końcu fortuna Orbsów była tak wielka, że mieli udziały w sporej części rynku i każdy musiał się liczyć z tą „brodatą” rodziną.
Pomieszczenie, w którym przyjmowano interesantów urządzone było z klasą i dozą przepychu, właściwą komuś o tak wysokim statusie społecznym jak Leonard Orbs. Ściany zdobiły obrazy najlepszych, współczesnych mistrzów, podłogę pokrywał piękny parkiet, na którym z kolei spoczywał głęboki, miękki dywan. Wszystko lśniło czystością, błyszczało złotem i srebrem, a świece gazowe oprawione w pięknych pozłacanych żyrandolach, tworzyły uroczysty, wręcz balowy nastrój. Sebastian z ciężkim sercem pobrał wszystkie oszczędności, które miał na koncie. Pieniądze schował do skórzanej torby, przerzucił ją przez plecy i wyszedł.
„No cóż” – pomyślał – „Mówi się trudno, czego się nie robi dla przyjaciół w potrzebie”
W drodze powrotnej zajrzał jeszcze do kilku sklepów, chciał, bowiem zrobić zapasy, gdyż za dwa dni zamierzał opuścić Hammer Will. W końcu głodny i zmęczony całodniowym bieganiem po mieście wrócił do „Ochoczej Dziewki”. Będąc już całkiem blisko karczmy usłyszał pijacki śpiew i wesołą melodię mandoliny połączoną z wibrującymi dźwiękami piszczałki. Zabawa trwała w najlepsze. Sebastian z przyjemnością wszedł do środka. Zamówił kolację. Po chwili przysiadł się do niego Fredrick. Łowca dał mu pieniądze, a gnom omal nie popłakał się z radości.
Zajęli się rozmową. Mówili o różnych rzeczach. Dużych i małych. Fredrick musiał na chwilę wyjść, a Sebastiana ogarnęła kolejna fala zmęczenia. Czekał chwilę na przyjaciela, ale kiedy ten długo nie wracał, machnął ręką i poszedł do pokoju. Jak zapewniał gnom, ta niewielka izdebka na górze była teraz jego dozgonną własnością. Mógł z niej korzystać do woli. Położył się do łóżka. Jego myśli krążyły wokół tego, czym martwią się wszyscy niepewni swej przyszłości. Jutra. Pomimo zmęczenia nie mógł zasnąć, a dźwięki zabawy dobiegające z dołu zaczęły go drażnić. Zastanawiał się, kto mógł stać za bandą Mercado i dlaczego do cholery nalegał na błyskawiczną spłatę pieniędzy? Podświadomie czuł, że jutrzejszy dzień przyniesie kilka odpowiedzi, nie był jednak pewien tego, czy chciał je usłyszeć.
*****
Poranek wyglądał koszmarnie. Na dworze lało. Wyglądało to tak jak gdyby nagle niebo wpadło na pomysł, żeby pozbyć się zapasów wody przeznaczonych na najbliższy rok. Ludzie chowali się gdzie tylko mogli. Nieszczęśnicy, którzy musieli wyjść ze swoich domów przeklinali zmienną, marcową pogodę i zaciskali pięści w bezsilnej złości. Sebastian wstał lewą nogą, wczoraj długo nie mógł zasnąć. Dzisiaj snuł się z kąta w kąt nie mogąc znaleźć sobie miejsca. W końcu umył się, ubrał porządnie, czyli w to, co zwykle, wziął ze sobą broń i zszedł na dół.
- Może przejdzie – rzuciła na powitanie Esma, żona Fredricka – Tak jakby się przejaśniało.
Jednakże w tym samym momencie za oknem rozległ się ogłuszający trzask pioruna i Sebastian wzruszył tylko ramionami, a Esma wróciła do kuchni. On tymczasem podszedł do baru i usiadł na wysokim krześle. Po chwili pojawił się Fredrick, pewnie żona powiedziała mu, że Sebastian już wstał. Nalał gościowi wina i zajął się układaniem naczyń. Musiał stać na podwyższonej podłodze, gdyż inaczej zza lady wystawała tylko jego kręcona czupryna.
Sebastian nie wiedział jak zacząć rozmowę, a nic lepszego nie przychodziło mu teraz do głowy, więc zapytał po prostu:
- Jak się dzisiaj czujesz?
- Jak? Trzęsę się cały jak jasna cholera! Wypiłem już ćwierć butelki brandy, jeszcze trochę, a będę taki pijany, że nie wiem czy dam radę stać o własnych siłach! – Starał się jakoś trzymać fason, ale strach był zbyt potężnym przeciwnikiem dla niego, zwłaszcza, że chyba nigdy w życiu nie stał bliżej śmierci, Ciszej już, dodał – Boję się.
- Spokojnie. Oddaj pieniądze i zapewnij ich, że resztę dostaną do końca miesiąca. Myślę, że to powinno wystarczyć żeby dali ci na razie spokój.
- Tak, łatwo ci mówić! Ty to chyba nic nie czujesz. Ale ja mam już pełno w gaciach!
Ostatnie słowa gnoma trochę zabolały Sebastiana. On czuł. Dużo więcej, niż Fredrick mógł podejrzewać. Starał się jednak nie okazywać tego, że przyjaciel dotknął napiętej struny jego serca. Nie chciał ciągnąć tego tematu. Powiedział tylko:
- Siądę tam. – Wskazał na duży, stary stół w najbardziej zacienionym miejscu pomieszczenia. - W razie gdyby coś szło nie tak.
Fredrick zbladł, a Sebastian pożałował, że nie ugryzł się w język.
- Ale… - Powiedział – Wszystko będzie w porządku.
Chyba sam do końca w to nie wierzył. Ludzie pokroju tych trzech, którzy stali wtedy pod karczmą, nie rezygnują łatwo z darmowej zabawy. Nalał sobie jeszcze jeden puchar wina i uśmiechnął się do Fredricka. Ten w odpowiedzi tylko skrzywił się lekko i poczłapał na zaplecze. Sebastian odszedł od baru i siadł w upatrzonym miejscu. Było zbyt wcześnie na jakichkolwiek gości i karczma świeciła pustkami. Po chwili służąca przyniosła mu jakąś zupę, którą zjadł bez specjalnego apetytu. Odsunął pusty talerz, pociągnął łyk wina i położył na stole pistolety. Sam nie wiedział, czemu sprawdził zapasowe magazynki, przecież wszystkie były pełne. „Ponad sto pocisków. Chyba musiałbym stoczyć tutaj małą wojnę, żeby to wystrzelać” – wbrew pozorom, uśmiech, który pojawił się na jego twarzy nie był wcale grymasem przelotnej wesołości. Schował magazynki w specjalne komory na pasku i zajął się tylko pistoletami. Przez chwilę zastanawiał się czy nie założyć „uciszaczy”, które tłumiły huk wystrzału, ale doszedł do wniosku, że nie ma potrzeby się tak maskować. Sprawdził spust i zamek. Wszystko działało. Broń była dla niego jak święty relikt i dbał o nią jak o część swojego ciała. Każdy z pistoletów był specjalnie zmodyfikowany przez Vermin. Montowała coś, co nazywało się „Hamulcem wylotowym”, który kierował gazy wylotowe na boki, zmniejszając odrzut broni. Dlatego też celowanie z dwóch „czterdziestek piątek” było nieco łatwiejsze. W końcu schował oba pistolety do kabur i sącząc powoli wino pogrążył się w myślach. Wiatr hulał za oknami, grube krople deszczu uderzały w niewielkie szyby, sprawiając wrażenie, że ktoś tam, na zewnątrz stoi pod oknem i puka. W oddali, po niebie przetoczył się piorun ciągnąc za sobą gniewny pomruk burzy. Sebastian pomyślał, że ta niezbyt przyjemna sceneria miała jakieś symboliczne znaczenie. „Robisz się zbyt sentymentalny” – oskarżyła go ta część natury, która nazywał siebie Tirador;. „Może, ale co z tego?” – Pomyślał.
Deszcz nie ustępował, a ulice zamieniły się już w małe strumyki. Woda wartko płynęła przez miasto, nie zwracając wcale uwagi na przeszkody w postaci beczek, wozów, czy pakunków z napisem „Trzymać w suchym miejscu”. Strzelec pomyślał, że to naprawdę paskudny dzień. Kiedy sobie tak dumał, nagle z hukiem otworzyły się drzwi. Pchnięte potężną siłą, omal nie wyleciały z zawiasów.
„Do stu diabłów! Oni chyba lubią efektowne wejścia” – pomyślał.
Do karczmy wpadło sześciu mężczyzn z długimi mieczami przygotowanymi do ataku, tuż za nimi weszło tych trzech z rewolwerami. Sebastian zauważył też kilku, którym kazano zostać na zewnątrz. Podejrzewał, że nie byli zbytnio z tego zadowoleni. Tymczasem jeden z bandziorów, ten który nazywał się Kora powiedział do szefa:
- Sendar, nie widzę tutaj tego małego gnojka. Może poszukać go z tyłu?
Widać było, że są wściekli. Woda kapała z ich czarnych szat. Zdjęli kaptury, a Sebastian zauważył, że wszyscy byli ostrzyżeni prawie na łyso. Tylko z lewej strony głów sterczały im szerokie pasma włosów. Pozostali mężczyźni wyglądali na zwykłych żołdaków.
- Tak. Idź po tego wypierdka Kora. Wy dwaj! – Kiwnął na dwóch mężczyzn – Idźcie z nim.
Ruszyli szybko do kuchni, a tymczasem reszta rozsiadła się wygodnie przy stołach. Sebastian mógł oglądać wszystko ze swojego miejsca, jednocześnie sam, dzięki kilku zabiegom pozostawał niezauważony. W kuchni rozległ się jakiś trzask, coś spadło na ziemię, ktoś krzyknął i po chwili do sali dumnie wkroczyło trzech mężczyzn, prowadząc przed sobą gnoma z żoną oraz dwie służące. Kobiety były bardzo blade. Kolana trzęsły się im tak, że za cud można było uznać to, iż jeszcze stoją. Fredrick jako szef całego przybytku, próbował zachować zimną krew, ale nie bardzo mu to wychodziło. Natomiast Esma stała prosto i patrzyła przed siebie, jak gdyby nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji.
W końcu wyraźnie zadowolony z tego, że wywołał takie zamieszanie, Sendar rzekł:
- Hej dziewuchy! Skoczcie po coś do picia, bo my tu przecież w gościach są, a gości godnie podjąć trzeba. Chyba wam tłumaczyć tego nie muszę?
Mrugnął niby zalotnie do służących, które ogarnięte panicznym strachem wyraźnie zaczynały tracić kontakt z rzeczywistością. Pchnięte przez żołdaków zdołały jakoś złapać równowagę i pobiegły na zaplecze. W ciągu pięciu minut stoły zapełniły się od kubków i wielkich dzbanów piwa ora grafu. Fredrick został siłą posadzony przy stole Sendara, a jego żona i służące stały parę kroków dalej. Pilnowało ich teraz dwóch mężczyzn. Szef bandy pociągnął spory łyk z kufla, wytarł rękawem usta i powiedział:
- Coś mi się wydaje, że gdybyś nie miał pieniędzy, to już błagałbyś o litość. Przejdźmy więc do konkretów. Gdzie one są? – Pochylił się w stronę Fredricka.
- Ppp...Pod lladą. – Wyjaśnił przerażony gnom.
Sebastian wcale nie dziwił się, że gnom tak się boi. Trzeba przyznać, że widok kogoś takiego jak ta trójka Mercado nie należał do najprzyjemniejszych.
- Arldek! Słyszałeś, co wyjęczał ten knypek? Rusz dupę i sprawdź pieniądze dla Pana Van Cliffe. – Wskazał na gnoma – A dla ciebie będzie lepiej, jeśli rzeczywiście tam są...
Arldek szybko wrócił ze sporym pakunkiem i postawił go przed Sendarem.
- Przelicz – powiedział szef. – Albo nie. Niech on przeliczy.
Fredrick wstał, wysypał pieniądze i zaczął liczyć. Pozostali mężczyźni pili alkohol i dyskutowali głośno. Co rusz, któryś z nich zaczepiał dziewki, czuwające nad zapasem trunków dla owych „szanownych” gości. Sebastian z każdą chwilą był coraz bardziej pewny, że ta sytuacja nie skończy się przyjemnie. Nie zdziwiło go więc to, co zobaczył dalej.
Fredrick skończył liczyć na sześciuset osiemdziesięciu siedmiu Mewach, a Sendar, który cały czas uważnie obserwował gnoma uśmiechnął się szeroko.
- Jak to gnojku? Czyż nie umawialiśmy się na dziewięćset? No, więc?
Gnom, ogarnięty panicznym strachem, chciał rozpłynąć się w powietrzu. Myślał o tym, jak przyjemnie byłoby zniknąć. Ot, tak sobie. Po prostu pojawić się w innym miejscu. Jednak nic takiego się nie stało. Pchnięty przez jednego ze zbirów Sendara wylądował na podłodze i stamtąd już, powiedział łamiącym się głosem:
- Ja…Mam tylko tyle…Ale…Postaram się…Pod koniec miesiąca…Będę miał resztę…Na wszystkich bogów! Przysięgam!
Dowódca bandy skinął na Korę, a ten jednym ruchem postawił gnoma na nogi.
- Hmm. Nie tak miało być – powiedział. – A ja bardzo nie lubię jak ktoś nie dotrzymuje obietnic.
Kątem oka dostrzegł Esmę stojącą obok lady. Uśmiechnął się złowieszczo, a Sebastian był teraz pewien, że ktoś dzisiaj tutaj zginie. Sendar rzekł:
- Ha! Trzeba jakoś zrekompensować tą stratę. Dajcie no tu tą dziwkę – wskazał na Esmę – No chłopaki! – Zawołał – Który zechce pokazać pani, że prawdziwy mężczyzna powinien mieć kutasa jak drąg, a nie jak zapałka? Hę?
Cała sala buchnęła śmiechem. Bardzo niedobrym śmiechem, jeśli brzmiał on w uszach bladego jak ściana Fredricka i jeszcze bardziej bladej, Esmy.
- Ty skurwielu! – Niewytrzymała i już chciała rzucić się na Sendara, ale Arldek w porę ją przytrzymał. Wiła się w jego wielkich łapskach, ale nie mogła nic poradzić na przeważającą siłę mężczyzny.
- No, no, no! Jaka waleczna! A co ty na to przyjacielu? – Spojrzał na gnoma – Nic? Tak też myślałem.
Jednak mylił się bardzo uważając Fredricka za najzwyklejszego tchórza. Osoba, która chociaż raz w życiu wiedziała, iż nie ma nic do stracenia, doskonale zrozumiałaby gnoma. W oka mgnieniu, nie wiadomo skąd pojawił się w jego ręce niewielki sztylet do rzucania. Fredrick błyskawicznie cisnął go w stronę Arldeka celując w szyję. Spudłował, ale nie dużo, gdyż sztylet utkwił w ramieniu bandyty. Ten krzyknął, puścił Esmę, która dała nura pod najbliższy stół. Karczmarz poszedł w jej ślady. Żołdacy poderwali się ze swoich miejsc i skoczyli za nimi.
- Brać ich! - Ryknął Sendar – Żywych!
Sebastian wstał i wszedł w krąg światła. W rękach trzymał pistolety. Był zły. Pierwszego z mieczników, który właśnie złapał Esmę za łydkę, siła strzału rzuciła do tyłu, na pobliskie krzesło. Większa część jego mózgu zbryzgała dwóch innych żołdaków biegnących obok niego. Jednakże ci nie zdążyli nawet zrozumieć, co się stało, bowiem w tym samym momencie nić ich życia została brutalnie przerwana przez cztery kule wystrzelone z broni Sebastiana. Tirador obrócił się na pięcie, celował do pozostałych trzech żołdaków, którzy próbowali skryć się za barem. Nie udało im się.
Tymczasem Sendar i jego dwóch kompanów znaleźli jakieś w miarę bezpieczne schronienie i dobyli broni. Żaden nie wiedział skąd wziął się ten człowiek, który w kilka sekund zlikwidował sześciu mężczyzn, ale byli pewni, że nie mogą pozwolić by wyszedł stąd żywy.
Sebastian przewrócił twardy, dębowy stół i ukrył się za tą prowizoryczną tarczą. Myślał gorączkowo o tym gdzie mogli podziać się Fredrick z Esmą. W tym momencie do karczmy wpadło dwóch mężczyzn. W dłoniach trzymali karabiny maszynowe, jakie Sebastian widział tylko na starych fotografiach w książkach Vermin. Przez głowę przemknęła mu myśl, że to niemożliwe by ktokolwiek miał dostęp do takiej broni, ale wzrok mówił przecież coś innego. Niewiele myśląc strzelił do tego, który stał najbliżej. Celował w pierś, tamten jednak przypadkiem podniósł broń do góry, zamierzając strzelić do kogoś, kogo dostrzegł pod schodami. Sebastian trafił w magazynek, rozległ się ogłuszający huk. Mężczyzna padł z krzykiem. Nie miał rąk i sporej części twarzy.
Mercado zlokalizowali Łowcę i zaczęli ostrzał. Sebastian skrył się za stołem, ale wiedział, że nawet dębowe deski nie wytrzymają zbyt wielu pocisków z potężnych rewolwerów.
Drugi mężczyzna z karabinem puścił serię po blacie stołu, za którym ukrywał się Tirador, dostrzegł jednak jakąś postać wbiegającą do kuchni i tam skierował swoje kroki. To jedna ze służących zdecydowała się na ucieczkę tylnymi drzwiami. Jednakże nie był to dobry pomysł.
Krótka seria z karabinu rozerwała jej skórę na plecach. Pociski przebiły płuca i serce. Zanim jej ciało upadło na drewnianą podłogę już nie żyła. Mężczyzna odwrócił się i zauważył Sebastiana. Pociski z P14 mające trafić w Korę kryjącego się za barem spustoszyły tylko zapas naczyń kuchennych. Pozostałych dwóch Mercado wykorzystało ten moment by zmienić pozycję. Chcieli go otoczyć. Kątem oka widział postać zbliżającego się mężczyzny. To ten z karabinem mierzył do niego z ramienia i tylko ludzka ciekawość powstrzymywała go przed strzałem. Chciał zobaczyć twarz tego kogoś chowającego się za stołem. Sebastian udawał, że go nie widzi, a kiedy nic ich już nie dzieliło odwrócił się błyskawicznie i strzelił jednocześnie z dwóch pistoletów. Mężczyznę ścięło z nóg. Poleciał do tyłu i padł ciężko na ziemię. Łowca przetoczył się w stronę baru. Ścigały go pociski z rewolwerów, ale szczęście mu dopisało. Znalazł się po drugiej stronie lady. Zobaczył Korę i strzelił. Pierś bandyty eksplodowała i zamieniła się w miazgę.
Sendar przeładował rewolwer. Widział Ardleka chowającego się za stołem po lewej stronie sali. Od tego diabła za barem dzieliły go trzy metry. Pomyślał, że gdyby tylko udało mu się zajść tamtego z prawej strony, wtedy razem z Arldekiem mogliby go załatwić. Skoczył do przodu. Arldek zrozumiał, co chce zrobić szef i podpełzł jeszcze bliżej baru. Sebastian nie mógł ich trafić ciągle, coś stało mu na drodze. Doskonale wiedział, że jeżeli za chwilę czegoś nie wymyśli to nie wyjdzie stąd żywy. Serce biło mu coraz szybciej. Nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi wskoczył na blat baru poczym rzucił się błyskawicznie na podłogę. Przetoczył się do przodu i znalazłszy się za plecami Arldeka strzelił dwukrotnie. Mężczyzna umarł z wyrazem ogromnego zdziwienia malującego się na jego twarzy. Sebastian obrócił się w prawo i znalazł się za szeroką belką podtrzymującą piętro.
„Kurwa! To nie dzieje się naprawdę. Nikt nie jest tak szybki!” – Sendar stracił już nadzieję, że przeżyje to spotkanie. Teraz czekali oboje. Każdy na ruch przeciwnika.
Czasem, w trudnych sytuacjach, zdarza się, że niespodziewany ruch może wywrócić wszystko do góry nogami. Na naszą korzyść lub też przeciwnie.
W każdym razie taki ruch dał się słyszeć spod stosu krzeseł leżących pod ścianą. Pojawiła się tam głowa Fredricka. Sendar z morderczą satysfakcją wycelował w gnoma. „Na pocieszenie, pozbawię tego kutasa głowy” – pomyślał. Ale żeby to zrobić musiał lekko się wychylić.
Sebastian z przyjemnością wykorzystał taką okazję. Strzelił na przemian z obu P14. Pierwsza kula trafiła Sendara w rękę, pozbawiając go pistoletu i większości palców. Druga w pierś. Kolejne dwie w mostek i szyję. Bandyta zamachał rękami i padł martwy.
Sebastian wyszedł ze swojej kryjówki.
- Już po wszystkim – powiedział głośno.
Zza schodów wyłoniła się pozostała przy życiu służąca. Widząc zmasakrowane zwłoki pokrywające większą część podłogi, zwymiotowała. Fredrick i Esma, którzy właśnie wydostali się ze swojej kryjówki ledwo trzymali się na nogach.
Sebastian sprawdził magazynki. W jednym zostały dwa pociski w drugim cztery. Rozejrzał się. Służąca gdzieś zniknęła. Podejrzewał, że właśnie się pakowała. Karczma była, delikatnie mówiąc, zdemolowana. Wszędzie leżało pełno potłuczonych naczyń. Z podziurawionych beczek płynęło wino mieszając się na podłodze z krwią zabitych. Stoły, ławki, krzesła, wszystko było podziurawione i połamane. Słowem, wyglądało to tak, jak gdyby jakaś trąba powietrzna wpadła na pomysł by zabawić się kosztem Fredricka.
Gnom ominął ciało jednego z żołdaków, ale nie miał siły iść dalej i opadł na jedno z niewielu ocalałych krzeseł. Z jego ramienia sączyła się krew, ale nie wyglądało to na nic groźnego. Opuścił głowę i zapłakał. Esma podeszła do niego i szeptała mu coś do ucha. Sebastian zostawił ich na chwilę. Pobiegł na górę, wziął spakowane wcześniej rzeczy i zszedł na dół.
- Fredrick… - powiedział najdelikatniejszym głosem, na jaki mógł się zdobyć ktoś, kto przed chwilą zabił prawie tuzin ludzi. – Musimy iść. Proszę. Jeśli chcecie żyć, trzeba się zbierać. Niedługo może zrobić się tutaj paskudnie.
- Nie chcę! – Krzyknął gnom – Nie…
- Esma. Przekonaj go…
Żona Fredricka delikatnie ujęła go za brodę i zaczęła coś mu tłumaczyć. Gnom w końcu z rezygnacją pokiwał głową, wstał i poczłapał do swojego pokoju. Esma poszła za nim. Po dłuższej chwili wrócili ze sporymi plecakami.
- Dobrze. – Powiedział Sebastian.
Zdążył zebrać większość Mew rozrzuconych po podłodze i wpakował je do torby.
- Umiecie jeździć konno? – Zapytał, a widząc, że nie odpowiadają powiedział głośniej – Esma?
- Tak.
- Chodźmy.
Wyszli przed karczmę. Stały tutaj trzy konie, na których przyjechali Mercado. Sebastian pomógł im wsiąść na kasztanową klacz. Sam dosiadł karego ogiera. Ostatnie zwierzę miało nieść ich bagaż. Deszcz wyraźnie zelżał i z nieba sączyła się teraz lekka mżawka. Ruszyli galopem w stronę bram miasta. Po drodze mijali ciekawskich, zwabionych hałasem w karczmie Fredricka. Sebastian zauważył też kilku strażników podążających w tamtą stronę.
Pomyślał jak bardzo się zdziwią, kiedy zobaczą jedenaście trupów, a do tego całkiem niezłej jakości pistolety.
Teraz jednak nie obchodziło go to. Musiał jak najszybciej opuścić to miejsce. O dziwo rana Fredricka, pomimo opatrunku, nie przestawała krwawić i bał się, że za kilka godzin gnom może stracić przytomność. Było południe, więc bramy stały otworem. Zwolnili nieco i konie szły teraz lekkim kłusem. Sebastian machnął na do widzenia jednemu ze strażników, a tamten odpowiedział mu przyjaznym gestem. Przebyli most wiszący nad szeroką fosą i znaleźli się na starym gościńcu prowadzącym na południe Perghardu. Popędzili konie i dopiero niecałą milę za miastem pozwolili im zwolnić. Kiedy znaleźli się na tyle daleko, że ewentualny pościg nie byłby ich w stanie odnaleźć, Sebastian zarządził krótki odpoczynek. Nie mieli nastroju na rozmowy. Pogrążeni w myślach zjedli po kawałku chleba, który zabrała Esma. Pociągnęli po łyku z bukłaków i ruszyli dalej. Do zmierzchu zostało kilka godzin, a oni mieli przed sobą jeszcze daleką drogę.
* ;Am Ha Arec – tak w Izraelu kapłani nazywali zwykłych ludzi, laików. W dosłownym tłumaczeniu znaczy to tyle, co „proch ziemi”.##edit_bydarco 2006-02-23 00:05:20##ed_end##