Am Ha Arec (3) - Siostry
Tak przynajmniej wydawało się Sebastianowi, ale kiedy chwilami odzyskiwał świadomość widział przed sobą blade plecy i zdeformowane pośladki jednego ze swoich wybawców. Wyraźnie czuł też obecność tego drugiego. Obaj nieśli prowizoryczne nosze, na których znajdował się właśnie Sebastian. Pędzili tak szybko jak gdyby uciekali przed samym Ślepym Władcą. Do tego ten dziwny głos, który nie chciał opuścić głowy Łowcy! Z początku wydawał się bardzo przyjemny, wręcz nęcący. Teraz jednak czuł jakąś dziwną drapieżność w słowach owej tajemniczej kobiety. Starał się zrozumieć, co to wszystko może znaczyć. Nim jednak zdążył dłużej się nad tym zastanowić, poczuł przeszywający ból w skroni i znowu stracił przytomność. Odpowiedź mieszkała w starym domu pod skałą.
Sebastian odzyskał przytomność w tym samym momencie, kiedy popołudniowe promienie słońca rozgościły się już na dobre na jego twarzy. Otworzył oczy. Podniósł się i oparł na łokciach. Nie przypominał sobie żeby głowa bolała go kiedyś równie mocno jak teraz. Oparł się plecami o chłodną ścianę, do której było przystawione łóżko. Po chwili czuł się już na tyle dobrze, żeby rozejrzeć się po pomieszczeniu, do którego zanieśli go sługi tej dziwnej kobiety. Podejrzewał, że mutanty służyły jej. Jak na razie nic innego nie przychodziło mu do głowy. Pokój urządzono bardzo skromnie, stała tu tylko stara szafa, dębowy stół, dwa krzesła i zniszczony kredens. Przez uchylone okno mógł dostrzec fragment ogrodu.
Setki pytań cisnęły się do jego obolałej głowy. Wszystkie jednak odpowiedzi, musiały jeszcze trochę poczekać, co nie było zbyt korzystne w tej sytuacji.
Spróbował odnaleźć ręką stłuczone miejsce, ale palce natrafiły na opatrunek, więc dał sobie spokój. Spróbował przesunąć się do krawędzi łóżka i chociaż przyszło mu to z trudem to i tak czuł, że z każdą chwilą wracają mu siły. Stwierdził ze zdumieniem, że jest nagi, do tego, kiedy pomyślał o tym, kto mógł go rozebrać poczuł się trochę nieswojo. Sebastian starał się znaleźć wzrokiem coś, co mogłoby mu posłużyć, chociaż za przepaskę na biodra, ale nie dostrzegł niczego takiego. Zaklął w duchu i zakrył się kocem. Czekał.
„Okiełznaj emocje, młodzieńcze” – ktoś znowu przemawiał w jego głowie – „Za chwilę odwiedzą cię towarzysze podróży”
„Dobre i to” – stwierdził sucho i zgodnie ze słowami Głosu uzbroił się w cierpliwość. Przyglądał się drewnianym drzwiom, które jak mniemał musiały prowadzić na korytarz. Wyczulone ucho Łowcy, złowiło ciche kroki, Sebastian wiedział, że tak stąpają tylko gnomy, dlatego nie zdziwił się, kiedy w drzwiach stanął Fredrick.
- Sebastian! – Krzyknął na powitanie – Obudziłeś się! Dzięki niech będą bogini. Myśleliśmy, że jeszcze jesteś nieprzytomny dopiero nasza gospodyni powiedziała mi, żebym udał się tutaj i sprawdził czy wszystko z tobą w porządku.
- No cóż… - odparł Łowca – Bez przesady przyjacielu. Uwierz mi… - ale nie zdążył dokończyć gdyż gnom wszedł mu w słowo:
- Pani Asriel nam pomogła. Ona i jej sprzymierzeńcy. Cóż to tylko mutanty, ale jakieś inne. I są w porządku.
Gnom strzelał seriami zdań i pomimo tego, że opowiadał nieco chaotycznie, Sebastian szybko zrozumiał, co się dokładnie stało.
Mutanty starły się z Leśnym Ludem. Elfy – to one zaatakowały Łowcę i jego podopiecznych. Jednakże sami zostali napadnięci przez kogoś, kto mówił o sobie „Pani Asriel” W każdym razie, kiedy gnomy minęły zakręt, na którym przewrócił się koń Sebastiana, natknęły się na sporą grupę mutantów pod wodzą Pani. Fredrick z żoną zostali otoczeni i błyskawicznie „wysadzeni” z siodła. Potraktowano ich jednak bardzo delikatnie. Kobieta poprosiła ażeby nigdzie się stąd nie ruszali, co jak opowiadał Fredrick, bardzo go zdziwiło. Jakież było ich zdziwienie, kiedy okazało się, że nie mają złych zamiarów! O ileż bardziej zdumieli się, kiedy zobaczyli Sebastiana na noszach!
- Później – opowiadał Fredrick – Pani Asriel zaszczyciła nas rozmową. Jej wściekle fioletowe oczy! Wierz mi! Możesz w nich zginąć i to tak, że nikt nigdy nie zdoła cię odnaleźć!
Gnom ciągnął dalej swoją opowieść. Mówił o tym, że kobieta toczyła prywatną wojnę z okolicznym plemieniem Leśnego Ludu. Nie wspomniała o tym, co było jej przyczyną, lecz dla gnoma to się nie liczyło. W każdym razie, jakimś cudem kontrolowała mutanty, które służyły jej bez żadnego sprzeciwu.
Sebastiana zainteresował zwłaszcza fragment, w którym Fredrick wspomniał o oczach kobiety. „Fioletowe” – pomyślał – „Nie pamiętam ażeby ten kolor naturalnie występował u ludzi” Podejrzewał coś, czego wolał nie wymawiać na głos. Nie zdziwiło go zbytnio to, że mutanty są posłuszne tajemniczej Pani. Powoli domyślał się, do kogo trafili. Zapytał też siebie, czy nie lepiej byłoby zginąć na leśnym trakcie, niż korzystać z gościny owej „Asriel”. To wszystko mogło się skończyć bardzo niedobrze. Czymś gorszym niż zwykła śmierć. „Punkt widzenia” – pomyślał i skrzywił się lekko, ale Fredrick nie zwrócił na to uwagi. Dalej trajkotał jak najęty herold. Ale Łowca usłyszał już wystarczająco dużo.
- Gdzie jest Esma? – Przerwał Fredrickowi.
Gnom zdziwiony pytaniem Sebastiana miał bardzo głupią minę.
- Hę? A, Esma! Pomaga Pani Asriel. Są w ogrodzie. Przynajmniej przed chwilą tam jeszcze były.
- W porządku. Mam jeszcze jedno pytanie. Fredrick, gdzie jest do cholery moje ubranie oraz broń?
Gnom zamiast odpowiedzieć, roześmiał się jak dziecko. Jego śmiech był czysty i szczery, dziwnie kontrastujący z charakterem tego miejsca. W końcu uspokoił się powiedział:
- Za chwilę przyniosę ci te twoje graty. Ciesz się, że zdążyły wyschnąć.
Gnom stał już w drzwiach, kiedy Sebastian zatrzymał go gestem ręki.
- Czekaj. Ile byłem nieprzytomny?
Fredrick podrapał się po brodzie.
- Kilkanaście godzin. Od wczoraj. Pani podała ci jakiś wywar i powiedziała, że poczujesz się lepiej. Miała racje, prawda? – Uśmiechnął się do Łowcy – Zaczekaj tutaj, zaraz wrócę.
- Na razie nigdzie się nie wybieram – odparł, jednakże pomyślał coś zgoła innego – „Ale mam zamiar opuścić to miejsce jak najszybciej, przyjacielu”
*****
Godzinę później Łowca stał na szerokiej werandzie domu należącego do kobiety, która ich ocaliła. Patrzył na czerwone Słońce powoli kryjące się za linią wysokich drzew. Jego promienie kładły się po całej polanie przed domem, tworząc niezwykłą grę świateł i cieni. Wszystko było takie spokojne. Przyroda w ogóle nie zwracała uwagi na ludzi, na ich sprawy. Odchodzili i wracali. Od zawsze. Sebastian dokładnie lustrował teren chcąc zapamiętać jak najwięcej, podejrzewał bowiem, że taka wiedza może mu się jeszcze przydać.
Po lewej stronie, w odległości około jednej mili od domu, znajdowało się skaliste wzniesienie przypominające kulące się zwierzę. W krwawych promieniach zachodzącego słońca przypominało ono drapieżcę, gotowego pożreć wszystko, co spotka na swojej drodze. Dom zbudowano w centrum kolistej polany. Z każdej strony od pierwszych drzew dzieliło go jakieś półtorej mili, dzięki czemu można było obserwować wszystko, co dzieje się naokoło posesji. Z dwóch stron otaczał go spory ogród.
Gnomy zostały w środku. Zajęły się rozmową. Podejrzewał, że wyjdzie im ona na dobre. Potrzebowały trochę odprężenia, miejsca gdzie mogłyby czuć się bezpiecznie. Paradoksalnie, zapewniał im je dom Asriel. Właśnie tutaj Fredrick i Esma czuli się bezpieczni. Jak we własnym domu. Ironia losu. Sebastian westchnął. Wolałby żeby gnomy byłe trochę bardziej powściągliwe. Nic jednak nie mógł zrobić. Denerwowało go to, że ich cel z każdą sekundą oddalał się o kolejne mile. Zamyślił się.
Tymczasem, w powietrzu podobny do delikatnych pajęczych nici, niesionych wiatrem, rozszedł się zapach. Bardzo intrygujący, przywodząc na myśl wiosenne deszcze, ogród pełen pachnących, czerwonych róż. Zapach tak stary jak dobre czerwone wino. Silny i nieuchronnie nadciągający niczym śmierć. Wszystko razem tworzyło niezwykłą, pociągającą woń, która otoczyła Sebastiana. Była tak egzotyczna, uderzająca w nozdrza grupą kontrastów, że Łowca pomyślał, iż nie możliwe jest by taki zapach mógł istnieć naprawdę.
Kobieta poruszała się bardzo cicho. Nie słyszał żadnych kroków.
- Kawa, Wędrowcze. – Powiedziała delikatnie.
Sebastian odwrócił się ku niej. Momentalnie zrozumiał, dlaczego Fredrick był taki zachwycony ową „Panią”. Asriel była naprawdę piękną kobietą. Ubrana w ściśle przylegające do Ciała, brązowe spodnie oraz białą bluzkę z głębokim dekoltem, pomimo prostoty owego odzienia, w „cywilizowanym” świecie mogła być obiektem pożądania każdego mężczyzny. Sebastian przełknął ślinę na widok pięknych piersi, które skrywane pod delikatną bluzką, aż „wyrywały” się do przodu. Szlachetne rysy twarzy świadczyły o jej niepospolitym pochodzeniu. Długie, proste włosy w kolorze miedzi, opadały na jej delikatne ramiona. Jednakże najpiękniejsze były jej oczy... Fiołkowe, głębokie, tajemnicze. Sebastian sam nie wiedział, jakie określenie pasowałoby do tego fioletu. Czuł ogromną potrzebę by zatonąć w tym spojrzeniu, nie myśleć, nie walczyć. Poddać się i płynąć. Jak liść na wodzie. Niczym łódź niesiona prądem. Podobnie do trupa płynącego w dół rzeki…
„Taaaakkkk, Wędrowcze” – odezwał się głos w jego głowie, z pewnością był to głos kobiety, która stała obok niego, ale jej usta nawet nie drgnęły – „Płyń, chodź! Chodź z nami! Dołącz do nas! Dołącz!” Mówiła coraz głośniej. Słowa wibrowały w jego czaszce odbijając się echem w każdym zakamarku umysłu. Uderzając w świadomość oraz niezbadane jej części. Głos nabierał mocy. Przyśpieszał. Był jak piorun. Jak grzmot. Pomruk, jednostajny z czasem przechodzący w ryk z tysiąca gardeł.
Sebastian czuł, że musi się bronić. W przeciwnym razie straci świadomość raz na zawsze. Umrze wewnątrz pozostając tylko kukłą. Musi coś zrobić. Setki myśli kłębiły się w jego głowie. Co miał zrobić?? Jeszcze chwila i faktycznie wtopi się w tego fioletowego demona. Utonie w oceanie drapieżnych dźwięków.
„Czego chcesz??!!” – Sam nie wiedział czy krzyczy na głos czy też, to rozpaczliwe pytanie spłynęło tylko po marmurowej ścianie Głosu.
„Ciebie. Pragniemy Ciebie!!!” – Syczały kobiety w języku, którego on był pewien, że nie zna, ale mimo tego rozumiał, co mówią.
„Nigdy!!!” – Ryknął ze wszystkich sił – „NIE!!! Na Święty Proch, z którego życie się wzięło i który szybko kończy ziemski bieg śmiertelnika, mówię ci: ODEJDŹ!!!”
Głosy przybrały niemal fizyczną postać, wydawało mu się, że widzi nieomalże ogromne szpony sięgające do jego gardła. Po chwili jednak huk zelżał i Sebastian poczuł, że napięcie wywołane przez Głosy wiedźmy opada. Zapadła cisza.
W oddali krzyknął sokół krążący nad polaną. Świerszcze wygrywały swoje tęskne melodie, nad polaną niosło się basowe kumkanie żab. Wszystko wróciło do normy. Przynajmniej taką nadzieję potajemnie żywił Sebastian. Podejrzewał, że drugiego ataku tajemniczej istoty nie zdołałby już odeprzeć… Starając się robić dobrą minę do złej gry, powiedział:
- Dziękuję. Jednakże o tej godzinie nie pijam kawy. Źle to wpływa na mój i tak, niespokojny, sen. – Starał się by jego głos brzmiał spokojnie, ale Asriel i tak wyłowiła nutkę strachu drzemiącą w słowach Strzelca. Z lodowatym uśmiechem na ustach rzekła:
- Chciałabym Wędrowcze, żebyś pamiętał o tym, iż będąc gościem w moim domu powinieneś dokładniej analizować moje skromne propozycje, zanim zdecydujesz się je odrzucić. Uratowałam twoje życie, moje zioła szybko przywróciły ci nadwątlone siły, wypraliśmy nawet twoje odzienie. Zważaj więc na to, co wypływa z twoich ust. Taka wypowiedź może ukąsić nie tylko twojego rozmówcę.
Słowa te wypowiedziała zimnym, opanowanym głosem. Jak gdyby… Martwym. Sebastian podejrzewał, że wiedźma liczy sobie o wiele więcej lat niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Asriel usiadła w wygodnym fotelu stojącym obok stolika znajdującego się na werandzie. Wskazała Sebastianowi drugi fotel, a on posłusznie wykonał polecenie.
- Cóż Wędrowcze… - powiedziała po chwili, przerywając niezręczną ciszę – Czy też może mam nazywać cię POSZUKIWACZEM WIEDZY?? Jak myślisz, owo określenie bardziej do ciebie pasuje? – Widząc zdziwioną minę Sebastiana uśmiechnęła się w taki sposób, że Łowca poczuł stado mrówek na swoich plecach. – Nie, nie musisz zaprzeczać. Wiem bardzo dużo. Czasem nawet zbyt wiele. Tak jest, kiedy ktoś widział już tyle zachodów słońca, że wszystkie wydają mu się takie same. Wtedy myśli o bardzo dziwnych rzeczach…
- Jeśli tak uważasz, Pani.
- Ha, ha! Dobre sobie! „Pani” – kobieta uśmiechnęła się, tym razem szczerze rozbawiona – Powiem Ci, że dawno nie słyszałam takiego zwrotu od kogoś, kogo umysłu nie udało mi się zdominować. – Zamyśliła się, szukając czegoś nad głową Sebastiana – Czy wiesz, dlaczego wam pomogłyśmy? – Spojrzała na niego bardzo drapieżnym wzrokiem. Nie takim, jakim strzelają spragnieni kochankowie, ale dosłownie głodnym.
Sebastian musiał sobie szybko coś wyjaśnić. „Pomogłyśmy” – a więc jest ich więcej. Wiedział, czym to może grozić. Dwa demony, lub więcej. „Czy to w ogóle są demony??” – Sam już nie był pewien, w każdym razie bardzo żałował, że tutaj trafili.
- Nie okłamię ciebie, Pani. Nie wiem. Chociaż pewien jestem, że o zwykłą ludzką życzliwość chodzić tutaj nie mogło?
Kobieta roześmiała się w głos.
- Wędrowcze, coraz bardziej podoba mi się twoje poczucie humoru! – Jej oczy tonęły w morzu wesołych iskier – „Ludzką życzliwość”!! Chyba umarła jakieś trzy wieki temu! – Nagle jednak spoważniała i dodała sucho – Nie. Już wcześniej wiedziałyśmy, że się zbliżacie.
Sebastian wykrzywił usta w grymasie czegoś, co tylko ślepy mógłby nazwać uśmiechem. Kobieta kontynuowała:
- Niestety, za pierwszym razem naszym sługą nie udało się was sprowadzić. Cóż. Czasami wymykają się spod kontroli. Dobrze, że ich zlikwidowałeś. Kolejną okazją był atak tych dzikusów z lasu. – Tutaj urwała, zastanawiając się, od czego ma zacząć właściwą część swojej opowieści.
Sebastian czekał cierpliwie na dalszą część historii. Chociaż nie dawał tego po sobie poznać, słowa kobiety o tym, że już wcześniej ich obserwowała, wyraźnie go zaintrygowały. Od kiedy mogła śledzić ruchy trójki podróżnych? Czy jeszcze zanim opuścili mury Hammer Will ona już wiedziała, że się tutaj zjawią? Asriel przerwała jednak polemikę Łowcy:
- Około ośmiu mil stąd znajdują się ruiny starożytnej świątyni. Ściślej mówiąc, katedry. Interesuje mnie pewna rzecz znajdująca się w katakumbach tej budowli. Bardzo ciekawy artefakt, pozostałość po dawnych mieszkańcach owej ziemi. Potężny, jeśli wiesz jak można go wykorzystać. Domyślasz się, o co chcę cię poprosić.?
Oczywiście, że się domyślał. Wiedźma potrzebowała najemnika. Kogoś, kto może wejść i w wyjść ze świątyni. Osoby, której święte miejsce na to pozwoli. Sama przez tą drugą kobietę(kobiety) uczynić tego nie mogła.
- Tak, wiem. – Odpowiedział na pytanie Asriel – Chcesz żeby przynieść tą rzecz tutaj, prawda Pani?
- Hmm. Myślę, że tak… - Wiedźma zamyśliła się – Wiedz, iż nie będzie to przechadzka po spokojnym ogrodzie. Może nawet nie to, czym zajmowałeś się do teraz.
- Tak...? – Sebastian pociągnął spory łyk stygnącej już kawy – Mianowicie?
- Starożytne legendy wspominają o olbrzymich, stalowych ptakach spadających masowo z nieba. Jedno z takich stworzeń uderzyło w katedrę. Nie było to żywe zwierzę. To maszyna. Wykonana z nieznanych stopów, splątana setkami przewodów i otoczona tysiącem luster. O dziwo niektóre zdołały przetrwać upadek. W jej wnętrzu znajduje się pewien kryształ. Sześcian. Potrzebuję go. Nie wiem nic o tym, co możesz tam spotkać. Z moich obserwacji wynika tylko, że wszystko w promieniu dwóch mil od katedry wygląda bardzo dziwnie. Drzewa mają białe liście, ich pnie przybierają dziwaczne kształty. Nie zapuszczają się tam żadne ptaki, nie widziałyśmy, żeby jakieś zwierzęta zamieszkiwały ten teren.
Pani przerwała na chwilę i uważnie wpatrywała się teraz w twarz Sebastiana. On jednak nie zamierzał odwrócić wzroku. Kobieta szukała chyba cienia niepewności lub strachu w jego spojrzeniu, Łowca nie zamierzał dać jej tej satysfakcji.
Pomyślała, że jest albo głupi albo nazbyt odważny. Czy była jakaś trzecia opcja, o której one nie wiedziały? Asriel podjęła opowieść:
- Nie możemy tam wejść. To święte miejsce, coś blokuje mi dostęp do katedry. Ale czuję wyraźnie obecność kryształu. Śni mi się w nocy. Wiem dokładnie gdzie jest. Dlatego jesteś mi potrzebny. To Karma cię tutaj sprowadziła. San Sebastian, Poszukiwaczu Wiedzy.
Łowca dokładnie ważył słowa wiedźmy. Nie podejrzewał, że ktoś odkryje kiedykolwiek prawdziwy cel jego tułaczki. Drogi, którą dawno temu wskazała mu Vermin. Wiedza to potęga. Daje życie i potrafi zabrać to, czego nie zasiała. Nadrzędny cel. Karma. Sprawiedliwość dla wszystkich.
- Jaki mam wybór? – Zapytał Asriel.
Kobieta spojrzała niego smutno, niemal z litością.
- Żadnego. Życie twoich przyjaciół i twoje Wędrowcze, w zamian za sześcian. Chcę żebyś wyruszył jutro. Do tego czasu wszystko w moim domu jest twoje. Jutrzejszego ranka spotkamy się na tych schodach. – Wskazała ręką trzy stopnie prowadzące z werandy wprost na łąkę porośniętą gęstą trawą – Będziemy czekać na ciebie, dostaniesz też pewną rzecz. Na szczęście.
Sebastian doskonale wiedział, że nie ma nic do powiedzenia w tej sprawie, coraz bardziej denerwowały go pęta narzucone przez wiedźmę. Czuł się źle. Nie lubił pracować pod presją. A teraz znalazł się w sytuacji, z której każde wyjście mogło zakończyć się tragicznie. Przytaknął ruchem głowy.
- Dobrze. – Powiedziała zadowolona Asriel – Życzę ci dobrej nocy i spokojnych snów. Wypocznij – spojrzała na wisior na szyi Łowcy – Niech moc tej nefrytowej koniczyny ci sprzyja, san Sebastian.
Przerwała i smutno spojrzała w dal. Po chwili powiedziała coś, co zdziwiło Sebastiana bardziej niż wszystko, co widział i słyszał od niej do tej pory.
- „Mnie” ona już opuściła…
Powiedziawszy to, wstała i bezszelestnie podeszła do otwartych drzwi. Zniknęła we wnętrzu domu.
Dopiero teraz Sebastian poczuł się naprawdę zagubiony. „Mnie” już opuściła? Słowa, tylko dlaczego „mnie” i dlaczego „już opuściła”? Asriel była bardzo piękna. Dlaczego więc trzymała się na uboczu? Mogła posiąść władzę o wiele większą niż tutaj, w leśnej głuszy. Ile mogła mieć lat? Kilkaset?
Łowcy nie podobała się ta sytuacja. Nie wchodzi się w układy z wrogami, o których nikt nie mówi, nawet szeptem. Z drugiej strony dziękował opatrzności za to, że spotkali się z Asriel praktycznie po tej samej stronie barykady. W innym wypadku… Być może kiedyś trafiłby tutaj. A wtedy jedno z nich opuściłoby świętą ziemię…
Patrzył na krwawy zachód słońca. Tak, każdy był inny, ale dla kogoś, kto widział ich zbyt wiele mógł być podobny tylko do pożółkłego jesiennego liścia. Podniósł się ciężko z fotela.
Jakoś przeszła mu ochota na podziwianie piękna przyrody. Nie chciał też z nikim rozmawiać. Westchnął, jak gdyby coś niezwykle ciężkiego deptało jego pierś, poczym poszedł wolno do swojego pokoju. Zanim się położył, dokładnie sprawdził i wyczyścił broń. Liczba amunicji zgadzała się, co do sztuki.
Później leżąc już w łóżku, po raz setny zastanawiał się, co mogły znaczyć słowa Asriel. „Mnie już opuściła…” W końcu, wszystko zlało się w jeden monotonny szum.