Am Ha Arec - Rozdział II \"Wiedźma\"
Eber słyszał, że do Mistrza Araha przybył dzisiaj posłaniec z zachodu. Miał on przekazać informacje, tak ważne dla ruchu Kościoła Białej Wojny. Sierżant podejrzewał, że wiele rzeczy ulegnie teraz radykalnej zmianie. Przyszłość miała pokazać jak bardzo blisko był tej prawdy.
Miał zorganizować pościg za gnomami i ich tajemniczym przyjacielem. Ale wcześniej musiał jeszcze coś załatwić. W związku z tym, szedł teraz szerokim korytarzem, prowadzącym do holu na piętrze. Nagle, zatrzymał się gwałtownie na środku puszystego chodnika. Lokaj, który niósł wino do komnaty Araha, ominął go lekkim łukiem. Eber nie zwrócił uwagi na mężczyznę. Myślał. Bardzo szybko i bardzo gorączkowo. Szukał w pamięci czegoś, czego jeszcze nie był w stanie dokładnie określić. Przez chwilę gonił tą ulotną myśl, zgłębiając zakamarki swojego umysłu, ale nie przyniosło to pożądanych rezultatów. Machnął ręką i ruszył dalej. Dotarł do głównych schodów. Zszedł na dół. Parter okazałej willi był tak rozległy i pogmatwany, że osoba, która znalazłaby się tutaj pierwszy raz, łatwo zgubiłaby drogę w plątaninie korytarzy i pokoi.
On nie był jednak taką osobą. Znał doskonale układ pomieszczeń i świetnie orientował się w tym labiryncie. Skręcił w lewo i znalazł się w korytarzu z dużą ilością jednakowych drzwi. Wybrał drugie po lewej, otworzył je i wszedł do środka. W pokoju, oprócz zdezelowanego biurka, oraz starego skryby, który przy odrobinie wyobraźni przypominał zakurzony mebel, nie było innych sprzętów, tudzież gratów, zajmujących wolną przestrzeń. Po lewej stronie, równo z podłogą, zaczynały się spiralne schody prowadzące do ukrytych pod ziemią lochów. Sierżant właśnie tam skierował swoje kroki. Starzec nawet nie podniósł głowy znad stosu pergaminów, westchnął tylko ciężko, zamoczył koniec gęsiego pióra w kamiennym kałamarzu i wrócił do uzupełniania sobie tylko znanych rubryk.
Eber zszedł na dół. Znalazł się w niewielkim pomieszczeniu, które przypomniało szatnię. Zdjął ciepłą, bawełnianą kurtkę i zamienił ją na płaszcz z elastycznego materiału podobnego do gumy. Podejrzewał, że to osobliwe odzienie może mu się dzisiaj przydać. Z pomieszczenia wychodziły trzy korytarze. Futryny nie były wyposażone w drzwi, dzięki temu z niewielkiego pokoiku można było dostrzec wszystko, co działo się w danym korytarzu. Skierował kroki ku środkowemu wyjściu. Nie zwrócił uwagi na nową, ciemnozieloną farbę pokrywającą te stare, spękane ściany. Pomimo braku jakichkolwiek ozdób i tak prezentowały się całkiem nieźle. Jak na charakter tego miejsca. Jednak on, zbyt wiele razy tędy przechodził, by zawracać sobie głowę ich wyglądem.. Korytarz zamykało troje drzwi. Masywne, drewniane po lewej, takie same po środku natomiast ostatnie, umieszczone z prawej strony zrobione były ze stali. Właśni do nich sierżant skierował swoje kroki.
Trafił do dużej komnaty, dzielącej się na dwie części. Większa z nich, należała do zdecydowanie najmniej przyjemnych miejsc, w których mógłby znaleźć się człowiek. Umieszczono tutaj różnego rodzaju sprzęt do tortur. Stał tu między innymi \"tron dziewiczy\" przyrząd do łamania kołem, a także wielka balia z wodą, służąca do podtapiania „klientów” tego przybytku. Pod sufitem, na grubych łańcuchach, wisiało kilka par kajdanek, dzięki którym w niezmiernie łatwy sposób można było wyłamać komuś ręce. Ściany zdobiło mnóstwo noży, od bardzo małych poprzez średnie sztylety, aż do naprawdę dużych okazów broni białej. Nad drzwiami wisiał \"kolczasty kołnierz\" dzięki któremu można było bardzo nieprzyjemnie opuścić świat żywych. Kolce wbijały się w szyję i ramiona powodując ropiejące rany, prowadzące do zakażenia krwi i bolesnej śmierci. Cały panteon śmiercionośnych maszyn uzupełniały różnego rodzaju kleszcze, cążki, kilka zardzewiałych „kocich łąp”, młotki, szpikulce i parę innych specjalistycznych narzędzi. Wszystkim rządził tutaj Zark, jedyny – i może, dlatego – ulubiony, kat Araha Van Cliffe. Osobnik ten charakteryzował się nieprzeciętną posturą oraz sadystycznymi skłonnościami do powolnego wykańczania nieszczęśników, którzy mieli wątpliwą przyjemność trafić w jego ręce.
- Ho, ho, ho! Witam szanownego sierżanta! – Powiedział, kiedy zobaczył wchodzącego Ebera, jednak nie wstał z krzesła żeby podać mu rękę.
- Daruj sobie, Zark. – Odparł zdegustowany dowódca – Mówiła coś?
- Na całe szczęście, nie. – Odparł kat i wyszczerzył resztki zębów w paskudnym uśmiechu – Było tu tych dwóch magików, co to ich przysłał pan Van Cliffe, ale za przeproszeniem, gówno wskórali. – Zaniósł się śmiechem – Mówili coś w kółko o jakiejś odporności na sondowanie i strasznie byli tym zdziwieni, że u takiej wieśniaczki ów rzadki dar się objawił. Jak dla mnie, powtarzam, kupa gówna i rad jestem, że nic z niej nie wyciągnęli, gdyż dzięki temu ja będę mógł się trochę zabawić.
Potarł wielkie łapska i rozparł się jeszcze wygodniej na podejrzanie trzeszczącym krześle. Eber zamyślił się. Dość szybko dotarli do służącej gnoma i jeszcze szybciej udało się im ją tutaj ściągnąć. Trochę zaskoczył go fakt, że Klerycy nie byli w stanie wysondować jej myśli. Telepatia była bardzo przydatna, ale czasami zdarzało się, że ktoś był odporny na jej działanie. Cóż, przez to właśnie, cała brudna robota spadła na Ebera i Zarka, a sierżant w przeciwieństwie do kata, nie lubił brudnej roboty. Przeklął w duchu tą durną dziewuchę. „Zawsze coś się spieprzy!” – Pomyślał. Aż za dobrze wiedział, że informacje o tym, kto dokonał takiej rzezi w Ochoczej Dziewce, mogą okazać się bardzo ważne.
Spojrzał w stronę kobiety skulonej w kącie drugiego pomieszczenia, które pełniło funkcję celi. Siedziała na resztkach tego, co kiedyś można było nazwać łóżkiem. Tępym wzrokiem wpatrywała się w ścianę. Zastanowiło go to, czemu nie chciała nic powiedzieć? Chyba, że podejrzewała, iż i tak jej nie uwolnią. Po tym, co się wydarzyło nie mogli zostawić żadnych świadków. Stawka była zbyt wysoka. Chociaż…
- Rusz swoją ciężką dupę, Zark! – Powiedział do kata – Nie myśl jednak, że przesłuchanie potrwa na tyle długo, żebyś z radości mógł zlać się w spodnie. Coś mi się wydaje, że nasza kucharka szybko puści parę z ust.
- HiiHihaahaha! – Zark zaniósł się spazmatycznym śmiechem - To się okaże, panie Sierżancie. To się okaże. Zwłaszcza, że jest z nią mały problem. – Wstał i ruszył w stronę wieszaka z kluczami, wziął jeden, poczym podszedł do drzwi celi. Stojąc plecami do Ebera powiedział – Ona jest upośledzona. Podobno przez drobny wpływ \"zielonej śmierci\". Nie mówi zbyt wiele. Ha, ha, ha, ha! – Ten ostatni niekontrolowany wybuch śmiechu nie zabrzmiał zbyt przyjemnie.
Sierżant spojrzał dziewczynie w oczy. Zawsze kazali mu tego unikać, ale nie mógł się oprzeć. Wydawało mu się, że przez chwilę widział w nich cień strachu. Jednak coś, co mógł nazwać kiedyś sumieniem, teraz mówiło tylko: \"wydaje ci się\".
Westchnął.
Tak, czekał go naprawdę długi dzień.
*****
Obudził ich czyjś krzyk.
Po tak ciężkim dniu, potrzebowali sporej dawki kojącego snu, dlatego też z momentem nastania szarówki Sebastian zarządził odpoczynek. W czasie drogi niewiele się do siebie odzywali i dopiero później, przy ognisku udało im się zająć jakąś rozmową. Przyczyna milczenia była przecież tak prosta!
Ktoś stracił cały życiowy majątek, ktoś inny życie, szok po masakrze, świadomość tego, że śmierć pakuje się przez okno do wypełnionego sielanką świata pary gnomów. Wszystko to, spowodowało implozję uczuć i Fredrick zamknął się w sobie. Sebastian czuł, że finalny skutek tych wydarzeń może być zgoła inny, jednak na razie nic nie wskazywało na jakąś tragedię. Kilkakrotnie próbował zacząć rozmowę, Fredrick jednak albo nie odpowiadał, albo zbywał go krótkimi zdaniami. Rana na ramieniu gnoma przestała krwawić, co Sebastian przyjął z ulgą, podejrzewał bowiem, że mogła wdać się jakaś infekcja obniżająca krzepliwość. Wszystko wyglądało jednak w porządku.
Kiedy zjedli posiłek, ułożyli się wygodnie wokół ogniska. Łowca korzystał z własnoręcznie uszytego śpiwora. Materiałem, którym się posłużył była ciepła, niedźwiedzia skóra. Spełniała ona doskonale swoją funkcję, zwłaszcza w czasie zimy. Parze gnomów podarował dwa grube koce, które w połączeniu z podwójną, bawełnianą kołdrą, okazały się wystarczające by przeciwstawić się chłodnej, wczesnowiosennej nocy.
Znajdowali się około pół mili od głównego traktu, a dwie od kamiennej, leśnej drogi. Obóz rozbili na szczycie niewielkiego zbocza. Roztaczał się stąd piękny widok. Prawie cała przestrzeń poniżej, porośnięta była gęstym lasem, czasami tylko, niczym samotne wyspy na powierzchni bezkresnego morza, wyłaniały się z niego czyste połacie ciemnozielonej trawy.
Kiedy noc już na dobrze zagościła w najmniejszych zakamarkach lasu, oni, próbując walczyć z ogarniającym ich zmęczeniem wpatrywali się w pomarańczowo-czerwone płomienie, ślizgające się po powierzchni drewna.
Czekali. Kto miał się odezwać pierwszy?
W końcu Fredrick, który chyba przemyślał kilka spraw, w związku z czym, dość już miał milczenia, przerwał ciszę i zadał jakże proste pytanie:
„Co będzie dalej?”
Sebastian miał już przygotowaną odpowiedź na to, gdzie jadą, u kogo się zatrzymają, jak długo potrwa ta podróż, ale pytanie gnoma – tak proste i jednocześnie niezwykle skomplikowane – trochę zbiło go z tropu. Nie wiedział. Cóż. Fredrick i Esma musieli jakoś zacząć żyć od nowa. Natomiast on będzie robił to, co do tej pory. Różnica polegała na tym, że do Hammer Will nie mieli już po co wracać. Co jednak wtedy, gdyby Mercado byli aż tak zorganizowani by tropić ich w innym mieście? Wątpił w to, jednakże…
Podzielił się myślami z Fredrickiem i Esmą. Powiedział też, że jadą do jego starego znajomego, który mieszka niewielkim miasteczku noszącym nazwę jeziora, nad którym się znajduje – Keng. Gnom słuchał, kiwał głową i od czasu do czasu zerkał na przygnębioną Esmę. Widać było, że pozbierał się jakoś i stara się pocieszyć żonę. Objął ją i delikatnie pocałował w policzek. Podziękowała mu smutnym uśmiechem
Oboje słuchali uważnie słów Strzelca i zadawali konkretne pytania dotyczące podróży. Rozmawiali tak około dwóch godzin, aż w końcu zaczął morzyć ich sen. Powieki powoli zbliżały się do siebie i coraz trudniej było im skoncentrować się na wypowiadanych słowach. Rozmowa dotarła w końcu do tego momentu, kiedy wszystko, co mieli powiedzieć, zostało już powiedziane, nic zatem nie trzymało ich przed regenerującym siły, kojącym snem. Para gnomów przytuliła się do siebie i praktycznie w momencie, zasnęli. Sebastian z ciężkim sercem wyplątał się ze swojego ciepłego śpiwora i udał się na \"profilaktyczny spacer\". Obszedł obóz kilka razy, zataczając coraz to szersze okręgi. Nic się nie działo. Coś czasem szeleściło w pobliskich krzakach, ale mógł to być raczej niegroźny gryzoń, a nie polujący drapieżnik. Dźwięk oddalał się powoli aż zniknął na dobre. Łowca wrócił do obozu. Dorzucił kilka sporych drew do przygasającego ogniska i oparłszy się o wysoką brzozę, przyjrzał się dokładniej dolinie. Las poniżej wzgórza skrywała ciemność, ale w oddali dostrzegł niewielką łunę bijącą z miasteczka Keng. Mieli tam dotrzeć najpóźniej za dwa dni. Jeśli pogoda będzie im sprzyjać oraz uda się uniknąć przykrych niespodzianek. Stary księżyc był teraz prawie w pełni, a młody, który pojawił się po koniunkcji, zbliżał się dopiero do fazy \"garbatej\". Czasem jednak, nie wiedzieć czemu, stawał w pełni jeszcze szybciej od starego. Tak, Wielka Pełnia! Ileż to już lat wzbudzała paniczny strach w domach spokojnych mieszkańców Perghardu? Jak wiele razy budziła mroczne stworzenia, szerzące śmierć i cierpienie? Nikt nie pamiętał, dlaczego i po co. Była jak śmierć pędzona wiatrem. Zjawiała się szybko i niespodziewanie, znikała w mgnieniu oka. Ale zawsze pozostawiała za sobą jakiś ślad.
Oba księżyce sprawiały wrażenie dwóch pomarańczowych piłek, zawieszonych nisko nad ziemią. Wydawało się, że są tak blisko! Prawie na wyciągnięcie ręki. Być może widok tych dwóch ciał niebieskich napawał zachwytem bujających w obłokach poetów, młodych i jakże nieświadomych niczego kochanków, czy dziewice wierzące jeszcze w prawdziwą miłość… Czasem, przyprawiał też o szybsze bicie serca spóźnionych podróżnych na opuszczonym, leśnym trakcie. Sebastian myślał o czymś innym. Wiedział, że już jutro, mogą zacząć dziać się naprawdę dziwne rzeczy. Kiedy oba księżyce jednocześnie osiągały pełnię, na co właśnie się zapowiadało, wtedy magiczna moc, obecna w każdej części znanego mu świata przyjmowała bardzo okrutne oblicze.
Sprawdził jeszcze czy z końmi wszystko w porządku i wrócił do ogniska. Po raz kolejny dorzucił drewna. Dzisiaj mógł jeszcze pozwolić sobie na chwilę wypoczynku. Jutro jednak, będzie musiał omówić z gnomem kwestie ewentualnej warty. Zawinął się w śpiwór i zasnął.
Obudził ich czyjś krzyk.
Ktoś darł się na całe gardło. Sebastian momentalnie zerwał się z ziemi. Jego ręce działały szybciej niż umysł brutalnie wyrwany z jakże przyjemnego snu! Chwycił za broń i nie całkiem pewny tego, co się właściwie dzieje, oddał dwa strzały w kierunku postaci, która chyba właśnie zabierała się za duszenie Fredricka. „Co jest do…” – przemknęło Łowcy przez głowę zanim ktoś mocno kopnął go w plecy. Poleciał do przodu. Jego ciało, ćwiczone od dzieciństwa, przygotowywane do reakcji w różnych ekstremalnych sytuacjach, samo podpowiadało, co ma zrobić. Prawą ręką zasłonił głowę, skulił się i przetoczył po ziemi. Broń trzymał mocno, dzięki czemu nie zgubił jej przy upadku. Klęcząc na jednym kolanie, rozłożył szeroko ręce i zlikwidował dwa człekokształtne stwory, na prawo i lewo od niego. Ktoś cisnął w niego siekierką. Ostrze mignęło w świetle wschodzącego słońca i to go właśnie uratowało. Przetoczył się w bok. Znalazł się teraz obok Esmy, którą żywcem próbowały skonsumować dwa stwory. Sebastian strzelił jednemu prosto w kręgosłup. Kula zamieniła plecy potwora w krwistą miazgę. Drugi próbował rzucić się na Łowcę, ale ten wykonał zgrabny piruet i znalazłszy się za plecami napastnika strzelił dwukrotnie. Czaszka stwora eksplodowała, a w powietrze trysnęła fontanna krwi.
- Esma! Wdrap się szybko na jakieś drzewo! Już! – Krzyknął do przerażonej kobiety. Ta kiwnęła tylko głową i natychmiast podjęła wspinaczkę.
Tymczasem Fredrick oparty plecami o przewrócony przez burze pień dębu, starał się bronić przed zaciekłymi atakami trzech stworów. Jednakże mały gnom, nawet w połączeniu z długim sztyletem, nie mógł sprostać przeważającej sile napastników. W końcu powalony silnym ciosem, znalazł się na ziemi. Humanoidalne stwory skoczyły na niego, drąc pazurami ubranie gnoma. Sebastian upewniwszy się, ze Esma jest bezpieczna, ruszył Fredrickowi na ratunek. Nie mógł ryzykować strzału. Odrzucił broń na bok i z impetem wbił się w napastników. Znalazł się na plecach jednego z nich. Dotyk gładkiej, zimnej skóry, upewnił go, co do tego, z kim mają do czynienia. Mutanty. „Pieprzone, mięsożerne, skurwysyny!” – Jakże on nienawidził tego ścierwa! Stwór, na którego plecach leżał Sebastian, próbując go zrzucić, podrygiwał, skakał i obracał się na boki. Mutanty charakteryzowała ogromna siła, a Łowca nie był przygotowany na taką szybką zmianę kierunków. Plecy stworzenia opuścił szybciej niż się na nich znalazł, walnął w drzewo i upadł na ziemię. Pozostałe dwa stworzenia rzuciły się na niego, każdy celował lewą ręką w pierś Łowcy. Instynktownie odchylił się przed ciosem pierwszego, a drugiego złapał za ową kończynę. Podłożył swoją rękę pod łokieć napastnika i wyłamał go z trzaskiem. Stwór ryknął i upadł na ziemię. Zwijał się z bólu. Mutant, który zrzucił Sebastiana z pleców skoczył teraz w jego stronę. Łowca chwycił za wyciągniętą rękę stwora, wykręcił ją i znalazł się za jego plecami. Pchnął go do przodu, pomagając sobie przy tym mocnym kopniakiem. Siła, z którą mutant uderzył o drzewo była miażdżąca. Odbił się od grubego pnia jak piłka od ściany poczym rozłożył się jak długi na miękkim poszyciu. Sebastian butem zmiażdżył mu gardło. Razem z krótkimi drgawkami ze stworzenia uszły resztki życia. Ostatni zdrowy napastnik, razem z tym ze złamaną ręką, chyba w końcu zrozumieli, że nie mają czego tutaj szukać i rzucili się do ucieczki. Łowca pobiegł po pistolety pozostawione wcześniej na ziemi. Uniósł oba P14 i z przyjemnością wsłuchał się w huk strzałów. Pierwszy mutant padł na ziemię jak ścięte drzewo. Drugiego, jedna z kul trafiła w nogę. Opadł na kolana a Sebastian precyzyjnym strzałem w tył głowy pozbawił go wątpliwej przyjemności marnej egzystencji w tym, jakże, brutalnym świecie.
Łowca rozejrzał się po obozie, powoli podszedł do ledwo tlącego się ogniska. Chociaż słońce miało pojawić się na dobre za mniej niż pół godziny, rozkopał nogą żar i wrzucił w ognisty krąg kilka niewielkich gałęzi. Wiosenne poranki bywają przecież mroźne, zwłaszcza, po takiej nocy. Obszedł obóz i kiedy stwierdził, że nie ma już żadnego zagrożenia polecił Esmie zejść z drzewa. Sam schował broń i podbiegł do gramolącego się z ziemi Fredricka.
- Nic ci nie jest? – Zapytał po prostu.
Gnom chyba zaczynał przyzwyczajać się do tego, że stoi ciągle na krawędzi życia gdyż w miarę opanowanym głosem odparł:
- Nie. Trochę mnie stłukli, ale to nic wielkiego. Dobrze, że miałem chociaż ten cholerny sztylet. – Podniósł swoją broń, która leżała nieopodal na miękkim mchu. Wyprostował się i patrząc na Sebastiana powiedział – Na Święty Słup. Co to było?!
Esma, która właśnie podbiegła do męża, przytuliła go mocno.
Łowca nie odpowiedział. Podszedł do najbliżej leżącego stworzenia. Dokładnie obejrzał ciało. Bez jakiegokolwiek śladu ubrania, pokryte śliską, jasnoszarą skórą, było obrzydliwe w dotyku. Prawa ręka kończyła się szponiastą dłonią, natomiast lewa pozbawiona była tej części ciała. Pokryta skórą tylko do połowy, zakończona była czymś w rodzaju ostrego szpikulca z twardej, odkrytej kości. Głowę stworzenia porastały resztki krótkich włosów, a z bladą cerą twarzy wyraźnie kontrastowały ogromne, czarne oczy bez źrenic. Usta humanoida zawierały dwa rzędy ostrych jak brzytwa zębów. Widok ten nie napawał zbytnim optymizmem. Sebastian odwrócił się do Fredricka:
- Mutanty – powiedział – Szczerze mówiąc, z taką mutacją jeszcze się nie spotkałem. Hmm. Ciekawe…
- Aha. Jasne. Może dla ciebie – gnom odparł z ironią – Dla mnie to i tak za wiele.
Sebastian nie bardzo wiedział jak odpowiedzieć, więc zakończył wymijająco:
- Cóż. Chyba tak.
Tymczasem roztrzęsiona Esma starała się przygotować jakiś posiłek, chociaż wątpiła żeby ktokolwiek po tym, co się wydarzyło miał ochotę na jedzenie. Ale jedzenie dodaje energii, a ona będzie im teraz bardzo potrzebna. Gnom i Łowca podeszli do ogniska i usiedli na swoich posłaniach. Wbrew pozorom, ciała zabitych stworzeń nie bardzo przeszkadzały im w konsumpcji śniadania. Wystarczyło zamknąć oczy i wyobrazić sobie bezpieczną i schludną kuchnię, pachnącą świeżo przygotowanym posiłkiem. Żadne z nich nie kwapiło się do kolejnych bliższych oględzin zwłok. Zresztą, po co? Za to szybko poszło im spakowanie swojego niewielkiego bagażu i opuszczenie leśnego obozu. Konie, które zostawili wieczorem na niewielkiej polanie wyglądały na całe i zdrowe. Widocznie mięsożercy najpierw chcieli zająć się ich właścicielami.
Na leśnym trakcie znaleźli się w niecałą godzinę od opuszczenia obozu. Kamienna droga, porośnięta tu i ówdzie zielonym mchem, prowadziła na południowy zachód. Sebastian nie miał zamiaru powtórzyć drugi raz tego samego błędu, dlatego też bacznie obserwował otoczenie. Nie wszystkie drapieżniki atakowały nocą, a dzień przed Wielką Pełnią nie należał nigdy do specjalnie bezpiecznych.
- Czym były te stworzenia? - Tym razem Esma nie wytrzymała martwej ciszy i po prostu musiała z kimś porozmawiać.
- To mutanty, kochanie. Takie coś, co się zmieniło z jednego w drugie. Jak widzisz nie wyszło im to na dobre. – Fredrickowi dopisywał humor i wszystko musiał przyprawić nutką ironii – Zresztą nam też nie.
Jednakże jego żona nie należała do osób, które lubią ironiczne żarty w niezbyt przyjemnych sytuacjach, toteż ofuknęła gnoma:
- Wiem, co to są mutanty! Pytałam Sebastiana, „czym” one są! Nie wtrącaj się, jak nie masz nic do powiedzenia.
- Dobrze, dobrze. Spokojnie. – Mruknął gnom, poczym udając, że nagle zainteresowało go piękno przyrody oddał się obserwacji leśnej flory.
Sebastian przez chwilę układał sobie w głowie najbardziej precyzyjną odpowiedź na pytanie Esmy i w końcu powiedział:
- Mutanty to najczęściej ludzie lub elfy, które pod wpływem promieniowania zmieniły się w bezmyślne zwierzęta, żywiące się tym, czym one same kiedyś były. Przeważnie. Ale zdarzają się wyjątki. Czasem bywa, że ktoś rodzi się mutantem. Takie osoby nie zawsze są szalone. Społeczeństwo jednak, nie jest w stanie zaakceptować ich obecności i wypycha się je poza dopuszczalny margines. W skrócie, kiedy mają szczęście lądują w lesie, pozostawione przez rodziców, a jeśli fortuna im nie sprzyjała, w beczce na kiszoną kapustę.
- Czy one zawsze atakują ludzi? To znaczy, czy te rozumne osobniki też przejawiają takie mordercze instynkty?
- Różnie – odparł – Słyszałem, że niektóre z tych stworzeń mają niezwykły posłuch u reszty swoich towarzyszy. Stają się ich przywódcami. Napadają na wsie i mniejsze osady, plądrując i zabijając. Inne natomiast potrafią współdziałać z odpowiednio nastawionymi ludźmi. Ale zdarza się to bardzo rzadko. Podobno, niektóre mutanty mają nad wyraz rozwinięty umysł przy niewielkich zmianach w wyglądzie zewnętrznym, rozumiesz? – Popatrzył na Esmę, która przytaknęła skinieniem głowy.
- Czyli, mogą żyć obok nas, a my nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nieprawdopodobne…
Sebastian uśmiechnął się krzywo.
- Niektóre podobno potrafią przenosić rzeczy siłą woli. Mogą też zmieniać kształt oraz kontrolować myśli innych stworzeń. Oczywiście, nie wszystkich. Niektórzy ludzie są odporni na działania umysłu, ale przeważająca większość nie. Wszystko to jest związane jakoś z koniunkcją oraz z czasami tuż przed nią. Osobiście nie chciałbym spotkać się z takim stworzeniem. Podejrzewam, że mało kto mógłby przeżyć coś takiego.
Esma widziała już chyba wszystko, co chciała wiedzieć i pogrążyła się w myślach, trawiąc słowa Strzelca.
Konie szły stępa. Nie było sensu forsować zwierząt, lepiej żeby były wypoczęte, w razie nieoczekiwanych okoliczności… Wjechali do wysokiego lasu. Słońce przeciskało się przez rozłożyste korony drzew, jednak niewiele promieni słonecznych przypadało w udziale niżej rosnącym roślinom. W związku z tym nie miały one szans na osiągnięcie właściwych sobie rozmiarów.
Las chciał chyba zaprezentować się ze swojej najlepszej strony. Droga, którą podążali ciągnęła się jego środkiem jak szarozielona rzeka nagle umieszczona pomiędzy majestatycznymi drzewami. Większość roślin okryła się już maleńkimi liśćmi, na niektórych nawet można było dostrzec pąki mających pojawić się już niedługo kwiatów. Oddychali pełną piersią, pragnąc nacieszyć się zapachem wiosennego poranka. Kto chociaż raz miał dość zbyt długiej i uciążliwej zimy, a z utęsknieniem wyczekiwał pierwszego dotyku wiosny, dobrze wie jaką świeżością pachną te poranne godziny.
Gnomy wypytywały Sebastiana o szczegóły z jego barwnego – w ich mniemaniu – życia. Łowca jednak nie był zbyt skory do dzielenia się wrażeniami z podróży po Perghardzie, dlatego odpowiadał na te prośby beznamiętnym tonem, krótko i rzeczowo. Jednakże para gnomów i tak była zafascynowana jego przygodami. W pewnym, bardzo nieoczekiwanym momencie, Esma zapytała:
„Dlaczego wybrałeś takie życie?”
Po raz drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin poczuł, że nie bardzo wie jak odpowiedzieć na to pytanie. Gnomy były niewielkie, ale swoją dociekliwością i bystrością mogły powalić chyba każdego.
Tak. Dlaczego wybrał takie życie? Czy w ogóle wybrał je sam? Tego nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Cóż, wpajano mu zawsze żeby szedł na przód. „Obierz cel i uderzaj” Cel zawsze był dobrze widoczny. Czyż nie tego potrzebował? Nawet teraz, w tym lesie. Vermin mawiała:
„ Przewlekające się oczekiwanie może przyprawić serce o chorobę, ale rzecz której pragniesz, gdy w końcu nadejdzie, jest drzewem życia”
Była bardzo mądrą kobietą. Zapomniała wspomnieć tylko o jednym. Czym miała być dla niego owa upragniona rzecz? Chociaż może i wiedział, ale sam to przed sobą ukrywał. Podświadomość pchała go do przodu. Nowy szlak. Nowe zlecenie. Strzały. Śmierć. Czasami ktoś krzyczał, czasami płakał. Życie nie było łatwe. Tym bardziej on, który widział już za wiele, nie myślał o: ‘dlaczego’, ‘po co’, ‘gdzie’ i ‘ kiedy’. Świat szybko się zmieniał, nikt nie mógł stać w miejscu. Chociaż kiedyś Sebastian tak bardzo tego pragnął.
Gonił za czymś, a jednocześnie chciał się cofnąć. Chciał wrócić, ale gdzie? Do kogo? Ha! Zapomnienie. Oddać się ciemności i tej cząstce umysłu, która mówiła: ‘Masz władzę! Korzystaj!’. Jaką władzę? Bywały chwile, kiedy przeklinał te dwa ciężkie pistolety, ukryte teraz pod zapiętym wysoko płaszczem. Nie powie nikomu. Nikt nie wie, czego on szuka. Niech tak zostanie.
- Dobre pytanie. – Powiedział do Esmy – Hmm.. Powiedz, dlaczego wiosną przyroda budzi się do życia? Dlaczego ludzie świętują, kiedy kończą się plony? Dlaczego księżyc świeci tylko w nocy? Dlaczego? Czy potrafisz dać na to jednoznaczną odpowiedź? – Skierował na Esmę swoje szaroniebieskie spojrzenie, a za ostrzami mieczy, w jego oczach można było dostrzec wesołe ogniki.
Kobieta speszyła się nieco. Nigdy wcześniej nie rozmawiała z Sebastianem tak długo, nie znała go. Przeważnie milczący, patrzył gdzieś w dal, przez okno, w ścianę. Bała się go. Ale budził też niezdrowe zainteresowanie. Można powiedzieć, że w karczmie gnomów Łowca był… Podziwiany. Zawsze jednak, pozostawał tylko przyjacielem jej męża. A teraz podróżowali razem! Ile właściwie mógł mieć lat? Wyglądał na trochę więcej niż trzydzieści, ale pozory czasem mylą. Ten długowłosy mężczyzna, niebezpieczny jak zraniona kobra, był z pewnością bardzo dziwnym człowiekiem. Kiedy rozmawiali, zawsze szukał czegoś wzrokiem. Wydawał się nieobecny by w mgnieniu oka przykuć ich uwagę trafnym spostrzeżeniem dotyczącym rozmowy. Do tego ta wymijająca odpowiedź. Czuła się trochę nieswojo, że tak wypaliła z tym pytaniem.
- Chyba każdy ma na to inną odpowiedź. – Zakończyła.
- Trafiłaś w sedno. – Odparł Sebastian.
Tymczasem gnom, który cały czas przysłuchiwał się rozmowie jednocześnie uważnie obserwując drogę, zapytał:
- Sebastian, widzisz to, co ja? – Wskazał palcem kierunek.
Ich wzrok powędrował w stronę odkrycia Fredricka. Droga ciągnęła się prosto przez las i ową „rzecz” widzieli teraz jak na dłoni. Coś bardzo grubego leżało w poprzek drogi. Nie trzeba dodawać, że było to bardzo ciężkie.
- Drzewo – powiedział gnom – I to, jakie!
Łowca dokładnie obserwował przeszkodę, milczał. Po chwili stwierdził sucho:
- Faktycznie wygląda na potężne, to chyba dąb. Zatrzymajmy się na chwilę.
Posłusznie stanęli w miejscu.
- Spójrzcie – kontynuował – Lewa strona – korzenie – ukryte są za tymi zaroślami, drzewo leży idealnie w poprzek drogi. Wyrażę się jasno. Najprawdopodobniej ktoś uznał, że to świetne miejsce na zasadzkę.
- Wspaniale! Coraz lepiej! – Nie wytrzymał Fredrick.
Esma skarciła go wzrokiem i syknęła „cicho!”.
- Druga możliwość jest taka, że ktoś bardzo nie chce by zakłócano jego spokój. Musimy teraz zdecydować czy jedziemy dalej, czy też wracamy do głównego traktu.
- Podejrzewam, że na głównej drodze z Hammer Will nie czekają nas przyjemne spotkania? – Bardziej stwierdził niż zapytał Fredrick – Mam rację?
- Pościg pewnie już został wysłany.
- Esma? – Gnom zwrócił się do żony.
- Chyba jednak lepiej jechać dalej, oczywiście zachowując wszelkie środki ostrożności – wtrącił się Sebastian – Zbyt wiele czasu zmarnowaliśmy na drogę, którą przebyliśmy, a zagrożenie jest bardzo podobne, bez względu na to którędy pojedziemy. Zresztą może to drzewo faktycznie zostało powalone przez burzę?
- Może – odparł Fredrick i nagle poczuł, że bardzo chce w to wierzyć.
- W każdym razie, gdyby coś się działo, szukajcie szybko jakiegoś ukrycia, gdyby sytuacja była bardzo beznadziejna – uciekajcie - Rozumiecie?
Skinęli na znak, że rozumieją i nie oglądając się za siebie ruszyli. Im bardziej zbliżali się do przeszkody blokującej przejazd tym większy niepokój ogarniał Sebastiana. Kilkanaście metrów od pnia był praktycznie pewny tego, że drzewo nie zostało powalone przez burzę. Gałęzie zachowały swoją świeżość i sprężystość, do tego pokrywały je świeże listki. Nie mógł zobaczyć lewej strony pnia, podejrzewał jednak, że gdyby była odsłonięta nie zaczynałaby się korzeniami… Koronę widział. Daleko po prawej stronie.
Zatrzymali się o kilka metrów przed przeszkodą. Mieli mieszane uczucia, co do możliwości ominięcia przeszkody. Coś podpowiadało im, że to niemożliwe, iż jedno głupie drzewo blokuje drogę w lesie! Ale z drugiej strony, oczy przecież się nie myliły.
„Cholera!” – Pomyślał Łowca – „Nie mamy ostatnio zbyt wiele szczęścia”
Powiedział gnomom, żeby nie zsiadali z bezpiecznego, końskiego grzbietu. Sam ruszył wzdłuż pnia. Dotarł do korony drzewa, zawrócił, minął czekających towarzyszy i pokłusował w stronę krzaków skrywających korzeń. Nigdzie, ani z jednej ani też z drugiej strony nie widział możliwości przedostania się na drugą stronę! Po prawej znajdowały się jakieś głębokie, piaszczyste doły, z lewej rosły krzaki tak gęste, że cały dzień zajęłoby im przedzieranie się przez tą ścianę ciernistej zieleni. Oczywiście gdyby mieli do dyspozycji jakiś toporek i najlepiej, maczetę. Sebastian zeskoczył z wierzchowca i rozważał chyba wszystkie możliwości, jakie w tym momencie przychodziły mu do głowy w celu ominięcia tego cholernego pnia, kiedy kątem oka złowił niewielki kształt zbliżający się błyskawicznie do ziemi. Obrócił głowę i dostrzegł nurkującego ostro drapieżnego ptaka. Wyglądał on tak jak gdyby zamierzał popełnić samobójstwo poprzez roztrzaskanie się o twarde podłoże. Zapewne zauważył coś, co miało posłużyć mu za śniadanie i celował właśnie w niczego nieświadome zwierzę. Sebastian przyglądał mu się przez chwilę. Nie widział jednak domniemanego posiłku drapieżnika. „W takim razie… O cholera!” – Przemknęło mu przez myśl. Zanim zdążył uświadomić sobie, co faktycznie się dzieje, ptak wbił się w pień drzewa i… Zniknął! Po chwili, na tle błękitnego nieba ukazał się ponownie, tym razem trzymając w ostrych jak brzytwy pazurach, jakiegoś niewielkiego gryzonia.
Łowca był wściekły, że dał się tak łatwo nabrać. Najgłupsze było to, że nikt z nich nie dotknął pnia! Nawet przypadkiem. Wydawał się tak rzeczywisty, dlaczego więc mieliby to robić?
Iluzja okazała się bardzo realna. I niezwykle skuteczna. Sebastian podszedł do czekających nań gnomów. Fredrick i Esma chyba nie zauważyli polującego ptaka, gdyż sprawiali wrażenie smutnych i zrezygnowanych.
- Ja pierwszy. – Powiedział Łowca – Wy jedźcie powoli za mną. Rozglądajcie się jednak na wszystkie strony. Coś mi się wydaje, ze wpadliśmy w większe bagno niż przypuszczaliśmy.
- Sebastian… - powiedziała cicho zlękniona Esma – Co się dzieje??
- Cicho. – Szepnął jej do uch Fredrick.
Strzelec nie odpowiedział. Trzymał konia za uzdę i nieśpiesznym, ale zdecydowanym krokiem ruszył w stronę przeszkody. Tuż przed nią pomyślał stanowczo „To tylko pieprzona iluzja!”. Przez chwilę wydawało mu się nawet, że pień stracił swoją ostrość i że widzi drogę tuż za nim. Zamknął oczy.
Fredrick i Esma jeszcze nie do końca rozumieli, co się dzieje jednak ruszyli posłusznie przed siebie. Nagle dał się słyszeć głos ich przewodnika:
- W porządku. Chodźcie.
Te słowa trochę ich uspokoiły. Po chwili, już wszyscy razem stali po drugiej stronie i patrzyli na fałszywe drzewo.
- Cholera! Niewiarygodne! – Gnom nie krył zdumienia.
- Tak – odparł Sebastian i skrzywił się na myśl o tym, kto mógł umieścić tutaj tą iluzję. – Jedziemy. Tak jak ustaliliśmy.
Poruszali się powoli, uważnie obserwując otoczenie. Nie wiedzieć skąd, pojawił się silny wiatr, szumiąc złowrogo w koronach drzew. Ciemne chmury pędziły po błękitnym niebie by z czasem zawładnąć nim w całości, tak jak strach, który powoli opanowywał umysły gnomów. Esma z mężem byli bardzo bladzi. Nawet bardziej, niż bohater powiedzenia \"blady jak ściana\". Zaciskali mocno usta bojąc się, że najmniejszy szmer może obudzić zło, które przecież musiało zamieszkiwać taki las! Niewiele zostało z tego spokojnego i wesołego świata sprzed kilkunastu minut. Stał się mroczną i upiorną esencją, którą uzyskać można łącząc wszystkie składniki wyciśnięte z najskrytszych zakamarków wyobraźni. Wygodna, porośnięta miękkim mchem droga, z każdą chwilą robiła się coraz mniej bezpieczna. Powietrze dziwnie ciążyło im w płucach. Można było odnieść wrażenie, że wszystkie leśne głosy ucichły nagle, obserwując z ukrycia trójkę podróżnych. I faktycznie. C O Ś ich obserwowało. Sebastian błyskawicznie znalazł się na grzbiecie wierzchowca.
- Galopem! Za mną! – Krzyknął na całe gardło. Mocno uderzył konia piętami, a ten rzucił się przed siebie.
Reszta poszła w jego ślady. Świat przyśpieszył i w kilka chwil zamienił się w jedną rozmazaną plamę czarnych pni, gęstych krzewów, karłowatych paproci i tłumiącego stukot kopyt mchu. W uszach szumiał wiatr, wciskający się bezlitośnie pod ubranie, rozrzucający włosy we wszystkie strony, smagający poderwanym z ziemi piachem, który wyciskał łzy z oczu. Chyba niebo zamieniło się z ziemią miejscami gdyż Fredrick czuł, że galopują po tych czarnych złowrogich chmurach. Gdzieś w oddali piorun ruszył na spotkanie z ziemią. Ogłuszający grzmot odbił się echem w ich głowach. Nisko rosnące gałęzie boleśnie smagały ich po twarzy. Pochylili się. Sebastian widział świat w zwolnionym tempie. Obrazy. Wysokie drzewo, a na nim brudnozielona chata. Dalej! Błysk pioruna, kolejne drzewo i kolejna chata. Gdzie oni są? Dalej! Strzała mijająca jego głowę o milimetry. Grad strzał. Szybciej! Szczupłe, długowłose postacie biegnące wzdłuż drogi. Wyjął jeden pistolet. Strzały. Wszystkie czternaście naboi. Czuł, że ledwo trzyma się na grzbiecie konia w tym szalonym pędzie. Zwolnił nieco. „Gnomy przodem” – przemknęło mu przez głowę – „Tak jest dla nich bezpieczniej!”. Fredrick i Esma minęli go szybko. Widział ich zmienione przerażeniem twarze. Pokazał im żeby się nie oglądali. Nie ma trzeciego, luźnego konia. Gdzieś się zawieruszył. Nieważne.
- Do przodu!!! – Drze się ile sił w płucach.
Zmienia broń na tą z pełnym magazynkiem. Kolejne strzały. Ilu zabił? Na pewno mniej niż musi…Szybciej! Gnomy nikną za ostrym zakrętem. Ogier Sebastiana próbuje w pełnym galopie iść w ślady kasztanki. Sebastian czuje, jak tylne nogi zwierzęcia uciekają w bok. Zbyt szybko i za ostro. Wie, że wierzchowiec się poślizgnie. Musi się ratować. Zeskoczyć.
Udało mu się wyciągnąć jedną nogę ze strzemienia, druga się zablokowała. Tym razem czas niemal staje w miejscu. On czuje, nie myśli. Palce pociągają za spust, kula leci w stronę pasa łączącego strzemię z siodłem. Sebastian modli się, żeby ta sztuczka wyszła mu na dobre. A później, wszystko wraca do normalnego tępa.
W mgnieniu oka odepchnął się rękami od grzbietu zwierzęcia, które w sekundę później uderzyło o ziemię. Łowca przetoczył się po ziemi jak gdyby niewidzialna moc zawładnęła jego ciałem. Poczuł silne uderzenie w głowę. Coś lepkiego i ciepłego popłynęło na jego włosy. Jak przez mgłę widział kilkadziesiąt bladoszarych stworów biegnących w stronę, z której oni przyjechali. Czuje się fatalnie. „Gdzie moja broń?” – Wie, że powoli traci świadomość. Gwałtowne torsje wstrząsają jego organizmem. Ostry zapach wymiocin drażni jego nozdrza. Ktoś się zbliża. „To ktoś z tej dziwnej odsieczy” – podpowiada mu gasnąca świadomość. Poczuł, że ktoś go podnosi. Zostaje umieszczony na prowizorycznych noszach. Widzi jeszcze jakąś postać. Dalej, w lesie.
Głos, ktoś jest w jego głowie. Mówi coś. „Leż, nie podnoś się. Czekaj” Głos kobiety! Gdzieś z oddali, jakże kojący, aksamitny! Sebastian czuje na twarzy dotyk zimnej i śliskiej skóry. „Czy…??!”
Jego umysł jest bardzo zmęczony. Sebastian czuje dziwną słabość ogarniającą ciało, maleńkie iskierki tańczą mu przed oczami, Tirador de Elite, Strzelec, traci przytomność.##edit_byveron 2006-03-12 18:06:56##ed_end##