Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Atis

borth ·

Sir Galahad kroczył ostrożnie obok swego giermka, następnie wręczył mu lejce wierzchowca, obnażył miecz i ruszył do groty smoka; po chwili Hajduk usłyszał krzyk swego nauczyciela i zobaczył przerażający widok: kamienną kopułę groty rozerwały olbrzymie gadzie skrzydła; to był on – Atis, król smoków. Kiedy owy potwór przelatywał nad giermikiem, upuścił mu pod nogi jakiś ciężki przedmiot; Hajduk spojżał nań ze zgrozą – była to zakuta w hełm i oderwana od reszty ciała ludzka głowa Galahada. Elf machnał mieczem w stronę smoka mrucząc – Zabiję ciebie, oraz twoich ziomków Atisie! Zapłacisz mi za śmierć przyjaciela i nauczyciela – i na ziemię kapnęła łza.
Galahad nie zasłużył na śmierć i Hajduk postanowił go pomścić; zwołał tajną radę królestwa – największych wojowników Solanusu, która manipulowała królem. Po śmierci Galahada Dario został nowym dowódcą specjalnego oddziału zwiadowczego, więc to on wyznaczył drużynę Ultor, która miała pomścić rycerza. W jej skład wchodzili: Hajduk, jako jedyny elf i najlepszy zwiadowca królestwa; miał dowodzić ekipą, Turri-ger, muskularny pół-ogr, najlepszy w walce wręcz i broniach obuchowych; Cida, zapalczywa kobieta o skłonnościach kleptomańskich – poza tym działała zawsze z ukrycia, i jej ofiary pewnie do tej pory nie zorientowały się, że nie żyją; była najpiękniejszą morderczynią królestwa.
Ultor przemierzał Solanus w posukiwaniu Atisa i innych smoków ratując przy tym uciśnionych i biednych. Szczycili się zabijaniem najgroźniejszych potworów, lecz nie potrafili zabić smoka. Prawdę mówiąc jeszcze nigdy żadnego nie spotkali, ale wierzyli, że kiedyś to nastąpi. Dotarli do miasta Parvitas, gdzie ostatnio grasował blizej nieznany potwór. – Czy wiecie, gdzie teraz jest potwór? – pytali ludzi – Nie mamy pojęcia – odpowiadali przerażeni mieszczanie. Dwóch dniach poszukiwań trafili na ślady gadziej stopy; prowadziły one wprost do groty – takiej samej, jak ta, w której zginął Galahad. Cida została na zewnątrz, natomiast Turri-ger i Hajduk weszli do środka. Masywny pół-ogr szedł z przodu, ponieważ jeśli to smok, to oboje zginą, ale jeżeli to człowiek, lub inny potwór, to Turri-ger wytrzyma uderzenie, którego nie zniósłby elf. Hajduk zdawał sobie sprawę z tego, że jest to w pewien sposób wykożystywanie przyjaciół, ale wiedział równierz, że jego zemsta jest ważniejsza, więc nie może zginąć. Szli ostrożnie korytażami, omijając pułapki i zapadnie ze zręcznością Świtu; wreszcie doszli do końca korytarza, który, wbrew pozorom nie był taki długi jak się wydawało. Hajduk ostrożnie wyjżał zza węgła, zmrużył oczy, ponieważ całą salę zasnówała gęsta para i siwy dym, i ujżał kogoś, kto nie powinien żyć od pięciu lat; mianowicie: Shlangemaga. Mag pochylał się nad jakims stworzeniem w wanience pełnej parującej cieczy. – Musimy się z nim rozprawić – powiedział do Turri-gera, lecz prawie w tym samym momencie obsidianowa strzała utkwiła w gardle łuskowatego stwora. Ten zatoczył się i wylądował obok wanny; z góry zaś na linie spłynęła do nich Cida. – Uznałam, że możecie mnie potrzebować, więc poszłam za wami – powiedziała kobieta, żucając im pod nogi sakiewki, które im wcześniej zwędziła. Ultor postanowił jednogłośnie, że trzeba przeszukać jaskinię. Kiedy oczy ich przyzwyczaiły się do mdłego światła, zobaczyli, że sala jest prostokątna, z wyjsciem na południowej ścianie, pulpitem roboczym, ustawionym tak, że osoba pracująca jest zwrócona tyłem do wejścia, na środku sali, mnóstwem pułek i szafek przy innych ścianach, oraz dziwacznym, dwunastokątnym lustrem w bogato zdobionej ramie. Obok lustra stał kufer, do połowy spakowany – widać mag wyjeżdzał, albo niedawno się sprowadził. Jednak największy szok czekał przyjaciół, kiedy otwożyli jedną z szaf: z jej wnętrza wypadł rozciędy wzdłuż brzucha i na poły wypatroszony gad – ten sam, który od miesięcy prześladował mieszkańców wioski. Być może był to ożywieniec, którego sprowadził mag, ale równie dobrze to właśnie Wąż mógł ocalić wioskę; może miał tym razem dobre zamiary? Jak bardzo się mylili w drugim stwierdzeniu, przekonali się dopiero znajdując pamętnik Węża; stało tam co następuje:

Dziś sprowadziłem na wioskę mojego gada. Ludzie się boją; to dobrze – tak ma być! Dobrze, że jestem klonem, ponieważ mój pan jest bezpieczny w górach Osatrach, w wielkiej cyfrowej twierdzy. Pracuję właśnie nad Homunkulusem, który ma mnie doprowadzić do potomka sławnego Galahada Pokutnika. Zemszczę się za śmierć klona-brata i nie pozwolę, aby jakieś Bractwo Solanusowskie mi w tym przeszkodziło. Syn Gala ukrywa się w puszczy Numen – pałacu Paladine’a. Przeklęty Syn Chmur, Nubigen...

Teraz drużyna nie dziwiła się, że Shlangemag przeżył – kto wie, ile jeszcze klonów ma w zandadrzu. Kiedy Cida schowała pamiętnik do plecaka, usłyszała płacz dziecka – to nad nim Wąż pochylał się przed śmiercią. Dziewczyna uspokoiła się, uśmiechnęła i odwróciła w stronę wanienki... i to, co tam zobaczyła, było straszniejsze niż cokolwiek, co spotkało ją do tej pory – a widziała już niemało; z parującej wanny spoglądała na nią najohydniejsza tważ, jaką kiedykolwiek widziała: cztery pary małych, czerwonych oczu patrzyło na nią spod burzy siwo-zielonych włosów, a pod ohydnym, małym i krótkim noskiem szczerzyło się czterdzieści parę ostrych, igiełkowatych zębów; na dodatek skóra istoty była czarna i łuskowata, a po brodzie spływała przeźroczysto-biała ślina niczym jakiś obrzydliwy szlam. To był on – Homunkulus...
Zaraz po zamknięciu Homunkulusa w klatce – nie wiadomo, może być groźne – Ultor wyruszył w stronę Numenu. Wędrowali przez dwa lata przez puszczę, spotykając dziwne stwory, humanoidy, wampiry a nawet Paladine’a, lecz na Nubigena nie natknęli się ani razu. W końcu, po długich poszukiwaniach, spotkali wilka – Curtisa, który opiekował się niegdyś Synem Chmur. Zaprowadził on przyjaciół do miejsca, gdzie ostatnio owy człek przebywał. Zrazu nie wiedzieli, z jakiego powodu Curtis się zatrzymał, lecz po chwili ujżeli zarys budynków na tle nocy w dżungli; to było to – Kryształowe miasto Syna Chmur – legendarny dom Paladine’a.
Powitać ich przyszedł sam potomek Gala, lecz nie zrobił tego bynajmniej w cywilizowany sposób; wyskoczył w zielonych szatach z toporkiem w dłoni, gotów do zadania ostatecznego ciosu, lecz Cida od razu zauważyła zwinność, jaką poszczycić się mogą tylko wychowankowie bogów i ich uczniowie – między innymi ona sama, wyszkolona i wychowana przez samego Eynara. Uskoczyła zanim ktokolwiek z drużyny coś zauważył i toporek zarył w ziemię. Kiedy już Nub wylądował, spytał w prastarej mowie lasu
– Ce vah nin?
– On pyta, czego tu szukamy – odezwał się Homunkulus
– Wiem, o co on pyta! We vah sa o Galahad Pokutnik! – widać Cida znała bardzo dobrze prastarą mowę...
– To ja, o co chodzi?
– Twój ojciec został zabity przez Atisa, a Shlangemag chce zabić i nas i Ciebie. Musimy być szybsi i zniszczyć króla Smoków i Węża w ciągu roku, bo po tym czasie – jak wynika z pamętnika klona – cały Atland, nie tylko Zepheroth i świat kręgu zostaną opanowane przez klony! Ty znasz bogów, oni nam pomogą tylko kiedy będziesz z nami; poza tym, klony wiedzą gdzie jesteś, musisz uciekać.
– W takim razie przyda nam się porządniejszy oręż i środek lokomocji.
– Dlaczego? Przecież to nie jest zła broń!
– Nie? – to mówiąc Nub dotknął miecza Cidy, który momentalnie zamienił się w garstkę śrucin – może jednak weźmiemy nową broń?

Po tych słowach Nubigen zaprowadził ich do swojego „domu”; była to grota, z kamiennymi drzwiami, wypełniona po brzegi zbrojami, mieczami i różnoraką inną bronią. Kiedy wszyscy zaopatrzyli się w śmiercionośne narzędzia – a trzeba przyznać, że trochę to trwało – wyglądali jak oddział do zadań specjalnych samego bractwa Solanusu; trudno się temu dziwić – nim właśnie byli. I tak Cida ruszyła do kolejnej groty w czarnym, gustownym kombinezonie ze szkarłatną pelerynką, łukiem, zapasem strzał, sztyletem, mieszkiem shurikenów i fiolkami trucizn i antidotów przy pasie, Hajduk, ubrany w pancerz z podbijanej stalą niedźwiedziej skóry i srebrnym długim mieczem, Turri-ger okuty w Ecronit i z Ecronitowym młotem (warto dodać, iż Ecronit jest najtwardszą, pradawną odmianą Ebonu, czyli jest praktycznie niezniszczalny), Nubigen w zielonoszarym płaszczu z małym toporkiem i sztyletem, a Homunkulus dodatkowy panserz z łusek... Homunkulusa i kościany miecz. W kolejnej grocie, znajdowały się zwierzęta – grota ta była większa niż cztery boiska futbolowe razem wzięte. Cida dostała klacz Aqadię, Hajduk konia bojowego Finsara, Homunkulus kucyka Zena, natomiast Nub klejnot swojej stajni – Pegaza Castiana. Turri-ger był za ciężki na któregokolwiek konia, więc dostał Hakkina – wielkiego boskiego wilka. Hakkin był wolniejszy jedynie od Pegaza, mimo ciężaru stu osiemdziesięciu kilogramów masy Turri-gera. Kiedy wszyscy w końcu wybrali swój ekwipunek, pomknęli w stronę Osatr – ostoi mroku. Nie przebyli nawet połowy drogi, kiedy zaczęły ich dosięgać długie macki zła; około piętnastu mil od celu, zaczeły ich atakować hordy orków i mrocznych elfów; pierwsi spotkani żołnierze zażądali tylko rutynowej kontroli, lecz pół-ogr od razu dogadał się z nimi w Mrocznej mowie:
– Reh Kraat!
– Kat wrin?
– Watariok Turri-ger wir rarrunk! – to mówiąc podniósł z łatwością swój młot
– Koriont, koriont, darkum... – żołnierz przepuścił drużynę.
– O czym oni gadali? – spytała Cida Nuba
– Nie mam pojęcia, nie znam tej mowy. Ale poczekaj – Nubigen wznósł ręce do nieba – Paladine mówi, że nasz przyjaciel poprosił aby go przepuścili, spytali dlaczego – ponieważ ja i moi znajomi chcemy jechać, ciągnęła się dalej rozmowa; spokojnie, jedźcie. Widać nasz przyjaciel ma dar przekonywania.
Jechali dalej w milczeniu posuwajac się coraz głębiej w mroczną okolicę. Znajdowali się już pięć mil od celu i widzieli zarysy zamku na wzgórzu, kiedy wielki ciemny kształt przesłonił nikłe światło Plasmuna – księżyca mroku. W tym momencie stało się całkowicie ciemno i nie widzieli nic. Usłyszeli tylko głuchy odgłos, jakby coś ciężkiego rąbnęło w ziemię. Odwrócili się i stanęli jak wryci: oto przed nimi stał najprawdziwszy smok! Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, a mgnieniu oka później smok rozwarł swoje szczęki i wypuścił stamtąd kolumnę żywego ognia. Nub, Cida i Hajduk zdążyli uskoczyć, Homun, jak go nazywali rozpłynął się w powietrzu, ale ciężki i odziany w Ecronit Turri-ger nie miał najmniejszych szans – ogień pochłonął go i dał się słyszeć straszliwy krzyk; co dziwne nie był to wrzask pół-ogra. Flara ognia zniknęła i bohaterowie ujżeli wielkiego smoka z pyskiem wgniecionym w ziemię przez młot Turri-gera. Wszyscy, otempiali ze zdziwienia zdobyli się tylko na nikłe „fajnie...” i poprosili siłacza aby wsiadł na wilka i jechał dalej. Ten jednak nie ruszył się z miejsca i oderwał smokowi kieł; wpodważył nim łuski, które momentalnie upadły na ziemię i przystawił bukłak do rany gada. Poczekał, aż ten napełni się całkowicie, zebrał łuski i dopiero wtedy odezwał się.
– krew smoka czyni cuda.
Ultor – wciąż pięcio osobowy ruszył dalej – do twierdzy. Po drodze nie wydarzyło się już chyba nic godnego uwagi i bez przeszkód dotarli do cytadeli. Tu czekała ich jednak niespodzianka; most zwodzony był rozwalony całkowicie... nie dało się w ogóle przez niego przejść, ponieważ wystarczył jeden nieostrożny krok i wszyscy znajdujący się na moście mogli polecieć w przepaść... Tu z pomocą przyszedł im Homunkulus, który nagle odezwał się w ludzkiej mowie: - Ja tu zostanem, a wy przejdziecie z mojom mocom... tylko musicie mje wypuścić z wienzów, które nałożył Shlangemag... – to powiedziawszy, pozwolił, aby Nub wykonał znak wyzwolenia, czyli koło z pionową linią przez środek i igrekiem na tej samej linii. Kiedy to zrobił, Homun otworzył zaszlamioną gębę wypuszczając ze środka serię „pocisków” ze śliny wraz z wydzielina wytwarzaną przez jego język – Murofoiną. Wszyscy spojżeli z obrzydzeniem na powstały w ten sposób most, lecz Homun pchnął Turri-gera na most, a ten nie zarwał się pod nim, więc wszyscy śmiało wkroczyli na niego. Przeszli bezpiecznia na drugą stronę, ale zostawili Homunkulusa samego. Gdy tylko zniknęli we wnętrzu bramy, która - o, dziwo - stała otworem, twór magii ulotnił się, a wraz z nim jego most. Czwórak bohaterów szła dalej; jedynym dźwiękiem w korytarzu był szelest płaszcza Nuba, lecz był on tak nikły, że prawie niesłyszalny. Szli w milczeniu, a posępność korytarza napawała ich nieopisanym, wewnętrznym lękiem, kiedy nagle świst strzały przeszył powietrze, aby jej grot mógł utknąć w ścianie obok nich. Wszyscy natychmiast przygotowali się go walki; Hajduk przygotował miecz, Nubigen – toporek, Turri-ger – młot, natomiast Cida zniknęła z ich szeregów, by błyskawicznie ulokować się na ścianie, przypieta liną w pasie i z łukiem w gotowości. Dodatkowo Cida maczał groty strzał w truciźnie, przez co wystarczyło byle draśnięcie, aby zabić najsilniejszego wroga. Przeciwnicy jakby czekali aż dróżyna się ulokuje na pozycjach, dopiero teraz wybiegli zza ściany; byli to piechórzy orków, ściągani natychmiast za pomocą strzał Cidy. Pechórow było bardzo wielu i pięknej człowieczej kobiecie po pewnym czasie wyczerpały się strzały. Wykorzystał to jeden z orków – wyjątkowo wielki, brzydki i śmierdzący, który w tym momencie miotnął sztyletem w jej stronę; orkowie nie są zbyt dobrzy w celności, więc nie trafił on w korpus, jak zamierzał, lecz w udo, tuż, obok kolana. Było to straszne, ponieważ oznaczało stratę dwóch świetnych wojowników – Cidy oraz kogoś, kto będzie jej pilnował. Turri-ger, widząc co się stało w napadzie szału po prostu zniszczył owego nieszczęsnego orka, uderzając swym wielkim, ciężkim, ważącym 350 kilogramów młotem w czubek głowy przeciwnika. Temu nogi się nie tyle ugięły pod naporem oręża, co po prostu pękły rozrywajac skórę i mięśnie. Tunel zalała posoka, na której orkowie zaczeli się ślizgać, by po chwili zginąć pod ostrzem toporka Nuba. Kiedy rozprawioli się z orczą hałastrą, postanowili wybrać kogoś, kto zostanie z Cidą i pomoże ją wyleczyć; padło na Nubigena, jako, że Hajduk nie porzucił zamiaru zamszczenia się za śmierć Galahada, a Turri-ger powiedział, ze jest najsilniejszy i znacznie bardziej przyda się w walce. Nubigen jednak został bez większych sprzeciwów; Hajduk i pół-ogr ruszyli więc dalej, w stronę, z której przyszli orkowie. Nie minąło wiele czasu, a zostali znowu zaatakowani, tym razem przez znacznie potężniejszego przeciwnika, z którym jednak poradzili sobie stosunkowo łatwo – wampir został przeszyty srebrem Hajduka nie zadając bohaterom żadnych obrażeń. Szli dosyć spokojnie, ciszej niż tchnienie wiatru długim korytarzem, lecz w pewnym momencie doszli do rozwidlenia; Hajduk postanowił ruszyć w lewo, natomiast turri-ger miał zbadać drogę na wprost. Rycerz ruszył żwawym, lecz cichym krokiem w swoją stronę, podziwiając dzieła sztuki na ścianach korytarza. Były tam prace wielkich mistrzów malarskich tamtych czasów: Elf Caspio, Elf Credo, Elf Huc, Ogr Malliner-tyranos, Człowiek Rowan, Człowiek Aaron, Pół-elf Cid czy Człowiek Estera. Lecz nagle wszystkie obrazy się skończyły, tunel połączył się z olbrzymią halą, zdolną pomieścić choćby i trzy dorosłe złote smoki... to, co ujżał tam Hajduk przeszło jego pojęcie; na środku sali, z otwartymi oczyma spał nie kto inny jak sam Atis! Smok leżał w letargu snu, mimo, iż jego ślepia stały otwarte. Natychmiast wyczuł, usłyszał czy zobaczył Hajduka, który zaklął – Cholera! Smok podniósł się i w całej okazałości wyprostowany spojżał z góry na marnie małego teraz elfa – I co teraz, kowboju – zapytał basem smok? Rycerz stał jednak wyprostowany, z mieczem w dłoni, lecz opuszczonym, jakby nie miał zamiaru walczyć. – Słuchaj smoku! Zapłacisz mi za śmierć Galahada teraz, lub później, ale im szybciej jeden z nas zginie, tym szybciej będę mógł rozprawić się ze Shlangemagiem! – Nie jestem pewien, czy będziemy walczyć... ja nie mam zamiaru! Za to mogę wypuścić twoją kochaną przyjaciółkę w zamian za spokój... – Kłamiesz! Nie masz Cidy! Ona została z Nubem... – to prawda; nie mam Cidy! Mam Carmen! – Puść moją siostrę! Zostawię cię w spokoju, gadzie, tylko ją wypuść... proszę, już raz ją straciłem! – Hmm... jest dla ciebie bardzo ważna, elfie ścierwo? W takim razie jej nie wypuszczę! Będziemy walczyć! – to powiedziawszy dmuchnął krótko ogniem w stronę wejścia za Hajdukiem; drzwi zajęły się ogniem, nikt tu nie wejdzie, ani stąd nie wyjdzie. Atis rzucił bezwładne ciało Carmen na stos kości obok niego. Elf stanął w pozie pojowej, choć wiedział, że jego szanse są bardzo nikłe. Gad po raz kolejny zionął ogniem, tym razem w stronę elfiego wojownika. Ten uchylił się zręcznie i, chwytając leżącą w pobliżu tarczę, podszedł ostrożnie, osłaniając głowę do wielkiego ciała smoka. Smok od niechcenia splunął ognistą kulą na tarczę, która natychmiast się zajęła ogniem – elf wyrzucił ją wprost w klatkę gada; brzegi tarczy uderzyły z impetem o smocze łuski, które upadły na ziemię. Zaraz za nimi kapnęła kropla smoczej krwi. Hajduk przygladał się temu wszystkiemu zza filaru... 3, 4, 5... kolejna kropla... 1, 2, 3, 4, 5... kolejna... 4, 5... ciało elfa wyprężyło się do skoku... 4... elf wystartował... 5... kropla spadła na głowę Hajduka, całego upapranego kroplą smoczej krwi. W jego wyglądzie nic się nie zmieniło... ale, zaraz... czuł odwagę... pierwszy raz czuł tak wielką odwagę... i pewność... pewność siebie tak wielką, że mogłaby napełnić serca wszystkich piechórów i konnych Solanusu. Skoczył do smoka, siął go w nogę; gad schylił łep, lecz wtedy Hajduk wystrzelił do góry, prosto w paszczę smoka. Stał mu na języku, miecz podparł o podniebienie na wysokości mózgu i rzekł – Smoku! Albo wypuścisz i obudzisz moją siostrę, albo zrobię jeden lekki ruch i pożegnasz się z życiem. – Gad ujął jeńca w szpony i podniósł ostrożnie na wysokość paszczy, żeby elf wszystko widział. Hajduk rozglądał się po paszczy smoka; ujżał miedzy zębami poszarpane małe i krempe ciało – krasnolud. Nie był to szkielet z resztkami miesa, lecz świeża zdobycz; powinien dać się łatwo wyjąć wraz z ekwipunkiem. Spojżał z powrotem na Carmen; smok coraz bardziej ściskał łapą ciało ukochanej siostry elfa; niegdyś już ją stracił – kiedy król przyłapał ją na kradzierzy konia z królewskiej stajni tylko jego wstawiennictwo uratowało ją od stryczka; niestety – zapewniło wygnanie. Gad ściskał coraz mocniej – oczy Carmen wychodziły z orbit, mimo, iż sama elfka nie była zbyt przytomna. – Nieee! – to krzyk Hajduka rozniósł się echem, kiedy głowa siostry pękła pod naporem smoczej łapy; mózg obryzgał Hajduka wraz z krwią, lecz nie całego, bowiem smok w momenie śmierci Carmen, lekko podrzucił Hajduka i pchnął w tył, w gardziel lekko tylko raniąc sobie podniebienie. Hajduk tocząc się po języku do gardła bestii zdążył złapać się trupa krasnoluda i wyjąć mu topór ostro zakończony, jakby był do wykorzystania równierz jako broń kłuta. Smok wyprostował się i elf spadał prosto w dół po olbrzymiej szyi smoka. W pewnym momencie wbił topór w ścianę gardzieli i zawisł nań. Podciągnął się rękami, by po krótkiej chwili morderczego wysiłku stanąć na ostrzu i drzewcu, przygotować miecz i wbić go w krtań od wewnątrz. Przypomniały mu się słowa starego człeka, który bełkotał coś od rzeczy, jak mu się wtedy zdawało – znajdziesz, coś zgubił przed laty, będziesz, gdzie głos skrzydlaty, wbijesz, a on ucichnie i na wieki zniknie... zabierz tylko dwa ostrza, to sprawa nie najprostrza... - teraz wszystko zaczęło się układać w całość; znalazł siostrę, jest, gdzie się tworzy głos skrzydlatego stwora, wbił miecz i smok ucichł, już nie poleci nigdy... no i dwa ostrza... nie wie, czy miał je zabrać, aby to zrobić, czy kiedy już się z tym upora, ma nieść je dalej... mnóstwo zagadek... mrocznych... Weźmie ostrze dalej; może jest coś jeszcze do zrbienia, co uda się dzięki niemu. Wbił jeszcze raz miecz, pociągnął ostrze w dół, po czym ciął jeszcze w bok. Odchylił skórę i wyszedł z gardzieli gada. Wyjął topór po czym rozejżał się po sali – wszędzie jak okiem sięgnąć śmierć.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...