Bajka o Gośce
Królestwem Haradiannu rządził stary, sprawiedliwy i bardzo mądry Sirmael. Jego kraj był piękny i spokojny – omijały go wielkie klęski żywiołowe, wojny i zarazy. Poddani żyli dostatnio i szczęśliwie i kochali swego władcę. Kochali też księżniczkę Małgorzatę – jedyną córkę króla, którą ten wprost ubóstwiał...
Księżniczka Małgorzata liczyła sobie siedemnaście wiosen i była już młodą kobietą. Jej anielską twarz otaczały zawsze rozpuszczone, długie, skręcające się w urocze loki włosy koloru kasztanów. Oczy były niebieskie niczym górskie jeziora, a ciała zazdrościły jej nawet nimfy. Najcudowniejszy jednak w jej postaci był uśmiech, którym hojnie obdarowywała wszystkich ludzi. Jej srebrzysty śmiech, wspanialszy od śpiewu słowików czy dźwięków harfy, często rozbrzmiewał w zamku lub otaczających go ogrodach. Nie sposób też nie wspomnieć o licznych zaletach jej charakteru: wesołości, życzliwości, współczuciu, skromności czy szlachetności. Często brała w obronę biednych i pokrzywdzonych przez los. Nie tylko jako księżniczka, ale także jako członkini pierwszego (świeckiego) kręgu Zakonu Sióstr Świętego Oburzenia.
Pewnego pięknego, słonecznego dnia księżniczka tanecznym krokiem przechadzała się po Królewskich Ogrodach śpiewając fragmenty ballady „O księciu Filipie i zaklętej damie”. Gosia uwielbiała śpiew, taniec i muzykę. Wszystkie drzewa: dęby, świerki, klony, jabłonie, buki, topole, sosny i grusze szumiały kołysane ciepłym wiatrem i romantyczną pieśnią. Kwiaty o najróżnorodniejszych kształtach i kolorach upajały swym zapachem... Małgorzata skierowała swe kroki nad brzeg małego jeziorka. Tam, ukryta przed ludzkim wzrokiem wśród różanych krzewów, potrafiła spędzać całe dnie, czytając o heroicznych wyczynach rycerzy, wielkich miłościach i pięknych czarodziejkach, lub po prostu rozmyślając i marząc... Ten dzień był jednak inny, tego dnia rozpoczęła się przygoda...
Kiedy księżniczka nie wróciła do zamku przed zachodem słońca, nie na żarty zaniepokojony król zarządził poszukiwania. I choć służba zamkowa i strażnicy przeszukali każdy kąt warowni, każdy metr kwadratowy parku, dziewczyny nie znaleziono. Jakby rozpłynęła się w powietrzu...
W końcu sprowadzono przed oblicze władcy przedwcześnie postarzałego się - na skutek nadużywania tytoniu i alkoholu – królewskiego ogrodnika, niejakiego Pawla. Ubrany on był w zżółkłą nieco od częstego noszenia koszulę i wytarte, brązowe spodnie. Pawel znajdował się już w stanie wskazującym na spożycie, mimo to pociągnął jeszcze solidny łyk z piersiówki i zakurzył sobie dla kurażu fajeczkę.
„Królu mój i Panie! - zaczął – kiedym drzemał pod jabło... eee... znaczy się: gdym twych drzew doglądał to żem ujrzał jak poczwara ohydna, wiedźmy Wandy sługus, najjaśniejszą księżniczkę porywa i słońca kierunku odlatuje...”
Na te słowa serce starego króla zmroził strach nieopisany. I wydał Sirmael dekret treści następującej: „Ten kto światło moich oczu i jedyne szczęście mojej starości – księżniczkę Małgorzatę uratuje, ten wielką nagrodę z mych rąk otrzyma.” a następnie rozesłał heroldów z tą wieścią na cztery strony świata... Wiadomość ta dotarła nawet do sąsiednich państw. Zawędrowała na dwór sułtana Crezymana I – wielkiego miłośnika lecząco-pobudzającego proszku zwanego przez szlachetnie urodzonych „gwiezdnym pyłem” a przez prosty lud po prostu tabaką...
I przybył najmłodszy z siedmiu synów Crezymana do Haradiannu. Nazywał się Adaśko. Był wysokim, urodziwym blondynem o szaro-niebieskich oczach. Przebiegły i charyzmatyczny książę wjechał do miasta na potężnym, białym rumaku. Pod piękną, choć prostą szatą podróżną grały stalowe muskuły a na włosach lśnił żel. Na widok księcia miejscowe szlachcianki wzdychały, a dwie nawet zemdlały z wrażenia i trzeba było je cucić... Za Adaśkiem jechał na karym koniu jego giermek i najlepszy kompan – szlachcic Maćków de Cubę. On również wyglądał imponująco...
Kiedy stanęli wreszcie przed obliczem monarchy, odezwał się książę Adaśko:
„Cóż się przepięknej księżniczce Małgorzacie stać mogło? Czyżby to urok, który tylko pocałunek księcia zdjąć może?”
„Nie – odparł król – to zła wiedźma zwana Malinową Panią swego potwora, pokrakę wstręt i grozę budzącą, wysłała by moją córkę uprowadził. Niecne plany powiodły się i kochana ma dziecina w chacie czarownicy więzioną jest. Wiedz też, że starucha wyjątkową nienawiścią darzy ród męski...”
„Aha – mruknął znacznie mniej już entuzjastycznie syn Crezymana, a w odpowiedzi na szturchnięcie towarzysza swego tak jeszcze powiedział – znaczy się: pozbawię życia zarówno potwora jak i jego panią oraz przyprowadzę księżniczkę całą i zdrową spowrotem do twego pałacu! Tak... eee... tak mi... eee...”
„Tak mi dopomóż Bóg i święty Jerzy” - syknął zawsze przytomny markiz de Cubę.
„Tak mi dopomóż Bóg i święty Jerzy!” - powtórzył za nim książę.
Następnie oboje udali się do domu Pawla Ogrodnika by zasięgnąć od niego niezbędnych informacji, a wyczołgali się z chaty dopiero późnym rankiem, straszliwie skacowani po całonocnej libacji...
„Trza się do wyprawy przygotować” - wymamrotał książę Adaśko.
Razem ze szlachetnym Maćkowem sprzedali więc zawadzające im miecze i za uzyskane pieniądze kupili kilka bukłaków przedniego wina. Tak wyekwipowani poczuli, że są gotowi stawić czoło wszelkim przeciwnościom...
Wyjechali z miasta około południa. Ciężko im było utrzymać się w siodłach, ale oni nie zrażali się takimi szczegółami. Jechali na zachód, ciągle na zachód... przez lasy, rzeki, góry i mokradła, aż dotarli do samotnej, starej, obrośniętej mchem i zapadającej się powoli w ziemię chatki, którą zła wiedźma zamieszkiwała. Skąd wiedzieli, że to tutaj? Otóż domku strzegł ohydny potwór – ryj świński, tors i ręce niedźwiedzia a nogi porośnięte czarną sierścią i zakończone kopytami.
„Co za pokraka! - powiedział wciąż pijany markiz – Zaraz mu przywalę w mordę!”
„Żeś zgłupiał?! - wydarł się na niego książę męczony bezlitośnie przez kaca – To trzeba zrobić sposobem.”
Poszli w kierunku trawiastego wzgórza, gdzie pasło się stadko owiec. Z pasterskiego namiotu dobiegało dziwne stękanie i rozpaczliwe beczenie owieczki. Nagle wszystko umilkło – na łąkę wybiegła w radosnych podskokach czarna owieczka, a tuż za nią wyszedł, poprawiając spodnie, mężczyzna o długich kręconych włosach mówiąc:
„Betty – owieczko ty moja, gdybyś ty jeszcze gotować umiała to bym się z tobą ożenił...”
Niezrażony tą sceną książę Adaśko odezwał się do chłopa:
„Oddalibyście mi jedną z waszych owiec? Trutką ją muszę nafaszerować by potwora zgładzić!”
„ A cóż mi złego bidacysko ucynił? Zresztą ja do moich łowiecek szczególnie jestem przywiązany... ale ścierwo wilka, któregom rano ubił...”
Wzięli więc bohaterowie wilcze truchło, nadziali je porcją trucizny i podrzucili diabelskiej kreaturze. Ta jednak tylko je powąchała i odeszła. Książę i jego giermek jak niepyszni wrócili do pastucha i opowiedzieli mu wszystko. Ten zasępił się, podrapał po kudłatej głowie i w końcu wpadł na pomysł:
„Mam kocioł bimberku domowej roboty, może by tak...”
„Świetny plan” - krzyknął markiz de Cubę i już, już miał wlać trutkę do alkoholu, gdy przeszkodził mu książę Adaśko:
„Ja bym tam najpierw tej gorzały spróbował!”
Cała trójka uznała to za znakomity pomył, ale po paru kolejkach jedynie syn Crezymana mógł jeszcze ustać na nogach. „Mięczaki” - pomyślał o swoich kompanach, po czym zatruł zawartość kociołka i postawił go niedaleko legowiska bestii...
Potwór ciężkim krokiem zbliżył się do naczynia, powąchał... i duszkiem wypił wszystek alkohol. W pierwszej chwili nie można było zaobserwować żadnej reakcji organizmu stwora, ale po kilkudziesięciu sekundach ścięło go z nóg, oczy wyszły mu na wierzch... potem jeszcze agonalne drgawki... i koniec. „Alkohol zabija!” - skwitował sytuację Adaśko po czym pociągnął solidny łyk z piersiówki, którą otrzymał od Pawla...
Kiedy dwaj bohaterowie doprowadzili się do stanu używalności, zapukali do drzwi chatki. Otworzyła im szalenie seksowna, długonoga blondynka w czarnej minispódniczce i obcisłej, czerwonej bluzeczce. Rumieńce nadawały jej policzkom kolor dojrzałych malin...
„Więc przybyliście po księżniczkę Małgorzatę? Uwolnię ją, jeśli odpowiecie prawidłowo na moje pytanie... Jeśli się pomylicie to przemienię was w potwory i zastąpicie Pimpusia, którego zabiliście!”
„Dobra, dawaj te swoją zagadkę..” - burknął Adaśko.
„Kim jest czerwony tancerz, który gdy dostaje pokarm – żyje, a gdy wodę – umiera?” - spytała czarownica swoim aksamitnym głosem, który przyprawiał księcia o przyjemne dreszcze.
Syna Crezymana tak rozpraszały uwypuklone przez ubranie wdzięki czarownicy, że nie mógł wymyślić niczego sensownego... Spojrzał na twarz swego giermka, lecz nie odnalazł tam nawet śladu myśli...
„Fajka rozjaśniłaby mi umysł, masz ogień? - spytał markiz de Cubę księcia – Zaraz! Ogień! To jest właśnie prawidłowa odpowiedź!”
Dla wyjaśnienia dodam, że w stanie upojenia alkoholowego umysł Maćkowa działał sprawniej niż normalnie...
Czarownica tylko zgrzytnęła zębami i weszła do chaty zatrzaskując za sobą drzwi. Po chwili, magicznym sposobem, przed domkiem pojawiła się księżniczka Małgorzata. Cała trójka wyruszyła w drogę powrotną do zamku...
„Co tak bardzo cię trapi, waleczny książę? - Gosia spytała Adaśka podczas jednego ze wspólnych spacerów po Królewskich Ogrodach – Zwłaszcza, że niedługo zostaniemy mężem i żoną...” - rozmarzyła się księżniczka.
„Słucham?!” - książę stanął nagle w miejscu i zachwiał się, jakby otrzymał uderzenie obuchem.
„Ach, głuptasku... Mówię o naszym ślubie! Mój ojciec już wszystko przygotowuje.”
„A czemu mnie nie spytałaś wcześniej o zdanie?”
„Oj, nie drocz się ze mną. Wiem, że mnie kochasz. Udowodniłeś to, gdy tak dzielnie wyruszyłeś mi na ratunek, ryzykując swoje życie...”
Adaśko skrzywił się prawie niedostrzegalnie. Cała ta sytuacja coraz mniej mu się podobała. Był wolnym ptakiem, hulaką i kobieciarzem i nie zamierzał rezygnować ze swego dotychczasowego życia... A wiedział, że ślub z zadziorną Gosią zakończy je definitywnie...
Następnego dnia księcia Adaśka w zamku nie odnaleziono. Przepadł jak kamień w wodę wraz z ogrodnikiem Pawlem i znaczną częścią królewskich skarbów. Księżniczka Małgorzata płakała długo i rzewnie z tęsknoty za ukochanym, ale w końcu znalazła pocieszenie w ramionach markiza Maćkowa de Cubę... Niedługo potem odbył się ślub i huczne weselisko. A jeszcze później, jak to w bajkach bywa, żyli długo i szczęśliwie...
A co się stało z księciem Adaśkiem? - zapytacie. Powiem wam. Ulokowałem swe bogactwa w solidnym banku i wykupiłem po promocyjnej cenie tropikalną wysepkę. Mam tam piękną, przestronną willę z wszystkimi wygodami. A wewnątrz niej czeka na mnie Wanda – Malinowa Pani... Żyjemy w wolnym związku i niczego nam do szczęścia nie brakuje. Mamy nawet syna – na chrzcie daliśmy mu na imię Fidel. A wyspę nazwałem na cześć mojego dawnego kompana – Kubą...
KONIEC