Bestia cz. 4
- Jest! Jest! Istnieje! – zawołał w uniesieniu Seweryn.
Przed nimi, w odległości kilkunastu kroków, znajdowała się brukowana droga. Dość szeroka, aby pomieścić kilku jeźdźców jadących obok siebie, zbudowana z kamiennych kostek, podobnych rozmiarem i kształtem do kocich łbów; ułożonych prosto i równo jakby zaledwie kilka lat temu, a nie w otchłani zapomnianej przeszłości. Jedyne pozostałe świadectwo owych minionych czasów; pomnik, wzniesiony niewiadomo przez kogo i w jakim właściwie celu. Osławiony, na poły legendarny Szary Szlak. Trakt biegł z północy na południe i jak niegdyś twierdzili starzy ludzie z Albaresch, miał kończyć swój bieg po drugiej stronie gór.
Liakur przyglądał mu się dziś innymi oczami. Od dziecka wiedział o istnieniu Szlaku. Później wielokrotnie napotykał go podczas niedalekich wędrówek od rodzinnej wioski. Nigdy jednak nie natrafił na początek owej drogi ani tym bardziej nie poznał kresu. Przyjmował Szlak jako prawdę oczywistą, będącą częścią tego miejsca na równi z drzewami, skałami, mchem, wilgocią i mgłą. Patrzył nań tak, jak dziecko patrzy na rzekę, które choć bawi się i wyrasta w pobliżu, samo zna jedynie niewielki fragment jej biegu.
Zjechali z pagórka i kopyta koni zastukały sucho o twarde podłoże. Dzień był pogodny, dzięki czemu słońce przedzierające się przez mgłę wybarwiło na rudo szary mech, który obficie porastał drogę drobną szczecinką.
Niewątpliwy urok dnia i miejsca nie udzielił się – z wyjątkiem jednego Seweryna – reszcie kompanów, lecz mimo to Liakur był zadowolony z obecnej sytuacji. Poranne zajście miało właściwy wpływ na wzajemne relacje. Grupa wprawdzie nienawidziła go jeszcze bardziej, ale przynajmniej słuchała bez szemrania i wykonywała polecenia w ciszy, z właściwym, choć nie nadgorliwym pośpiechem. Jedynie jęki Rudego, któremu przyszło z poparzonym zadkiem telepać się w siodle, psuły nieco ogólny stan rzeczy, ale w ostateczności można było zrozumieć powody jego dezaprobaty i chociaż było to uciążliwe, nie stanowiło problemu. Również i Farras - który wylądował głową w ognisku i spalił sobie większość włosów – podobnie jak kapitan, trzymał gębę na kłódkę. Chociaż w przeciwieństwie do tego pierwszego, ten drugi, choćby i miał coś do powiedzenia, zmuszony był siłą rzeczy milczeć, albowiem nieszczęśliwie (lub szczęśliwie, zależy, od której strony spojrzeć) w momencie ciosu omal nie odgryzł sobie języka. Tak więc, oficer – za wspaniałomyślnym pozwoleniem Liakura jadący już w normalnej pozycji w siodle – milczał. Jedynie po jego poszarzałej twarzy można było poznać, jakie to myśli i przekleństwa tłuką mu się po głowie. Te myśli były dobrze znane Liakurowi. Podobne spojrzenia, pełne „życzliwości”, widział też w oczach reszty gromady. Nie przeszkadzały mu one, przeciwnie - bawiły go, a nawet w pewien sposób satysfakcjonowały. Zawsze był bowiem wrogiem sługusów cesarza i cieszył się w duszy tak jak wilk cieszyłby się, gdyby dane mu było rządzić i wodzić za nos czeredę ogarów, chociaż każdy z psów marzył jedynie o tym, by skoczyć mu do gardła. Cóż, nie oczekiwał, że podczas wyprawy staną się wielką, zżytą rodziną.
Seweryn zeskoczył z konia i zaczął krążyć wokoło jak pies gończy, który tropu szuka. Przyklękiwał, dotykał płyt jakby chciał się przekonać o ich autentyczności i mówił coś do siebie pod nosem, to pytając się, to znowu dziwiąc. W pewnej chwili zatrzymał się wydając z siebie okrzyk zdumienia i niedowierzania. Zaczął zrywać w nerwowym uniesieniu mech z jednej z kostek, nie dbając ani o swoje ręce, ani paznokcie.
- Znaki!!! – krzyknął nie odwracając głowy. – Na kamieniu jest jakiś znak! Nie, zaraz… Runa? Psiakrew! Nie wiem… Nie umiem rozpoznać… Ależ… - zawiesił zdumiony głos – ten jest inny… Każdy jest inny! To pismo! Każda płytka jest pokryta innymi znakami!!!
Przeskoczył dwa kroki w przód i natychmiast zabrał się ponownie za oczyszczanie kostek z porostów.
- Setki! Tysiące! A może setki tysięcy znaków! To cała historia, zapisana w wersach szerokich na… dwadzieścia pięć płyt. A jak długa? Na ile mil? Któż zliczy ile to słów, ile tajemnic?! Kto byłby w stanie dziś zrobić coś takiego? Stworzyć ten szlak na obraz otwartej księgi…
Liakur sam z nie mniejszym zdumieniem przyglądał się, jak szlachcic odsłania kolejne znaki. Tymczasem Seweryn wołał dalej w uniesieniu:
- Ale dowiemy się, dowiemy! Te symbole kryją wszystkie odpowiedzi… No dalej, pomórzcie mi je oczyścić!
Z tonu bełkotu, który rozległ się za plecami Liakura, można było wywnioskować, że kapitan odzyskał już częściowo władzę w języku, jak również, że nie jest w najmniejszym stopniu zainteresowany propozycją szlachcica.
- Później, Sewerynie – odezwał się Liakur.
- Ależ to dzieło… To heroiczny wysiłek…
- Szlak czekał na swoje odkrycie całe stulecia. Może poczekać jeszcze kilka dni.
- Rozpoznajesz chociaż któryś z symboli? – spytał Seweryn, z trudem godząc się rozstać ze znaleziskiem.
Liakur uśmiechnął się kącikami ust. Był zabijaką, nie uczonym. Chociaż kiedyś miał… Nie… To zbyt dawne dzieje. Jak wszystkie wspomnienia z jego przyszłości przywoływały w sposób nieunikniony ból. Pokręcił przecząco głową.
- Tego już nikt nie odczyta. Wskakuj na siodło.
Szlachcic, choć z żalem, posłusznie wykonał polecenie. On jeden z nich ma świadomość jaki cel ma ta wyprawa, pomyślał cierpko Liakur. Z ciekawości zerknął na rząd płyt oczyszczonych przez Seweryna. Jeden symbol wydawał mu się dziwnie znajomy. Przysiągłby, że widział już kiedyś taką pętle, niby klepsydrę w objęciach węża. Ale znaki mają to do siebie, że są podobne do innych bądź coś na myśl przywodzą. Ledwie dostrzegalnie wzruszył ramionami. Zdąży się jeszcze nad tym zastanowić, a jeśli nawet nie, to też nie będzie zbyt wielka strata. Uderzył konia ostrogami i konwój ruszył w kierunku majaczących w oddali, spowitych przez rzednącą mgłę, szczytów Gór Mlecznych.
***
Noc minęła spokojnie. Wartownicy czuwali, bo Liakur zapowiedział, że jeśli przyłapie któregoś na drzemce, ozdobi nim najbliższe drzewo. Konie były należycie pilnowane, a do nieba nie wspinał się czarny słup dymu. Ognisko okazało się zbyteczne również z powodu kończącego się prowiantu. Ot, marnych resztek nie było warto nawet do kotła wrzucić, a i te okruchy należało oszczędzać, mając na względzie śniadanie (skutek racjonalnego podziału żywności dokonanego przez wojewodę oraz obżarstwa, jakie chłopcy urządzili poprzedniego wieczoru). Liakur spał swoim zwyczajem nieopodal, chociaż często w nocy się budził i nasłuchiwał czy przypadkiem drodzy kamraci nie podjęli postanowienia wysłania go na tamten świat. No i musiał obejść warty. Wszystko jednak przebiegło tym razem bez burzliwych przeżyć, a niepokój Liakura związany z tajemniczym skrzydlatym stworzeniem zblaknął i rozwiał się w obliczu nowego dnia.
Śniadanie, ze zrozumiałych względów, nie poprawiło nastrojów panujących wewnątrz grupy, a wręcz przeciwnie. Banda podróżnych o tak złych, zaciętych i skrzywionych minach nie była widokiem częstym i nie mogłaby ujść uwadze przypadkowemu obserwatorowi. A gdyby ów obserwator był człowiekiem roztropnym, ominąłby zgraję szerokim łukiem. Liakur uśmiechnął się na myśl, że oto wypełzły im na twarze prawdziwe oblicza. Wystarczyłoby powiedzieć jedno nieopatrzne słowo, skrzesać jedną iskrę, a rzuciliby się sobie nawzajem do gardeł. Taką to miał kompanię. Po niespełna jednej nocy głodu. Czym różnili się oni od zbirów Brontyłyda? Niestety - sprawnością. Poza tym był to ten sam typ ludzi, określanych trafnie jako: „bez czci i wiary”. Tylko strach przed cesarzem, przed karą panów, sądami szlacheckimi i miejskimi trzymał tych ludzi w karbach; dławił i wcielał do wojskowej służby. Nazywano ich rycerzami, ale słowo rycerskość nie znaczyło dla nich nic. W duszy byli rzezimieszkami, ludźmi zdolnymi do każdego mordu i gwałtu, wystarczyło dać im ułudę, że ujdą sprawiedliwości, spuścić z powroza, a swoich grabiliby i palili. Liakur wzbudzał w nich strach i temu jedynie należało zawdzięczać, że nie doszło do żadnej burdy, ale wojownik miał świadomość, że im prędzej przejdą góry i wykonają zadanie, tym lepiej. Nie miał ochoty przebywać w ich towarzystwie ani chwili dłużej niż to będzie niezbędne.
Liakur liczył, że w pobliżu gór łatwiej zdobędą pożywienie. Liczne stawy i niewielkie rzeki mijane po drodze obfitowały w pstrągi, a należało przypuszczać, że w pobliżu gór ilość potoków jeszcze się zwiększy. Posiadali także dwie kusze, a to dawało widoki, jeżeli już nie na jelonka czy kozła górskiego, to przynajmniej na bażanta bądź kaczkę. Trudno powiedzieć czy widmo gorącego, pożywnego posiłku, jakie przed nimi roztoczył, wzbudziło w nich entuzjazm, ale że z burczącym brzuchem nikomu nie chciało się siedzieć bezczynnie, dość żwawo zwinęli obóz, osiodłali konie i nim cała tarcza słońca minęła ostatecznie linię horyzontu, ruszyli w dalszą drogę.
Dawno minęło południe. Niebo zachmurzyło się, mgła opadła i ścieliła się nad ziemią gęstymi pasmami. Było zimno, wilgotno i przy każdym oddechu para unosiła się z ust. Przebyli dziś kawał drogi, ale jak na złość teraz, gdy zamierzali rozbić obóz, nie mogli wypatrzyć zachęcającego do noclegu miejsca. Od dłuższej chwili nie trafiła się nawet większa kałuża. Podczas południowego popasu bez trudu złowili kilka ryb w przydrożnej sadzawce i nimi to oszukali pierwszy głód. Jednak było to zbyt mało, by podreperować nadwątlone siły, nie mówiąc już o ogólnym morale.
Po obu stronach drogi ciągnęły się łąki, pośród których rozrzucone z rzadka rosły kępy krzaków i nielicznych drzew. Od biedy, był opał i ochrona przed deszczem; gorzej z źródłem żywności. Liakur wolał nie myśleć w jakich nastrojach minie ta noc, jeśli ten stan rzeczy nie ulegnie zmianie. Mimo wszystko Szary Szlak okazał się prawdziwym błogosławieństwem. Dzięki niemu w pół dnia zbliżyli się do gór niemal na wyciągnięcie ręki i to nie tracąc sił na przedzieranie się przez krzaki, omijanie powalonych drzew czy kluczenie pomiędzy pagórkami, szukając bezpiecznego przejścia dla koni. Chyba nawet jego kompani musieli zauważyć tę subtelną różnicę, ale nie dali tego po sobie poznać. Jechali chmurni, jak zwykle, jakby prowadził ich na galery. Kapitan i Farras milczeli i często czuł ich ścigające spojrzenia; Rudy zdawał się kontemplować własny stan i przebywał w letargu; Seweryn drzemał, bo poprzednią noc spędził z łuczywem w garści, oczyszczając płytki z porostów i nanosząc symbole na arkusz papieru, w który zaopatrzył się na drogę. W sumie Liakura mało obchodziło ich samopoczucie, ale zważywszy zadanie czekające po przejściu gór, wolałby żeby mimo wszystko to nie jego uznawali za wroga numer jeden, zaś bandziorów Brontyłyda za ewentualnych sojuszników. Zaiste! Dziwny to był sojusz. On, wyjęty spod prawa, nadstawiający karku dla dzieciaka kobiety szlachetnego rodu. Jego dzielna świta marząca tylko o wepchnięciu mu miecza pomiędzy żebra i mająca w głębokim poważaniu owego dzieciaka. Do tego wojewoda, podsycający niechęć intrygant, powodowany tylko sobie do końca znanymi motywami. A z drugiej strony zabijacy księcia Brontyłyda, którym on był na pewno bliższym niż armia cesarza, która teraz zapewne chętniej pomogłaby im niż wojownikowi. Tak, ta wyprawa ukrywała niejedno w zanadrzu i diabeł tylko wiedział, kto kim się okażę…
Z zamyślenia wyrwał Liakura głos, który nagle zabrzmiał nieopodal. Głos tak dobrze im znany, lecz tak niedorzeczny w tym miejscu, że gdyby oto aniołowie stąpili z nieba albo i niebo runęło im na głowy, jeszcze zdziwienie nie byłoby większe. Wszyscy jak na komendę ściągnęli cugle.
- Krowa – stwierdził któryś. – Skąd tu krowa?
Liakur przez chwilę wpatrywał się nierozumiejącym wzrokiem w stronę, z której dobiegło muczenie.
- Podobno to teleny niezamieskale, co? – zaseplenił kapitan nie ukrywając dławiącej go pasji i nienawiści.
- Podobno – odparł Liakur zeskakując z siodła.
- Jezusie… A jak to bies jaki? – ktoś szepnął strwożonym głosem.
- Rogi ma, to pewne. Wy dwaj i kapitan pójdziecie ze mną. I żadnych głupich pomysłów – dodał z takim wyrazem twarzy, że pospuszczali oczy.
Zeszli z traktu, szeleszcząc butami po mokrej trawie. Liakur wolałby udać się na rekonesans bez towarzyszy, ale nie mógł sobie pozwolić na luksus pozostawienie oficera sam na sam z własnymi ludźmi. Mogłoby się tak nieszczęśliwie złożyć, że po powrocie nie zastałby nikogo, a co gorsza, także własnego konia. Oczywiście pewne ryzyko istniało, że komuś przyjdzie do głowy obrócić konika i pogonić go dokładnie w przeciwnym kierunku, ale Liakur liczył na ich wrodzoną ociężałość umysłową i brak przedsiębiorczości. W ostateczności liczył także na Seweryna.
Nie musieli długo szukać. Z mgły wyłoniły się kontury dobrze znanego zwierzęcia. Nieopodal rozległ się głos innej krowy. Ktoś wypasał tu stado. Liakura umysł wciąż buntował się przed tym co stwierdzały oczy. Od dziecka wiedział, że nikt nigdy nie zamieszkiwał tych terenów. Tylko starcy z Rady Trzech odbywali kilka razy w roku pielgrzymki w stronę gór. Kontemplacja i odzyskiwanie spokoju pośród lasu Gór Mlecznych było częścią nauki, wiary i tradycji, jaką wyznawali mieszkańcy Albaresch. Lecz do samych gór nikt się nigdy nie zbliżał. Liakur nie umiał odpowiedzieć jednoznacznie dlaczego; po prostu nikt nie podejmował takiej wyprawy, tak było przyjęte. Może jednak schronili się tu jego ocalali pobratymcy?
Spojrzał na swoich towarzyszy, którzy z zaciętymi twarzami śledzili pilnie każdy ruch zwierzęcia. Z trudem powstrzymał zbierający w nim pusty śmiech na myśl o komizmie tej sytuacji: czterech uzbrojonych wojów skradających się w skupieniu w stronę wiejskiego bydlęcia jakby mieli do czynienia z krwiożerczym potworem. To byłby dopiero materiał na wspaniałą pieśń bardów o czynach rycerskich! Jeszcze brakowało, żeby jakiś pastuch dał im tu cepem po plecach.
- I co robimy? – szepnął kapitan.
- Będziemy doić na zmianę.
Oficer zaklął szpetnie pod nosem.
– Pomyśl. Ta łaciata nie przypomina tura, prawda? Więc gdzieś ma oborę, a ten kto je hoduje pewnie ma obok dom. Może poszukamy?
- To lepiej lazem.
Lazem – Liakur powtórzył w myślach – to nie był taki zły pomysł. Wolał nie pozostawiać wojaków za długo własnym myślom.
- Trafisz? – zwrócił się do rycerza stojącego z prawej strony.
- Tam? – Mężczyzna wskazał za siebie.
- Nie, na dwór cesarza… Jasne, że TAM i z powrotem, głąbie! Niech zsiądą z koni i cicho je tutaj przyprowadzą. Rozumiesz? No, idź.
- No idź ze, idź ze – skwapliwie popędził go kapitan.
Żołnierz poszedł i po niedługim czasie dał się słyszeć odgłos zbliżających się kroków w akompaniamencie metalicznych brzdęknięć swobodnie obijającego się o coś żelaza; któryś koń zarżał, jakiś cymbał o coś się dopytywał.
- Cieszmy się, że się nie pogubili –sarknął Liakur, po czym błagalnie wzniósł oczy do nieba. Nie daj Panie, bym z tą bandą powsinogów miał kiedyś podchodzić wroga bardziej czujnego niż domowe bydło. – Poprosił w myślach i w tej samej chwili przypomniał sobie o najemnikach Brontyłyda, zdając sobie zarazem sprawę, że Bóg raczej go od tego brzemienia nie wybawi.
Poszli dalej razem. Była to głupota, lecz w tej sytuacji jeszcze większą byłoby podzielić oddział. Liakur całą nadzieję pokładał w tym, że ludzie tu zamieszkujący z pewnością nie byli przyzwyczajeni do ostrożności. Oczywiście, jeśli ich dotychczas nie odkryli. Poczuł lekki zapach dymu i to upewniło go, że idą we właściwym kierunku. Jego wzrok nie potrafił przenikać mgły tak jak ciemności, ale i tak pierwszy dostrzegł zarysy wyłaniającej się chaty. Podniósł ostrzegawczo dłoń dając znak do zatrzymania się; oczywiście człowiek idący za nim nastąpił mu na piętę, reszta poszłaby dalej.
- Stój – syknął jak mógł najciszej, ale na tyle głośno, by wszyscy go usłyszeli. Wskazał ciemny kształt budynku. – Trzech ludzi zostaje do pilnowania koni. Seweryn i wy dwaj. – Wyznaczył szybko, chcąc zapobiec ewentualnym spekulacjom. – Reszta wydobyć broń, powoli, cicho. Potem równie powoli skradamy się do budynku. Gęby na kłódkę i uważać pilnie na to co ja robię. Jasne? Idziemy.
Chata zdawała się nie być duża, ale solidnie zbudowana. Ot, typowa sadyba, jaką często można było zobaczyć na przygranicznych terenach, gdzie estetyka ustępowała pierwszeństwa bezpieczeństwu i funkcjonalności. Wykonana z całych okorowanych pni, z okiennicami zawieranymi od wewnątrz, ze zwalistym dachem krytym strzechą z gałęzi i trzciny. Z komina unosiła się wątła stróżka dymu, drzwi były uchylone. Obok chałupy stał szeroki, prosty wóz. Nieopodal wznosiła się większa od budynku szopa. Tam Liakur skierował połowę pozostałych ludzi pod dowództwem kapitana, a sam z resztą zakradł się pod ścianę chałupy; cała była porośnięta mchem i śliska od wilgoci. Obejrzał się na pozostałych mu rycerzy. Daremnie szukałby na ich twarzach odwagi, ale przynajmniej strach zmusił ich do koncentracji. Skinął głową, dając znak, żeby się przygotowali. Przyczajony przy framudze, z pomocą miecza, powoli uchylał drzwi. Niespecjalnie obawiał się przeciwnika uzbrojonego w broń białą, ale nie miał ochoty nadziać się głupio na strzałę wypuszczoną z łuku albo bełt kuszy. Zresztą nie bardzo wiedział, jak zachowaliby się w podobnej sytuacji ludzie stojący za nim; przyszliby mu z pomocą, uciekli, czy pchnęli nożem? A zresztą nic tu nie było normalne: pastwisko, dom w środku zupełnej głuszy… Diabeł tylko wiedział, kto tutaj mieszkał - jeżeli nie był to w istocie sam diabeł. Otwarł drzwi na tyle szeroko, by móc przyjrzeć się całej izbie. Całe wnętrze z pewnością nigdy nie widziało kobiecej ręki; podłogę stanowiło klepisko, na nim walały się porzucone kości, na środku stał stół zbity z nieheblowanych desek, pod ścianą leżały krowie skóry. Całości dopełniało prymitywne palenisko z kamiennym kominem. Wszędzie panował bałagan, smród wilgoci, pleśni i brudu. Liakur pchnął drzwi z rozmachem, które huknęły o ścianę z taką siłą, że obezwładniłyby ewentualnego przeciwnika czającego się za nimi, i wskoczył do izby. Rozejrzał się szybko wokoło. Nie, nie było tu poza nim żywego ducha; głowy towarzyszy powoli wyzierały zza rogu. Ogarnął teraz uważnie wzrokiem całe pomieszczenie. Miał słuszność spodziewając się, że wnętrze budynku będzie stanowić tylko jedna sala.
- Dwa legowiska. – Wskazał na dwie przeciwległe ściany i barłóg, który wzbraniał się nazwać łóżkiem. – To znaczy dwie osoby. Znaleźć mi je. Przeszukać dom z zewnątrz, stodołę, najbliższą okolice. No ruszać się!
Niechętnie oderwali się od drzwi. Zaklął. Wiadomo, wszystko co zrobią, sprowadzi się do połączenia sił z drugą częścią oddziału i dodawania sobie nawzajem animuszu. Postanowił rozejrzeć się samemu. Kiedy jednak przemierzał pokój w poprzek, zawadził o coś butem. Pod stopami leżała biała od pleśni łaciata skóra. Kopnął w nią obcasem – pod skórą znajdowało się coś jeszcze.
- Loszek – mruknął. – No tak, gdzieś muszą być przecież zapasy.
Kopnięciem pozbył się skóry. Pod nią ukazał się czworobok zbity z desek. Wbił miecz w drzwiczki i odrzucił je na bok. Szereg schodów prowadził w głąb ziemi. Tunel był tak niski, że Liakur zawahał się czy w ogóle zdoła zejść na dół, a nie miał ochoty się czołgać. Musiał jednak sprawdzić.
Jak mam dostać w łeb to tylko tutaj, skrzywił się do własnych myśli.
Trudno było o bardziej niewygodną pozycje do obrony niż schodzenie po wąskich schodach w kucki. Jedynym plusem było to, że w przeciwieństwie do zwykłych śmiertelników nie musiał, wciskając się do dziury, dodatkowo opalać pochodnią twarzy i dusić się dymem, żeby widzieć w ciemności. Miecz zostawił na górze i uzbrojony jedynie w sztylet, zaczął gramolić się w dół. Korytarz wiodący do loszku nie był na szczęście długi, a piwniczka okazała się na tyle wysoka, by móc przybrać wyprostowaną postawę. Szeroka na około cztery kroki, a długa na dziesięć, zastawiona była małymi beczułkami i paroma zbutwiałymi skrzyniami. Na półkach pod ścianą leżały wianuszki suszonych grzybów, jakieś zielsko, kawał wędzonego boczku oraz krowi udziec. Jednak brud i stęchlizna panująca wokoło nie zachęcała do skorzystania z okazji zaspokojenia głodu. Podważył wieko jednej z beczek. W środku znajdowała się brunatna ciecz cuchnąca tak paskudnie, że z odrazą odwrócił głowę i natychmiast odłożył wieko na miejsce. W tej chwili na dworze zabrzmiały krzyki. Liakur czym prędzej rzucił się do wyjścia. Na czworakach pokonał korytarz i znalazł się w izbie. Wrzaski na zewnątrz nie ustawały. Porwał w dłoń pozostawiony miecz i wybiegł na zewnątrz. W jego kierunku spieszyli rycerze. Czterech taszczyło dwa tłumoki. Wszyscy darli się w niebogłosy i machali do niego, z boku biegł rozradowany kapitan.
- Cisza! Do diabła… Czyście pogłupieli? – krzyknął.
- Mamy! Dorwaliśmy ich! – odkrzyknęli wskazując na dwa ciała, które wziął poprzednio za jakieś worki.
Z dumą cisnęli zdobycz na ziemię.
- Ano, ukrywali się w stodole – zawołał kapitan z niepodobnym zgoła do niego uśmiechem, który wydawał się mieć zbawienny wpływ na wymowę. – I tak żeśmy im siedli na karki, że i bez wody święconej się obyło.
- Że jak? – spytał oszołomiony Liakur.
- To czarcie syny, bękarty diabła…
- Nie – przerwał inny autorytatywnym głosem – to Lucyfery. Ksiądz proboszcz…
- A duby tam smolone! To strzygi!
- Cisza! Zamknijcie się wreszcie i dajcie mi się przypatrzeć - przerwał Liakur.
Rozstąpili się i pokazali mu zdobycz z takimi minami, jakby istotnie wyrwali ją z samego serca piekła. Oczom Liakura ukazały się dwie niezwykłe pokraki. Karły o reumatycznie powykręcanych rękach i nogach, twarzach odrażających i pokrytych plamami, teraz dodatkowo ściągniętych zastygłym bólem i przerażeniem. Jeden miał rozpruty kałdun i strzaskany czerep, drugi był w jeszcze gorszym stanie.
- Musieli stawić bardzo zaciekły opór – stwierdził z przekąsem. – Szkoda, że nic nam już nie powiedzą.
- A co by nam tam niby mówili? – spytał Rudy, który po raz pierwszy od nieszczęśliwszego wypadku wsparł kamratów owocami swoich przemyśleń.
- Tego już się właśnie nie dowiemy. No dobrze. – Liakur potoczył wokoło spojrzeniem i ze zdumieniem przekonał się, że chłopcy zrobili coś sami z siebie i sprowadzili konie.
- Kazałem posłać po naszych, żeby wszystko było gotowe do dalszej drogi – wyjaśnił podążając w ślad za jego wzrokiem kapitan. – Chyba że tu nocujemy?
- Nie…
- No. A Seweryn znalazł coś w szopie, jak to on - wszystkim się zachwyca, to mu dwóch ludzi zostawiłem, gdyby jakie licho.
Liakur przyglądał się zdumiony oficerowi, ale także i po reszcie było widać jakąś niepojętą przemianę, jakby to marne zwycięstwo zmieniło ich samych. Nie poznawał tych ludzi, uśmiechów, emocji, otwartego spojrzenia, jakiegoś oczekiwania - ale była to zmiana na lepsze. Bał się nazwać tego zapałem, jednak zdawało się przepajać ich coś bliskie temu zjawisku. Tylko Farras spoglądał na niego jak zwykle, ale być może inaczej nie umiał?
- Dobrze się spisaliście, chłopcy – zdecydował, że warto pochwalić nowy stan rzeczy, chociaż za podobną akcję należały się im baty, nie słowa uznania. – Tutaj nie możemy zostać, ale jedzenia dziś nam nie zabraknie. Kapitanie, każcie wybrać jakiego cielaka. Zrobimy sobie ucztę – odpowiedziały mu okrzyki uznania – i sprowadźcie Seweryna z resztą ludzi.
Kapitan skinął w stronę stojącego obok mężczyzny, a ten czym prędzej pognał w kierunku szopy. I to jak pognał! Aż serce rosło! Reszta czekała już przy koniach, sprawdzała popręgi i szykowała się do dalszej podróży. Do siodła przytroczono na rzemieniu krowę. Wszystko sprawnie i szybko.
- Niemal mógłbym ich polubić – szepnął Liakur pod nosem, oceniając wszystko z wysokości końskiego grzbietu.
Powoli budził się szary zmierzch, a coś mu mówiło, że warto oddalić się z tego miejsca chociaż kawałek. Nie minęło i pół pacierza, jak ujrzał ponownie wysłanego przez kapitana człowieka. Jednak mężczyzna wracał sam.
- Kapitanie! Wodzu!
Liakur poczuł ukłucie niepokoju.
- Co się stało? – zapytał, gdy ten się zbliżył.
- Seweryn!
- No?
- No nie wiem...
- Jak to nie wiesz? Gdzie on? W stodole? - spytał zawracając konia.
- Nie, na łąkach.
- Na jakich łąkach? Mówże po ludzku!
- No natknąłem się na Gordesa, co to jechał cię zawiadomić. Jak mnie zobaczył, kazał ci powiedzieć, a sam wrócił. Bo to oni pojechali za stodołę… Ponoć źle z nim…
- Wiesz gdzie jest?
- Tam grupa drzew – wskazał ręką - między nimi polana…
- Wskakuj na konia!
Nie oglądając się na resztę, uderzył ostrogami boki wierzchowca. Usłyszał, że inni poszli za jego przykładem. Jeźdźcy okrążyli stodołę i wyjechali na otwartą przestrzeń. Nieopodal rosło luźne skupisko drzew, nieco dalej kończyły się łąki ustępując miejsca ścianie lasu.
Jego rumak wyprzedził inne zwierzęta i pierwszy dotarł na miejsce. Liakur dostrzegł natychmiast, nieopodal spróchniałego pnia, leżącą postać szlachcica. Zeskoczył z siodła i podbiegł do niego. Gordesa i drugiego barana, którzy powinni przy nim czuwać, nie dostrzegł, ale to pozostawił na później. W międzyczasie dotarli rycerze z kapitanem. Liakur ukląkł przy Sewerynie i ostrożnie zbadał leżącego. Ran żadnych nie dostrzegł. Wyglądało na to, że mężczyzna jest tylko nieprzytomny.
- Sewerynie. – Uderzył go lekko po twarzy.
Szlachcic otwarł oczy i zamrugał powiekami. W następnej chwili przez twarz przebiegł mu grymas zrozumienia.
- Pułapka – wyszeptał.
- Nie ruszaj się - burknął Gordes, wyłaniając się przed nim z mgły. Kroki drugiego draba usłyszał Liakur za sobą. Obejrzał się - oboje byli uzbrojeni w kusze.
- Powiedziałem, nie ruszaj się!
Szczęknęła broń wydobywana przez ludzi kapitana.
- Tylko spokojnie, psi synu. Szybszy od bełtów to ty nie jesteś – rozległ się podszyty wesołością głos oficera.
Liakur poczuł jak krew w nim kipi z wściekłości.
Tak, obie kusze zapewniały ludziom kapitana przewagę, zwłaszcza rozstrzygały sprawę z tak bliska. Ale mała odległość była niebezpieczna dla obydwu stron. Zresztą kapitulacja równałaby się samobójstwu.
- Spokojnie, wygraliście, ale beze mnie nie przejdziecie przez góry. – Nadal klęcząc wyprostował się i uniósł nieznacznie ręce w geście poddania.
- Góry? – zarechotał Gordes. – Nie, popaprańcu, wycieczka kończy się tutaj. Taaa, łapy, łapy w górę! – Przystawił mu bełt niemal do czoła.
- Gordes! Cofnij się! – zawołał ostrzegawczo kapitan, ale było już zbyt późno.
Liakur błyskawicznie jedną ręką poderwał kuszę, drugą zwolnił spust. Broń wystrzeliła, a bełt wbił się stojącemu za nim człowiekowi poniżej mostka. Z bolesnym charkotem zwalił się na ziemię posyłając własny pocisk w niebo. Liakur pchnął kuszę do przodu, zdwajając siłę z jaką oszołomiony rycerz starał się ją wyrwać, i kolba rozbiła mężczyźnie usta i nos. Gordes krzyknął, porzucił broń i zataczając się zrejterował. Liakur wstał. Z wściekłością cisnął kuszę na ziemię.
- Bij!!! – ryknął kapitan.
Chłopcy wprawdzie stali w gotowości do ataku, ale nikt jakoś się nie kwapił się zaatakować pierwszy. Liakur wydobył miecz i zakręcił im młynka aż jęknęło powietrze.
- Powinienem wam już dawno poderżnąć gardła, bydlęta, zdradziecka hołota... Nuże! Choć no tu sam, parobku wojewody!
- Przypominam o carskich przywilejach! – zaapelował blady Seweryn.
Kapitan zaśmiał się tylko. Splunął, wskazujący palec wyciągnął w stronę szlachcica i zawołał doniośle, jakby chciał, by ta siła i pewność udzieliła się jego towarzyszom:
- Ty fircyku!!! Z tobą rozprawimy się później… A gdzie nie ma cesarza, tam nie ma i przywilejów! No, chłopcy, dwa tysiące dukatów wojewoda wypłaci temu, kto jego głowę przyniesie!
- Dwa tysiące! Tanio się wami ten wieprz wysługuje. Mniejsza o to. Ja wezmę wasze łby za darmo! – Twarz Liakura przybrała drapieżny wygląd. Bestia wrzała już w jego ciele pragnąc konfrontacji. Jedną ręką poderwał Seweryna na nogi i popchnął za siebie, a sam rozłożył ręce w wyczekującym geście. – No dalej! Dość gadania! Dość tracenia czasu, dość widoku waszych gminnych gęb. Komu pierwszemu do schadzki z kostuchą?
- Jest twój. – Kapitan klepnął zachęcająco Farrasa w ramię. – Dalej chłopcy! Jest nas dziesięciu na jednego! A w domu już dziewki i gorzałka czekają!
- Trupy nie ucztują – mruknął Liakur z okrutnym uśmiechem.
Farras, który pałał szaleńczą nienawiścią do wojownika, istotnie ruszył przed innymi; przyczajony, zgięty w pół, z obłędem w oczach. O dwa kroki za nim, z zaciętymi minami, ale i strachem wypisanym na twarzach, szli pozostali. Liakur zebrał się w sobie, naprężył mięśnie… I nagle zdarzyło się coś niezwykłego – jego zmysły oszalały, ostrzegając przed niebezpieczeństwem. Czegoś takiego nie doświadczył nigdy w życiu i z pewnością reakcja ta nie była wywołana oczywistym zagrożeniem. Czas jakby zwolnił, obrazy wyraźne, przesadnie ostre, lecz spowolnione, przesuwały się przed jego oczami. Zapomniał o skradających się w jego stronę rycerzach, nie słyszał pokrzykiwań kapitana, nie zwracał już na nich uwagi. Liczył się tylko szelest liści w konarach drzew, tupot spiesznych kroków, uderzenia skrzydeł chłostających powietrze, cień, który przemknął ponad ich głowami, dźwięk, jaki towarzyszy cięciwie naprężającej łuk, świst lecącej włóczni… Rzucił się w tył, w ostatniej chwili unikając grotu. Wpadł na Seweryna, przewrócił go i razem potoczyli się po ziemi. Gdy w następnej chwili podniósł głowę, po nadprzyrodzonych zmysłach nie pozostało już ani śladu; spełniwszy swą rolę ustąpiły pola działaniu.
Na łące rozpętało się piekło. Zewsząd wyłaniały się z mgły i atakowały rycerzy zdumiewające postacie. Dwóch ludzi trafionych strzałami miotało się w konwulsjach. Najbardziej jednak przerażający był wrzask człowieka, który jakąś tajemniczą siłą został porwany w powietrze, a którego krzyk napełniał śmiertelną trwogą pozostałych, tym większą, że we mgle, z której ów głos dochodził, niczego nie było widać. Jedynie rozpaczliwe wzywanie pomocy rozlegające się ponad ich głowami oraz migotający w szarym oparze ruch czegoś, jakby potężnych skrzydeł, świadczyły o odbywającej się w górze tragedii. Lecz krzyk nie trwał długo.
Liakur poderwał się na nogi. Natychmiast dostrzegła go biegnąca nieopodal postać i zawróciła w jego stronę. Czymkolwiek było to stworzenie, skórę miało tak bladą, że niemal białą, jakąś zwiotczałą, poprzecinaną plątaniną grubych żył jak liść kapusty. Niemal całkowicie nagie, jedynie przez biodra przepasane strzępem materiału. Głowę to miało bezwłosą, a oczy krwiście czerwone… Stwór uzbrojony był w dzidę, a biegnąc wydawał z siebie odgłosy niby radosny chichot; powtarzające się: „hyyyyp, hyyyyp”. Liakur obojętnie odnotował to wszystko. Dla niego liczyło się jedynie, jakim orężem i umiejętnościami dysponuje przeciwnik, a te wydawały się nader marne. Poza tym bestia paliła się w nim do bójki. Dziwadło doskoczyło do niego z nieludzką zwinnością i z radosnym „Hyyyyp!” pchnęło dzidą mierząc mu w pierś. Wojownik jednak z właściwą tylko sobie zręcznością uniknął ciosu i w następnej chwili rozpłatał przeciwnikowi głowę. „Biała” postać powoli, jakby z zastygłym zdziwieniem, osunęła się na ziemię, znacząc soczystą zieleń trawy czerwoną posoką.
- Liaaaakur!!! - rozległ się nieopodal wrzask Seweryna.
Szlachcic bez broni sadził wielkimi susami, a tuż za nim pędził stwór. Wojownik zawołał doniośle, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Poskutkowało. Napastnik zawrócił z radosnym rechotem. Liakur pozwolił sobie na dwa uniki, chcąc jednoznacznie przekonać się o możliwościach dziwolągów. Dwukrotnie z nonszalancją odparował cios, następnie sam ciął potężnie i odrąbał przeciwnikowi głowę wraz z barkiem i ramieniem.
- Wspaniały – szepnął, czułym spojrzeniem musnąwszy miecz.
Dziwne i przerażające wprawdzie z wyglądu stwory, okazały się nie być dla niego wymagającymi przeciwnikami. Zdumiewająco prymitywne, atakowały raz zarazem, chyba nawet nie zdając sobie sprawy, że Liakur mógłby zakończyć walkę w dowolnej chwili. W ogóle nie sprawiały wrażenia istot myślących, a jedynie poczwar owładniętych krwiożerczym amokiem.
Zabił kolejne dwa, gdy obok rozległ się krzyk wzywający ratunku. Mężczyzna usiłował ostatkiem sił zepchnąć z siebie poczwarę. Liakur ze zdumieniem i odrazą zauważył, że stwór wgryzł się rycerzowi w gardło niczym dzikie zwierzę. Zawołał - maszkara obróciła się obnażając kły i świdrując go płonącymi czerwienią ślepiami. Liakur prostym szychem przebił ciało wroga na wylot. Zaczekał, aż ten skonał, wyjął miecz i rozejrzał się wokoło - innych przeciwników nie było. Mężczyzna, który wzywał pomocy już nie żył. Poza nim leżały tu jeszcze cztery inne ciała i sześć straszydeł, z czego pięć padło od ciosów Liakura. Co znaczyło, że dla chłopców kapitana te stwory to było zbyt wiele.
Z daleka dobiegł przeraźliwy krzyk, a zawtórowało mu radosne „hyyyyp!”. Po chwili z innej strony rozległ się dźwięk oręża i zdławiony boleścią jęk. Później zapanowała cisza.
Liakur przyglądał się pobojowisku. Wszystko rozegrało się tak szybko. Zawsze zdumiewał go pozorny spokój jaki ogarnia niedawne pole walki. Zupełnie jakby nic tu nie zaszło; ta sama łąka, drzewa i mgła, wiatr, który delikatnie poruszył listowiem, trupy leżące wśród trawy. Cisza była taka szydercza…
Nawet, gdyby chciał przyjść niedobitkom z pomocą, nie miałby jak tego uczynić. Najwyraźniej ocalali rozproszyli się, a stwory goniły ich po całej okolicy. Co gorsza, rwetes spłoszył też konie.
Pochylił się nad leżącą obok dziwaczną postacią. Nareszcie mógł się jej lepiej przypatrzeć.
- Ki diabeł? – mruknął na widok widniejących w otwartych ustach zębów. Zdumienie budziły niezwykłej długości kły, ostre i dwukrotnie większe niż u wilka.
W byle oberży można było nasłuchać się do woli o przerażających upiorach i bestiach ( za jaką, nota bene, ludzie uważali i jego), ale nikt przy zdrowych zmysłach, będąc jako tako wykształconym, nie dawał wiary podobnym bzdurom. Teraz Liakur nie był już pewny w co wierzy.
Coś uderzyło go niespodziewanie w bok. Niezbyt mocno, ale kiedy spojrzał w to miejsce, dostrzegł na ubraniu krew. Pierwszą reakcją była myśl, że został właśnie czymś ugodzony. Jednak to nie była jego krew; u stóp leżała ludzka głowa z bujną, rudą czupryną. Podniósł wzrok i w odległości może dwudziestu kroków zobaczył zdumiewającą postać. Była potężnej, ponadludzkiej postury, tak samo bezwłosa jak „białe” stwory, ale ciało atlety miało barwę ziemistą, a skromne odzienie nie stanowiły strzępy szmat, lecz czarno wyprawiona skóra. Z ponad barków sterczały złożone skrzydła, niczym rogi diabła. Mordę miało to parszywą, o zbyt szerokich, wykrzywiających się w czymś na kształt koszmarnego uśmiechu ustach, czarnych oczach, i płaskim nosie. Z łysej głowy sterczały spiczaste uszka. W łapie trzymał coś, co wyglądało na gruby, żelazny pręt.
Liakur przyglądał się dziwadłu ze zrozumiałym zainteresowaniem, bliższym raczej fascynacji, podobnej do odkrycia nowego interesującego robaka, niż uczuciu strachu. Głowa Rudego, którą cisnął w niego przybysz, też nie robiła na nim specjalnego wrażenia.
- Źle się wybrałeś ze straszeniem, cudaku – odezwał się, podnosząc w górę miecz. – A tego rudego capa nigdy nie lubiłem. – Obojętnie trącił czubkiem buta głowę. - Z tobą pewnie też się nie zaprzyjaźnię…
Nim skończył mówić, olbrzym jednym skokiem pokonał dzielącą ich przestrzeń i wyprowadził cios z góry tak szybko, że Liakur z ledwością zdążył się zasłonić. Siła uderzenia o mało nie wyrwała mu miecza z dłoni i odepchnęła go do tyłu. A potwór znów był przy nim i uderzył ponownie. Liakur sparował cios po brzytwie i wykonał sztych, mierząc w brzuch przeciwnika. Ten jednak z gracją, jakiej można by się spodziewać po baletnicy, a nie górze mięśni, uchylił się od oręża i spuścił pręt na ramie Liakura. Nie trafił czysto, ale i tak wojownik syknął z bólu, a ramię natychmiast zesztywniało, stając się niezdolne do walki. Obaj przeciwnicy odskoczyli od siebie. Gębę olbrzyma wykrzywił ironiczny grymas. Liakur zmrużył oczy. Nigdy nie walczył z przeciwnikiem choćby w połowie tak niebezpiecznym. Jednak nie wątpił, że może go pokonać. Zaatakował pierwszy. Zamarkował cios i wyprowadził pchnięcie. Olbrzym jednak sparował atak i Liakur z najwyższym trudem uchylił się przed prętem, który przemknął ze świstem tuż ponad jego głową. Wojownik natychmiast ponowił cios uderzywszy z całych sił od góry. Przeciwnik zastawił się wprawdzie, ale miecz Liakura wśród snopa iskier przeciął broń olbrzyma na dwoje. Krótka to jednak była przewaga, bo siłacz w tej samej chwili rzucił się na Liakura i nim ten zdołał ponownie unieść miecz, chwycił go w pół i zamknął w żelaznym uścisku. Gdyby zacisnęły się na jego ciele szczęki imadła jeszcze ich miażdżąca moc nie mogłaby być większa. Miecz natychmiast wysunął mu się z dłoni, a wojownik stracił oddech. Usiłował resztką sił dobyć wiszącego mu u pasa sztyletu.
- Zostaw go, proszę… - gdzieś nad nimi rozległ się błagalny kobiecy głos.
Olbrzym zaśmiał się tylko i chcąc pokazać ile znaczy dla niego ta prośba, przysunął twarz Liakura do swojej i lepkim językiem liznął go po policzku. Mężczyzna był jeszcze na tyle przytomny by poczuć fetor dobywający się z otwartej mordy i ujrzeć białe kły ocierające się mu z lubością o skórę.
- Drax! Jak śmiesz? Zostaw go! – Tym razem głos należał do kogoś innego; suchy i twardy, nawykły do posłuchu. Zdawał się dobiegać zewsząd.
Na jego dźwięk olbrzym zakołysał się jakby niespodziewanie trafił go pocisk. Zwolnił uścisk i wojownik upadł na ziemię. W głowie Liakura huczał wulkan, przed oczami tańczyły kolorowe plamy, jednak zebrał się w sobie, wyciągnął sztylet i zatopił ostrzę w udzie siłacza. Olbrzym warknął, wyszarpnął nóż i wymierzył mu kopniaka w żebra. Liakur potoczył się bezwładnie. Nim stracił przytomność zdążył jeszcze zobaczyć unoszącą się nad nim postać białego anioła.##edit_byjaina 2008-07-06 22:08:46##ed_end##