Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Biały Płomień

aerlieen_aep_sheiadhl ·

Rozdział pierwszy

Strach

Opończa była jedynym odzieniem które skrywało jej nagie ciało. Dzięki niej była prawie niewidoczna w ciemnościach ,które okalały okolicę. Żadna chata nie była już oświetlona ,sen ogarnął niewielką wioskę położoną u stóp ogromnego lasu. Wszędzie było cicho, tylko z niedaleko położonej karczmy dolatywały do jej uszu pojedyncze głosy i gromkie, rubaszne śmiechy pijących chłopów.
Przemknęła obok niewielkiej stodoły i wpadła w rosnące obok zarośla. Spostrzegła ,że bosymi stopami stoi w śmierdzącej kałuży, pozostałości po popołudniowym deszczu.
Powietrze nadal było wilgotne a pobliski las skrywała mgła, gęsta i mroczna .Noc była wietrzna, niebo czyste ,lekki wiaterek już dawno rozproszył płynące po nim chmury.
Rozejrzała się. Po lewej stronie stały cztery małe chaty oraz kilka stogów siana i mała, rozpadająca się stodoła. To w niej były konie. Jedynym jej pragnieniem było przedostanie się do nich i ucieczka. Po prawej stronie były już tylko chaty i zagrody ze zwierzętami. Tam nie miała już czego szukać.
Ucieczka będzie utrudniona, pomyślała, wioska była bowiem otoczona wysoka drewnianą palisadą, ochroną przed różnorakimi stworami, których pełno było na pobliskich bagnach.
Było jej zimno, ciałem co chwilę wstrząsały dreszcze - to zimna , to przerażenia. Bała się. Czuła się bezradna i poniżona. Pragnęła tylko wydostać się z tej osady i odzyskać wolność. Najbardziej obawiała się jego. Jeszcze czuła na ciele miejsca, w które wczoraj uderzał, nadal piekły i bolały. Dotknęła dłonią rozciętego policzka i zaklęła cicho. Być może kiedyś uda jej się zemścić.
Poczuła dłoń na swym karku, silną i dużą, pociągającą ją do góry. Jęknęła z bólu.
Wiedziała do kogo należy ta ręka. Znalazł ją. Wielka dłoń uderzyła ją mocno w twarz, wpadła do kałuży z cichym jękiem. Na ustach poczuła metaliczny smak krwi. Skurwiel.
Znów uniósł ją do góry, i ponownie uderzył z większą niż poprzednio siłą.
- ty dziwko! –usłyszała , po czym poczuła tępy ból w skroni. Czuła jak słabnie, upadła. Chwycił ją za włosy i podniósł, z trudem stanęła na nogach. Zza pasa wyciągnął mały nóż, zauważyła błysk ostrza. Zaczęła się wyrywać, rzucać ciałem, lecz trzymał ją mocno. Chwyciła poły jego koszuli i zatarmosiła nim z całej siły. Widziała jak nóż wylatuje z jego dłoni, jak wpada w brudna kałużę. Wsadziła dłoń w cuchnącą breję i namacała mokrą rękojeść kozika, po czym zatopiła ostrze w jego klatce piersiowej. Jej niedoszły kat zacharczał, chwycił się za ranę i mocno ścisnął jej dłoń. Szarpnęła się, zwolnił uścisk i osunął się na kolana. W jego gardle zabulgotało ,próbował jeszcze złapać oddech jak wyciągnięta z wody ryba. Z jego ust popłynęła krew, zwalił się do kałuży głuchym jękiem który uwiązł mu w gardle.
Dopiero teraz poczuła jak mocno bije jej serce, jak krew szaleńczo pulsuje w żyłach. Czuła zimny pot na całym ciele, i przyśpieszony oddech, pokrwawione dłonie drżały. Na widok martwego ciała leżącego w czerwonej kałuży zrobiło się jej niedobrze, poczuła , że zaraz zwymiotuje.
Zabiła człowieka, po raz pierwszy pozbawiła życia kogokolwiek. Wiele razy widziała trupy, całe ich setki, ale różnica była taka, iż żaden dotychczas nie padł z jej ręki.
Wzięła głęboki oddech .Musiała uciekać, teraz już nikt nie mógł jej przeszkodzić. Myśli biły się w jej głowie, nie mogła podjąć żadnej rozsądnej decyzji. Była zdezorientowana, czuła kompletną pustkę. Próbując zachować resztki zimnej krwi , obróciła ciało i wyciągnęła tkwiący między żebrami nóż. Otarła go z krwi i schowała do kieszeni. Konie, pomyślała. Musi mieć konia.
Prawie bezszelestnie dobiegła do pierwszej z brzegu chaty i przedarła się przez warzywny ogródek. Za chatą stała stodoła , mała i z dziurawym dachem. Otworzyła lekko skrzypiące drzwi i wszedł do środka. Skubiąca siano kasztanka prychnęła cicho w ciemnościach. Po omacku odszukała siodło i zarzuciła je na grzbiet zwierzęcia. Wyprowadziła klacz ze stodoły i rozglądnęła się wokoło. W jednej z chat zapaliło się światło, ktoś mógł wstać zbudzony hałasem. Wystraszyła się, pociągnęła konia do bramy palisady i otworzyła ją z wysiłkiem, po czym wskoczyła na koński grzbiet , popuściła puślisk i pociągnęła za lejce. Uderzyła kasztankę piętą ,by przyspieszyła, i wyjechała na wąską drogę. Nikt nie zauważył jej ucieczki.
Była wolna. Serce znów zaczęło bić szybko.
Mgła zrzedła trochę więc główny trakt na który wyjechała była bardziej widoczny, teraz zauważyła, że ciągnął się prosto przez dłuższy obszar lasu, po czym zakręcał w niewiadome. Księżyc świecił blado, wcale nie ułatwiając drogi. Z lasów nawoływały wilki, słyszała także inne nieznane odgłosy i nie chciała wiedzieć co za stworzenia je wydawały. Nie znała tych lasów, była tu tylko raz, gdy została sprzedana wieśniakowi który wiózł ją przez te okolice, do wioski z której zaledwie przed chwilą uciekła .Lecz nasłuchała się od miejscowych wiele nieprawdopodobnych historii o tym miejscu ,o grasujących tu ghulach i żerujących na bagnach oślizgach. Na pewno wiele z tych opowieści było zmyślonych ale i tak tereny te miały złą sławę, wiele ludzi zaginęło na nich i już nie odnalazło się. Okolice były odrażające, wilgotne i ponure a gęsto rosnące drzewa nie wpuszczały świeżego powietrza i światła, las był więc zatęchły i ciemny nawet w pogodny dzień.
Po lewej stronie traktu musiały być bagna, czuła odpychający zapach zgnilizny i słyszała rój brzęczących owadów. Śmierdzące trzęsawiska i bagna zawsze były domem dla wielu obrzydliwych potworów ,żerowały tam kabuki , węże błotne i te najgorsze- shimerony. Widziała kiedyś jak jeden z nich zjadał na wpół żywego człowieka. Opowiadano jej, że stwór ten z pozoru powolny i ociężały potrafi w ciągu sekundy dopaść ofiarę w skoku.
Ale najbardziej należy bać się własnego strachu, pomyślała , ale te myśli wcale nie podniosły ja na duchu.
Czuła się słaba i wycieńczona. Bolało ją całe ciało, rany piekły boleśnie przy każdym ruchu. Wtuliła twarz w grzywę na szyi konia, poczuła miłą miękkość i zapach siana.
Zapadła w niespokojny sen. Widziała twarze mężczyzn, krzyczeli i zadawali jej rany, widziała szydercze uśmiechy tych, którzy kiedyś ją skrzywdzili, ich gorzkie słowa krążyły w jej myślach. To tak bardzo bolało…

Kiedy zbudziła się, prawie świtało. Świat powoli odzyskiwał barwy zabrane mu przez noc .Szare jeszcze niebo poznaczone było kilkoma chmurami, a zielona plama lasów odznaczała w krajobrazie ciemną wstęgą.
Było przejmująco zimno, letnie poranki były jeszcze chłodne i często padały nieprzyjemne deszcze. Ciarki przebiegły jej po plecach, okryła się szczelniej na wpół mokrą opończą.
Nie wiedziała gdzie jest. Koń musiał iść jakieś trzy godziny, gdyż zawilgłe lesiska zamieniły się w zwykłe sosnowe i pachnące żywicą lasy. Znalazła się na nieznanej sobie drodze , ciągnącej się prosto i delikatnie w dół. Miedzy drzewami, w oddali widziała oświetlone okna chat, więc zmusiła konia do galopu aby czym prędzej minąć zabudowania.
Po półgodzinie jazdy rozwidniło się już zupełnie, ucichły nocne odgłosy a ptactwo rozdarło się na drzewach. Byłby to piękny dzień gdyby nie położenie w jakim się znalazła. Brudna, głodna i ledwie odziana nie wiedziała co ma począć, gdzie szukać pomocy i czy w ogóle jej szukać, wiedziała przecież jak okrutni i podli potrafią być ludzie, wiele razy było jej dane przekonać się o tym.


I


Była nikim. Zwykłą dziewuchą nie wiadomo skąd. Nie znała swych rodziców, nie wiedziała skąd pochodzi. Nie znała nawet swojego prawdziwego imienia ,bo to które teraz nosiła nadały jej kapłanki które przygarnęły ją w wieku dwóch lat. Dwanaście kolejnych spędziła wraz z nimi w świątyni bogini światła - Toshee. Był to okres spokoju i szczęśliwego dzieciństwa, mimo tego, iż wychowywała się bez rodziców. Kapłanki próbowały wychowywać ją na ich podobieństwo, aby w przyszłości także służyła w świątyni. Ona nie wierzyła jednak w żadnych bogów , była oporna i nieposłuszna mimo wpajania jej innych racji. Sprawiała wiele problemów i miała trudny charakter. Dwa lata temu żołnierze Sartgardu napadli na miasto Bardo i spalili świątynię, pozostawiając po sobie spustoszenie i strach. Wymordowali większość kapłanek, lecz kilku udało się zbiec, przez kilka dni chroniła się z nimi w lesie. Któregoś dnia po prostu odeszła , pozostawiając swoje dotychczasowe życie za sobą i rozpoczynając całkiem nowe, wtedy wydawało się jej, że lepsze. Miała tylko czternaście lat i nic nie wiedziała o prawdziwym życiu , i o tym co tak naprawdę dzieje się na świecie. Przez tyle lat chroniona była przed całym tym złem którego niedługo miała doświadczyć. Zaczęła gorzko żałować swej ucieczki gdy nie okazała się ona upragnioną wolnością lecz wycieńczającą podróżą donikąd, czasem bezsilności i pogardy. Cierpiała z głodu i zimna, zewsząd wyganiano brudną i zawszoną dziewczynę, nikt nie chciał jej pomóc. Wtedy zrozumiała, że może liczyć tylko na siebie, że nikt na tym parszywym świecie nie wyciągnie do niej ręki, nikt nie zainteresuje się jej losem choćby miała zdychać w przydrożnym rowie. Wielu ludzi krzywdziło ją w tym czasie, wpadała w ręce okrutnych ludzi którzy poniżali ją i zmuszali do okrutnych rzeczy. Płacz nie pomagał już ulżyć i zapomnieć, przykre doświadczenia zapadły w nią głęboko i wracały często nocnych koszmarach. Straciła całą nadzieję na polepszenie losu, błąkając się po lasach , jedząc resztki padliny i pijąc brudną wodę. Półżywą odnalazła ją elfka, zabrała do swej osady i zaopiekowała się nią. Jej współtowarzysze nauczyli ją swego języka i wpoili wiele mądrości, powoli zapominała o trudnych chwilach. Po pół roku odeszła stamtąd wraz z koniem i zapasami na drogę. Odzyskała nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze będzie lepiej. Mogła bez oporów ruszać w świat.
Gdy po jakimś czasie chciała znów zawitać do swych przyjaciół, zastała straszny widok. Pomordowane elfy leżały w czerwonych kałużach, niektórych zmasakrowanych ciał nie mogła rozpoznać. Cała osada była spalona i zdewastowana, dobra rozkradzione. Uciekła stamtąd jak najszybciej, była w szoku. Wiedziała jednak co zaszło w elfiej wiosce. Już wtedy ludzie gadali o wojnie pomiędzy Startgardem i Sothornem która miała wybuchnąć lada dzień. Władca Sartgardu, Kailnh pragnął zawładnąć sąsiadującymi z nim państwami -Northem i Sothornem a jego ogromna armia niszczyła wszystko co napotkała na swej drodze, paląc miasta i mordując całe wsie. Nasłuchała się o tym po karczmach, gdy wędrowała z kilkoma żołnierzami Northu, którym oddawała się w zamian za bezpieczna podróż i możliwość przekroczenia granic. Początek wojny był okresem z którego pamięta tylko strach. Bała się, że podzieli los zamordowanych elfów. Nieraz cudem ratowała się od śmierci, gdy trzeba było uciekać z napadniętego miasta. Krew i ludzkie zwłoki były wtedy na porządku dziennym, wszędzie można było napotkać uciekających ludzi, żyjących w strachu o siebie i bliskich.
Niedługo potem trafiła w ręce handlarzy ludźmi. Za młoda dziewczynę, taką jak ona mogli zgarnąć niezłą sumkę sprzedając ja na służbę lub do zamtuzów. Byli okrutni ,bili ją i gwałcili na zmianę. Czasami całymi dniami leżała nieprzytomna i wcale nie chciała się wtedy obudzić. Chciała umrzeć, skrócić swe cierpienie. To było straszne przeżycie, pamiętała z tego okresu tylko poniżenie oraz bezkresna wściekłość.
Została sprzedana pewnemu bogatszemu wieśniakowi, który chciał zrobić z niej swą służącą i kochankę zarazem. Bił ją dotkliwie, gdy nie mógł wyegzekwować należnego w jego mniemaniu posłuszeństwa i uległości. Aż w ową pamiętną noc, gdy próbowała uciec, nakrył ją na tym i próbował zabić, lecz uprzedziła go i zrobiła to pierwsza. Uciekła i znów była wolna, lecz co to była za wolność…



II

Nie wiedziała gdzie się znajduje.
Słońce świeciło już wysoko na niebie, było około południa.
Otworzyła sklejone powieki i rozmazane z początku kształty zaczęły nabierać formy.
Znów usnęłam, pomyślała. Nie powinna była sobie teraz pozwolić na sen, Nie wiadomo na kogo mogła trafić, a czasy były niespokojne. Nie mogła czuć się bezpiecznie, zwłaszcza jeśli znajdowała się w Sothorn. W każdej chwili mogło spotkać ja cos złego, na dodatek nie potrafiłaby się obronić, była na skraju wyczerpania.
Z trudem zwlokła się z konia, aby załatwić swe fizjologiczne potrzeby. Klacz pobiegła od razu skubać trawę, ona także była głodna. Pomyślała, że musi dojechać do jakiejś wioski, może tam uda się jej ukraść coś do jedzenia. Inaczej zemrze z głodu. Weszła w wysoką trawę i skierowała się w stronę krzewów w poszukiwaniu jagód. Kręciło się jej w głowie , obraz przed jej oczyma zamazał się nagle, zrobiło się ciemno. Upadła i zemdlała z wycieńczenia.
Obudziło ja brutalne kopnięcie w udo. Zwinęła się z bólu i otworzyła oczy. Ujrzała brodatego mężczyznę słusznej postury, który szczerzył do niej bezzębne dziąsła. Upił trochę piwa i chlusnął jej nim w twarz, zanosząc się przy tym śmiechem.
- dosyć, Zordis. Ta mała musi być w dobrym stanie, jeśli chcemy ją sprzedać – odezwał się drugi młodszy mężczyzna z blizna na czole i policzku.
Uniosła głowę aby zorientować się w sytuacji. Zobaczyła obładowany mieczami i tandetnymi zbrojami wóz z dwoma końmi oraz jej kasztankę przywiązaną powrozem do siodła jednego ze zwierząt. Dwaj mężczyźni którzy zapewne wieźli ją , by sprzedać jakiemuś draniowi, stanęli na rozdrożu, najwyraźniej zatrzymali się tu na popas. Wiedziała, że droga w prawo prowadzi do małego i plugawego miasteczka Pocks, jedynego w Sothorn, na którego targu można było kupić ludzi, mimo tego, ze handel człowiekiem był zakazany.
- wstań – rozkazał młodszy.
Z trudem uniosła się z twardej ziemi, co gromkim śmiechem skomentował ten nazwany Zordisem.
- chuda i zagłodzona. Brudna i pobita. Dużo za nią nie weźmiemy, jeno szkoda czasu na podróż do miasta. – podszedł do niej i rozgarnął włosy – zawszona. Trudno, nie przystoi nam teraz wybrzydzać, każdy pieniądz cenny. Właź na wóz.
Posłusznie wykonała rozkaz.

Wóz zgodnie z jej domysłami wtoczył się ciężko na prawą drogę, w stronę Pocks. Droga była krótka, lecz dla niej ciągnęła się w nieskończoność. Ból w ciele nie dawał jej spokoju, w żołądku mdliło z głodu. Zordis rzucił jej kawałek chleba, gdyż co chwilę traciła przytomność. Po godzinie widać było mury małego miasteczka położonego na niewielkim wzniesieniu w otoczenia pól i lasów. Strażnica wpuściła ich do środka miasta, koła zaturkotały na brukowanej, nierównej ulicy. Przejechali pomiędzy szarymi domami ,mijając karczmy i burdele oraz najgorszej kategorii rzezimieszków. Z daleka dało się już słyszeć gwar dobiegający z targu zlokalizowanego na dużym placu w samym sercu miasta. Wjechali wśród kolorowe stragany pełne towarów z różnych stron świata .Można było tu kupić wszystko, na co miało się ochotę. Fałszywi czarodzieje sprzedawali tu swoje eliksiry na różne dolegliwości, korzenie mandragory które tak naprawdę nimi nie były i amulety które nie działały. Kowale mieli w swych zasobach pięknie wykute zbroje i miecze których nie można było dostać w żadnym innym mieście, jubilerzy najpiękniejsze kamienie szlachetne i minerały. Baby sprzedawały smakołyki których nie można było dostać w całym Sothorn , kolorowe i pstrokate tkaniny w które stroiły się szlachcianki. Większość pochodziła z kradzieży , lecz odważnych do kupna nie brakowało, ludzie zjeżdżali tu z różnych stron, także aby kupić niewolnika, często dziewczynkę lub młodzieńca do pracy na roli.
Zatrzymali się na samym końcu targu. Bliznowaty ściągnął plandekę z wozu i odsłonił własnego wyrobu miecze i zbroje i kazał jej usiąść obok oręża. Zordis zniknął miedzy ludźmi by popytać o kupców na broń. Mogli je przecież sprzedać innym sprzedawcom po niższej cenie, i nie musieliby tu wystawać godzinami.
Rozejrzała się wokoło. Obok stało jeszcze kilka wozów a na nich siedzieli mali chłopcy i dziewczynki , niektórzy tak jak ona brudni i poobijani. Wszyscy oni mieli smutne spojrzenie i beznadziejne widoki na przyszłość, bowiem wszyscy mieli zostać sprzedani. Prawo zakazywało handlu ludźmi, a ci tutaj pluli na nie.
Wokoło kręcili się ludzie, patrząc na nią bezinteresownie, czasami z obrzydzeniem. Pamiętała te spojrzenia i nienawidziła ich. Ciekawiło ją, komu teraz trafi się szansa kupienia jej, kto tym razem będzie ją poniżał i znęcał się nad nią. Nie miała szczęścia w życiu, była więc jak najgorszej myśli. Już drugi raz miała zostać sprzedana. Ironia losu? Czy szczególny pech? Zaśmiała się w duszy , to wszystko zaczynało ją śmieszyć. Patrzyła na kręcących się ludzi ironicznie i z taką pogardą z jaką oni przyglądali się jej. Jej wzrok zatrzymał się na młodym mężczyźnie siedzącym na karym koniu .Zwróciła uwagę, iż od dłuższej chwili bacznie ją obserwował, a gdy ich spojrzenia spotkały się, na ustach zagościł mu szelmowski uśmiech.
Skierował konia w jej stronę i podjechał do układającego miecze bliznowatego. Ten obrócił się i spojrzał po bogato ubranym jegomościu na dużym i pięknym wierzchowcu.
- Ile za nią chcesz? – zapytał mężczyzna.
- dwieście koron – odparł bliznowaty i spojrzał na jego twarz niepewnie ,czy aby nie skrzywił się na zbyt wysoką cenę.
Poczuła jak serce zaczyna tłuc się w jej piersi. Chciał ją kupić! Koszmar miał zacząć się od nowa…
Ten nie wyglądał jednak na pozbawionego uczuć barbarzyńcę. Miał swobodnie opadające na ramiona włosy koloru ciemnej słomy, zielone oczy osadzone na dość przystojnej twarzy z kilkudniowym zarostem. Widniała na niej także cienka blizna ciągnąca się od skroni poprzez policzek i kończąca przy ustach. O dziwo, blizna ta wcale go nie oszpecała lecz dodawała jeszcze większego uroku jego osobie. Ubrany był w czarny wams na którym srebrną nicią wyszyty był jeleń i spodnie z cielęcej skóry. Ręce skrywały skórzane czarne rękawice nabijane ćwiekami a ciężko okute buty wykonane ze skóry błotnego węża musiały kosztować mnóstwo pieniędzy. Na plecach uczepioną miał pochwę na miecz zdobioną małymi okrągłymi rubinami. Musiał być bogaty. Lecz co taki ktoś robił w położonym na odludziu parszywym miasteczku?
Jegomość sięgnął po sakwę, odliczył dwieście koron i wręczył kupcowi.
- miała jeszcze konia, koń za sześćdziesiąt – rzekł beznamiętnie bliznowaty patrząc łapczywie na pełną sakiewkę. Gdybyśmy mieli okazję spotkać go na leśnej drodze obłowilibyśmy się, pomyślał.
Mężczyzna znów sięgnął do sakwy i dał mu garść pieniędzy.
- wsiadaj – rzekł do dziewczyny i wskazał na kasztankę. Odwiązała zwierzę od siodła konia Zordisa i wskoczyła na jego grzbiet. Przejechali wzdłuż targu, by znaleźć się na brudnych ulicach Pocks. Przez cały ten czas ani razu na nią nie popatrzył, ani nie odezwał się słowem. Gdy wyjechali z miasta, obrócił głowę i spojrzał pogardliwie na okalające go mury.- paskudna dziura na jeszcze gorszym zadupiu – rzekł i splunął gorzko – ale tylko tutaj można kupić wszystko, czego dusza zapragnie.
Natknął się na jej wzrok, wystraszony i nie rozumiejący.
- jesteś głodna?
Skinęła twierdząco głową.
Wyjął z torby kawałek chleba i jabłko i podał jej. Jadła łapczywie, krztusząc się i mlaskając głośno.
- widać, że dawno nie miałaś nic w gębie. A wyglądasz bodajże jak zjawa! Dziw, że jeszcze trzymasz się w siodle.
Przemknęła tylko po nim wzrokiem, wpychając sobie do ust skórkę z chleba.
- cóż to, nie umiesz mówić?
Zaprzeczyła ruchem głowy.
- więc mogłabyś li odpowiedzieć a nie jeno kręcić łbem – jego głos stał się nagle zimny jak stal. Dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa.
- więc jak się zwiesz? – zapytał.
- Yilyo – wyszeptała z trudem.
- tak lepiej – jego usta wykrzywiły się w uśmiechu. – bądź posłuszna a nie będzie ci źle. Ale naucz się, że jak pytam to żądam odpowiedzi . Bodajże po to zadaje się pytania, prawda?
- tak.
- skąd jesteś?
- nie wiem. Wychowałam się w Norrth , w świątyni światła niedaleko Kardo.
- czyli nie znasz swych prawdziwych korzeni?
- nie znam. Nie poznałam nigdy moich rodziców, jestem znajdą.
- trudny musiałaś wieść żywot jeśli znalazłaś się w tej norze, Pocks. Gdzieżby pożarna panienka włóczyła się po takim zadupiu jak lasy graniczne Sothornu. Ja sam jestem Sothornlingiem.Służe w wojsku króla Azdiira . Mieszkam w Caras i tam też jedziemy.
- mieszkasz, panie, w Caras? Toż to piękne miasto!
- tak, mieszkam tam. Nazywam się Achel. Jestem jednym z dowódców w sothornskim wojsku, ćwiczę także przyszłych żołnierzy, przygotowuje ich do walki.- powiedział i zwrócił ku niej swe zielone oczy. – droga do Caras potrwa około dwóch dni, na dodatek nie jest bezpieczna. Wojska sartgardzke znów wjechały do Sothorn od strony Lavr , są więc niedaleko. Do Caras jednak nie zbliżą się powsinogi parszywe, dyć to miasto pilnowane jest jak smoczy skarb! Lecz zanim dojedziemy na miejsce musimy mieć oczy szeroko otwarte.
Spojrzała na rękojeść miecza wystająca z pochwy zawieszonej na plecach. Była zdobiona złotymi i srebrnymi ornamentami przetykanymi kawałkami pięknie szlifowanych szmaragdów. Była to piękna jubilerska robota. Musiał być dobrym wojownikiem. Byle kto nie nosił takiego oręża.
- ile masz lat? – zapytał nagle.
- chyba szesnaście.
- chyba? – zaśmiał się.
- raczej tak. Na pewno.
- teraz trudno byłoby mi określić ile masz wiosen, gdy umyjesz się będę mógł cię jakoś określić. Wiesz, wzbudziłaś moją ciekawość na targu. Wszystkie te sierotki siedziały jakby czekając na skazanie, a ty pogardliwym wzrokiem mierzyłaś wszystkich dookoła. Dlatego właśnie zapłaciłem za Ciebie, a na dodatek w mym domu nie ma nikogo kto mógłby mi pomóc. Gdy będziemy na miejscu opowiesz mi co działo się z tobą przez ostatnie dni, czuję, że będzie to ciekawa historia.


III

Caras widniało już z oddali, ogromne i wspaniałe otoczone wysokim murem obronnym z dużą ilością wieżyczek strzelniczych w których czuwali najlepsi łucznicy Sothornu. To wielkie miasto, cel wielu kupców i podróżników było zarazem stolicą tego państwa, świetnego i potężnego, na dodatek nigdy jeszcze nie zdobytego. Sothornska armia była niepokonana. Niedaleko, poza miastem wznosił się wspaniały , budzący respekt u obcych zamek pięknej budowy z mnóstwem iglic i krużganków. Zamieszkiwał tam młody król Azdiir, dobry i waleczny władca, syn słynnego króla w całym świecie Andartesa .Azdiir został królem zaledwie rok temu, po śmierci swego ojca, co natychmiast wykorzystał Sartgard wypowiadając wojnę. Kailnh czekał tylko na zmianę władzy w sąsiednim królestwie, gdyż zza życia król Andartes był niepokonany, i nie przegrał jeszcze żadnej wojny i tym właśnie się wsławił. Ziemie Sothornu były cennym łupem dla każdego który odważył się na ich zdobycie. Krainy te były bowiem bogate w surowce naturalne, lasy ciągnęły się kilometrami a krasnoludzkie banki i kopalnie pracowały bez zarzutu. Kraj ten od kilku pokoleń bronił się dzielnie przed najeźdźcą mimo liczebności i siły wroga. Gdyż Sartgard nigdy przedtem nie miał tak licznej i silnej armii.
U bramy stało sześciu strażników. Jeden z nich rozpoznał Achela.
- witaj, przyjacielu. Przynosisz może jakieś wieści?
- witaj Doecer – rzekł pospiesznie.- od strony Lavr wjechała niewielka grupa żołnierzy stargardzkich jakieś dwa dni temu. Jest ich może ze trzystu więc nie ma się czym martwić .Mało ich, można by ich rozgromić. Trza mi jednak biec do króla z tą wieścią.
- tak, te psy kudłate trzeba nauczyć porządku, bodajże każdym sposobem. Toż to zaraza prawdziwa z nimi – ryknął strażnik zwany Doecer. Przeniósł wzrok z Achela na Yilyo siedzącą cicho na swym brązowym koniku.
- a któż to, jeśli spytać można?
- przyjaciółka – odparł Achel uśmiechając się zalotnie do dziewczyny po czym wjechał przez bramę na brukowane i równe uliczki Caras. Miasto było czyste i zadbane. Kamienice i domy pomalowane były ze smakiem, zdobione gargulcami i figurami bogów. Było duszno i hałaśliwie lecz miasto miało swój urok, który sprawiał, że żal było opuszczać jego mury. Mimo tego, że każda uliczka była prawie identyczna jak pozostałe, było tu naprawdę ładnie. Małe placyki z fontannami służyły jako teren zabaw dziecięcych i miejsce pogaduszek , były także małe zadrzewione ogródki z ławkami, gdzie można było wypocząć. Co chwilę mijali to burdel , to karczmę, lecz każda była zadbana i podawano w nich pyszną strawę. W najpiękniejszym chyba zakątku miasta znajdowała się świątynia bogini zwycięstwa – Damidei, wzniesiona na cześć niepodległości Sothornu. Jedyną skazą Caras była duża liczba żebraków i drobnych rzezimieszków którzy ściągali tu ze wszystkich stron z myślą, że w tak bogatym mieście można się dobrze obłowić.
Jechali uliczką pomiędzy wystawnymi budynkami i ogromnymi domami przypominającymi pałacyki. Na pierwszy rzut oka widać było, iż zamieszkuje tu bogatsza część mieszkańców. Uliczka kończyła się ślepo, bodaj na jej końcu stała mosiężna brama chroniąca dostępu do czyjegoś domu. Achel zeskoczył z konia przed ta właśnie bramą, Yilyo zrobiła więc to samo. Wyciągnął klucz i otworzył ciężka bramę pchając ją bez wysiłku.
Oczom jej ukazało się dość duże podwórze z kamienną posadzką. Po prawej stronie stał piętrowy dom z łuszczącym się tynkiem, po lewej mała stajnia na nie więcej niż trzy konie. Naprzeciwko bramy znajdował się malutka zbrojownia i kuźnia w której Achel sam wykuwał miecze.
Chwycił lejce konia Yilyo i zaprowadził go do stajni wraz ze swoim wierzchowcem, pojąc i sypiąc owsa do toreb. Po chwili wrócił z tobołami które odczepił od siodeł. Wyciągnął kolejny klucz i otworzył drzwi wejściowe do domu. Wkroczył w ciemną sień, Yilyo podążyła za nim. Zapalił świece w świeczniku i zaniósł go do pomieszczenia które służyło za jadalnię i pokój dzienny zarazem. Usiadł na drewnianym stołku i położył nogi na stole, wzdychając przy tym głośno. Yilyo stała obok niego nie wiedząc co ma zrobić.
- podejdź tu – powiedział do niej, ratując ją z głupiej sytuacji. – i usiądź.
Podeszła bliżej lecz nie usiadła.
- wiesz, teraz kiedy już jestem w ścianach swego domu zastanawiam się co z tobą zrobić. Tak naprawdę nie jesteś mi do niczego potrzebna – stwierdził i spojrzał na Yilyo która pobladła na twarzy słysząc te słowa.
- kupiłem cię tylko dlatego, że byłaś inna niż wszystkie te biedne istoty wystawione na sprzedaż jak koraliki dla elegantek. Więc może powinienem cię puścić wolno? Hmn? Sam nie wiem, cóż, czasami mam dziwne zachcianki, ty byłaś jedną z nich. – znów na nią spojrzał i zobaczył strach w jej niebieskich oczach.- nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Nie znasz mnie jednak, dowiedz się więc , że okrutny ze mnie człowiek, i nie robie wyjątku dla kobiet, traktuję je tak jak na to zasługują. Ale ich nie zabijam. Jeśli chcesz tu zostać musisz zaakceptować mój trudny charakter i choć trochę ze mną wytrzymywać. Ostrzegam, że nie będzie łatwo.
Kiwnęła twierdząco głową na znak, że rozumie i akceptuje jego słowa. Był dziwny i tajemniczy lecz wolała takie towarzystwo niźli tułaczkę po lasach.
- dobrze, cieszę się, że rozumiesz – rzekł i objął ją wzrokiem.
Wyglądała okropnie. Była brudna na twarzy, miała poobijane nogi i poranione dłonie, rozcięty policzek. Włosy jej, długie do pasa były jednym wielkim zlepkiem błota a po poszczególnych pasmach można było wywnioskować, iż były mysiego koloru poprzetykane blond pasmami .Niebieskie oczy były bardzo jasne jak u elfki, lekko okrągłe i otoczone wachlarzem ciemnych rzęs. Twarz miała drobną, trójkątną z małym prostym noskiem i dużymi bladymi ustami .To właśnie na jej usta Achel zwrócił szczególna uwagę. Nawet porozcinane i spierzchnięte były bardzo zmysłowe. Za bardzo. Jej ciało było bardzo szczupłe, wręcz wychudzone, musiała długo głodować. Małe piersi ledwie zarysowywały się pod cienkim płaszczem.
Zastanawiała się czemu tak się przygląda jej sylwetce. Wbijał w nią swe jadowicie zielone oczy i krążył nimi po całym ciele. Dziwnie się poczuła.
Nagle wstał.- chodź, pokażę ci resztę mego przybytku. Musisz się przecież umyć a łaźnię mam na piętrze - wszedł w długi korytarz zakończony stromymi drewnianymi schodami. Zaskrzypiały pod ciężarem jego ciała gdy wychodził po nich na górę , a tuz za nim szła Yilyo .Otworzył drzwi na prawo i pokazał jej niewielką komnatę z dużym łóżkiem i komodą.- to mój pokój, więc nie wchodź tutaj bez pytania.
Następne pomieszczenie także okazało się małą komnatką z takim samym łóżkiem ,szafą i komódką z lustrem. Na podłodze dodatkowo leżał dywan a na ścianie powieszona była kolorowy gobelin.
-To będzie twój pokój – powiedział i przeszedł na koniec korytarza.
Ostatnia była przestronna łaźnia wysadzana ceramicznymi płytkami z dwoma baliami na środku, w tym jedną ogromna jak na kilka osób. W rogu stała mała szafka na ręczniki i różne wonności służące do kąpieli, obok stał mały czerpak.
- Tu będziesz mogła się umyć-rzekł wskazując jej kadź. Zamknął drzwi i zeszedł na dół, pobiegła za nim.
- to cały mój dom. Prawie ciągle stoi pusty. A tu będziesz mogła gotować-wskazał jej małą kuchenkę w rogu jadalni.- a teraz idź się obmyć.- powiedział szybko i wyszedł na podwórze kierując się do kuźni.
Do małej kadzi nalała chłodnej wody, wlewając do niej coś co pachniało jak róże i truskawki. Zsunęła z ciała brudną i podarta opończę i zanurzyła się w przyjemnej wodzie. Była wniebowzięta ,tak dawno nie zaznała nic tak wspaniałego jak kąpiel. Czując jak cały brud spływa z jej ciała odzyskiwała dobry humor.
Gdy wyszła z wody zauważyła , że nie ma co na siebie włożyć. Na myśl o ponownym założeniu płaszczyka poczuła obrzydzenie. Owinęła się więc ręcznikiem i wyszła z łaźni. Drzwi od komnaty Achela były otwarte, podeszła więc by zobaczyć czy tam jest. Stał nad biurkiem przeglądając mapy. Kątem oka zauważył, że przyszła ;uniósł więc wzrok by zobaczyć czego chce. Oniemiał. Stała tak w progu, bosa, owinięta białą małą szmatką, z mokrymi włosami które dopiero teraz odzyskały swój kolor i blask. Twarz jej, gdy pozbyła się z niej brudu i zakrzepłej krwi była wcale ładna.
- nie mam się w co ubrać.
Otrząsnął się i powiedział – prawda to. Na śmierć zapomniałem. – otworzył drzwiczki od komódki i wyciągnął z niej biała lnianą koszulę, sznurowaną na piersi.- ubierz to, jutro ci cos kupię.
Rozpalił w kominku w jadalni , Yilyo krzątała się przy kuchence. Cieszyła się, że świątyni nauczyła się chociaż gotować, inaczej czułaby się kompletnie nie przydatna. Wróciła z garnkiem pełnym strawy i postawiła go na drewnianym blacie dużego stołu stojącego pośrodku pomieszczenia. Zjedli w milczeniu po czym wyłożył się na wielkiej niedźwiedziej skórze i popijał piwo z dużej stągiewki. Nie miał Yilyo w zasięgu wzroku ale wiedział, że była w tym pomieszczeniu.
- podejdź tutaj - powiedział.
Usłyszał odgłos bosych stóp na posadzce i ujrzał ją w jego koszuli.
- usiądź- rzekł, przewracając się na bok i podpierając głowę dłońmi.
Usiadła na miękkiej skórze i blask ognia z kominka zagrał refleksami na jej włosach. Poczuł zapach truskawek i róż. Pachnidła, które przywiózł kiedyś z Ailo wreszcie się przydały, pomyślał i zaśmiał się w duszy.
- jeśli chcesz nalej sobie piwa - rzekł i wskazał na stojącą w rogu beczułkę.
- naprawdę? – zapytała zaskoczona. Nie spodziewała się, że będzie ja tak dobrze traktował. Nalała więc złocistego płynu do glinianego garnczka i usiadła blisko niego. Pomyślał, że za blisko.
- opowiedz mi, co się z tobą działo do czasu, gdy się tu znalazłaś.
- to długa historia – odparła – i bardzo zawiła, aczkolwiek nic w niej do dziwowania się.
Długo opowiadała a on słuchał jej uważnie, błądząc wzrokiem po jej ciele które prześwitywało przez cienki materiał na tle kominka. Gdy skończyła, nalał jej już którąś z kolei stągiewkę ociekającą pianą.
- zaiste ciekawa była to historia, iście do opisania.
- chciałabym aby li zakończyła się co najmniej dobrze.
- czas pokaże, Yilyo. Wiesz, polubiłem cię.


Rozdział drugi

Nauka pokory.

Dwa dni później nie mogła się rozpoznać. Miała na sobie białą bluzkę z falbanami i niebieską prosta spódnicę zakończoną fantazyjną koronką. Na nogach jej widniały wykonane z drogiego materiału czarne pantofelki na niewielkim obcasie. Dodatkowo, na stole leżał piękny damski wams z wyhaftowanym na nim smokiem, obok stały wysokie pod kolano sznurowane buty. Na podłodze leżała pochwa na miecz wykonana z brązowej koźlej skóry, podeszła i podniosła ją, wyciągający piękny pół torowy miecz z rękojeścią zdobioną bursztynem i srebrem i klingą z zachwycającym ornamentem na całej jej długości. Westchnęła z zachwytu, czegoś tak ślicznego dawno już nie widziała. Piękna kowalska robota. Ten miecz musiał kosztować mnóstwo pieniędzy, pomyślała. Lecz po kiego diabła Achel kupił jej rzecz którą nie potrafi się posługiwać? Czyżby była to jakaś aluzja? Odłożyła miecz na miejsce i jeszcze raz przejrzała się w małym lustrze stojącym na komódce. Westchnęła z zachwytu, w2idziała bowiem całkiem inną osobę, niż tą która była jeszcze dwa dni temu. Achel miał dobry gust jeśli chodziło o damski strój, sam także ubierał się ze smakiem i według panującej mody.
Dużo myślała o nim i o swojej obecnej sytuacji, zastanawiając się jaką rolę odegra w życiu Achela. Nie rozumiała po co pozwolił jej zostać, skoro tak naprawdę nie była mu w niczym potrzebna, nie miał z niej także żadnego pożytku. Przez dwa dni które spędziła w jego domu nie kazał jej nic, oprócz gotowania posiłków. Ani razu także jej nie dotknął. Nawet przypadkowo.
Całe dnie spędzał poza domem, wracał późnym wieczorem lub nocą i do rana studiował mapy rozłożone na jego sekretarzyku. Wiedziała tylko, że pomaga królowi opracowywać taktykę wojenną na wypadek najazdu na Caras, w końcu znał się na tym doskonale. Dziwiło ją tylko to, iż nie działa w czynnej służbie.
Siedziała więc sama w dużym pustym domu i rozmyślała nad wszystkim co wydarzyło się w przeciągu ostatnich dni, i jak bardzo zmieniło się jej położenie. Co dziwne było także dla nie, nie chciała stąd odchodzić, nie myślała o ucieczce. Było jej tu dobrze, miała dach nad głową i jedzenie, nikt nie znęcał się nad nią, nikt jej nie rozkazywał. Achel także nie martwił się o to, że zniknie, nie zamykał jej wcale, dawał wolną rękę.
On był dziwny. Skryty, zamknięty w sobie i małomówny. Często mówił przenośniami, nie zawsze potrafiła zrozumieć znaczenia jego słów. Czasem przypatrywał się jej godzinami z dziwnym uśmiechem, innym razem traktował ją jak powietrze, przechodząc obojętnie i zauważając dopiero wtedy gdy czegoś od niej chciał, a i to zdarzało się rzadko. Przez te dwa dni bywały chwile , gdy bała się odezwać, On był dla niej wielką zagadką toteż nie wiedziała jak zareaguje na poszczególne słowa. Wolała nie kusić losu, Achel ostrzegał ją, że jest wybuchowy i porywczy , czasem na najmniejszą głupotę potrafił zareagować ostrym gniewem.
Wszedł do domu , drzwi trzasnęły głośno. Zerwała się z drewnianego stołka i stała tak nasłuchując jego kroków na schodach. Otworzyły się drzwi jej komnaty i w progu stanął on. Zlustrował ją wzrokiem od stóp do głów i uśmiechnął się.- cóż, trza mi stwierdzić , że jesteś teraz całkiem inną osobą, niż kilka dni temu. Aż dziw bierze!
Odwzajemniła uśmiech.- dziękuję za te słowa, ja też się sobie podobam. Ale jednego nie pojmuję… po cóż ten wspaniale zdobiony miecz? Dyć ja nie potrafię nim władać…Choć zawsze chciałam się nauczyć tej sztuki.
- naprawdę? Chciałaś?- zapytał z niekrytą ciekawością.- Cóż, mogę tylko powiedzieć, że dobrze trafiłem. Mam bowiem zamiar uczyć cię fechtunku. Po to właśnie ten miecz, mam nadzieję, że ci się podoba.
Rozpromieniła się na twarzy.- naprawdę? Będę się uczyć? Toż to wspaniała nowina, dziękuję, będę wdzięczna…
- nie masz być wdzięczna. Jeśli chcesz abym cię szkolił masz być całkowicie posłuszna podczas treningu. Gdy walczę lub ćwiczę nie ręczę za siebie, jestem także bardzo niecierpliwy. I bardzo wymagający. Będziesz musiała więc trochę pocierpieć ale gdy zobaczysz efekty będziesz wiedziała, że było warto. Nie będę cię oszczędzać, musisz to sobie wziąć do serca. Zrozumiałaś?
Skinęła głową .
- do Solstycjum winnaś dobrze władać mieczem.
- do Solstycjum? Przecie to tylko dwa miesiące, nie dam rady…ja nig…
- dasz, dasz Chyba, że tchórzysz? – przerwał jej .
- nie.
- pamiętaj, musisz być zdecydowana i twarda. Przez większość życia trenowałem sothornskie wojska znam się więc na rzeczy i mam najlepsze doświadczenie.
-będę miała więc najlepszego nauczyciela – odparła zadowolona.
- jednego z najlepszych, powiem nieskromnie. Lecz jeśli chcesz abym cię ćwiczył wpierw przestań bać się mnie samego. Widzę przecie strach w twoich oczach gdy patrzysz na mnie. Zacznij mówić to co myślisz. To rozkaz.
- dobrze więc… powiem więc teraz to co siedziało we mnie już od jakiegoś czasu – powiedziała, a oczy jej zwęziły się groźnie.- nie jesteś i nigdy nie będziesz moim panem, handel ludźmi jest zakazany przez prawo, oficjalnie więc jestem tu z własnej woli.- spojrzała na niego, oczekując jak najgorszej reakcji z jego strony. Wbrew jej oczekiwaniom Achel stał ze zdumionym wyrazem twarzy a po kilku sekundach roześmiał się szczerze i serdecznie.
- złotko…jesteś tu z własnej woli, bowiem nie trzymam cię tu siłą, i do niczego nie zmuszam, niczego nie wymagam. Masz wolną wolę- powiedział to tak spokojnym głosem, iż zmieszała się.
- dobrze więc, ale mam jeszcze jedno pytanie: jeśli nie jestem tu z przymusu , po cóż pozwalasz mi tu zostać?
- wiesz czemu. Bo cię lubię. Coraz bardziej.

II

Zbiegła ze schodów z jednym butem na nodze, drugiego dzierżyła w rękach. Achel stał na dole i patrzył na nią bez zrozumienia, dziwiąc się co ona wydziwia. Rzuciła ze złością butem który przeleciał przez cały przedsionek.
- kurwa! – wrzasnęła - nawet ze sznurowaniem sobie nie radzę, a ty chcesz uczyć mnie miecza?
Achel zaśmiał się głośno, kręcąc przy tym głową z politowaniem.
- jesteś niesamowita. A gdzież twój oręż?
- szlag –zaklęła i wróciła się na górę po swój nowy miecz. Achel zanosił się śmiechem.
Odnalazła buta i ponownie spróbowała go zasznurować.
- pomogę ci –rzekł widząc jak walczyła ze sznurowadłami. Ukląkł i doprowadził but do porządku.- dobrze-powiedział –teraz możemy zacząć naukę.
Wyszli na podwórze.
- dobrze, pokaż co potrafisz –Yilyo zamachała mu ostrzem przed nosem. Jednym ruchem wytrącił jej miecz z dłoni, odskoczyła wystraszona i spojrzała na niego. Uśmiechnął się złośliwie.
- psia mać, odkroiłbyś mi rękę!
- nigdy nie bądź pewna siebie, zapamiętaj. I powtarzam ci, że masz być posłuszna –powiedział i jego zielone oczy zrobiły się złe i zimne. Zamierzył się na nią i zatrzymał ostrze tuz nad jej głową. –musisz wyćwiczyć refleks, dojść do takiej perfekcji, iż podniesiesz wytrącony miecz w ułamku sekundy. A najlepiej jak zrobisz tak, aby nikt nie mógł ci go wytrącić.
Chwyciła za rękojeść i podniosła miecz z posadzki.
Znów się na nią zamachnął, sparowała cios, lecz siła jego uderzenia przewróciła ją, upadła.
- wstawaj! -to co zrobiłaś nazywa się sparowaniem.-głos jego brzmiał ostro i nieprzyjemnie, twarz miała kamienny wyraz, oczy błyszczały stalą.
Podniosła się i splunęła gorzko.
- jeszcze zobaczymy –rzekła i zaatakowała ze złością. Odbił klingę i odskoczył po czym zamierzył się na nią.- parada! –wrzasnął.
Uderzyła po ukośnej paradzie, ich ostrza szczęknęły w uderzeniu. Jej klinga ześlizgnęła się po jego mieczu, wykorzystał to, zwalił ją z nóg tępym uderzeniem miecza, po czym oddalił się na kilka kroków.
- jeżeli będzie targać tobą złość, nigdy nie wygrasz nigdy. Musisz nauczyć się walczyć rozumem, nie sercem. Opanuj uczucia, zawładnij mieczem i walcz.
- nie mogę, to moja pierwsza lekcja, nic nie potrafię!
- powiedziałem, jestem wymagający, musisz się przyzwyczaić. Wstawaj!
Zebrała się z ziemi, dysząc ciężko i złorzecząc w myślach. Walnęła z półobrotu lecz odbił klingę.
- niech cię diabli Achel!
- ciebie też –syknął i zamachnął się po ukosie. Zrobiła unik i uskoczyła w lewo lecz ponownie zdążył jej wytrącić miecz z ręki. Chwyciła go szybko i z całej siły zamierzyła się na Achela , lecz ten tylko odsunął się w bok, upadła ponownie na kamienną posadzkę podwórza. Targnął nią ból w kolanie lecz podniosła się dzielnie i znów zaatakowała. Zrobił szybki unik, znów upadła. Zawyła z złości i wstała powoli, dysząc wściekle.
- nie dość ci? Dopóki nie opanujesz złości nie wygrasz, a następnym razem gdy będziesz machać mieczem bez opamiętania, rozchlastam ci rękę, trzymaj więc nerwy na wodzy! I naucz się dobrze obracać nadgarstkiem, twoja dłoń nie może być drewniana. A przede wszystkim słuchaj tego co mówię. Inaczej możesz się wynosić.
Zdumiały ja te słowa. Czyżby naprawdę był gotów wyrzucić ją za nieposłuszność Wojskowa dyscyplina dała się mu we znaki, pomyślała i zachichotała pod nosem, ale i tak zatrzęsło nią ze złości. Z krzykiem walnęła z ukosu, potem na wprost i z półobrotu, lecz odbił każde uderzenie.
- nienawidzę cię! -krzyczała i uderzała raz po raz.
Obrócił miecz e ręce i uderzył ją rękojeścią w klatkę piersiową, upadła i zwinęła się z bólu, nie mogąc złapać oddechu. Stanął nad nią i rzucił swój miecz pod jej nogi, po czym odszedł.
Po kilku minutach ciężko zebrała się z ziemi i z trudem stanęła na nogach. Weszła w półmrok sieni i oparła obolałe ciało o framugę drzwi. Zrobiło się jej niedobrze, obraz zawirował przed oczyma, upadła zemdlona.

Gdy otworzyła oczy, stwierdziła, że nadal leży w miejscu w którym zemdlała. Poczuła bezgraniczną złość na Achela, bowiem nie przejął się jej stanem, mógł przecież ją zabić, była delikatna a takie uderzenie mogło wywołać krwotok. Nie pomógł jej jednak, nie zaniósł do komnaty, zostawił. Był bez serca; zły, podły, nieobliczalny zimny człowiek, pomyślała.
Powoli, Trzymając się drzwi, wstała i wyszła po schodach na górę, udając się do swojego pokoiku. Rzuciła się na łóżko, wymyślając na Achela najgorsze przekleństwa jakie tylko przychodziły jej do głowy.
- chędożony wieprz, sukins…
-Zrezygnowałaś już? –przerwał jej nagle.
Nie usłyszała jak przyszedł. Zerwała się szybko z łóżka mimo bólu w piersiach, i spojrzała na niego. Stał w wejściu jak gdyby nigdy nic, u dłoni wisiał mu miecz.
- nie -odrzekła cicho i odwróciła od niego głowę.
- na to liczyłem. Przyznasz szczerze , że jak na pierwszą lekcję szło ci dobrze, robisz uniki i ścinasz, z fintą gorzej ale się nauczysz. Ale jesteś powolna i przeciwnik może zaskoczyć cię tępym uderzeniem takim jak ja właśnie. Wiem, że to bolało, ale musisz przyzwyczajać się do bólu.
- już dawno się przyzwyczaiłam –odburknęła. Spojrzała na niego z żalem i powiedziała –mogłeś mnie zabić.
- daj spokój, gdybym chciał cię zabić, zrobiłbym to.
- bodajże twierdziłeś, że nie zabijasz kobiet.
- to prawda, jednak ty denerwujesz mnie tak bardzo , iż zrobiłbym dla ciebie mały wyjątek –rzekł ze uśmiechem na ustach.
Przyjrzała mu się, uśmiechniętemu i nie mogła go rozpoznać. Jak bardzo zmieniała się jego twarz gdy walczył, jak zimne i nieczułe stawały się jego przymrużone wtedy oczy, jak cięty język, zaciśnięte usta i ciało sprężone jak do skoku.
- nie myśl, że będę cię przepraszał. Ostrzegałem cię, że jestem ostry i nie będę cię oszczędzał. Traktuję cię tak jak żołnierzy których szkoliłem. Nie robi mi żadnej różnicy, że jesteś dziewczyną, masz walczyć tylko to się liczy. Więc zbieraj dupsko na podwórze.

III

Powiedzieć, że była wyczerpana to mało. Leżała na posadzce prawie bez oddechu.
- to dopiero drugi miesiąc ćwiczeń a ty ledwie się ruszasz! –warknął –wstań i walcz! Kurwa, natychmiast!!!
Podniosła się powolnie i stanęła naprzeciwko niego kręcąc młynka mieczem. Zamachnęła się na niego z półpiruetu, ostrze spadło ze świstem na miecz Achela i ześlizgnęło się.
- źle! Za ostro , bez taktyki! To walka, Yilyo, możesz zginąć, więc naucz się bronić. Na dodatek musisz walczyć z o wiele od ciebie silniejszym, Skoncentruj się więc na tym co robisz!
Zawirowała i środkiem klingi walnęła w jego rękojeść, odskoczyła szybko.
- prawie udało ci się odciąć mi dłoń, wspaniale -rzekł z ironią.
Uderzyła górna kwartą, lecz sparował cios i zrobił krok w tył, zamachnęła się więc szeroko, ostrze przecięło tylko powietrze a ona okręciła się wokoło i Achel zmylił ja lekka fintą , upadła na kolano. Zerwała się w okamgnieniu lecz nie zdążyła już sparować ciosu, ciął ją w skroń, lekko aczkolwiek boleśnie. Po twarzy spłynęła krew.
Doskoczył do niej i dotknął jej skroni, otarł krew rękawem. Dreszcz targnął jej ciałem, bowiem dotykał jej po raz pierwszy w życiu, nigdy przedtem ich ciała nie zetknęły się, nawet w walce. Spojrzała na niego uważnie, jego twarz była skupiona, brwi zmarszczone.
Wystraszył się, pomyślała. Na pewno wystraszył się, że zrobił jej krzywdę.
- trza obmyć ranę wodą, to nic wielkiego, tylko wyglądało groźnie. –podniósł na nią wzrok i zauważył, że bacznie się mu przygląda.-czegóż się tak gapisz? –warknął.
- nie…nic…
- chodź, obmyję ci ranę.
Zaprowadził ją do domu, gdzie zajął się jej skronią.
- nasmaruję ci ranę maścią którą dostałem od znajomej czarodziejki, powinna bardzo szybko się zgoić, nie będzie nawet po niej śladu, to nie jest zwykła maść, lecz magiczna. Potem wracamy do treningu.
- będziemy jeszcze ćwiczyć? –jęknęła żałośnie –nie mam już siły.
- zamknij się! jeżeli powiedziałem ,że będziemy ćwiczyć to chyba jasno się wyraziłem? hmn? –jego oczy zwęziły się niebezpiecznie.
-dobrze, chodźmy więc.
Była już bardzo zmęczona lecz wiedziała, że musi być posłuszna jeśli chce zagrzać tu miejsca. Zwlekła się więc po schodach za Achelem i Chwyciła miecz leżący w sieni. Wyszli razem na podwórze i zaczęli swój codzienny taniec. Wymieniali ciosy, Yilyo nie radziła sobie jednak z parowaniem mocnych uderzeń, które czasami odrzucały ją do tyłu. Zrobiła fintę i znów za bardzo poniosło ją na bok.
- źle! –krzyknął Achel –znowu , kurwa, źle!!! Ile razy mam powtarzać jak robi się prawidłową fintę?! Gdy ktoś unosi miecz do ciosu, nie uchylaj się zbyt mocno, możesz wtedy stracić równowagę i ktoś rozpłata ci łeb! Teraz dobrze! Parada! Parada, mówiłem, zasłoń się, psia mać! dosyć!
Opuścił miecz zrezygnowany.-chodź, pokaże ci jak to się robi –stanął za nią i ujął jej dłonie w swoje, pokazując prawidłowy wymach, a potem lekką fintę. Jej ciałem targnął ten sam dreszcz, dziwny i wibrujący ,cholernie przyjemny, którego doznała gdy obmywał jej ranę na głowie. Zamknęła oczy i pozwoliła by Achel kierował jej ciałem, gdy pokazywał jej poprawną figurę.
- Yilyo! Wróć na ziemię, do cholery! Masz być skupiona, czy nie rozumiesz? –szarpnął nią wybijając z miłego letargu.
- dobrze już, przepraszam. Po prostu jestem zmęczona -odparła rozeźlona, że wyprowadził ją z błogostanu.
- nie pozwalam ci być zmęczoną, masz się skoncentrować a twój miecz ma być przedłużeniem twego przedramienia!
- nie mogę, nie mam już siły!...
Nie mógł opanować złości, uniósł dłoń i uderzył ją w twarz. –chyba zapomniałaś, że masz się podporządkować?
Chwyciła sięga policzek i zasyczała nienawistnie –teraz na pewno nie będę walczyć! Wsadź sobie w rzyć swój miecz! –wrzasnęła.
- jesteś głupią nieposłuszną dziwką –rzekł spokojnie i zniknął w sieni.

Resztę dnia przesiedział w swej komnacie, Yilyo nie słyszała jednak ani jednego odgłosu dochodzącego stamtąd.
Achel natomiast myślał o Yilyo, o tym jaka był uparta, jak dumnie się sprzeciwiała, z jaką zawziętością walczyła i jak uporczywie próbowała osiągnąć swój cel. Będzie z niej wspaniała wojowniczka, pomyślał, i będzie to moja zasługa. Był pewny, że jeszcze będzie z niej dumny. Ona jeszcze pokaże co potrafi i na co ją stać. Niepotrzebnie ja uderzył.

Otworzył drzwi i zeszedł po schodach na dół.
Siedziała na niedźwiedziej skórze, wpatrzona w nie zapalony kominek. Obok leżał jej miecz. Usłyszała jego kroki, obróciła się i spojrzała na niego spode łba. Stał z zaciętą miną i udawał poważnego, choć tak naprawdę błagał, aby się nie roześmiać. Yilyo wyglądała bowiem jak nadąsane dziecko.
- stawaj. Pójdziemy coś zjeść, w Caras jest kilka naprawdę dobrych karczm.
Podniosła się z niedźwiedzia, poprawiła zgniłozielony kubrak i pas, które kupił jej niedawno.
- pójdźmy więc –powiedziała.
Wyszli na oświetlone łuczywem uliczki. Miasto jeszcze korzystniej wyglądało po zmroku, choć o tej porze wypełzali ze swych obskurnych nor złodzieje i żebracy, wałęsali się pijacy i szukający guza młodzieniaszki.
- pójdziemy do karczmy „Złoty Róg”, tam mają dobrą baraninę i pieczoną rybę.
Nie odzywała się do niego za to , że ją uderzył. Tym razem naprawdę się zbuntowała. Wiedziała, że Achela denerwuje jej milczenie i, że on pierwszy nie zmięknie. Był od niej o wiele silniejszy pod względem charakteru.
- możesz się słowem nie odezwać do końca swego marnego życia –powiedział opryskliwie, jakby odgadując jej myśli. –wiedz jednak, że w ogóle mi to nie przeszkadza. Wystarczy , że ty mnie słuchasz.
Wzruszyła ramionami.
- długo zamierzasz zachowywać się jak smarkula? –zapytał zniecierpliwiony i podenerwowany jej milczeniem. Nienawidził jak ktoś zachowywał się tak głupio, jak ona teraz.
Nie odpowiedziała.
Chwycił ją za poły ubrania i rzucił nią o ścianę kamienicy. –nie sprawdzaj granic mojej cierpliwości, ostrzegam cię –warknął ze złością.
Otworzyła szeroko oczy i usta ze zdziwienia, chociaż u Achela takie zachowanie było co najmniej spodziewane. Odsunął się od niej i poszedł przodem nie czekając na nią. Zaklęła siarczyście i podążyła za nim, lecz w odstępie kilku kroków. Mierzyła przechodniów wściekłym wzrokiem w nadziei, że któryś zareaguje gniewem i zacznie się jatka. Niestety, nikt nie zwracał na nią uwagi.
Achel skręcił uliczką w prawo, przyśpieszyła więc kroku aby go nie zgubić. Nie znała przecież miasta. – myślałem, że sobie poszłaś –powiedział gdy podbiegła do niego.
- jeśliś pewien, że tak łatwo się mnie pozbędziesz to jesteś w błędzie.
- któż powiedział, że chcę się ciebie pozbyć? Jarzem tego nie powiedział –odparł.
Z daleka już dobiegały ich głośne krzyki i śmiechy Bawiących się w karczmie „Złoty Róg”. Weszli do środka, Achela powitało kilku żołnierzy pijących piwo przy jednym stole.
Usiadł wraz z Yilyo przy drewnianej ławie i rozglądnął się za karczmarzem.
- dalejże gospodarzu, dwie miski baraniny i dzban piwa, ale żwawo! –rzekł do pulchnego i roześmianego człowieczka z czerwona twarzą, który skinął głową i pogonił karczemną dziewkę do pracy.
Jeden z żołnierzy zostawił na chwilę swych towarzyszy i podszedł do Achela, siadając obok niego.
- co tam słychać w Sothorn? Nam nic nie wiadomo, nic nie chcą gadać, kota ogonem obracają. Myślą, że my głupi ale domyślamy się co dzieje się w świecie. Jażem się dowiedział, że armia stargardzka silna i liczna jak nigdy! Prawda li to? –zapytał żołnierz z niepokojem w głosie.
- prawda to, Loured. Nie chcą mówić, wiedzą bodajże, że takie informacje wywołują popłoch wśród żołnierzy a dużo rozchodzi się o psychikę nastawienia do walki, nie można się bać wroga.
- psiakrew, jednak to prawda, że ukrywali coś przed nami! Ty, panie, wiesz lepiej, przecie na zamku z królem dysputy prowadzisz, a jażem prosty żołnierz, nic nie wiem dopóty walczyć o Sothorn nie idzie, a o resztę pytać nie przystaje.
- jeśli chcesz będę cię informował, wystarczy, że przyjdziesz do mego domu. Wiesz, że jażem zawsze nowiny miał najświeższe, bo prosto od Azdiira.
Karczmarz nadbiegł z misami pełnymi dymiącej jeszcze baraniny i koszykiem chleba, za nim urodziwa dziewczyna niosła dzban piwa i dwa miedziane kubełki. Gdy postawili wszystko na stole, Achel wyciągnął z sakwy pięć koron i wręczył gospodarzowi w spoconą dłoń. Ten zdumiał się na widok zbyt wysokiej sumy lecz zaraz potem rozpromienił się i ukłonił –hojnyś panie, dziękuję! –powiedział i oddalił się.
Loured spojrzał na Achela i westchnął głośno. – cóż, czas mi wracać do moich druhów, pamiętaj jednak , panie, że zjawię się na dniach po nowe wieści.
- dobrze, przyjdź. Nie powinni was trzymać w takiej niepewności. Muszę to zmienić.
- dzięki ci.
- bywaj Loured.
Żołnierz wrócił do swych przyjaciół, Achel i Yilyo pozostali sami.
- powiedz, co tak naprawdę dzieje się w Sothorn? –zapytała.
- chcesz znać prawdę? Otóż nie jest dobrze. Caras jest punktem ekspansji Stargardu i prędzej czy później dojdzie do dużego starcia. Po ostatniej rozmowie z królem Azdiirem wiem już, że spory oddział Sartgardczyków gromadzi się za zachód od Lavr, prawdopodobnie wyruszają na Norrth.
- na Norrth? Przecież toczą wojnę z Sothornem. –zdziwiła się.
- nie, Yilyo. To już nie jest zwykła wojna dwóch państewek. Stargard owładnęła żądza władzy nad całym obszarem od dawnego Holdest aż po morze. Szykują się już do podbicia mniejszych miast, potem wyruszą na stolice. To ich obsesja. Dla nich Sothorn było niezdobyte od wieków, a gdy teraz otworzyła się przed nimi szansa na podbicie naszego kraju, krew zagotowała się im w żyłach. Wiedz jednak, iż żądza władzy jest zgubna a czas panowania nie trwa wieki. Jeśli nie damy po sobie pokazać, że tym razem naprawdę się boimy to uda nam się. Ale tym razem będziemy się już tylko bronić. Sothorn na silną i świetnie przeszkoloną armię a nasi sąsiedzi z Norrth także nie mają się czego wstydzić. Razem odepchniemy wroga. Ja także na razie nie jestem czynnie potrzebny w wojsku ale jeśli będzie trzeba poprowadzę ludzi do walki. To mój obowiązek, i czekam na jego wykonanie z niecierpliwością.
Yilyo zauważyła błysk w jego oczach gdy miło bitwie. Walka naprawdę była jego żywiołem.
- dość jednak o wojnie. Nie po to tu jestem. Doprowadzasz mnie do szału i przyszedłem się odprężyć. –rozlał piwo do kubełków i podał jej jeden z nich. –pijmy więc za to abyś opanowała wreszcie walkę mieczem przynajmniej w podstawach. Zamierzam bowiem dać ci jeszcze niezły wycisk, nie myśl, że odpuszczę.
- na to liczę –odparła ze śmiechem i odgarnęła włosy z twarzy wychylając kubek piwa. On także się uśmiechnął a blizna na jego twarzy zmarszczyła się.
Do karczmy wszedł młody mężczyzna i na jego widok zrobiło się ciszej. Jegomość usiadł na samym końcu pomieszczenia, zawołał karczmarza by zamówić strawę i rozglądnął się po wnętrzu. Natknął się na ciekawski wzrok Yilyo i uśmiechnął arogancko. Zmierzyła go spojrzeniem; nie miał więcej niż dwadzieścia dwa lata , ciemne włosy nierówno przystrzyżone za uchem i dwudniowy zarost. Miał oczy szarego koloru, były to jednak bardzo dziwne oczy, zimne, oczy człowieka złego i okrutnego.
Ubrany był na czarno, a pochwę na miecz zaczepioną miał na plecach, tak jak nosili ją wojownicy.
- przestań się gapić –syknął Achel -nie ma nic ciekawego do oglądania.
- kto to? Znasz go? –zapytała targana ciekawością.
- to Cedryn.
- Cedryn? Naprawdę?
- tak, naprawdę psia jego mać. Czy muszę się powtarzać?
Słyszała o Cedrynach, chociaż nigdy nikogo takiego nie wiedziała ,Cedrynia bowiem leżała daleko od Norrthu i Sothornu i rzadko który Cedryn zapuszczał się w te strony. Wiedziała o nich tyle tylko, iż byli doskonałymi wojownikami i mało kto mógł równać się z nimi w walce. Każdy czuł do nich respekt i nie ważył wchodzić im w drogę. Choć Achel miał o tym całkiem inne zdanie i uważał, iż wszystkie krążące o nich legendy są mocno przesadzone.
- Skąd wiesz, że to Cedryn?
- ma tatuaż na szyi, herb Cedryni. Nie gap się tylko, to nie wypada, nikt nie lubi być obserwowany. Jeśli chodzi o Cedryna, to przyjechał tu pewnie na turniej walki mieczem który w Caras odbywa się w każde Solstycjum. Chciałbym się z nim zmierzyć, zobaczyłbym czy dorównam jednemu z ponoć najlepszych wojowników na świecie –rzekł sarkastycznie, a w jego głosie zabrzmiała nuta zazdrości.
- Cedryn ponoć dzikszy od Meracyna – powiedziała Yilyo i ukradkowo spojrzała raz jeszcze na tajemniczego mężczyznę zjadającego w zaskakującym tempie pieczonego pstrąga.
- teraz można tak powiedzieć, Meracyni bowiem ustatkowali się i nie wojują już dziko mordując wszystko co dycha. Odkąd Yaerephen połączyło się z Sankhją, w Ailo panuje spokój.
- Morghen, odkąd związał się z królową Oaatją Anderlianą ustatkował się, wpłynął na swoich poddanych i zmienił losy świata, inaczej mogłoby dojść do jednej z największych bitw w historii świata. Poza tym Morghen jest najlepszym przykładem na to, że człowiek nigdy nie jest tak na wskroś zepsuty i zły. Na lepszą drogę sprowadziła go miłość do Oaatji, która niestety odjechała w świat i włóczy się z elfami, a ślad po niej zaginął. Lecz teraz w jej królestwie jest spokój.
- gdyby dawno temu król Andartes ożenił się z córką dawnego króla Sartgardu, Vormanira, nie doszłoby do żadnej wojny. Los jednak chciał inaczej. A teraz syn Vormanira, Kailnh niszczy nasze ziemie i morduje naszych pobratymców. Nie da się już zmienić biegu wydarzeń, niestety-powiedział Achel i wychylił kolejny kubek piwa.
- tak, Losu nie da się przekupić- dodała Yilyo i zamyśliła się.

Wyszli z karczmy późną nocą, gdy miasto było już ciche i uśpione, a ulice puste. Czasami tylko gdzieś przemknął kot zastanawiając się gdzie może wybierać się para tak pijanych ludzi.
- to jeszcze nie koniec -rzekł Achel wchodząc do domu –obok kominka stoi cała prawie beczka piwa, a noc jeszcze młoda.
Yilyo zaśmiała się głupawo, podchmielona. Achel nalał dwie pełne stągiewki i zamoczył usta w pianie.
Krótko potem nie pamiętali już nic, usnęli oboje na niedźwiedziej skórze rozpostartej przy kominku.

IV

Zwinęła się w skoku i cięła ostrym zamachem w przód, jej klinga odbiła się o klingę Achela, zawirowała więc i ponowiła cios, znów go sparował. Skoczył do przodu, robiąc to tak niespodziewanie iż wybiła się z rytmu i nie zdążyła uniknąć ostrza które rozchlastało jej ubranie i zraniło ramię. Miecz wypadł jej z ręki, jęknęła z bólu chwytając się za ramię.
- bierz miecz i walcz dalej –powiedział rozkazująco –bierz ten cholerny miecz! Gdy będziesz walczyć z prawdziwym wrogiem rana nie może ci przeszkodzić! Inaczej skończysz z rozpłatanym brzuchem albo szyją!
Puściła krwawiącą ranę i chwyciła za rękojeść jej miecza.
Nie pozwolę, aby gniew mną zawładnął, pomyślała. Próbowała się uspokoić choć złość aż gotowała się w jej ciele. Rzuciła się na niego z całym impetem tnąc powietrze przed sobą, Achel robił tylko zwody i uniki, cofając się lub przechylając na boki. Cięła wściekle, walnęła z półpiruetu, skrzyżowali miecze. Przechylał ją do tyłu naciskając z siłą na jej klingę lecz nie poddała się i utrzymała pozycję. Odskoczyła, zrobiła piruet i krwawa posoka z jej rany chlasnęła Achela w twarz. Ostrza mieczy znów się spotkały, natarł na nią z taką siłą, że zwalił ją z nóg, i sam także przewrócił się upadając na jej ciało. Leżał na niej z mieczem przyciśniętym do jej szyi.
- myślałaś, że zdobyłaś władzę nad swym mieczem? Pomyliłaś się i zawiodłaś samą siebie, narażając się na śmierć. Gdybym Ti nie była ja, nie żyłabyś już od kilku sekund. Pamiętaj o swej wewnętrznej sile i zawładnij swym ramieniem, swym mieczem. I nie napawaj się ta władzą, lecz pilnuj jej aby nie wyszła ci spod kontroli. Z władzą jest cały problem bo gdy ją zdobywasz tracisz rozum. Za to służąc uczysz się pokory –rzekł i podniósł się z posadzki, pomagając wstać także Yilyo.
- kiedy więc mam być władcza a kiedy pokorna?
- władcza musisz być w stosunku do broni, musisz być jej panią i nie stracić nad nią kontroli. Pokorna zaś, jeśli chodzi o walkę, gdyż to jej masz służyć i spełniać każdy jej kaprys. A gdy pokażesz się z najlepszej strony, zwyciężysz.

Rozdział trzeci

Zazdrość

W całym domu było cicho, nawet szczury grasujące po podwórzu nie hałasowały tego popołudnia.
Achela nie było w domu, wczesnym rankiem przybiegł do niego Loured i razem udali się na naradę do króla Azdiira. Yilyo czuła, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Mina Achela była zatroskana, chodziło o cos poważnego.
Rana na ramieniu nie bolała już i goiła się dobrze, Achel namęczył się nad jej zszyciem i opatrzeniem. Ubrała się w nowy damski wams, tamten był bowiem pocięty i powycierany na łokciach i plecach.
Chwyciła swój miecz i przyglądnęła się mu z zadumą. Zrobiła ogromne postępy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy . Chciała być jak najlepsza, aby Achel był z niej dumny, miała nadzieję, że kiedyś naprawdę ją pochwali, na razie tylko krzyczał a nawet potrafił uderzyć gdy nie była posłuszna. Czasami miała wszystkiego dość, ale chęć doskonalenia tej sztuki była silniejsza od zmęczenia, bólu i upokorzenia; Achel bowiem czasami obrzucał ją najgorszymi epitetami jakie zdołał sobie przypomnieć.
Chciała trochę poćwiczyć, zbiegła więc po schodach, wpadając do jadalni i zatrzymała się nagle zaskoczona, po czym odskoczyła unosząc miecz do ciosu.
Powodem tego zachowania była młoda kobieta która siedziała na wygodnym fotelu trzymając nogi na stole. Ubrana była w męski ciemnogranatowy strój składający się z pikowanego kubraka i skórzanych obcisłych spodni ozdobionych rzemieniem. Miała długie piękne kasztanowe włosy spadające kaskadą aż do pasa. Oczy jej były piwne, dziwnie błyszczące i otoczone malowanymi henną rzęsami. Na jej smukłej i wypielęgnowanej dłoni widniał duży piękny pierścień z jadeitowym oczkiem wielkości migdała, obok niego drugi ,także srebrny lecz z ametystem.. Kobieta patrzyła na Yilyo z takim zdziwieniem jakby to ona była zaskoczona jej nagłą obecnością. Uśmiechnęła się do niej kpiąco i westchnęła głośno, przeczesując palcami włosy.
- kim jesteś?- zapytała Yilyo marszcząc brwi i unosząc miecz jeszcze wyżej bo w każdej chwili mogła wykonać cios.
- ja? Kim ty jesteś? Achel nic nie wspominał o dziewczynie. Jesteś służką? –zapytała wdzięcznym głosem.
W Yilyo aż zagotowało się ze złości.-nie jestem służką – wycedziła przez zaciśnięte zęby. –mieszkam tu. Z Achelem –podkreśliła.
- wybacz więc me maniery. Jestem Louless z Sankhii. Czarodziejka. –dodała.
Czarodziejka. Tylko one maja takie błyszczące i dziwne oczy, pomyślała.
- jestem Yilyo z Norrth.
Louless ściągnęła nogi ze stołu i odsunęła stołek aby Yilyo mogła usiąść. Podeszła więc bliżej i usiadła obok opierając miecz o nogę.
- jeżeli mogę spytać…co tutaj robisz?
Czarodziejka zaśmiała, a brzmiało to jakby tysiąc dzwoneczków zadźwięczało na lekkim wietrze.
- przyjechałam do Caras w pewnej ważnej dla mnie sprawie którą udało mi się już załatwić. Przy okazji postanowiłam odwiedzić jeszcze mego bardzo dobrego przyjaciela –powiedziała kładąc nacisk na słowo „dobry”. –rzeczesz więc, że mieszkasz z Achelem. I jak ci się on podoba? Wspaniały z niego mężczyzna, prawda? Korzystaj póki możesz, jego związki z kobietami nie trwają długo.
- nie jestem jego kobietą –rzekła Yilyo twardo –on uczy mnie tylko miecza.
Znów usłyszała piękny śmiech. –och, przepraszam najmocniej. Miast pytać mogłam poczytać w twoich myślach, ale nie lubię grzebać w ludzkich głowach, dyć nigdy nie wiadomo co można tam znaleźć. Uniknęłabym jednak gapy.
- cieszę się, że tego nie zrobiłaś. Gotowam była myśleć, że jesteś jedną z całej rzeszy wiedźm które nie mając mózgu zastępują go swymi magicznymi zdolnościami –odcięła się czarodziejce.
Louless zatkało, lecz pozwoliła sobie na brak komentarza i zmieniła temat.-jeśli zaś chodzi o Achela, uwierz mi na słowo: żałuj, że z ni nie spałaś. Wiem co potrafi.
Yilyo dostała wypieków na twarzy. Nie wiedziała czy ze złości, czy ze wstydu i zażenowania. Ależ należę do niego, pomyślała, chociaż tak bardzo się tego wypieram.
- gdzie się poznaliście? –brnęła dalej czarodziejka, wiedziona czystą ciekawością, co taka dziewucha robi u tak wspaniałego mężczyzny jakim był w jej mniemaniu Achel.
- w Pocks, na targu –rzekła niepewnie i pomyślała o tym aby Achel tylko nie wygadał się na temat bliższych okoliczności ich pierwszego spotkania.
- w Pocks? W tej norze? Cóż tam robiłaś? –zdziwiła się Louless.
- nie twoja sprawa –warknęła Yilyo.
- jak chcesz, nie będę wnikać dalej, to w końcu nie moja sprawa.- odparła Louless udając znudzony ton.
- więc się do niej nie wtrącaj.
Skrzypnęła mosiężna brama, dało się słyszeć ciężkie kroki na podwórzu, szczęk drzwi i do domu wszedł Achel. Stanął i spojrzał na dwie kobiety siedzące przy stole i zawiesił wzrok na czarodziejce uśmiechającej się do niego zalotnie.
- skąd się tu wzięłaś, Louless? – zapytał zdziwiony jej obecnością. Wstała i podeszła do niego kocim krokiem kręcąc przy tym biodrami.
- powiedzmy, że byłam w okolicy –odrzekła i dotknęła dłonią jego blizny. –kto ci to zrobił?
- pewien sukinsyn z Stargardu, nie ma o czym gadać.
- mmm…bardzo seksowna blizna…
Achel uśmiechnął się blado czując na sobie wzrok Yilyo. Czuł się dziwnie pod jej bacznym spojrzeniem. Odsunął więc rękę Louless od swej twarzy. – czy ugościsz mnie w swym domu na kilka dni? –zapytała ściszonym głosem by Yilyo nie usłyszała, ta jednak słuch miała bardzo dobry i wyłowiła każde słowo. Zerwała się ze stołka i wybiegła z domu waląc klingą miecza po ścianie aż posypały się iskry. Achel i Louless usłyszeli jeszcze jej szybkie kroki na podwórzu i trzask bramy.
- chyba mnie nie polubiła – stwierdziła czarodziejka i wzruszyła ramionami na znak, że mało ją to interesuje.
- ona nikogo nie lubi. Nawet mnie – powiedział Achel z przekonaniem.
- to po co pozwalasz jej tu mieszkać? Przecież chyba nie jest ci do niczego potrzebna.
- lubię ją. Po prostu j

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...