Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Sztylet

suchy ·

Sztylet upadł z głośnym brzękiem na podłogę. Korin przerażony popatrzył na swe zakrwawione ręce. Rozejrzał się niepewnie po pomieszczeniu. Znajdował się w przestronnym, ciemnym pokoju. Mrok rozjaśniał jedynie blask księżyca wpadający przez duże okno. Dostrzegł wiszące na ścianach obrazy, jednak z powodu braku światła nie był w stanie rozpoznać co przedstawiają. Stał tuż przy wielkim łożu, na którym leżały zwłoki mężczyzny. Jego twarz zastygła w grymasie strachu, a puste oczy odbijały srebrną poświatę.
- Co ja zrobiłem? Dla… dlaczego? – zapytał, choć w pokoju nie było nikogo, kto mógłby odpowiedzieć na to pytanie.
Nagle w jego głowie rozbłysnął jaskrawy płomień, pojawił się potworny ból. Chyba krzyczał, jednak nie był tego pewien. Potem zobaczył siebie. Szedł ulicą wielkiego miasta…

***

Upał był nie do zniesienia. Korin szedł jedną z głównych ulic stolicy. Zmierzał w kierunku rynku – dziś mieli zjechać kupcy z okolicy, by sprzedać swoje towary. Liczył, że uda mu się zdobyć coś ciekawego za ostatnio zarobione pieniądze. Potrzebował ekwipunku na kolejną wyprawę.
Rozglądał się z zaciekawieniem po straganach, jednocześnie rozmyślając nad tym co powinien kupić. Przede wszystkim buty. Te, które miał na sobie, ciągnęły ostatkiem sił. Choć może dałoby się je zreperować… Koniecznie jakąś ciepłą kurtę i wełniane koce. Wiatry w górach bywały mroźne. Przydałby się też porządny łuk, ale to już przekraczało jego możliwości finansowe. Prowiant – czekała go długa i męcząca droga, nie zawsze będzie możliwość upolowania czegoś na kolację. A więc suszone mięso, suchary, może kawałek wędzonej ryby…
Z zamyślenia wyrwało go nagłe zamieszanie. Coś działo się w tłumie przed nim. Ktoś krzyknął.
- Złodziej! Łapcie go! Tam ucieka!
Ze zbitej ciżby wyrwał się drobny chłopak, na oko siedmioletni. Na jego twarzy malował się wyraz triumfu. Ktoś spróbował go chwycić, dzieciak uskoczył. Odwrócił się i pokazał niedoszłemu bohaterowi język. To był błąd. Powinien patrzeć gdzie biegnie. Wpadł prosto na Korina, odbił się i upadł na ziemię boleśnie obijając sobie tylną część ciała. Już po chwili przy złodzieju pojawiła się starsza, krępa kobieta. Złapała go za kark.
- Tuś mi bratku… Już ja ci dam… Mnie okradać?! – dopiero po chwili zauważyła przyglądającego się całej sytuacji Korina. – Ach, dziękuję panu. Gdyby nie pan, ten mały gnojek uciekłby.
- Ja przecież nic nie zrobiłem. To on na mnie wpadł.
- A więc znalazł się pan w odpowiednim miejscu o właściwej porze. Widać bogowie tak chcieli. – spojrzała z odrazą na chłopaka. – A ty oddaj zaraz co nie twoje!
Dzieciak skruszony podał jej jabłko.
- No. A teraz poczekamy na strażników. Kilka batów powinno cię oduczyć kradzieży.
- Straż? Z powodu jabłka? – na twarzy Korina malowało się zdziwienie. – Cała awantura z powodu jednego, nadgniłego jabłka?
- Panie! Jakie nadgniłe?! Piękne jabłuszko! Słodziutkie! Warte co najmniej trzech sztuk srebra!
- Dam dwie. A ty puścisz chłopaka wolnego.
Kobieta już otworzyła usta by wytargować coś więcej, jednak krótkie spojrzenie na twarz Korina powiedziało jej, że nie warto się kłócić. Udawała jeszcze chwilę, że się zastanawia nad propozycją, po czym powiedziała:
- Zgoda. Choć ręczę ci panie, mogłabym wziąć więcej.
- Interesy z panią to przyjemność – uśmiechnął się ironicznie, po czym podał chłopcu jabłko. – Trzymaj, mały. Niech ci będzie na zdrowie.
Dzieciak popatrzył chwilę zdziwiony na swego wybawiciela. Wziął jabłko i uciekł szybko, jakby bał się, że Korin zmieni zdanie.

***

Tak… To się zaczęło tego dnia. Teraz już pamiętał. Jarmark, pięknie zdobiony sztylet na małym straganie… I ten dziwny kupiec… Od początku wydawał mu się podejrzany. Potem był głos… Jaki głos? Nie mógł sobie przypomnieć… Sztylet…

***

Błąkał się już jakiś czas po rynku, kiedy trafił na ten dziwny stragan. Nie był tak kolorowy jak pozostałe - mały, niepozorny. Stał z dala od reszty, w ciemnej wnęce. Miejsce to zapewniało cień i chłód, jednak zupełnie nie nadawało się do handlu. Nie można było też nigdzie dostrzec właściciela kramu, który by zachwalał swój towar i zachęcał do zakupów. Zaintrygowany Korin podszedł bliżej, by przyjrzeć się rzeczom rozłożonym na małym stole.
Stragan był pełen różnego rodzaju żelastwa. Można było tam znaleźć gwoździe, młotki, podkowy, małe blaszki używane przez biedniejsze kobiety jako biżuterię, noże do rzucania, niewielkie, łatwe do ukrycia ostrza. Był też sztylet. Wyróżniał się spośród zgromadzonego na stole szmelcu. Piękna, rzeźbiona rękojeść niemal prosiła, by ją chwycić, klinga opatrzona tajemniczymi symbolami zdawała się jaśnieć. Korin miał wrażenie, że otacza ją delikatne, błękitne światło. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w piękne ostrze. Wiedział, że nie stać go na taki wydatek, jednak nie mógł oderwać oczu. Nie do końca świadomy, sięgnął ręką po sztylet.
- Doskonały wybór, panie – dobiegł lekko skrzeczący głos z prawej strony.
Korin otrząsnął się z otępienia i spojrzał w kierunku mówiącego człowieka. To musiał być właściciel straganu. Wyglądał całkiem zwyczajnie – niski, łysiejący, o błyszczących, ciemnych oczach. Zacierał nerwowo ręce licząc na zarobek, na twarz przywołał zawodowy przymilny uśmieszek.
- To piękna broń… Niestety obawiam się, że nie mogę sobie pozwolić na taki wydatek.
- Ależ panie. Przecież nawet słowem nie wspomniałem jeszcze o pieniądzach. Chwyć ostrze, zważ, czy dobrze leży, jestem pewien, że będziesz zachwycony. Dopiero wtedy będziesz mógł ocenić czy warto kupić, czy nie.
- Od razu widać, że to droga broń, a ja jestem tylko biednym podróżnikiem.
- O pieniądzach porozmawiamy później, potargujemy się… Dogadamy się jakoś.
Jeszcze raz spojrzał na piękną broń. Sztylet zdawał się go przyciągać. Powoli wyciągnął rękę, z namaszczeniem chwycił za rękojeść. Gdy tylko dotknął ostrza, poczuł dziwny, delikatny impuls. Faktycznie, broń leżała idealnie w jego dłoni. Na próbę ciął kilka razy wyimaginowanego przeciwnika, kończąc zawodowym pchnięciem.
- Znać mistrza w tych ciosach – rzucił przyglądający się z tajemniczym uśmiechem kupiec.
- Jaki tam ze mnie mistrz… Sztylet jest wspaniały, ale tak jak już mówiłem nie stać mnie… - nagle zdał sobie sprawę, że pragnie kupić tę broń. Musiał ją mieć. Pragnienie było tak silne, że nie byłby w stanie się mu przeciwstawić. Wiedział, że wydałby ostatnie oszczędności byle tylko dokonać tego zakupu. – Ile za niego chcesz?
- Pytanie raczej brzmi co ty byłbyś w stanie dać mi w zamian?
- Nie mam wiele, ale…
- Nie chcę pieniędzy – przerwał kupiec. – Ten nóż czekał tu na ciebie i ty doskonale o tym wiesz.
- Tak… - miał wrażenie, że to ktoś inny odpowiada jego głosem.
- A co do zapłaty… wszystko w swoim czasie… - uśmiechnął się jeszcze szerzej i przestał zwracać na uwagę na Korina.
Podróżnik odszedł zamyślony, wpatrując się w swój nowy nabytek.

***

Skradał się ciemnym korytarzem. Najwyraźniej to on dokonał morderstwa, więc teraz wypadałoby zniknąć z tego domu. Zwłaszcza, że w ofierze rozpoznał burmistrza miasta. Za zabicie tak ważnej osobistości czekał stryczek. Ucieczka była jedynym rozwiązaniem, przecież nikt nie uwierzy, że był opętany i nie pamięta co robił.
Dom sprawiał wrażenie opuszczonego, jednak Korin nie dał się zwieść pozorom. Wiedział, że burmistrz mieszkał z rodziną, miał dwóch dorosłych synów. Niedobrze byłoby ich obudzić… A w ogrodzie pewnie kręcą się strażnicy… Ale o nich pomyśli później.
„Co mnie podkusiło, żeby wziąć ten sztylet?!” – myślał. – „Przecież to śmierdziało na kilometr. Nikt przy zdrowych zmysłach nie rozdaje tak pięknej broni za darmo. W tym musiał być jakiś haczyk. Dałem się podejść jak dziecko. Szlag!”

***

W karczmie było mnóstwo ludzi. Wrzawa jednak nie przeszkadzała Korinowi. Krzyki i śpiewy zdawały się do niego nie docierać. Siedział samotnie pod ścianą sącząc rozwodnione piwo. Na stole przed nim leżał sztylet. Zimny metal odbijał blask ognia płonącego na kominku.
„Jest taki piękny” – pomyślał. – „Aż dziw pomyśleć, że można nim zabić człowieka.”
- ZABIJ! – dobiegł go dziwny, głęboki głos.
Rozejrzał się nerwowo, szukając osoby, która wypowiedziała te słowa. Jednak żaden z obecnych nie był zainteresowany jego osobą. Osobnicy przy stoliku po prawej śpiewali głośno sprośne piosenki i zapewne nawet do głowy by im taka myśl nie przyszła, żeby zakłócać spokój Korina. Natomiast z lewej siedział, a właściwie leżał, pijany marynarz, który nie był w stanie już nic powiedzieć.
- Chyba mi się wydawało… Za dużo piwa – mruknął pod nosem.
- ZABIJ! ZABIJ! – tym razem był pewien, że to nie złudzenie. Słyszał ten głos, choć może „słyszał” to zły termin. Wydawało mu się, jakby słowa omijały uszy i rozbrzmiewały wprost w jego umyśle.
Nagle potworny ból głowy niemal zwalił go na ziemię. Rozbłysło jaskrawe światło, zobaczył twarz burmistrza miasta.
- ZABIJ!
Spojrzał na sztylet. Dopiero teraz pojął. Zapłata… Nie ma nic za darmo, a taki skarb musi kosztować. Jedyne wyjście, żeby pozbyć się tego głosu to wykonanie polecenia.
„Nie! Musi być jakiś inny sposób! Zwrócę go! Wtedy nie będę nic nikomu winien!”
- ZABIJ!
„Nie mogę…” – z każdą chwilą jego opór słabł. Już nie był całkowicie pewien, czy pomysł zabójstwa zrodził się w jego głowie, czy ktoś mu go podsunął. Wewnętrzna walka, którą toczył, zdawała się być przegrana. Grymas bólu wykrzywił jego twarz, w oczach zapłonął ogień. Na ustach pojawił się pogardliwy uśmiech.
- Zabić… - szepnął. Nie był już sobą.

***

Ogród tonął w blasku księżyca. Widoczność była niemal tak dobra jak za dnia. Świerszcze grały swój koncert. Noc była piękna, jednak Korinowi nie było dane podziwiać jej uroków. Skradał się, niepewny co go czeka za chwilę. Od bramy posesji dzieliło go już zaledwie kilkanaście metrów. Coraz bliżej… Jeszcze tylko kilka kroków… Przycupnął za ostatnią kępą krzaków w ogrodzie. Dalej była już tylko pusta przestrzeń. Rozglądał się nerwowo w poszukiwaniu strażników. Dziwne, ale żadnego nie dostrzegał.
„Może to jakaś pułapka?” – pomyślał. – „Nie… Przecież jeszcze nie wiedzą co się stało. Czyli oni muszą gdzieś tu być…”
Odczekał jeszcze chwilę. W końcu nie wytrzymał, chwycił sztylet i ruszył pochylony w stronę wyjścia. Patrzył raz w prawo, raz w lewo, gotów do błyskawicznego ataku. Nikt się jednak nie pojawiał.
Kiedy wreszcie doszedł do bramy, dostrzegł dwa ciała leżące tuż za murem. Dwaj dobrze zbudowani mężczyźni z podciętymi gardłami. Ich miecze nadal tkwiły w pochwach, prawdopodobnie nie wiedzieli nawet, co ich zabiło. Cięcia były perfekcyjne.
„Czy to ja ich zabiłem? Musiałem to zrobić, kiedy tu przyszedłem… Tylko dlaczego tego nie pamiętam?!”
Minął bramę i przyczaił się w najbliższym zaułku. Wyczerpany, usiadł pod murem. Dyszał ciężko. Dopiero teraz na dobre zaczęło do niego docierać, co zdarzyło się tej nocy.
„Boże! Zabiłem troje ludzi! A kto wie, czy nie więcej?! To wszystko przez ten cholerny sztylet! Muszę się go pozbyć!”
Spostrzegł, że nadal trzyma nóż w dłoni. Chciał go odrzucić jak najdalej, jednak coś go powstrzymało. Wpatrywał się w błyszczącą klingę jak zahipnotyzowany. Chciał się pozbyć tego niebezpiecznego narzędzia, jednak ręka zdawała się go nie słuchać. Pojawił się potworny ból głowy, zupełnie jak wcześniej, w karczmie. Rozbłysło jasne światło, ogień wypełnił jego wnętrze.
- Nie! Tylko nie znowu to samo!
- ZABIJ!
- Nie! Tym razem nie pozwolę Ci zapanować nade mną! Nie pozwolę!
- ZABIJ!
- Nie! Wolę sam zginąć!
Chwycił sztylet pewniej. Przezwyciężając odmawiające posłuszeństwa ciało, powoli przyłożył zimny metal do swego gardła. W jego oczach pojawił się błysk, na twarzy odmalował się wyraz triumfu.
- Tym razem to ja wygrałem!
Ciszę w mieście przerwał pojedynczy krzyk. Potem wszystko umilkło.

***

Korin szedł drogą w kierunku wschodzącego słońca. Za plecami majaczyły kontury stolicy. Nie spieszył się nigdzie, miał dużo czasu. Uśmiechał się lekko do własnych myśli. Za pas zatknięty miał sztylet. W oczach płonął ogień.
- Zabić… - szepnął.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...