Błogosławieni, którzy wierzą
- Obywatelu ! – odzywa się z głośników zniekształcony głos – W imię prałata zatrzymaj się natychmiast, połóż się na ziemi i załóż ręce za głowę – słyszę swój głos, zadziwiająco czysty i donośny
- Pocałujcie mnie w dupę w imię prałata ! – cicha seria z paralizatora wznosi kurz z asfaltu, ale jestem już u wylotu poprzecznej alejki. Echo moich kroków dociera do mnie gdzieś z boku, mało ważne i tak mnie nie złapią. Jeszcze kilka zakrętów, kilka bocznych uliczek i zostaję zupełnie sam, ze swoimi myślami. Siadam na plastikowym kontenerze na śmieci pytając sam siebie
- Po co ? – wiem, że wiara jest zakazana, więc po co się narażać. Rozmyślam tak, dopóki nie czuję jak miejskie powietrze zaczyna wyżerać mi te resztki płuc jakie mi jeszcze zostały. Mięśnie słabną, a ziemia zaczyna bardziej przyciągać moje ciało. Wiara mnie opuściła, teraz potrzebuję jej znowu.
Ciemna piwnica, rzeczy przechodzą z rąk do rąk, pieniądze zmieniają właściciela, ale ja znów czuję jej, napełniający nadzieją, dotyk na dłoni, znów mam wiarę, teraz potrzebuję tylko ciemnego miejsca, chwili spokoju. Znowu idę szerokimi ulicami, w alejkach czają się nieme postaci, ale wszyscy widzą, że mam w sobie wiarę i nikt nie śmie się zbliżyć. Skręcam za róg i dostrzegam na wpół odciągniętego z jezdni Mustanga
- Znów tu trafiłem – myślę – skoro tak, to powinienem dokończyć co zacząłem – jednak w chwili gdy podchodzę do wraku, zza załomu wyskakuje okutana w łachmany postać, z błyskiem zimnego szaleństwa w oku i zimnej stali w dłoni. Głupiec, nie wie, że we mnie jest wiara. Kości pękają w moich dłoniach niczym zapałki, nędzna postać wznosi się w silnym uścisku, wysoko ponad asfalt, po czym pada nań z rozgłośnym chrzęstem pękającej czaszki. Właśnie mam przeszukać truchło, gdy po raz już drugi dzisiejszego dnia dochodzi do mnie świst policyjnego stratu. Zrywam się na nogi by uciec w mroczne alejki, ale tym razem strat jest o wiele bliżej, podmuch z jego silników rzuca mnie na asfalt, słychać cichą serię z paralizatora, igiełki wbijają się głęboko w ciało. Głupcy, oni też nie widzą że mam w sobie wiarę, a wiara przenosi góry. Wrak Mustanga unosi się ponad jezdnię, po czym wystrzela wprost w pancerną burtę stratu. Pisk zdzieranego lakieru i jęk giętej blachy, pod ciężarem wraku, lekki, bojowy strat zwala się na ziemię. Nieprzystosowany do lądowania, strat przechyla się na burtę i osiada na ziemi ze skrzydłem o długich lotkach, celującym w zasnute chmurami niebo. Natychmiast otwierają się luki i na zewnątrz wytacza się grupa uderzeniowa, głupcy, nie doceniają mojej wiary, zbyt wolno wyciągają broń, nie zdążą jej odbezpieczyć. Głuchy trzask, czaszka miękko ustępuje przed moją pięścią. Chrobot i charczący jęk, moje palce gruchoczą żebra. Głośny huk...
Czuję jak opuszcza mnie wiara, odchodzi jej ciepło, zupełnie jakby wypływała wraz z krwią, z tej wielkiej dziury w mojej głowie...##edit_byevil_joshua 2006-01-05 10:34:17##ed_end##