Bohater
Trzeciej nocy strachu w zajeździe Gniazdo nagle zrobiło się bardzo cicho. Noc okryła niebo granatem, zapaliły się gwiazdy, księżyc wybuchnął światłem. Błyszczący korowód głucho prześlizgnął się po nieboskłonie. Coś zasyczało. W powietrzu buzowało napięcie. Przestrzeń pękała od niemego niepokoju. Zaległa grobowa cisza. Wiatr ucichł. Moment wydawał się wiecznością. Nagle na drugim piętrze wywaliło okno, pogasły wszystkie świece. Żywioł nabrał oddechu, znów otworzył paszczę i ryknął przerażająco. Wiatr poruszył ziemię. Mężczyźni w Gnieździe po omacku porąbawszy toporami i meczami ławę, zabili dziurę po oknie. W środku zrobiło się nieco spokojniej. Wszyscy zebrali się na dole, przy zdmuchniętym kominku. Ktoś na nowo wzniecił ogień. Twarz karczmarza zajaśniała blado. Duży, krągły nos, wypukłe, czerwone usta widocznie mimo bujnego zarostu, krzaczaste brwi i łysa głowa. Czoło miał spocone, pochyliwszy się nad ogniem, łypnął spode łba groźnymi oczyma. Przyjemne trzaskanie drewna przerywał co chwilę świst szalejącego powietrza.
- Siadaj pan, piwa nie pożałuj. – Odezwał się potężnej budowy, młody wojownik z przerzuconym przez plecy toporem.
- Na koszt firmy. –Oberżysta przytargał spore, drewniane kufle i oblizał drżące wargi. – Kto wie, jak długo przyjdzie żyć z takim wiatrem, a po licho pieniądze nieboszczykowi? Wasze zdrowie, pijcie!
Dziewięciu mężczyzn siadło przy stole. Kobiet nie było.
- Ano. – Ciągnął ten sam wojownik. – Mądrze mówisz panie, często u was takie zamiecie?
- Czy często? – Żachnął się drobny staruszek, siedzący na samym końcu blatu. – Nie pamiętam ja takiej wichury odkąd żyję, a widzicie chyba po mnie, że to nie krótki czas. Coś złego się kroi. – Starzec głośno przełknął złoty płyn. – Złego jak cholera. – Odbiło mu się. – Ale… co mi tam. Śmierci się nie boję. Swoje przeżyłem. Kobiet użyłem. Syna mam, szczęśliwy jestem.
- Głupiś pan. – Przerwał starcowi inny wojownik o tak wielkich dłoniach, że malał w nich kufel. Twarz miał całą w bliznach, ostre spojrzenie, lekko śmierdział. Zielony kubrak prężył się na jego wielkim ciele. – U nas, nad zatokami Baymentaru wiatr jest gorszy i nikt o śmierci nie gada. Czy żeście panowie oszaleli?
- Jak cię zwą? – Zapytał oberżysta. – Bom nigdy nie słyszał o zatokach Baymentaru.
- Jam Kloir. Baymentar to daleka kraina. Mało tam odwiedzających, bo i warunki trudne. Dlatego pewnieś nie słyszał. To ziemia wojowników, a choć morze nam niedalekie, nie spotkacie u nas rybaków, gdyż groza z wody zionie, że koszmar. Nie zaznasz w Baymentarze łagodnego wybrzeża, jeno klify jak ściany walą się w dół, aż się woda pieni. Stromizna sama panie, stromizna. A i z takim co wszedł do morza i wyszedł nie pogadasz, bo nie ma takich.
- Wiedz zatem Kloirze z Baymentaru, że co innego morski wiatr, a co innego wiatr z południa, gdzie rośnie Wielki Las. Nigdyśmy bowiem nie uświadczyli wichur z tamtych stron. Skądże one miałyby być, jeśli las odgradza? Toteż zrozum nasze przerażenie. My, Lavmerliczanie prości ludzie jesteśmy. Nasza mieścinka leży co prawda na szlaku handlowym i różni się tu kręcą, ale my się z nikim nie kumamy, jeno z sobą. Jak płacą, służymy. Od nas jadła dostaniesz i wyśpisz się, ale z nami o czarach nie pogadasz, o wojnach nie zaśpiewasz, o bohaterach nie usłyszysz. Nie rozumiemy wielu spraw, bo i nie chcemy rozumieć. Jeno Ballard, nasz zielarz i medyk wie nieco o świecie. – Karczmarz wskazał na wysokiego, szczupłego mężczyznę, o twardych, głębokich rysach i kościstych policzkach. Miał krótkie, ciemne włosy, lekko przyprószone siwizną. W bystrych, zielonych oczach tańczyły ogniki. Ballard i Kloir wymienili zagadkowe spojrzenia, tymczasem oberżysta podrapawszy się po brodzie zakończył. – Przeto pojmij Kloirze, że mamy prawo bać się nieznanych nam mocy.
- Ech… Durdur. Pleciesz. – Zadarł głowę młody chłopak o złotych włosach. – Wy, starzy ciągle się czegoś boicie, a ja na to mówię: tchórzostwo. W młodych dzisiaj siła. My już nie możemy się doczekać, kiedy ten wiatr nam w końcu coś ciekawego objawi. Wreszcie coś się dzieje, a nie wiecznie to samo.
- Zamilcz Molir. – Odezwał się Ballard, a w jego głosie był kojący spokój. Aż chciało się go słuchać. – Wracaj lepiej do matki, gdyż się pewnie mocno martwi. Tak jak ona i ja uważam, iż za młody jesteś by tu ciągle węszyć, szukać zawady i pić. Sądzę, że więcej twoja matka łez przelała, niż byłbyś w stanie wypić.
W trakcie gdy Ballard mówił, Kloir cały czas mu się przyglądał. Jakby pamiętał jego twarz. Znał te oczy.
- Nie waż się głupi zielarzu. – Molirowi zafalowały włosy. Młodzieńcza twarz wykrzywiła się. Wstał i wyjął sztylet. – Nie masz prawa mi rozkazywać. – Młodzieniec lekko chwiał się na nogach. Oberżysta zamarł z szeroko otwartymi ustami, Kloir spokojnie podnosząc kufel zerknął na uśmiechającego się młodego wojownika z toporem. Starzec, pijany leżał już twarzą na stole, bredząc coś pod nosem. Trzej pozostali mężczyźni w ogóle nieuczestniczący w rozmowie biernie obserwowali. Wiatr dął. Wciskał się przez szparki między drewnianymi ścianami „Gniazda”, czyniąc przeraźliwy świst. Ballard trwał w bezruchu. Nagle łagodnie przemówił, jednocześnie wibrując powietrze bardzo niskim głosem.
- Już za dużo w siebie wlałeś. Mażą ci się kłopoty? Przychodź tu więcej, ponieważ innym nie podołasz, ale proszę, wróć teraz do matki. Chyba trafisz? A jeśli masz nie dać rady ustać na wietrze, chętnie ci pomogę. Jest też inne wyjście. Odłóż broń, usiądź, nie pij więcej i stul jadaczkę.
Molir usiadł pokornie, ostrze wbił w stół.
- Oj wyniknie z tej wichury jakaś bieda. – Rzucił sucho Durdur.
- A pan wojaku, skąd jesteś, jak pańska godność? – Spytał Kloir młodszego konfrata, nie zwracając uwagi na oberżystę.
- Jestem Vurthurmad, syn Marthmarmada, wołają mnie Szydło. Pochodzę, podobnie jak ty, Kloirze, z dalekich stron, z nizin nad górami Onthana konkretnie mówiąc. To na wschodzie. Jestem w drodze na pasowanie.
- Pasowanie? – Zdziwił się Kloir, twarz mu nieco złagodniała, lecz tylko na chwilę, bo zaraz pogonił gospodarza by dolał jeszcze kapkę piwa. – Na rycerza? Z toporem? E… Kręcisz panie.
- Nie zupełnie na rycerza. Pozwoli pan, panie Kloir, że wyjaśnię.
- Ano… Jasne, że pozwolę.
- I ja chętnie posłucham. – Wtrącił Ballard.
- Widzicie panowie. Pochodzę z miasta leżącego pod górami Onthana. Mieszkamy w wielkich murowanych zamkach, ze szczelnej cegły wzniesionych, przez wiatr i śnieg zahartowanych. Nie jest to może zbyt mądre rozwiązanie, gdyż hale o wysokich jak niebo sufitach, co więcej rozległych jak pola za oknem, ogrzać nie łatwo. Ale te zamki stoją tam od tysięcy lat, a na zimno rodzimy się odporni, takaż nasza natura. Dobrze nam tam zatem żyć. Ale nie o tym mowa. Od kiedy najstarsze księgi zapełniły się literami, ludzie z gór Onthana zawsze żyli w zgodzie z krasnoludami. Tak jest też i teraz. My dbamy o swój interes, oni o swój, ale życzliwości nigdy wobec siebie nie żałujemy. Oni pilnują, by w górach niż złego się nie panoszyło, a my, by przedgórza były bezpieczne. Z biegiem lat, gdy nasza przyjaźń rosła, narodziła się pewna tradycja. Gdy ludzki młodzieniec osiąga lat szesnaście, dostaje swój własny topór, wykuty przez krasnoludy, zaś gdy osiąga wiek dorosły, czyli dwadzieścia dziewięć lat, na jego toporze mieszkańcy gór wykuwają imię jego rodu. Przez trzynaście lat każdy zdąży się zdrowo namachać toporem. I ja zdążyłem, bowiem w wieku lat osiemnastu wyruszyłem z ojcem za miasto. Teraz wracam, by mnie pasowano a mój topór naznaczono.
- To wyjaśnia sprawę. – Kloir poklepał Vurthurmada po plecach. A pan, panie Ballard, skąd pan pochodzi?
- Urodziłem się tutaj. – Odpowiedział Ballard cicho, by tylko wojownicy słyszeli.
- W jakim więc celu zagrzewasz tutaj ławę? Nie spieszno ci do kobiety, do dzieci? – Kloir zmarszczył brwi i przeszył Ballarda wnikliwym spojrzeniem.
- Nie mam kobiety, nie mam też dzieci. – Odparł Ballard, wywołując wrażenie, jakby każde jego słowo z wielkim trudem przeciskało się przez krtań. Chude, kościste ręce zacisnęły się na kuflu, żuchwa ze zgrzytem docisnęła zęby do siebie. Nozdrza lekko się rozszerzyły. Całe ciało Ballarda przeszył silny impuls i tylko oczy pozostały obojętne: miłe i łagodne, w których wciąż tańczyły zielone ogniki. – Siedzę tutaj w razie gdyby coś się komuś stało. W tym mieście wszyscy zawsze biegną do Durdura.
Durdur potwierdzająco, lecz wcale nie nachalnie pokiwał łysą głową.
- Patrzcie panowie, świta!
I był to chyba najpiękniejszy świt w historii Lavmerliku. Bo chodź ludzie bali się wichury, to stojąc po drugiej stronie okna można było podziwiać naturę w jej najcudowniejszym wydaniu. Był to ciepły lipcowy, rzęsisty deszcz. Wiatr lekko zwolnił, szeleszcząc liśćmi i rzucając wodę z chmur w stronę północy. Czerwień słońca powoli rysowała się na linii horyzontu. Świat się rumienił. Zawstydzone krople przybrały niebo w tęczę. Smak mokrego powietrza czuć było nawet wewnątrz drewnianych domostw. Roślinna zieleń rozbłysła, mieniąc się i błyszcząc. Lekka mgła zlewała wszystko we wspaniały obraz wilgotnego poranka, poranka przyozdobionego śpiewem ptaków.
Ballard pożegnał zebranych, wstał i otworzył drzwi gospody. Wiatr mocno targnął drzwiami, toteż szybko wyszedł zatrzaskując je za sobą. Prawą ręką mocno ścisnął płaszcz, lewą założył kaptur i tak go trzymał. Mrużąc łzawiące oczy szedł czym prędzej do swojego domu. Skręciwszy w lewo minął kępkę drzew rosnących po prawej stronie Gniazda, następnie krocząc wydeptaną ścieżką zostawił za sobą mały domek pani Gilderver. Opuścił wieś i skierował się w stronę uginającego się pod wiatrem starego tartaku przerobionego na mieszkanie. Dzięki temu miał gwarancję stabilności swego dobytku, bowiem ongi tartak był jedynym w okolicy i wybudowany został na rozkaz ówczesnego pana tych ziem przez najznakomitszych rzemieślników. Poranek rzeczywiście był magiczny, mimo wiatru Ballard radował się hojnością bogów i ich umiejętnościami. Ballard mocno wierzył. Znalazłszy się już w środku odwiesił skórzany płaszcz. Cały był przemoczony. Ściągnął również spodnie. Zamienił je na nowe. Wewnątrz były tylko dwie izdebki, ale po cóż było więcej jednemu człowiekowi. Ballard wzniecił ogień w kominku, wstawił wodę na herbatę i siadając w miękkim, wypchanym sianem fotelu rozejrzał się po pokoju. Drewnianą podłogę okrywał zielony dywan, ściany były nad wyraz szczelne, Ballardowi bardzo odpowiadała cisza i wdzięczny był budowniczym za tak solidne drewno. Woda w metalowym garnku powoli się gotowała. Ballard wyjął z półeczki kubek, nasypał tam ususzonych liści kasztana i powoli wlał doń ciecz.
Na powrót usiadł, wyciągnął przed siebie nogi i rozmyślał. O dawnych czasach, o tych nowszych, oraz o przyszłości. Czasem drażniła go przeszłość. Wiecznie miał złudne wrażenie, iż to co już było, obecnie jest tylko wspomnieniem, nie zaś prawdą z dni które odeszły. „Nie ma czasu”, rozważał, „jest tylko chwila, w której mamy wrażenie, że coś się wydarzyło. Nie występuje zjawisko mijania kolejnych dni, nic nie zaczyna się na nowo, nic się nie kończy, to tylko złudzenie. Za parę sekund będę pamiętał, że o tym myślałem, ale czy rzeczywiście tak było? Pamięć to niekończąca się studnia, w której wypadki, mieszając się, ulegają deformacji, łączą się ze sobą i przeistaczają. Pamięć to zdolność zbyt zawodna, by móc nazwać ją księgą dająca przywilej na umiejscowienie zajść w czasie i przestrzeni, tak jak były. O ile w ogóle były. Dlatego tak ważne jest poszukiwanie w życiu szczęścia, dlatego tak ważne jest by kształtować nasze życie w taki sposób, i takie podejmować decyzje, by ich efekty odciskały w naszej pamięci swe pieczęcie na wzór dobrych wspomnień, nie złych. Mimo, że tak naprawdę nie jestem przecież pewien, czy to co przeżyłem, stało się naprawdę, ale wiem, że mam zdolność by teraz podnieść rękę, i że będę to pamiętał, chodź za dzień, nie będę mógł być pewnym, że rzeczywiście to uczyniłem.” Ballard podniósł rękę na wysokość oczu i przyjrzał się swojej pomarszczonej, chodź silnej dłoni. „Jaką w ogóle mam pewność, jak długo żyję? Być może ma podróż przez świat nie trwa dłużej od mrugnięcia oka, a jednak, wydaję mi się, że jest inaczej. Czuję to. Przede wszystkim za sprawą wspomnień. Być może wcale się nie urodziłem, jak świeca, bogowie zapalili moją duszę na chwilę, bym miał szansę przyjrzeć się obrazom przeszłości, która chodź nie istnieje, musi być jakoś nazwana, a potem zgasnąć, i nie dać prawie wcale ciepła w wielkim igrzysku gdzieś tam na górze, gdzie bogowie decydują, którą świecę zapalić.”
Pukanie przerwało strumień myśli w głowie Ballarda. Za drzwiami gospodarz ujrzał twarz Kloira, całą mokrą, ale uśmiechniętą. Z wolna czyniło się południe. Tęcza w swoim ostatnim tchnieniu powoli dogasała. Upojny deszcz kończył się. Krople spływały mu po twarzy i zatrzymywały się na dolnej wardze, skąd ich droga prowadziła prosto na mokrą ziemię. Miał długie, rozpuszczone włosy, opadające mu po policzkach na pierś. Stał pochylony
- Można? – Spytał.
- Wejdź. Miło cię widzieć. – Odparł szczerze Ballard.
- Och, zaraza, przeklęta pogoda. Rzeczywiście coś dziwnie tu u was, w Lavmerliku, nie dziwota, że ludzie truchleją. Wiatr silny jeno rozpędzony tur. Takiemu lepiej na drodze nie stawać. – Kloir powiesił przemoczone ubranie.
- Wejdź, usiądź. - Kloir usiadł w fotelu naprzeciwko Ballarda, nie ukrywając zadowolenia. – Ziółek?
- Chętnie.
- Co cię sprowadza Kloirze z Baymentaru? Czyżbyś poczuł się chory, lub też może masz zamiar zamienić słówko? – Spytał Ballard, ale już wiedział, on też znał skądś Kloira. W karczmie zauważył, że ten również mu się przyglądał. Medyk zaklął w duchu, nie chciał wspominać.
- Przede mną prawdy nie skryjesz Florianie, zwany obecnie Ballardem. Że też trafiłem na ciebie tutaj, w Lavmerliku, byle mieścince, wśród prostaków i głupców! Na początku cię nie poznałem. Zmieniłeś się, zestarzałeś. Florian, jak to się stało? I jeszcze masz czelność łgać, żeś tu od urodzenia był zamieszkał. – Zaśmiał się Kloir. – Jasny gwint!
- Mów do mnie Ballard, proszę cię. Nie wiem o czym mówisz Kloirze. Poza tym, uwierz, że łatwiej wśród prostaków o życzliwych ludzi, niż wśród możnowładców, pierdzących w przesiąknięte pychą trony o uczciwość. – Ballard łudził się, że może uda mu się jeszcze wybrnąć z tej sytuacji, ale nadaremnie. Przygotowując Kloirowi zioła, nagle przed oczami stanęły mu dawne dzieje. Prawdy… Nie, wspomnień się nie oszuka.
- Nie bredź Florian, i wybacz mi moją bezczelność, powinienem się przed tobą skłonić wiem, ale jestem w potężnym szoku. Nikt nie spodziewałby się ciebie tutaj.
- Niech ci będzie… - Poddał się zielarz. - Właśnie dlatego tutaj zamieszkałem.
- Ale dlaczego? Co cię do tego skłoniło? Przecież mógłbyś mieć wszystko, o czym marzą młodzi wojownicy, o czym ja przed latami marzyłem, bo teraz jestem na to za stary.
- Mylisz się. Nie mógłbym mieć spokoju, który odnalazłem tutaj przed dwoma laty. Tego bym nie mógł zaznać. I wiesz czego jeszcze? – Usiadł Ballard w fotelu podając Kloirowi kubek. – Nie miałbym szansy zobaczyć szczerej, naturalnej wdzięczności w oczach ludzi za okazaną pomoc. Bezinteresowna życzliwość to jedna z głównych przyczyn mego pobytu tutaj. Nawet Durdur, choć mówił, że jak płacą to daje, nie ma racji. Sam jest jednym z najbardziej poczciwych ludzi tutaj i dobrze wiem, że gdybyś teraz do niego poszedł i poprosił o obiad, dałby ci, nie prosząc zapłaty. Stamtąd skąd odszedłem, nie doznałbym szczęścia. Tam, choć wszyscy mnie znają, nie dostrzegliby we mnie prostego medyka Ballarda, a ozłoconego orderami królów bohatera. Pluję na to Kloir.
- Ale jesteś legendą! Dzieci nie mogą się nasłuchać opowieści o twych czynach! Na bogów! Na samego Torra! Wróć w nasze strony! Ludzie słysząc twe imię… Ach… Wróć Florian. – Niemal krzyczał rozentuzjazmowany Kloir. Długa broda trzęsła mu się z podniecenia, twarz poczerwieniała. Oczy zaświeciły w nadziei.
- Tutaj odnalazłem spokój, ludzie szanują to co robię. – Odparł beznamiętnie, ale stanowczo Ballad. – Jestem szczęśliwy. Zaprawdę powiadam ci, bohater jest bohaterem, kiedy pozostaje w pamięci, kiedy stawiają mu pomniki po jego śmierci, ale gdy staje się pomnikiem samym w sobie, jeszcze za swojego życia, równocześnie staje się błaznem. Ludzie źle wyglądają jako pomniki. Samemu budując sobie posąg, budujesz mur odgradzający cię od bogów. Gdybym wrócił każdy by wiedział, gdzie Florian mieszka, i jaka jest jego ulubiona potrawa, ale mało kto by pamiętał, że trzymał on umierającego przyjaciela na kolanach, oraz… - Ballard uciął i bardzo ciężko przełknął ślinę. – Wiesz zresztą co mam na myśli.
Kloir głęboko westchnął.
- Wiem, wiem… Wybacz mi Florian. Nie chciałem rozdrapywać starych ran. Tak czy owak, cieszę się, że się spotkaliśmy.
- I ja się cieszę. Co cię sprowadza tutaj, aż z Baymentaru?
- Szczerze mówiąc nic ciekawego. Jadę w odwiedziny do brata, zamieszkałego w Worrturnie. Młodszy jest ode mnie, chłopina, to i dbam o niego. Od czasu do czasu staram się składać mu wizytę.
- Szlachetnie z twojej strony. – Zaśmiał się Ballard. Po raz pierwszy podczas tej wizyty.
- Wiesz, całkiem w porządku wydał mi się ten, no… Szydło. Szczeniak, ale pełny werwy i całkiem rozsądny, a że nasze drogi się nakładają, pojedziemy do mego brata razem. Czekam tylko, byle ta wichura ustała. A ty co o tym wszystkim sądzisz?
- Nie mam nic przeciwko. Rzeczywiście, Vurthurmad sprawia wrażenie dobrego człowieka. No i łączy was profesja. To duży plus jak mniemam, możecie się wymieniać poglądami. – Podsumował medyk.
- Nie to miałem na myśli Florian. – Zniecierpliwił się Kloir. – Chodziło…
- Mów mi Ballard, to imię dużo bardziej mi odpowiada. – Uciął Ballard.
- Dobrze więc, Ballardzie. – Kloirowi ciężko było się przyzwyczaić. – A więc chodziło mi o ten wiatr. Chyba naprawdę coś w nim jest.
- Jest czy nie, po co się tym teraz przejmować? Jak jest, to wyjdzie i wtedy będę się martwił, jak nie, to kiedyś w końcu ustanie.
- A jak nie ustanie?
- To powiedzmy, że wtedy też zacznę się niepokoić.
- Pomógłbyś tym wieśniakom? – Kloir pociągnął z naczynia. – No wiesz, gdyby coś się stało, pomógłbyś im po swojemu? – Odbiło mu się.
- Co masz na myśli mówiąc: po swojemu? Obecnie jestem zielarzem, więc gdyby zielarz potrafił zaradzić kłopotom, zaradzi. Tak właśnie bym zrobił. – Odparł Ballard.
- Nie kręć, Ballard. Dobrze wiesz, co mam na myśli. Czy ci ludzie mogą liczyć na twój miecz? Twoją siłę?
- Zaprzyjaźniłem się z nimi, sądzę zatem, iż w ostateczności… Tak, ale wtedy musiałbym opuścić to miejsce.
- Rozumiem.
- Cieszy mnie to. Naprawdę chcę być po prostu medykiem, nikim więcej.
- Wiem, masz prawo do własnych potrzeb, ale pamiętaj Ballard, gdy raz wziąłeś miecz do ręki, ona zawsze będzie gotowa go dzierżyć. I choćbyś do końca życia ukrywał się przed tym, choćbyś nie wiem jak długo miast czuć w dłoni ciężki metal, parzył zioła, dobrze wiesz, że nie unikniesz powołania, a przynajmniej nie wyprzesz się go. Twa dłoń jak glina, uformowała się tak, by bronić ludzi, by nieść godność człowieka na wysokości i nie pozwolić jej się spalić w ogniu. Urodziłeś się do tego..
- Nie ekscytuj się tak, proszę cię. Nie zaprzeczę, masz rację. Nie wyprę się mego zadania. Nie zgodzę się jednak, co do teorii, jakobym z góry miał przeznaczone machanie mieczem, Wolę być zielarzem. – Wycedził stanowczo, popijając ziół. – Przyjmij to wreszcie do wiadomości.
- Nie Florian…
- Ballard.
- Nie przyjmę. Mów co chcesz, ja nigdy nie zapomnę tego coś zrobił i właśnie dlatego, będę czekał aż znowu spotkamy się jako wojownicy, a nie przyjaciele.
I rozmawiali jeszcze długo. O zielarstwie, o życiu na wsi i Vurthurmadzie. Wspomnieniom dali już spokój, z czego Ballard był wielce rad, gdyż naprawdę nie lubił zbytnio wspominać. Zamiast przywoływania obrazów z przeszłości, bardziej interesowały go same wnioski, jakie pozwalały wyciągnąć. A jedynym wnioskiem jaki nasuwał się po zakończeniu wojny w jakiej brał udział, było zaprzestanie cięcia mieczem i zabijania w ogóle. W jego głowie wielką blizną naznaczyło się piętno hańby wyniszczającej piękno ludzkiej duszy. Mimo jasności umysłu, radości i spokoju, potwornie bał się wspomnień, a tym bardziej przerażała go wizja urzeczywistnienia się zła wojny w kolejnych dniach jego życia. Żałował wielu swych czynów, toteż dlatego odrażająca była dla niego myśl, ażeby ktokolwiek uważał go jako bohatera. Wstydził się tego. Trwał w przekonaniu, że prowadząc spokojne życie być może uda mu się choć trochę ukoić ból i pogardę dla samego siebie, lecz słowa Kloira rozdrażniły jego własne zapewnienia. Poczuł, jakby w sekundę wszystko się rozsypało, jakby zmiana imienia, sposobu spędzania każdego dnia i ukrywania przeszłości przed samym sobą i innymi okazały się tylko marnym usprawiedliwieniem dla nikczemnych, jak uważał, podjętych kiedyś czynów. Ballard bardzo często długo rozważał, starał się odnaleźć w tym wszystkim sens, odpowiedź. Niestety nigdy nie udało mu się ugasić tlącego się niepokoju, nieskończonej wątpliwości i niedosytu, goszczącego jego mózg. Uświadamiał sobie, że nieraz niepotrzebnie zbyt długo się zastanawia, ponieważ nie ma owoców owych przemyśleń, do niczego nie prowadzą, a jedynie zadają coraz więcej pytań. Niekończąca się próba ucieczki przed przeszłością zdawała się być samą w sobie sidłem, pułapką, z której nie ma wyjścia. Dlatego tak przyjemne dla niego było przebywanie ze zwykłymi ludźmi i prowadzenie normalnego życia – życia zielarza. Dlatego wolał z Kloirem rozmawiać o rzeczach przyziemnych. Gdy przebywał w samotności, aż go swędziało, by znowu wszystko rozłożyć i przemyśleć, działało to na niego jak narkotyk. Zawsze jednak starał się jedynie wyciągać wnioski, nie szukać pierwotnego źródła zdarzeń i ich skutków, choć wiedział, że inaczej się nie da. Marzył, by zostawić to co było, i starać się jak najlepiej ukształtować to co przed nim, by później, gdy przeszłość rozpłynie się w przeszłość, była ona materiałem dla jak najlepszych wspomnień. A życie na wsi dawało mu takie.
Minęły kolejne dwa dni wietrznej pogody. Było późne popołudnie, ludzie wracali do domów, osłaniani przez bezchmurne niebo. Drzewa uginały się pod naporem wiatru, liście szeleściły, a na twarzach przyzwyczajonych już do pogody wieśniaków gościł uśmiech. Nagle świdrującą szczeliny wichurę przerwało echo dalekiego ryku. Wiatr ustał. Ludzie zamarli. Zapadła grobowa cisza. Mężczyźni, kobiety i dzieci wyszli na brukowane ulice, spoglądając w stronę południa – Wielkiego Lasu. Chodź nie było go widać na horyzoncie, każdy wiedział, że tam jest. Szczerze powiedziawszy mimo tego w mieścince nie było nikogo, kto by się tam odważył pójść. Ballard, którego dom znajdował się za obrębem bram wsi i był najbardziej wysuniętą na południe budowlą, również opuścił miejsce zamieszkania. Zielarz wpatrywał się w linię oddzielającą niebo od pól. Cały Lavmerlik wydawał się ugięty pod przerażeniem. Niespodziewanie dało się słyszeć przeraźliwy krzyk prujący przez powietrze w stronę skamieniałych ludzi. Mała, brązowa plamka z zawrotną prędkością zbliżała się ze strony Wielkiego Lasu. Co jakiś czas nabierała tchu i wydawała z siebie niezrozumiałe ryki.
- Mówiłem, psiakrew! Mówiłem! – Zatrząsł się Durdur, padając na kolana. – Bogowie! Ratunku!
Brązowy punkt szybko przeistoczył się w wielki obiekt. Po chwili do wsi wpadła sięgająca dachów domów istota, przypominająca człowieka. Była wielka, tęga i barczysta, ubrana w gruby, ogromny brązowy kożuch. Usta tonęły w gęstym, czarnym zaroście. Długie włosy, rozwiane opadające na rytmicznie oddychającą pierś szkliły się od tłuszczu i potu. Ze skroni wyrastały jej małe rogi, lekko skręcone w stronę czoła. Z wąskich, groźnych oczu zionął gniew. Istota zmarszczyła brwi, zwaliła się na ziemię i zaryczała:
- Ciriluin torsunn! Torsunn! Torsunn ciriluin!
Ogromny osobnik stracił przytomność.
Ballard przyjrzał się drżącej na ziemi postaci. Zmarszczył czoło, widocznie zmartwił się losem nieznajomego.
- Co to? – Spytał podbiegający Kloir. – Czy to olbrzym?
- Na to wygląda. Nie często widzi się olbrzymów tak przerażonych. I ten wiatr, przeklęty Durdur chyba miał rację. Zostań przy nim, zaraz wrócę.
- Florian! – Zawołał spokojnie Kloir.
- Tak? – Tym razem Ballard nie próbował go poprawić. Wszyscy powoli podchodzili do olbrzyma, tworząc kółko gapiów.
- Co on mówił? Co znaczyły te słowa? – Spytał wojownik. Zaraz obok niego pojawił się również Vurthurmad.
- Nadciąga gniew. – Ballard przybrał niezmiernie poważną minę. – Tak właśnie powiedział.
- Dlaczego go tak nazwałeś? – Szydło zwrócił się z zaciekawieniem do wojownika.
- Jesteś ze wschodu, nie znasz zapewne Floriana z Baymentaru, ale zapamiętaj, że był ktoś taki, a być może kiedyś dowiesz się, dlaczego warto o tym pamiętać.
Po chwili medyk biegł już z powrotem z paczuszką w ręku. Wyjął malutki flakon z wodą, wsypał tam szczyptę czerwonego proszku, zamieszał i wlał olbrzymowi do ust. Ten zachłysnął się, otrzeźwiał lekko i spojrzał na nich przerażony. Przez jakiś czas rozmawiali ze sobą w nieznanym nikomu z zebranych języku. Wszyscy dziwili się nad mądrością Ballarda i jego spokojem. Cieszyła ich myśl, iż mają kogoś takiego we wsi.
Zielarz uczynił znak na czole olbrzyma, szeptem na ucho podzielił się z nim jakimiś słowami i wyprostował ciało. Wydawał się dużo wyższy niż zazwyczaj. Olbrzym wyzionął ducha.
- Niech wszyscy natychmiast udadzą się do domów! – Zawołał Ballard. Kubrak zalśnił mu w ostatnich promieniach słońca – Grozi wam niebezpieczeństwo. Skryjcie się z bliskimi i pozamykajcie okna. Nie bójcie się, przyjaciele. – A ty Kloir. I ty, jeśli chcesz Szydło. – Zwrócił się bardzo cicho do wojowników. – Zostańcie ze mną.
- Ballardzie. – Podszedł do niego Moli. – Mogę zostać z tobą?
Medyk sprawiał wrażenie niezwykle groźnego jak na siebie. Łypnął na młodziana i orzekł:
- Wracaj do matki! Przejrzyj na oczy Molir! Ona cię potrzebuje, ja poradzę sobie sam. Szybko!
Molir odszedł bez wachania.
Mieszkańcy Lavmerliku niezwykle ufali Ballardowi. Od kiedy pojawił się w ich wiosce czuli do niego szacunek i zaufanie. Gdy już wszyscy posłusznie wykonali polecenie, trzech mężczyzn – Ballard, Kloir i Vurthurmad stanęli twarzami zwróconymi w stronę południa. Słońce ostatnim tchnieniem ogrzewało ich prawe skronie.
- Na co czekamy Ballard? – Zapytał Szydło. – Z czym przyjdzie nam się zmierzyć?
- Nadciąga gniew. – Zasyczał Kloir. – O to chodzi Florian?
- Nie, nie zupełnie. Pierwsze słowa jakie wypowiedział olbrzym mają dużo większe znaczenie. Są zapowiedzią czegoś więcej, dużo więcej, niż przyjdzie nam tu zobaczyć. Tutaj koledzy, staniemy przeciwko czemuś, lub komuś, sam nie jestem do końca pewien. Jednak nigdy nie zapomnijcie zdania: Ciriluin torsunn, bowiem znaczy ono więcej, niż nam się obecnie wydaje i bynajmniej owy gniew nie jest przymiotem osoby, lecz siły.
Długie włosy Vurthurmada ściemniały, zgasły również blizny na twarzy Kloira, zapadła noc. Z początku była ona bardzo ciemna. Wojownicy zlękli się warunków, w jakich przyjdzie im walczyć, lecz zaraz też blask księżyca wylał się na pola i zrobiło się dużo przyjemniej. Wiatru nie było słychać już od dawna. Odezwała się sowa, pasikoniki poczęły grać swą piosenkę. Pora zmierzchu niczym nie odbiegała od normalności. Lekko znudzeni, acz czujni wojownicy powoli tracili nadzieję na walkę, wiercili się w miejscu. Vurthurmad zaklął.
Niesłusznie. Nagle Ballard dostrzegł ruch, usłyszał szelest. Przed nimi niespodziewanie zarysował się kontur zwykłej postaci. Była ich wzrostu, skromna w ramionach, ubrana w czarną zbroję. Na głowie widniał jej hełm, cały zakrywający twarz. Jedynie oczy – żółte i straszne przeszyły ich jadowitym spojrzeniem. Natychmiast rzuciła się na nich tnąc mieczem powietrze. Pierwszą ofiarą szaleńczej żądzy mordu stał się Kloir. Zdążył on uskoczyć przed pionowym atakiem i szybko wyjmując swój miecz z pochwy stanął gotowy. Szydło już z toporem w rękach zamachnął się groźnie i bił w potwora. Niecelnie. Wtem w świetle księżyca zajaśniał długi, cienki miecz o tylko jednej stronie zaostrzonej. Kloir uśmiechnął się, splunął i przetarł usta. Florian zwinnie obrócił się dookoła własnej osi starając się zahaczyć przeciwnika. Ten jednak piekielnie szybko odskoczył i wysunął drapieżną ripostę. Ale zielarz również był szybki. I to dużo bardziej niż mogłoby się wydawać. Nagle monstrum otoczone przez trzech przeciwników podniosło jedną dłoń i ugodziło Szydło strumieniem fioletowego światła. Wojownik upadł bez ruchu. Zaraz potem Kloir został draśnięty w nogę.
- Nic mi nie jest! – Krzyknął, ale nie był już zdolny do walki. Nie z tak szybkim przeciwnikiem, i nie po ciemku.
Pozostał tylko Ballard i jego rywal. Władający czarami napastnik nie musiał długo czekać na zachętę do walki. Florian zwinnym piruetem znalazł się tuż przy nim i ciął od dołu. Atak zablokowany. Walka nabierała tempa. Miecze tańczyły w powietrzu, zgrzytały i furkotały. Florian stąpnął na lewej nodze, pikując w przód. Stwór uchylił się i przed tym. Zielarz nabrał rozpędu i przenosząc ciężar ciała z powrotem na prawą nogę obrócił się dookoła i wymierzył cios pod żebra. Trafił. Ostatnim wysiłkiem przeciwnik wystrzelił w Ballarda czar, ale wystawiony miecz wchłonął światło. Stwór zwęził oczy, jakby domyślił się z kim walczył, a potem zmarł.
Zielarz doskoczył do Vurthurmada i wlał mu do ust ten sam płyn, który wlał olbrzymowi. Na szczęście było w miarę wcześnie, Szydło obudził się cały i zdrowy. Ballard opatrzył ranę Kloira i spalił napastnika.
- Temu miastu już nic nie zagraża. – Zaczął. – Nie potrzebują już obrońcy.
- Kto to był? – Spytał Szydło z wyraźnym respektem w głosie, gdyż zaimponowały mu zdolności Ballarda.. – Ten z którym walczyliśmy?
- Był wysłannikiem mającym ścigać olbrzyma, by ten nie mógł zdążyć wyjawić tajemnicy. Na szczęście wysłannik nie spełnił swojego zadania.
- Ale te oczy… Co to był za potwór?
- Mogę się tylko domyślać, że był to kiedyś człowiek, ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia czym się stał.
Noc trwała dalej, głucha na to co się stało, a oni rozmawiali. Gdy noc już powoli się kończyła, Ballard podjął:
- Nie mogę tu dłużej zostać. Coś mnie ciągnie w innym kierunku. Chyba przyszło nam się rozstać.
- Gdzie pójdziesz teraz? – Uśmiechnął się Vurthurmad.
- Przed siebie, na południe. Nie chcę by to miasto znało mnie jako bohatera. Wolę zostać wspomnieniem, nie błaznem. A wy, dokąd? Zgodnie z zamierzeniem?
- Tak. – Odparł Kloir. – Bywaj Ballard.
Szydło położył mu rękę na barku. Młody wojownik i Florian spojrzeli w sobie w oczy.
- Bywajcie i wy, przyjaciele.
I tak rozstali się. Sylwetka Ballarda powoli malała na południu, aż w końcu wraz z pojawieniem się słońca, znikła zupełnie. Odszedł człowiek poszukujący wyjaśnień i odpowiedzi, sensu życia. Odszedł człowiek – zielarz i medyk, a przede wszystkim zaś tylko bohater.