Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Borkland I - Kosz Owoców

brunonn ·

W pewnej małej wiosce drwali i rzemieślników, zwanej Eistvillian, mieszkała uboga rodzina. Tak uboga, że nie zawsze było ją stać choćby na najskromniejszy kawałek chleba. Najczęściej, jej członkowie nie mieli w domu co jeść, więc jedli po prostu to, co znaleźli w pobliskich lasach. Niestety, mogli sobie na to pozwolić tylko na wiosnę i w lecie, bo kiedy zbliżała się zima i owoce leśne marzły, musieli pogodzić się z ciężkim do zniesienia głodem. Głową tej biednej rodziny był drwal - miał na imię Gizur. Ponieważ był bardzo stary (zbliżał się do siedemdziesiątki) i zmęczony swoim życiem, nie ciął drzew tak szybko i nie rąbał drewna, jak młodsi i silniejsi od niego drwale. Niewielu rzemieślników robiących wyroby z drewna kupowało od starego Gizura, a jeśli już taki ktoś się trafił, to był najbiedniejszym z biednych i zwyczajnie nie było go stać na coś lepszego.
Małżonką naszego drwala była nieuleczalnie chora kobieta. Nazywała się Landrena, a choroba uniemożliwiała jej nawet chodzenie. Leżała cały czas w swym skromnym, wiejskim łożu, śpiąc lub szyjąc ze starych szmat ubrania dla swoich synów. Pierworodnym synem był Edanel. Drugim synem był Ivaner, a trzecim Rodrin. Wszyscy trzej starali się jak najlepiej pomóc rodzicom w utrzymaniu domu. Nie chcieli bowiem znaleźć się na ulicy i być pośmiewiskiem dla bezdusznych ludzi mieszkających w sąsiedztwie. Wiedzieli także jak może być im trudno, bo nieraz widzieli żebraka, kogoś umierającego, a nawet zmarłego z głodu. Nie mieli zamiaru skończyć w taki sposób. Dlatego też harowali całe dnie pomagając ojcu w cięciu drzew i rąbaniu drewna, pasąc owce dla pasterzy, dojąc krowy dla mleczarzy albo pomagając w ogródku zamożnym ludziom. Za ciężką pracę dostawali marne grosze, ale wystarczały one na zapłacenie wszystkich rachunków. Mieszkać więc w domu mogli...
W domu...Prawdę mówiąc to nie był dom. Była to mała, drewniana chatka (Gizur zbudował ją wiele lat temu). Miała tylko jedno pomieszczenie, w którym znajdował się niski stół, kilka krzeseł, szafa na ubrania i łóżko Landreny (reszta spała na ziemi, pozwalając chorej kobiecie spać wygodniej). Edanel, Ivaner i Rodrin od zawsze marzyli opuścić wioskę i podróżować po nieznanych, tajemniczych krainach z mieczem przygotowanym do walki z goblinami, trollami lub innymi przerażającymi stworami. Chcieli być kimś więcej niż najzwyklejszymi włościanami. Pragnęli poznać życie poszukiwaczy przygód lub zostać szlachetnymi rycerzami, ale nie mogli zostawić swoich rodziców samych! Przecież by sobie nie poradzili i na pewno, prędzej czy później znaleźliby się na ulicy. Dlatego też młodzieńcy musieli pogodzić się z faktem, że nigdzie się nie wybiorą.

Pewnego jesiennego dnia, a był to dokładnie dziesiąty października trzej synowie Gizura wybrali się do lasu po ostatnie owoce i grzyby. O polowaniu nie było mowy, ponieważ wszystkie zwierzęta, które można by upolować, wyniosły się na północ. Dlatego też mięso przywożone było do Eistvillian z Marlanburga, Nodailli (stolicy Borgii) lub z innych miast i wsi. Mięso w wiosce można było teraz tylko kupić (i to w dodatku nie tanio), a na to nie było stać naszej biednej rodziny.
Chłopcy wstali z samego rana, wzięli ze sobą łuki i kołczany pełne strzał (na wypadek niebezpieczeństwa) oraz koszyki i pożegnali się z rodzicami.
- Uważajcie na siebie! - powiedziała z trudem matka i uśmiechnęła się słabo.
- Ale pamiętajcie, że musicie wrócić w południe i pomóc panu Oddissonowi wykopywać ziemniaki na polu - dodał ojciec.
- Dobrze, ojcze. - odpowiedział najmłodszy z braci.
- Wrócimy jeszcze przed południem. - zaśmiał się Edanel i pobiegł wraz ze swoimi braćmi na zachód, w stronę lasu.
Wędrowali przez liczne wzgórza i łąki. Były jeszcze zielone, gdyż dopiero zaczynała się jesień, ale niektóre kępy trawy miały już żółty kolor. Słońce stało nisko nad horyzontem, a niebo było czyste jak w lato. Zapowiadał się niezwykły dzień. Chłopcy szli pogrążeni w myślach, żaden z nich nie odzywał się. Zastanawiali się, co dzisiaj ich spotka. Mieli nadzieje, że ten dzień okaże się nadzwyczajnym.
- Może spotka nas w lesie jakaś przygoda? - przerwał milczenie Rodrin.
- Bardzo bym chciał...- mruknął, jeszcze zamyślony Ivaner.
- Gdzie tam! - skrzywił się najstarszy z braci - Przygód szuka się w dalekich miejscach...tam, gdzie mieszkają trolle, krasnoludy...A tutaj? Tu jest nudno jak nie wiem, co! I żadne przygody nas nie spotkają!
Dwaj młodsi bracia słysząc jego słowa przyznali mu racje, gdyż mówił prawdę. W lesie, do którego właśnie się wybierali, było cicho i spokojnie, a przygody trafiają się w miejscach głośnych i niebezpiecznych.
- Ach...nasze życie jest nudne...- oświadczył ponuro Ivaner.
- I w dodatku - potwierdził Rodrin - jak wrócimy z lasu, będziemy musieli pomóc temu głupiemu Oddissonowi.
- Ja też nie lubię tego wrednego skąpca, ale musimy pracować - odrzekł Edanel kopiąc nerwowo jakiś kamień.
Ponownie zapanowała cisza, a chłopcy znów pogrążyli się w myślach. Szli powoli. W końcu weszli do gęstego, starego lasu. Temperatura powietrza od razu się podniosła. Wilgotne mchy porastały kory i kamienie. Pożółkłe liście leżały pod drzewami chroniąc owady przed częstymi deszczami, a na ich koronach na gałęziach, siedziały ptaki przyglądając się trojgu przybyłych. Ten las był nazywany przez mieszkańców Eistvillian Dębowym Lasem, gdyż ponad połowa drzew była dębami. Szeroka droga ciągnęła się niemalże w nieskończoność. Tak się wydawało, ale na szczęście trzej bracia znali te okolice jak własną kieszeń. Większość wolnego czasu spędzali w tym lesie. Wiedzieli, gdzie jest każde drzewo, gdzie leży każdy głaz i gdzie rośnie każdy krzak z jeżynami i jagodami. Często też, gdy tu byli, ćwiczyli się w strzelaniu z łuku do celu. I naprawdę byli świetnymi łucznikami. Mogliby z odległości pięćdziesięciu borów trafić w sam środek tarczy! Można nawet powiedzieć, że swoim talentem w posługiwaniu się łukiem dorównywali leśnym elfom, mistrzom w tej dziedzinie.
- Idziemy na Czerwone Wzgórza? - zapytał Rodrin, przerywając dotychczasowe milczenie - Czy szukamy gdzie indziej?
- Oczywiście, że na Czerwone Wzgórza! - zaśmiał się Ivaner.
- Bo przecież - odrzekł, nadal jeszcze pogrążony w zadumie, Edanel - to jedyne miejsce o tej porze roku gdzie rosną leśne owoce, więc nie mamy wyboru...
- Ach...racja. - przypomniał sobie nagle młodszy brat - Ale...czy koniecznie teraz musimy szukać tych kwaśnych owoców? Nie możemy poszukać grzybów?
- Jak chcesz, to idź szukaj grzybów - zaproponował sarkastycznie Edanel - ale ja z Ivenarem idę na Czerwone Wzgórza.
- Chodź teraz z nami, a potem pójdziemy na grzyby - poradził Ivaner spoglądając niepewnie na starszego brata.
- Dobrze... - odpowiedział niechętnie Rodrin - Ale jak spotkam grzyby, to zbieram.
Zatrzymał się, spojrzał pod drzewo i podbiegł do niego, po czym zerwał spod niego dużego grzyba.
- Jaki wielki! - krzyknął, chowając znalezisko do swojego koszyka.
- Bo tutaj takie rosną - odparł Edanel - Ale może lepiej poszukajmy pieczarek, bo wiem jak wyglądają.
Chłopcy szli drogą i rozglądali się za jedzeniem. Wszystko, co dało się zjeść i co było smaczne wkładali do swoich koszyków. Mieli wszyscy razem pójść na Czerwone Wzgórza, ale w końcu postanowili, że się rozdzielą, by w ten sposób móc szybciej napełnić swoje koszyki.
- Spotkamy się za godzinę w tym miejscu - powiedział najstarszy z braci i pokazał na stary, duży dąb - Przy tym drzewie.
Wszyscy spojrzeli z podziwem na najstarszy i największy dąb z całego Dębowego Lasu.
- To umówmy się tak - zaczął Edanel - Ivaner, idź drogą na północ na Czerwone Wzgórza i nazbieraj tam jeżyn i jagód (jeśli będą). Możesz też nazbierać orzechów z leszczyny. Rodrin, zejdź z drogi i idź na wschód...tam jest dużo grzybów, więc będziesz miał co zbierać, ale pamiętaj, żeby nie zbierać trujących. Dobrze?
- Dobrze...ale gdzie ty idziesz? - zapytał najmłodszy z braci.
- Ja pójdę na południe, pozbierać pieczarki...sami wiecie, że się na nich dobrze znam.
- Niech będzie - uśmiechnęli się młodsi bracia i każdy pobiegł w swoją stronę.
Słońce pięło się coraz wyżej w górę. Czas płynął. Szybko minęła godzina, po której wszyscy musieli powrócić pod Stary Dąb. Trzej bracia chodzili samotnie po lesie zbierając pożywienie. Edanel i Rodrin zaczęli już nawet zawracać, bo uzbierali całe kosze grzybów i pieczarek. Natomiast Ivaner, gdy poszedł na Czerwone Wzgórza znalazł tam jedynie spustoszone krzaki jeżyn.
- A niech to! - oburzył się - Pewnie ptaki ze żarły! To co ja będę zbierał?
Koszyk Ivanera był pusty. Nie wiedział, co ma robić i gdzie szukać. Nie miał zamiaru wracać z pustym koszykiem.
- Gdzieś musi być coś do jedzenia - pocieszał się niespokojnie chłopiec.
Zszedł zawiedziony z Czerwonych Wzgórz i nagle, ku swojemu zdziwieniu, zobaczył błękitne drzewo promieniujące złotym światłem. Było wysokie i bujnie rozgałęzione. Jego liście, mimo jesieni były zielone i trzymały się mocno gałęzi. Kora drzewa była gładka, a korona zasiana wszelakimi owocami, na które Ivaner od razu zwrócił uwagę. Zobaczył tam jabłka, gruszki, wiśnie, czereśnie i wiele innych owoców, o których istnieniu nie miał nawet pojęcia, więc również nigdy nie jadł. W dodatku to wszystko było na jednym drzewie!
- Niesamowite! - wykrzyknął chłopiec patrząc z szeroko otwartymi oczami, pełnymi podziwu i szczęścia.
Podbiegł szybko do pięknego drzewa i urwał z niego pomarańczowy owoc o kulistym kształcie (była to pomarańcza). Włożył go do swojego koszyka. Po chwili zobaczył, że na miejscu zerwanej pomarańczy wyrósł kolejny owoc. Tym razem inny.
- Niesamowite! - wykrzyknął ponownie jeszcze bardziej zdziwiony i szczęśliwy.
Nazbierał cały kosz owoców i usiadł pod drzewem jedząc jabłko. Było już dawno po czasie, po którym bracia mieli się spotkać pod Starym Dębem, ale Ivaner był strasznie zmęczony. Nie wiedział dlaczego. Musiał koniecznie się zdrzemnąć. Kiedy zasnął, śniły mu się różne, koszmarne i miłe sny. Gdy się przebudził, pokręcił głową.
- Dziwny sen... - zastanowił się poważnie - Bardzo dziwny...ale co on ma oznaczać? Kim była ta kobieta?
Nie dowiecie się teraz, co Ivanerowi się śniło, choć zapewne jesteście tego ciekawi. Teraz jeszcze nie pora. Być może usłyszycie o tym w dalszej części tej opowieści...

Słońce stało już wysoko na niebie, gdy Ivaner przypomniał sobie o Edanelu i Rodrinie.
- Co? - zerwał się na równe nogi - Już tak późno?
Wziął koszyk, który był teraz bardzo ciężki i pobiegł na Czerwone Wzgórza, a potem przez dróżkę w stronę Starego Dębu. Dwaj bracia już szukali zaginionego po całym lesie.
- Ivaner! Gdzie jesteś?! - wołali.
Niestety, Ivaner tego nie słyszał, bo kiedy bracia poszli na Czerwone Wzgórza, ten udał się pod Stary Dąb. Nie zastał tam Edanela, ani Rodrina, więc usiadł i czekał.
Godziny płynęły jak rzeka poganiana przez wielki wiatr. Niebo zaczynało robić się coraz ciemniejsze. Cienie się wydłużały. Braci wciąż nie było!
- Ach! Pewnie poszli już do domu! - skrzywił się Ivaner - Jak mogłem o tym nie pomyśleć?
Chłopiec szybko udał się na wschód do wioski.
- Ale jak to możliwe, że wrócili do domu beze mnie i zostawili mnie samego w lesie? - mruczał pod nosem rozzłoszczony.
Biegł co sił w nogach, od czasu do czasu zatrzymując się, by odpocząć i ochłonąć. Noc była coraz bliższa. Z każdą chwilą było coraz ciemniej. W końcu nawet był taki moment, kiedy Ivaner nic nie widział, ale to go jeszcze bardziej skłaniało do szybkiego powrotu do Eistvillian.
Był cały zdyszany i przemęczony, a ciężki koszyk pełen owoców przysparzał mu teraz więcej smutku niż radości. Noc była cicha. Tylko z oddali było jeszcze trochę słychać pohukujące sowy z Dębowego Lasu, które właśnie zaczynały polowanie na myszy. Księżyc w pełni mienił się bladym blaskiem na niebie, a ciemne, szare chmury zbierały się wokół niego. Łąki i wzgórza były już za chłopcem. Przed nim zostało ostatnie wzgórze!
- Nareszcie! - wykrzyknął wdrapując się na szczyt górki.
Gdy na nią wszedł i spojrzał przed siebie, zobaczył coś przerażającego. Tak przerażającego, że krew mu się zmroziła w żyłach, a serce zaczęło mocno bić. Oczy chłopca były pełne grozy, a po policzku płynęła łza. Każdego z was przeraziłby widok własnego domu stojącego w płomieniach. A Ivaner właśnie to zobaczył. Eistvillian płonęło.##edit_byatak 2005-12-18 10:51:40##ed_end####edit_byevil_joshua 2005-12-22 00:05:00##ed_end####edit_byevil_joshua 2005-12-24 18:57:35##ed_end####edit_byatak 2006-01-31 15:50:35##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...