Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Cael ipsum petimus

bartuch666 ·

Ulice były strasznie brzydkie, w pobliżu stały zaniedbane, niskie budynki, do których widoku już dawno przyzwyczaiła się tutejsza ludność. Nie było to zwykłe średniowieczne miasto z charakterystycznymi kamienicami, zatłoczonymi karczmami i gospodami, rozwrzeszczanymi kupcami, rozgadanymi grubymi plotkarami...
A może było aż za bardzo?
Tak, przecież tu wszystko wyglądało na zwykłe i niczym się niewyróżniające. Codziennie szare domy, szare niebo, czasami mętne słońce zachęcające do życia gnój niższych stanów. Lecz przede wszystkim deszcz tak bardzo pasujący do tego górniczego sioła. Właśnie, sioła. Bo miastem nazywano tą miejscowość przez żart. Przyzwyczajenie. Wioska startowała w wyścigu o prawa miejskie, ale miała naprawdę bardzo małe szanse na zwycięstwo. Wręcz żałośnie małe. Po co tej zapadłej dziurze prawa miejskie? W pobliżu nie znajdował się żaden ważniejszy ośrodek handlu. A na Jodłowym Wzgórzu handel to na pewno nie kwitł. Chyba, żeby zaliczyć pracę tutejszych dziewek, trzeba przyznać, pracujących naprawdę bardzo ciężko. O tak, tutejszy szlachcic, pan von Hamborg, wiedział o tym najlepiej. I również przeor Halban. [Także]Chociaż i kilku księży, znalazłszy trochę czasu pomiędzy zgłębianiem kolejnych tomów ksiąg, mogłoby się wypowiedzieć w tej kwestii.
A ponadto Jodłowe Wzgórze nie miało czym się pochwalić. Okoliczne złoża węgla kamiennego były już niemal na wyczerpaniu, co nie wróżyło niczego dobrego ludności. W najbliższych latach spodziewano się biedy, głodu i chorób. Oczywiście, na domiar złego, także sporego przyrostu naturalnego. Z prostej przyczyny: bo kiedy nie ma co robić to i tak trzeba coś robić.
Szlachcic von Hamborg, będąc człowiekiem wielce oświeconym, doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego zaczął przygotowywać się do przeprowadzki i objęcia władzy nad bardziej gościnnymi ziemiami. Wieśniakami nie przejmował się specjalnie. No może dziewkami. Ale w końcu kobiety są wszędzie, a od szyi w dół mają to samo, a to było najważniejsze. Tym bardziej, że rycerz był tak bogaty, że mógł mieć każdą. Gdzieś w świecie słyszano, iż nie każde są w stanie oddać się za pieniądz. Niestety, nikt nie pamięta, kto to powiedział. Bo czyżby kobieta widząc mieszek pełen złota, szlachetnych kamieni, a także całkiem pięknego księcia niczym z bajki, mogłaby się powstrzymać? Nawet ta marząca o wspaniałym rycerzu z bajki? Marzenie marzeniem, życie życiem. Może i szlachcic byłby idiotą, mało tego, byłby pusty, zapatrzony w siebie, nie wierzyłby w żadne wyższe ideały, nie mówiłby pięknie i zachowywałby się okropnie, ale mając urodę i pieniądz, ma kobietę. Nawet tą niedostępną, błądzącą w chmurach. Zresztą kobiety są problemem i nie należy tutaj roztrząsać tego tematu.
Ta noc, w przeciwieństwie do większości, należała do niezwykle malowniczych. Na czystym niebie przechodnie widzieli księżyc w pełni, prostą dzwonnicę kościoła... Ogólnie rzecz biorąc to jedynie to, gdyż miasto zalała mgła. Adalbert dziękował Bogu, za tą łaskę. Nie musiał oglądać tych śmierdzących i ordynarnych budynków. Nie musiał patrzeć w oczy tym nielicznym ludziom, którzy go mijali. I, na Krzyż Męki Pańskiej, widział jedynie niewielką część tego wypróżniającego się pijaka. Chociaż Adalbert raczej byłby skłonny powiedzieć: próbującego się wypróżnić. Ów nieszczęśnik wytrzeszczył oczy, wpatrzył się w mężczyznę i tak zastygł. Jego twarz wyrażająca bezgraniczną mękę przemawiała sama za siebie. Adalbert postanowił zostawić nieszczęśnika samemu sobie, jak to w życiu bywa i zająć się swoim zawrotem głowy. Skręcił za róg karczmy, tam oparł się o ścianę. Wzniósł oczy do góry i mocno odetchnął. Stał twarzą do jednej z niewielu uliczek miasta. Przechodniów widział rzadko.
- Ech, co za żałość w tej karczmie. Niech się w rzyć pocałują, nie będą pić na mój koszt. Żeby przynajmniej miło gaworzyli... A tu chuj, nic. Gdybym więcej wypił, to wtedy dopiero by mi się dostało... jeszcze wydarliby ostatni grosz albo co... O nie, tak być nie może! To, żem młody, o niczym nie świadczy!
Adalbert nie do końca pojmował, co się dzieje wokoło. Wypił nie dużą ilość alkoholu. Dwa kufle piwa oraz jeden kufel miodu. Warto wspomnieć, że o ile dla tutejszych wieśniaków miód był miodem, a piwo piwem, to dla, przykładowo, pana von Hamborga, był to co najwyżej tani sik. Przy pomyślnych wiatrach – zlewka niewiadomo jakiego pochodzenia.
Wracając do Adalberta - Dobry Pan obdarował go niezwykle słabą głową i słabą wolą. Niestety bystrości i intelektu też poskąpił. Jego matka naprawdę nie wiedziała, jak jej syn da sobie radę w przyszłości. Przede wszystkim, jak ona i jej mąż odejdą do Królestwa Niebieskiego. Adalbert średnio nadawał się do prac w polu. Narzędzia leciały mu z rąk, nie raz i nie dwa przez roztargnienie niszczył część plonów. Często, w wyniku niefortunnych wypadków, jak sam mawiał, w jego dłoniach psuły się rolne oprzyrządowanie. Chłop szybko się męczył, miał posturę cherlaka. Był za słaby na górnika; za tchórzliwy i za niski na żołnierza. Właściwie to niewiadomo było, co z nim począć. Kręcił się tu, zajrzał tam. Jedynymi jego umiejętnościami, jakimi mógł się poszczycić, był talent do rzeźbienia, ale w mieście był nie jeden potrafiący lepiej to robić niż on. Tym bardziej, iż Adalbert nie rozwijał swoich zdolności. Rzeźbił z nudów, bądź pod wpływem natchnienia. O ile jego drobne wyczyny z kawałkiem drewna zachwycały dzieci, rówieśników, starszych, to nie zachwycały jego rodziców. Owszem, cieszyli się z nich, ale oddaliby wiele, aby ich najukochańszy syn potrafił robić coś konkretnego. Coś przydatnego. Bo tutaj, za przeproszeniem, to gówno dawało. Gdyby chociaż przyjeżdżali tu bogaci kupcy, och, jacy tam kupcy, mieszczanie wystarczyliby. Nikt nie przypominał sobie żadnych ciekawszych tworów przyrody ani człowieka. Więc nie mieli oni po co przyjeżdżać, a biedny Adalbert nie mógł nikomu sprzedawać swoich dzieł. Swoją drogą i tak nie wiadomo, czy by ktoś to kupił, dlatego sytuacja dwudziestolatka nie była godna pozazdroszczenia. Może i chłopak umiał pisać i czytać i był jednym z lepiej wyuczonych wieśniaków, ale o studiach na jakiejkolwiek uczelni nie miał co marzyć. Rodzice byli za biedni i nie chcieli tracić siły roboczej w polu. Ponadto każdy choć trochę znający prawo feudalne doskonale wiedział, że chłop nie mógł opuszczać miejsca zamieszkania, gdyż, broń Boże, jeszcze mogłyby na tym ucierpieć fundusze szlacheckie, a przecież każdy rozsądny członek wiejskiej zbiorowości znał tego konsekwencje. Albowiem gniew szlachcica był straszny.
Adalbert doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale mimo wszystko postanowił sobie zmyć się z wioski. On po prostu nie mógł dłużej znieść otaczającego go widoku. Myślał, że oszaleje, tym bardziej, iż jego problemy nie znikały, a wręcz przeciwnie, wciąż rodziły się nowe. Problemy z rodziną, problemy z ludnością, problemy z obowiązkami... naprawdę było tego dużo. Kiedyś w gospodzie słyszał od tutejszego uzdrowiciela, a także jak plotka mówiła alchemika, Vinzenza, o szerokim świecie, o wspaniałych krainach niemieckich, francuskich miastach pełnych bogactw i pracy dla ludu. Vinzenz mówił, iż należy iść ciągle na zachód, a dojdzie się. Chłopak podjął już decyzję, tam właśnie się uda.
Jego ambitne plany mąciły jednak pewne dwie myśli. Po pierwsze myśl o gniewie pana von Hamborga. Kiedy ostatnio chłop Emil podjął się tego czynu, źle to się skończyło dla niego, a przede wszystkim dla jego rodziny. Otóż mając na wyżywieniu żonę oraz matkę, piątkę dzieciaków, w tym dwie piękne szesnastoletnie córki, pewnego dnia do jego ograniczonej główki zaświtał pewien pomysł. Chciał na krótki czas opuścić wioskę, udać się do najbliższego miasta, tam zrobić majątek i wrócić po rodzinę. Niestety pan Johannes von Hamborg źle zrozumiał jego intencje. Po jednym dniu odnalazł na trakcie Emila, przykładnie go powiesił, sam zgwałcił jego dwie córki, a następnie całą rodzinę zamknął w lochach swojej posiadłości. Od tej chwili słuch o niej zaginął.
Oprócz tego była jeszcze jedna zła myśl. Adalbert w ciągu ostatnich lat stracił wiarę w swoje umiejętności i wątpił w to, że da sobie radę w wielkim świecie.
Mocno odetchnął i wszedł z powrotem do karczmy. W środku śmierdziało alkoholem i spalonym tłuszczem. Dodatkowo główna sień nie była od dawna sprzątana, dlatego na ziemi często spotykało się niedojedzone resztki pokarmów, rozlane trunki oraz śpiących ludzi. Jak czytelnik się pewnie domyśla, śpiących nie z powodu przepracowania, lecz upojenia alkoholowego. Szanowny karczmarz niestety nie miał dostatecznie dużo czasu, by zająć się nieszczęśnikami i zostawił ich na pastwę losu, a dokładniej na łaskę tutejszych dobrych ludzi w każdej chwili mających ochotę z radością zaopiekować się sakiewkami smacznie drzemiących.
- Clemens, kurwa, wypierdalaj mi tu spod baru, torujesz drogę! Inni też chcą kupić coś do picia! A ty już nie masz pieniędzy, więc won stąd!
Karczmarz czasem wpadał w gniew, kiedy utrudniano mu zarabianie pieniędzy. Tym bardziej, że był pochodzenia żydowskiego.
Pijak przy ladzie odbiegł w popłochu.
Adalbert przepchnął się obok dużego, łysego na czubku głowy wykidajły i dosiadł się do swoich przyjaciół.
- O, popatrzcie tylko, kto do nas wrócił! Wyrzygałeś się porządnie i zwolniłeś trochę miejsca na kolejny kufel piwa? Mam nadzieję, że tak, bo właśnie pijemy kolejną kolejkę. Na twój koszt, Adalbert – zarechotał Kasimir.
Był to przysadzisty człowiek w wieku Adalberta. Lubił zdrowo pojeść i popić, o czym świadczyła jego sylwetka. Wśród znanych mu ludzi uchodził za człowieka nieprzeciętnie mądrego i potrafiącego znaleźć wyjście z najgorszej sytuacji. Na nieszczęście umiejętności praktyczne nie dorównywały jego wiedzy.
- O tak, jeszcze czego. Nic już wam więcej nie kupię. Wystarczająco mocno mnie dzisiaj okradliście. Teraz ty stawiaj albo ktoś inny. Byle kto, byle się jeszcze napić.
- Nie mam pieniędzy – szybko urwał Kasimir.
- No, wiadomo! Jak Kasimir ma stawiać, to nagle okazuje się, że nic, kurwa, nie ma w swej zakichanej sakwie! A na jakąś dziwkę zawsze masz! Jak tak to i ja nic nie wyciągam na blat! Koniec i kropka! – krzyknął Dieter swoim mocnym i pewnym głosem. Jego długie do ramion, kręcone i kruczoczarne włosy zalały mu czoło. Widok ten ciągle przyciągał wzrok dziewcząt, które zawsze kręciły się w pobliżu Dietera. Lubił on dobrze wyglądać, ładnie pachnieć, nigdy nie zdarzyło się, aby jego kozia bródka nie była modnie przycięta. Problem w tym, że rzadko się mył i nie mógł powstrzymać się od puszczania niezwykle śmierdzących bąków, nie szczędzących nikogo.
Jego brat bliźniak, Gustav, nie miał tyle szczęścia do kobiet, co on. W ogóle ostatnio coś mało miał szczęścia. Po nieudanej grze w kości wdał się w bójkę z wykidajłą z innej karczmy i do dziś bolało go, kiedy siadał. Za wszystkim stał jego wybuchowy temperament. I te jego krótkie kręcone włosy, które zawsze drażniły wykidajłów i dostarczały im powodu do drwin.
- W tym względzie muszę się zgodzić z moim głupkowatym starszym bratem – w tym momencie Dieter zmieszał się. Gustav był młodszy – o całe kilka sekund. - Mój miły, może i jesteś przebiegły, ale w konia to się robić nie dam! ...Idę na noc załatwić sobie jakąś kobietę.
- Brachu, ty byś się tylko rżnął. Nie dziwię się, dziewuchy nie może sobie znaleźć... żadna go nie chce... Musi kupować miłość – odezwał się Kasimir z udawanym zrezygnowaniem.
Wszyscy się zaśmiali.
- Kasimir, ty się nie martw, ja dam se radę! I tylko nie mów mi, że ty nie korzystasz z usług tych szlachetnych dziewek sprzedających swe wdzięki. Jak ma się co pokazywać i co dawać, to trzeba pokazywać i dawać. Jeszcze brakowałoby tego, żeby taka na przykład Klaudia trzymała swoją piękną dupcię tylko dla jakiegoś tam chuja. Hmm... chyba widziałem ją dzisiaj przed drzwiami wejściowymi do karczmy... – Gustav rozweselił się, co było widać po jego uśmiechniętych, świńskich oczkach.
- O, nie, tylko nie bierz Klaudii, ja chciałem się z nią dzisiaj przespać – zajęczał nieodzywający się do tej pory Sterz. Miał na głowie swój czarny kaptur, z którym nigdy się nie rozstawał. Zdawał się on nieodłącznym elementem jego osoby.
- Cicho tam, Sterzuch, jak już zrobi mi dobrze, do będziesz mógł ją sobie wziąć. Nawet, powiem ci, łatwiej będzie ci w nią wchodzić i mniej się napracujesz. Musisz tylko polubić wilgoć...
Sterz jedynie jeszcze raz zajęczał.
- A ty, Adalbert, może w końcu przeżył byś swój pierwszy raz z kobietą? Brachu, masz tą swoją dwudziestkę, a jeszcze ani razu żadnej nie machnąłeś! Ja już pieprzyłem się mając siedemnastą wiosnę za sobą!
Grono towarzyszy znowu wybuchło śmiechem.
- Kogo? Pewnie ta gruba ciotka dała ci dupy – wtrącił się Sterz, ale Kasimirowi nie chciało się silić na uszczypliwą ripostę, dlatego po prostu go zignorował.
- Cieniutko, ja zaliczyłem Juliannę mając piętnaście. Pamiętacie ją, nie? Tamta długowłosa, co udawała niedostępną – widać, że Dietera przepełniała duma z powodu swojego pierwszego razu.
- Cicho bądź, ty imbecylu, nikogo to nie obchodzi – krzyknął na brata Gustav, wstając od stołu. Widać było, że do dziś miał do niego o to żal.
- Mi nie chodzi tylko o rżnięcie. Wy na wszystkie sprawy patrzycie tak przyziemnie. W życiu liczy się coś więcej niż tylko zaspakajanie swoich żądz. Kobietę należy szanować, zrozumieć ją, czerpać przyjemność z powodu jej bliskości.
- Ty to zawsze taki, Adalbert, ech. Mówię ci, brachu, ty źle skończysz. Ja ciebie doskonalę rozumiem, ale żeby nie pierdolić się ani razu przez dwadzieścia lat i czekać na tą jedyną? Poza tym jak kobieta się zestarzeje to ani nie można na nią popatrzeć bez obrzydzenia, ani nawet nie chce ci się jej walić, kiedy ma worek na głowie. Mówię wam, te wszystkie wasze wyższe wartości... to wszystko jest gówno warte... – Przy stoliku zrobiło się cicho, wszyscy widać zatopili się w refleksji. – A co mi tam... Karczmarzu, jeszcze jedna kolejka dla nas! Sir Gustavus zniknął w tłumie, więc możemy popić, bo pies pije za trzech, a tak to mamy więcej dla siebie.
Atmosfera znowu się ożywiła. Kufle przyjęto z entuzjazmem i należytą czcią. Wszyscy, sącząc trunek, dbali o to, żeby nie zmarnowała się ani kropelka.
- Może i masz rację Kasimirze, może i masz rację... Ale nie czas dzisiaj rozmawiać o takich bzdurach, pijmy, póki noc! Jutro znowu trza na pole. Cholera, znowu tu śmierdzi cebulą i jajami.
W tym samym czasie, kiedy nasza wesoła gromadka opróżniała kolejny kufel, Gustav przepychał się w kierunku drzwi wyjściowych przez niekoniecznie przyjemnie pachnący tłum. Minął niecodziennie spoconego człowieka z niezwykle wytrzeszczonymi i przekrwionymi oczami, który wyglądał jakby siłował się z biblijnym Goliatem i spotkał się z sytuacją naprawdę nieprzyjemną. Widać, że ów Goliat musiał się znajdować za rogiem karczmy, gdyż właśnie stamtąd wracał siłacz.
Gustav szybko zapomniał o nim, gdyż jego myśli wypełniała kasztanowowłosa Klaudia..
Po kilkunastu minutach dowiedział się, że Klaudia nie miała dla niego czasu, ponieważ właśnie w tym momencie jęczała na piętrze karczmy w ramionach dużego, tępego osiłka i nawet nie przyszło jej do głowy, że na świecie istnieje taka istota, która ma na imię Gustav i marzy o niej po nocach.
Można sobie jedynie wyobrazić rozpacz bliźniaka. W pierwszej chwili nie wiedział, co ze sobą począć. Uderzył pięścią w twarz człowieka, który doniósł mu jakże nieszczęśliwe dla niego wiadomości, następnie odwrócił się na pięcie w kierunku baru, do którego rychło się udał. Wyjął pieniądze przeznaczone na dziewkę i postanowił spożytkować je na alkohol. Musiał gdzieś utopić swoje smutki, a jak na razie najlepszym do tego miejscem był kufel miodu.
Gustav nie postąpił rozważnie. Nie dość, że wydał większość pieniędzy, to na dodatek okropny ból głowy, jaki towarzyszył mu przez następny dzień, uniemożliwiał mu pracę na roli. Bardzo nad tym ubolewała jego matka oraz ojczym. Nie mogli oni dopuścić, aby przez to bardziej cierpieli oni niż on, dlatego należycie postarali się, żeby to jednak jego bardziej bolało.
Sytuacja była bardzo podobna u jego przyjaciół. Jak zawsze najgorzej to odczuł Adalbert i jego słaba głowa. Reszcie jakoś udało się przeżyć ciężki dzień w polu.
Adalbert następnego dnia obudził się w krzakach tuż nieopodal miasta. Krzaki nie należały do najwygodniejszych, po części dlatego, że stały w błocie. Średnio pamiętał, jak się w nich znalazł. Po wyjściu z karczmy musiał się przejść, aby nieco wytrzeźwieć. Nie chciał wracać do domu kompletnie pijany, ponieważ jego matka nie przyjęłaby tego dobrze. Często wpadała w gniew, kiedy widziała nietrzeźwego mężczyznę, dlatego że jej ojciec, a teraz i mąż, często wracali po jednym, jak nie po dwóch kufelkach mocnego trunku i wszczynali kłótnie o byle co. Nie zniosłaby widoku upitego syna. Adalbert uznał, że pomimo nocnej przechadzki nie wrócił do dawnego stanu ducha i postanowił przespać się na dworze. Teraz czuł się okropnie, zupełnie nie do życia. Miał od cholery roboty, a nic nie chciało mu się robić. Podczas takich poranków jak ten miał ochotę umrzeć i już nigdy niczym się nie przejmować. Dodatkowo takie pobudki zawsze skłaniały go do refleksji nad człowieczą egzystencją. Zastanawiał się dokąd to wszystko zmierza i jaki jest tego wszystkiego cel. Jeśli Bóg istnieje, to dlaczego skazuje swoje dzieci na coś tak strasznego jak kac? A Boga może tak naprawdę nie ma? Gdzie Adalbert by nie spojrzał, buduje się kościoły i pali ludzi na stosie w imieniu wyższego dobra. Nikt nie przeczy, że dobrzy inkwizytorzy wykonują źle swoją chwalebną, przynoszącą liczne profity pracę. W końcu ktoś musi naprowadzić na właściwą drogę biedne, zagubione owieczki, które następnie płoną w oczyszczającym ogniu, a inkwizytorzy radują się, że dusze ich małej trzódki są zbawione i mają szansę dostać się do Królestwa Niebieskiego. Nikt podobnie nie zaprzecza obecności Boga. Może dlatego, że ludność po prostu boi się otwarcie do tego przyznać? Nic dziwnego, wtedy załamałby się cały system, można powiedzieć, cały świat. A wielu przecież tak myśli. Nigdy w życiu nie zaznali oni obecności i dobroci Pana, więc mają solidne fundamenty swojego przekonania. Przykładem tu mogą być najbiedniejsi chłopi feudalni, którzy nie mają ani przyszłości ani nawet życia. Ich celem jest ciężka praca, a następnie śmierć, często długa i oczywiście nie naturalna. Albo młode dziewczęta nie mające środków do życia. Muszą one oddawać swe ciała brudnym, zawszonym zbirom, aby zarobić choć trochę pieniędzy na kolejny dzień. Tak, życie szydzi z człowieka i bije w niego gradem oraz piorunami. Jest wściekłe oraz dla wielu aż nazbyt długie. Poniża istotę ludzką. A takim jak Adalbert przystało je dźwigać.
Zrezygnowanym ruchem wygrzebał się z błota i udał w kierunku sioła. Nagle zatrzymał się. Był poza miastem, mógł odwrócić się do niego plecami i udać do pobliskiego lasu...a następnie dalej, na zachód. I tam rozpocząć nowe życie... spróbować czegoś innego. Nie... nie tym razem. Teraz czuł głód, chłód, zaczynał mieć katar, a przemoknięte ubranie odebrało mu resztki chęci do życia. Ociężałym krokiem udał się do swojej chaty.

* * *

Przez las na koniach jechało dwóch okutych w stal żołnierzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Świeciło słońce, po niebie nie płynęła żadna chmura, na około latały ptaki i śpiewały swe melodyjne pieśni, w powietrzu unosiła się charakterystyczna woń kwitnącego lasu. Wszystko wyglądało pięknie, tym bardziej, że kolorowe kwiaty sprawiały, iż cała okolica kojarzyła ze sceną z bajki dla dziatek. Malowniczy pagórek, rozciągający się przed zbrojnymi, utwierdzał w tym przekonaniu.
Jeźdźcy musieli mrużyć oczy, gdyż słońce tego dnia nie szczędziło podróżnych. Nie byli sami, eskortowali człowieka. Więzień, bo tak należy go postrzegać, nie wyglądał na specjalnie przygnębionego i smutnego z powodu swojego losu. Jeden z żołnierzy twierdził nawet, że człowiek był zadowolony z sytuacji, w jakiej się znalazł. Na oko miał około trzydziestki, na ramiona spływały mu kasztanowe włosy. Może i związano go, ale nie przejmował się tym. Co chwilę przeskakiwał wzrokiem z jednego żołdaka na drugiego i wesoło uśmiechał się swoimi oczyma, jakby już lada moment miały zrealizować się jego najskrytsze marzenia.
Ladislaus i Zygfryd już naprawdę nie wiedzieli, co myśleć o tym osobniku. Dwaj dumni rycerze pierwszy raz pilnowali takiego takiego, jak on. Z tego co słyszeli, więzień był oskarżony o herezję i czary i prawdopodobnie miał spłonąć na stosie w pierwszym większym mieście. Najwidoczniej przygody z diabłem wywołały u niego zaburzenia psychiczne i nieświadomość położenia. Właściwie „bojowników na chwałę Pana” nie obchodziło to i chcieli oni jak najszybciej wykonać swoją misję, a następnie skorzystać z usług bardziej szanującej się dziewki, a za pozostałe pieniądze zajebać się w trupa.
Upał stawał się męczący, a spojrzenia więźnia irytujące. Nagle krępującą ciszę przerwał Ladislaus:
- Zygfrydzie, za prawdę, powiadam ci, ta demonica znowu się zbliża, nie wiem jak kolejny raz uda mi się przed nią obronić. Jak to się dzieje, że Pan zezwala na takie cierpienia swoich mężnych rycerzy? Dla mnie rzecz jest nie do pojęcia – westchnął zrezygnowanym tonem. Może to i niemożliwe, ale Zygfryd przyrzekłby, że jego przyjaciel skurczył się w sobie.
- Znowu? Myślałem, że uporałeś się z tym problemem dwa kwadranse temu. O Boże, ale zaśmierdziało. To nie Bóg, ale ty nie masz litości.
- Gdybyś znajdował się na moim miejscu, to nie mówiłbyś tak. Sraczka to naprawdę niemiłe doświadczenie. A jak nosi się taki pancerz jak my... Zanim podciągniesz kolczugę to zdążysz ją zasrać aż zardzewieje. Cholera, a te liście! Podrażniają rzyć! Podczas ostatniego postoju źle spojrzałem i zamiast po babkę, szlachetne plantago, sięgnąłem po pokrzywę... Co ja ci zresztą będę mówił. Nie zrozumiesz póki sam nie poczujesz. A teraz wybacz, muszę się udać tam, gdzie królowie chodzą na piechotę.
- Tylko nie za długo.
- Pilnuj tego błazna.
Jakby w odpowiedzi na obelgę więzień zaczął się niespokojnie wiercić w siodle, pofukiwać i kręcić głową.
Minuty mijały, a Ladislaus przepadł w lesie niczym kamień w wodę. Zygfryd powoli zaczął tracić cierpliwość. Zsiadł z konia. Aby zabić czas zagwizdał, pociął mieczem tutejszą przydrożną faunę, splunął.
- Ty, Zygfrydzie, czy jak ci tam. Może pomógłbyś swojemu towarzyszowi i dalej ruszylibyśmy w drogę? Mi się śpieszy, boli mnie tyłek od tego siodła, a jeszcze został nam sporawy kawałek drogi – odezwał się więzień.
- Cicho bądź, nie ty wydajesz tu rozkazy, heretyku. Ciesz się świeżym powietrzem, bo niedługo będziesz wdychał smród palonego ciała. Własnego palonego ciała.
W odpowiedzi kasztanowowłosy człowiek jedynie jeszcze raz fuknął, ale się zamknął. Jakby trochę się zmartwił.
- Do diabła, Ladislausie, ileż można czekać?!
- Już! Niemal skończyłem! Ech... zaraz będę z powrotem.
Potem Zygfryd usłyszał głośne pierdnięcie i uznał, że nie odezwie się więcej.
W tym czasie Ladislaus, jak wspomniał, już kończył. Od miejsca, w którym się znajdował, należało jak najszybciej się oddalić. Już miał opuścić na nogi kolczugę, już miał wstać i wrócić do przyjaciela, gdy nagle zdarzyło się coś zgoła nieoczekiwanego. Otóż zza pobliskiego dębu wyszedł niski, krępawy, brodaty mężczyzna z toporem w dłoni. Rycerz wytrzeszczył oczy i przysiadł na kupie, którą sam przed chwilą zrobił. Brodacz przyłożył palec lewej ręki do ust w geście oznaczającym, aby bojownik zachował się cicho, natomiast prawą rękę, tą z toporem, uniósł wysoko do góry, a następnie szybkim i pewnym ruchem rozłupał głowę Ladislausa na pół. Krew oraz kawałki mózgu obryzgały rosnące w pobliżu krzaki i kwiaty. Biedak utonął w gównie i tak skończyła się jego godna naśladowania egzystencja. Ale ileż to razy w historii ludzkości wybitne jednostki ginęły na śmietnikach albo nawet w gorszych miejscach?
Cała akcja odbyła się błyskawicznie i sprawnie. Ladislaus stracił swoją wypchaną złotem sakiewkę, która i tak nie była mu już potrzebna, a beczkowaty mężczyzna tak szybko, jak się pojawił, tak samo szybko zniknął.
W tym samym czasie dzielny Zygfryd walczył z przebiśniegami, które okazały się nie lada wyzwaniem. W końcu nikt nie powiedział, że łatwo ściąć mieczem kwiat niewiele odstający od ziemi.
Nagle coś przemknęło obok głowy rycerza i wbiło się w stojące metr dalej drzewo. Nie trudno było się zorientować, że szybko lecącym przedmiotem jest strzała. Zygfryd w mgnieniu oka z mistrzowską brawurą wskoczył za pierwszy lepszy pień, przy okazji obrażając czyjąś matkę. Oparł głowę o drzewo, miecz przysunął bliżej do piersi. Kto był na tyle głupi, żeby atakować dwóch uzbrojonych wojowników na usługach bogatego szlachcica? Nawet chłop doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co stałoby się, gdyby atak się nie udał. Albo udał się. Ci musieli postradać zmysły albo być tak zdeterminowani, jak mało kto. Tym bardziej, że eskortujący więźnia znali się na tym, co robią...
- Więzień! – powiedział do siebie Zygfryd, mając świadomość, że więzień jest na środku drogi i mimo, iż ma związane z tyłu ręce, może spróbować uciec. Wtedy jego pan nie będzie zadowolony. A na kim odbije się cały jego gniew? Tak, na dwóch biednych rycerzach. Bojownik postanowił zadziałać.
- Nie wiem, kim jesteście, ale chyba nie zdajecie sobie sprawy z tego, co robicie! W imię Pana, rozkazuję wam złożyć broń i uciec, gdzie pieprz rośnie, inaczej poniesiecie konsekwencje swojego czynu! Bóg nie obdarzył mnie cierpliwością, więc myślcie szybko, a swój plan jeszcze szybciej wprowadźcie w życie!
Początkowo nikt nie odpowiedział.
- A złota, waćpanie, to dużo masz? Bo omawiamy, co zrobić. Tak ułatwisz nam sprawę i może ostaniesz przy życiu – usłyszał skrzekliwy głos z drugiej strony drogi.
- Nic ode mnie nie dostaniecie, bandyci! Powtórzę: odejdźcie stąd a nikomu nie stanie się krzywda!
Znowu cisza.
- Przyjaciel słusznie zauważył, że masz na sobie pancerz i prawdopodobnie dobre zęby. A wiec my powiemy tak: ściągaj, bracie, zbroję, oddaj miecz, sakiewkę. Zęby będziesz mieć. O tym, że już zaopiekowaliśmy się waszymi koniami oraz Wilhelmem, nie musimy chyba wspominać, co? Umowa stoi? Jeśli nie, to inaczej sobie porozmawiamy.
Zygfryd czuł się zrozpaczony. Widać, że akcja rabusiów była starannie zaplanowana, a jego towarzysz już dawno nie stanowił dla nich problemu. Tym bardziej, że miał sraczkę. Został sam. Dodatkowo nie wiedział, ilu ma przeciwników. Najprawdopodobniej ów wesoły więzień był wspomnianym Wilhelmem i jedynie czekał na wyzwolenie. Z jednym z wrogów dałby sobie radę, z dwoma pewnie też, ale trzech to już problem. I to nie mały. Na domiar złego co najmniej jeden dysponował łukiem. Rycerz przy swoim byłym koniu zostawił tarczę oraz hełm, więc pewnie zanim dobiegłby do pierwszego z rabusiów, już dawno leżałby w kałuży swojej krwi. Pozostawało mu dalej tak stać i czekać na rozwój wypadków...
- No, my nie mamy całego dnia, załatwmy to szybko. Twój opór jest bezcelowy. Pokazalibyśmy ci, co zrobiliśmy z twoim kompanem, ale niestety nikt nie chce go wygrzebywać z gówna, które zrobił.
Mężny rycerz doskonale zdawał sobie sprawę, że dzisiejszy dzień nie należał do tych lepszych. Jego przyjaciel dawno już nie żył, nie uśmiechało mu się nagim podróżować przez tutejsze krainy i narażać swoje przyrodzenie na drwiny oraz żarty, a na swojego wierzchowca mógł co najwyżej popatrzeć. Okoliczności wymagały podjęcia szybkiej i dobrej decyzji. Trzeba było ratować swoją godność - Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego nie mogło tracić dumnych i walecznych rycerzy w byle jakiej potyczce.
Dlatego przez głowę ściągnął kolczugę, zrzucił ją na ziemię, aby go nie obciążała, a następnie zaczął spierdalać od jednego drzewa do drugiego tak szybko, jak tylko potrafił. Obok jego głowy świsnęła jedna strzała, kolejna wbiła się w pień po prawej. Sekundy mijały, a on coraz mocnej zagłębiał się w las. Wszystko wyglądało pięknie i wskazywało na to, że Zygfryd ucieknie.
Aż do momentu, kiedy zza pewnego wyjątkowo dużego dębu nie wyszedł beczkowaty człowiek z brodą i nie wbił mu swojego toporzyska w klatkę piersiową. Zanim uciekinier spoczął na ziemi, już nie żył.
Tymczasem z lasu na gościniec wyszło trzech zbrojnych. Wszyscy gratulowali sobie wygranej i poklepywali się po plecach. Jeden z nich był wysoki i szczupły. Miał długie czarne włosy, a w prawej dłoni dzierżył miecz. Drugi wyglądał jak drwal i trzymał łuk. Trzeci tak szary i niewyróżniający się, że nawet nie warto go opisywać.
- Matko Boska Przenajświętsza! Po co żeście ich atakowali?! – z rozpaczą w głosie zawył Wilhelm. – Mogłem żyć jak człowiek, mogłem zbić fortunę na moich gusłach i służyć panom posiadającym rozległe beneficja! Ale nie! Wy musieliście się pojawić! Znowu będę się z wami paplał w błotach rynsztoków i pił pod mostem! Kurwa wasza mać!
Na gościńcu zapadła niezręczna cisza. Przyjaciele popatrzyli po sobie. Nagle z lasu wybiegł brodacz i zarechotał:
- Ba! I ten miał coś w sakwie!
Nikt nie zareagował.
- Czyżby coś mnie ominęło..?
- Obawiamy się, że nasz kompan postradał zmysły, kiedy to przebywał pod kluczem inkwizytorów. Wydaje się mu, że tam jest lepiej, niż tu – zatroskanym głosem przemówił drwal.
- Wilhelmie, ty sobie zdajesz sprawę, co oni chcieli ci zrobić? Jeszcze jutro płonąłbyś na stosie. Jak ten biedny Jakobus de Molay, co go pojmano podstępem, a potem publicznie spalono ku radości rozwścieczonej i spragnionej krwawych zabaw gawiedzi. Wprawdzie oskarżono go o herezje, stosowanie magii i czarów, homoseksualizm, dzieciobójstwo, wyrzeczenie się Chrystusa, bezczeszczenie krzyża, czczenie diabła o imieniu Baphomet i tym podobne, ale nikt już o tym nie pamięta... Aha, warto również wspomnieć, iż przedtem poddano go takiej kaźni jak Chrystusa z ukrzyżowaniem włącznie, ponieważ twierdził, że Jezus był człowiekiem nie bogiem – dorzucił wysoki miecznik.
- Winszujemy pomysłowości inkwizycji oraz wiedzy Jakoba o Jakobusie de Molay, który doskonale zobrazował ci powagę sytuacji, Wilhelmie – dokończył drwal.
- A o tym, że go ukrzyżowali przed stosem to nie wiedziałem... Nie zmieniajmy tematu! Przez was straciłem wspaniałe życie, głupcy!
- Ależ to jest na temat! Nie przemawiają do ciebie te fakty?! – krzyknął mały, szary człowieczek.
- Zamknij pysk, kurduplu! – karzełek zamknął się. I więcej już się nie odezwał. Dosłownie.
- Wybacz, zapomniałem, że założą ci na głowę cierniową koronę i staniesz się niczym król – wtrącił Jakob.
Przez pierwsze minuty rozmowy brodacz nie wiedział jak się zachować i co zrobić. Na nieszczęście dla nich wszystkich sytuacja sama się rozwiązała.
- Ekhem, panowie, mamy towarzystwo...
A jakże, mieli! Kiedy byli zajęci niezwykle żywą konwersacją, z lasu, niewiadomo kiedy i jak, powychodziły ubrane na czarno, zakapturzone postacie, co od razu kojarzyło się z przynależnością do jakiejś heretyckiej sekty. Każda z nich trzymała w dłoni miecz, co trzecia – kuszę. Od wszystkich nich biła aura niepokoju i wrogości. Nie można było tego opisać. Zdawałoby się, że wokoło przycichł śpiew ptaków, słońce zostało zakryte przez chmury, których i tak nigdzie nie było widać, a kwiaty zmalały i skurczyły się. Ziemia, na której stali, też wyglądała na jakby ciemniejszą, bez życia... Mocniej zawiał wiatr, zrobiło się chłodno. I to uczucie beznadziei... skąd ono się wzięło...?
Nie, to po prostu upał i nic więcej. Jak człowiek za długo przebywa na słońcu to niekiedy tak się dzieje.
Teraz to dopiero zapadła cisza. Przyjaciół zatkało - od rozwrzeszczanego Wilhelma do niezwykle cichego szarego człowieczka. Ale nie mogło to trwać długo. Beczkowaty miał zbyt wybuchową naturę:
- Co to, kurwa, ma być?! Złodziej złodzieja napada?! To są jakieś serdeczne jaja, panowie! I co niby?! Mamy wam oddać pieniądze i spierdalać gdzie popadnie?!
- Nie do końca. W nasze posiadanie oddacie siebie – usłyszano lakoniczną odpowiedź. Nie wiadomo, kto przemówił.
- Tego to jeszcze nie było! Geje nas napadły! O nie, panowie, chędożyć w dupę przez faceta to ja się nie dam! Do boju!
Rozmowa się skończyła. Brodacz sięgnął po topór i rzucił się na pierwszego lepszego zakapturzonego człowieka. Widać, że ten nie spodziewał się takiej akcji i wylądował na ziemi bez swojej prawej ręki. Złapał się za sikającego krwią kikuta i zaczął przeraźliwie wrzeszczeć, przy okazji nie żałując przekleństw.
Topornik zaśmiał się szaleńczo i przez ułamek sekundy podziwiał swoje dzieło. Chwila nieuwagi wystarczyła. Po chwili i on leżał na ziemi z bełtem w gardle. Okropnie charczał, pluł krwią i próbował złapać powietrze. Wszystko nadaremnie. Nie było już dla niego ratunku.
Zakapturzone postacie, pomijając człowieka bez prawej ręki, walczyły dobrze. Szybko uporały się z rabusiami. Jednemu odrąbali głowę, drugiemu rozpłatali brzuch, a trzeciego, tego, który już miał się więcej nie odezwać, najzwyczajniej w świecie poprzekłuwali mieczami i długimi sztyletami. Najwięcej szczęścia, jeśli można to tak nazwać, miał Wilhelm. Nie dość, że przeżył, to na dodatek jego pozycja nie zmieniła się specjalnie. Nadal był więźniem. Ale trochę mniej wesołym niż poprzednio.
Kultyści przeszukali i zrabowali zwłoki pokonanych, zabrali konie, mocniej związali Wilhelma, a potem z radością rozpierającą ich sercach z powodu udanej walki wciągnęli go gdzieś w głąb lasu.
Do końca podróży z jego twarzy nie schodził głupkowaty uśmieszek wyrażający zdumienie i niedowierzanie.##edit_byfrija 2006-05-15 21:58:07##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...