Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Calvier i Shertan

katja ·

Z DWÓCH PUNKTOW WIDZENIA
Calvier
Oparłam łeb na łapach. Leżałam pod drzewem wpatrzona w ognisko i znajdujące się wokół niego stworzenia.
(Kilka informacji opisowych na temat Wilków i naszego stada -można je pominąć)
Gdyby patrzył na nas śmiertelnik, widziałby krąg składający się z ludzi ubranych w skórzane stroje wszelkiego rodzaju oraz leżących siedzących lub przechadzających się wokoło ogromnych psów (sprostowanie: chodzi mi Wilki, ale śmiertelnicy widzieliby w nas psy).
I tego nie lubię u śmiertelników. Są ślepi. Nie potrafią patrzeć, a tym bardziej uwierzyć w to czego nie widzą, a nawet jeśli widzą, to w to nie wierzą, zataczając ślepy krąg.
W rzeczywistości jesteśmy jednym gatunkiem, jedną rasą, jedną rodziną. Potrafimy się jednak... cóż. Śmiertelni by to nazwali transformacją, czy przemianą (ci mniej rozgarnięci). My to nazywamy „formą”. Forma to nasza ludzka postać. Niektórzy z nas, jak na przykład Nikki, wolą formę. Ja wolę być Wilkiem (Wilkołakiem - jak kto woli). Jestem wtedy szybsza, bardziej zwinna, silniejsza i mam większą szanse uciec podczas nalotu (ataku Vampirów). Mimo to częściej przyjmuję formę. Lubię przebywać wśród śmiertelników. Są zabawni (bez obrazy).
Naszemu stadu przewodzi Wołk. jedyny z nas z którym jako tako się trzymam. Szczerze, to nie mam wyboru. Gdyby nie on nie byłoby mnie na tym świecie. Może to żałosne, prymitywne i popularne (i kiczowate jak diabli) ale jestem sierotą podrzutkiem. Jak byłam kilkudniowym szczeniakiem, Wołk znalazł mnie na schodach dworku. On nie był wtedy jeszcze przywódcą. Później nim został, a mnie przyjął pod swoja opiekę. Wołk ma młodszego brata: Largo. Largo jest najpiękniejszym Wilkiem w stadzie. No i głównym kandydatem na przyszłego przywódcę. marzy o nim każda samica w stadzie ( a ja już szczególnie ja). Jest ode mnie starszy o 2 lata (kolejna różnica pomiędzy Wilkiem, a wilkiem – długość życia). Niestety jako zastępca przywódcy musi mieć odpowiednia partnerkę. i już mu tą partnerkę niestety wybrano. Została nią... Nikki! (Czemu nie ja?!) Ta wypindrzona suka ze wschodniego stada. Wyjątkowo mnie nie lubi, a ja nie lubię jej. No i jesteśmy kwita.
(koniec zbędnych informacji)
Kocham ogień. Potrafiłabym godzinami, a nawet latami wpatrywać się w jego języki, tak nieprzewidywalne, tak spontaniczne, tak wolne... Niestety z zadumy wyrwało mnie miłe zmierzwienie sierści na łebku. Zamruczałam i podniosłam łep w pewności, że to Wołk. Tylko on się tak ze mną witał. Jednak ku mojemu zdziwieniu to nie był on. To by Largo. natychmiast wstałam i tak jak on przybrałam formę.
-Och! Witaj Largo. – ukłoniłam się lekko.
-Przestań z tymi ceregielami. Idę się przejść. Idziesz ze mną?
-Kto, ja?
-No...
-Jasne. A co z... Nikki?
-Pewnie znów puszcza się z Henem.
-Acha. Myślałam, że ty i ona...
-Myślisz jak reszta stada. I masz racje po części. opowiem ci po drodze.
-Dobra. To którędy?
-Do miasta?
-Może być.
Ruszyliśmy więc starą drogą kolejowa po torach, aż zza drzew wyłoniły się pierwsze światła zabudowań. Przechadzaliśmy się uliczkami bloków, parków, parkingów. Na początku w ciszy. Dopiero po chwili Largo zaczął.
-Zawsze trzymasz się z boku. Czemu?
-Nie wiem. Tak jakoś.
-Acha.
Znów szliśmy w ciszy wzdłuż ciągu bloków. Na ulicach spowitych w ciemności nie było nikogo. Tylko dwoje ludzi. Ona i on. Zwyczajny przechodzień pomyślałby, że jesteśmy parą (szkoda, że tak nie jest). On: Largo, przyszły przywódca, ubrany w czarny, skórzany płaszcz do kolan, z pistoletem maszynowym przypiętym to pasa. Ja: Calvier, adoptowana przez przywódcę młoda suczka (bez typowo ludzkich skojarzeń proszę!), odziana w skórzany czarny płaszcz do kostek z kapturem, bez broni. On nagle się zatrzymał. Ja też. Staliśmy naprzeciw siebie.
-Mam prośbę – zaczął.
-Tak?
-Niech to, co się teraz stanie pozostanie tylko i wyłącznie między nami.
-Co chcesz zrobić? – spytałam nieco zdziwiona i przestraszona.
-Nic takiego. Jestem tylko czego ciekaw.
-Czego?
-Co czujesz.
Jedną ręką obgiął mnie w pasie i przytulił do siebie, druga zaś powędrowała delikatnie na mój policzek. Myślałam, że śnię i marzyłam, by ten sen trwał wieczne. Jego błękitne oczy wpatrzone w moje szare, a moje szare w jego błękitne. Potem pocałunek. Tak delikatny... (kocham, a zarazem nienawidzę takich chwil, bo nie potrafię ich opisać).
-Jakież to wzruszające! Dwa młode zakochane Wilki. – rozległo się z pobliskiej bramy.
-I jakie głupie! Dwa młode bezbronne Wilki. – dodał chropowaty głos z innej.
Natychmiast odsunęliśmy się od siebie i stanęliśmy w szyku obronnym oparci plecami, każde patrząc w przeciwnym kierunku, oczekując ataku.
-I jakież nieprzewidywalne są posunięcia Vampirów. – rzekł jeszcze bardziej ochrypły głos nad nami. Odruchowo tak spojrzeliśmy, lecz było za późno. Ciemna postać leciała prosto na nas. Siła jego uderzenia odrzuciła nas w przeciwnych kierunkach. Akurat w tych z których wyłoniła się para Vampirów. Jeden z nich pochwycił Largo. Drugiego szpony wbiły się w moje ramiona i postawiły na nogi, nadal trzymając w ciasnym uścisku. Trzecia postać wyciągnęła broń i skierowała ją w stronę twarzy Largo.
-Nie! – krzyknęłam.
-Nie? Czemu? Nie chcesz patrzeć na twarz ukochanego rozrywaną przez malutka kulkę z mojej pięknej broni? Piękna, prawda? Dziś ją czyściłem.
-Zostawcie go! – odezwałam się znowu niemal z płaczem.
-Patrzcie no, jaka uparta. No, ale jak mógłbym nie posłuchać o piękna białogłowa. Skoro nie on, to czemu nie... TY! – Vampir w jednej sekundzie znalazł się tuż przy mojej twarzy.
-Zostaw! - rozległo się zewsząd i nie był to głos Wilka, a tym bardziej Largo.
-Zamknij się Shertan. Ja tu się dopiero rozkręcam.
-Więc rozkręcisz się na jakiejś suce ulicznej. Won!
-Dlaczego to ty dostajesz zawsze najlepsze kąski, co? Mi też się coś należy.
-Więc se coś upoluj. Ona jest moja.
-Jak chcesz. Ja znikam.
I rzeczywiście zniknął zatopiony w świetle księżyca. Natomiast z tego samego światła wyłonił się kto inny. Dłuższy od mojego czarny płaszcz delikatnie muskał chodnik, a spod kaptura widać było jedynie przepełnione głodem czerwone, niczym ogień oczy. To był Vampir czystej krwi i na dosyć wysokim stanowisku, do tego głodny. Ten co mnie trzymał gwałtownie mną rzucił w ramiona Shertana. Spojrzałam błagalnie w jego oczy i szepnęłam „Błagam, puść go.”
-Nie waż się jej tknąć!- wrzasnął próbując się wyrwać Largo.
-Stul pysk kundlu! A ty – zwrócił się do trzymającego go Vampira – puść go i spierdalaj. Byle szybko.
-Tak Panie.
Na ulicy staliśmy tylko Largo i ja uwięziona w szponach Vampirzego Lorda. Bałam się. Wiele razy widziałam i słyszałam co Vampiry robiły z Wilkami. Od wieków trwa między nami wojna. Nie wiem o co i czemu, ale od zawsze Wilki i Vampiry wybijają się wzajemnie przy każdej okazji. Naszą jedyną bronią był pistolet Largo. Jednak Lorda nie można zabić zwyczajną bronią. Shertan zbliżył usta do mojej szyi. Zamknęłam oczy z strachu przed bólem jaki zadają ich kły. Jednak nie poczułam ich. Usłyszałam tylko cichy szept. „Zabiję cię. Nie teraz, ale zabiję. Uciekaj.” Odepchnął mnie od siebie i zniknął. Z płaczem rzuciłam się w ramiona Largo.
Nie wiem czemu, ale Shertan mnie nie zabił. Mimo to bałam się. Obiecał mi śmierć, a w takich sprawach Vampiry dotrzymują słowa.
Mimo to mam powód do szczęścia. jednak ktoś mnie zauważa, akceptuje, lubi, a nawet... kocha...

Shertan
Obudził mnie cowieczorny głód okalający dogłębnie moje ciało i duszę. Docierał do mych ust, do mego serca, do mojej duszy i nie pozwalał zagłębić myśli w niczym. W niczym, poza... zaspokojeniem głodu. Głodu tak wielkiego, tak potężnego, tak natarczywego. Głodu krwi. Krwi... Tak... Tego przepysznego trunku rozgrzewającego me serce, ciało i dusze, pozwalający mi żyć. Żyć wiecznie.
Odsunąłem pokrywę mego drewnianego łoża wyłożonego krwistoczerwonym aksamitem. Me równie czerwone oczy poraził przez krótką chwilę blask świec. Ich równe rzędy okalały swym blaskiem ściany mej komnaty. Wszystkie równo pokryte czarną, niczym krucze skrzydła farbą, której czerń dopełniały równie czarne zasłony w oknach. Kocham ten kolor, kocham ciemność, kocham noc... Jednym ruchem dłoni rozsunąłem zasłony w spojrzałem w noc. W mą Matkę najpiękniejszą którą kocham nad me wieczne życie. Widziałem w niej piękno... Te piękno, które tylko me oczy mogą ujrzeć... Te piękno, w którym kryje się co noc... Te piękno, w które co noc wędruję by się posilić.
Ledwo dotykając podłogi skrytej pod grubym dywanem ozdobionym wyszywanymi krucyfiksami, sunąłem w stronę jednego z trzech wielkich okien zdobiących jedną z ciemnych ścian. Delikatny blask księżyca torował mi drogę delikatnie muskając poły mego płaszcza.
Co ja w tym widzę, pytacie? Odpowiem. Widzę w tym życie którego dzieckiem jestem właśnie ja. Ja – Shertan. Widzę życie które jest jawą, snem, co niesie śmierć. Śmierć dla tych co mnie się przeciwstawiają. Bo mnie broni czarne serce, czarny płomień, a w nim kamień zła.
Machniecie dłoni. Trzask otwieranego okna. Świst powietrza wśród mego płaszcza. Spadałem w dół. W dół... Zwolniłem zbliżając się do kamiennych schodów pod mymi okami, prowadzących do Zamku mego klanu. Wtedy usłyszałem krzyk. Kobieta, młoda. Wrzeszczała w niebogłosy. „Halidor, czy on nigdy nie może posilać się ciszej?” przemknęło mi przez myśl. Halidor jest jednym z mych Szlachetnych Braci. Tym ciągle niewyżytym zarazem i głodnym jak dziecko. W końcu ma dopiero 200 lat. Ma czas by się wyszaleć. Całą wieczność...
Powoli ruszyłem w stronę lasu kryjącego wśród swych drzew nasz, a raczej mój Zamek. Las do najmniejszych nie należy. Łączy się z jeszcze jednym. Tym, w którym mieszkają Wilki. To prostackie i półdzikie stworzenia. mieszanka ludzi i wilków. Nie przepadam za nimi. Są... cóż...
Wśród nich jest pewna niespotykana wilczka. Jeszcze młoda, dziewica (to dosyć nietypowe w ich „społeczności”), i... Hm... Gdyby to usłyszał Halidor... Ten pyszny zuchwalec marzący o mej pozycji... Miałby pretekst, by mnie poniżyć i upokorzyć przed Radą. Narazie mnie słucha.
Wróćmy jednak do tamtej wilczki. Miała na oko może ze 15-16 lat. Jej ukochany 17-18. gdy trzymałem ją w ramionach, a księżyc oblewał swym światłem jej twarz i długie do pasa włosy, miałem ogromna ochotę, na nią, na jej krew... Lecz.... Gdy spojrzała.... Gdy błagała... Zazwyczaj nie mam dla NICH litości. Krew Wilka jest najsłodsza jaka piłem. Nawet krew Vampirza, nie dorównuje smakowi i satysfakcji z uśmiercenia tych istot. Puściłem ich. Ale jeszcze dorwę. Jeszcze zabiję. Tak. Jestem mordercą. Jestem taki jak ONI. Jestem mordercą. Jestem sobą.
Zagłębiając myśli w temacie zbliżającej się Rady, przenikałem ciemność w poszukiwaniu świeżej krwi. Jednak Rada tak bardzo zawładnęła mym umysłem, że nie patrzyłem gdzie idę. Z zadumy wyrwał mnie śmiech. Śmiech dziecka. Towarzyszyło mu radosne ujadanie. Mimo woli podszedłem bliżej. Spomiędzy drzew wyłonił się dworek o bielonych, kamiennych ścianach. na jego podwórzu, wśród białego niczym anielskie skrzydła śniegu bawiła się grupka dzieci. Ale nie zwykłych dzieci. Dzieci Wilków. Były jeszcze bardzo młode. Ich nie wyczulony jeszcze węch nie mógł mnie dosięgnąć. Mimo to zostałem w cieniu, nie zwracając uwagi na zagrażające mi niebezpieczeństwo. Starsze Wilki, jeśli były obecne, już dawno by mnie wyczuły. Niezwykle czuły węch tych brutalnych stworzeń potrafił rozpoznawać szlachetnych przedstawicieli mego rodu w zasięgu około, a nawet ponad 3 mil. Widocznie „starszych” nie było. Zdziwiło mnie to. zazwyczaj zbierali się oni co wieczór przy ognisku za dworkiem. dziś, dymu ani śladu.
Moje oczy powędrowały do mosiężnych drzwi wejściowych z wyrzeźbionymi na nich srebrnymi wilkami. Jedno ze skrzydeł uchyliło się. Zza drzwi wyłoniła się... ONA. Ta co ja puściłem. ta, której obiecałem ŚMIERĆ. Jedyny Wilk który przeżył spotkanie ze mną. Co gorsza. Słuchałem jej. robiłem co chciała. Nie tym razem Wilczku. Nie tym razem...
Była dosyć nietypowa. zwłaszcza co do ubioru. jej długie nogi chroniły wyszywane kozaki z paskiem futra kończącym je pod kolanem, oraz krótka spódniczka. Całości dopełniał luźny T-shirt. Długie włosy zaplotła w warkocz, z którego uciekło kilka kosmyków. Widziała mnie. Parzyła na mnie, a ja na nią. Jej nienaturalnie szare oczy, moje krwistoczerwone.
Mała czarna kulka futra imitująca Wilka wdrapała się na schody i szczękając oparła łapy na jej kozakach, wywijając nie tylko ogonem, ale całą częścią ciała gdzie plecy tracą swą szlachetna nazwę. Wyglądał poniekąd zabawnie. W jego ślady poszła reszta Wilczych malców. Szarooka Wilczka nie zwracając na mnie większej uwagi (na jaką poniekąd powinienem zasługiwać), przybrała swą prawdziwą postać szarego wilka i ruszyła do zabawy z młodymi, a było ich około 12. Zabawa która się zajmowali przypominała raz bezmyślne tarzanie się w śniegu, raz taniec, raz imitacje walki. Wokół latały płatki świeżego śniegu wzbitego w powietrze przez te zabawy. Wszystkiego dopełniał blask księżyca i światła gwiazd których refleksy przenikał śnieg którym obsypane były szczeniaki.
Czarny wilczek znalazł nowe zajęcie. znowu wspiął się na schody i wskoczył na ich szeroką, oblodzona, kamienna poręcz. Od razu zjechał z głośno ujadając. Jednak pędził tak szybko, że turlając się w śniegu dotarł aż do drzewa za którym stałem. Nierozważnie wyszedłem z cienia. zatrzymałem mieszaninę futra i śniegu. Zanim mały zdał sobie sprawę z tego, co się stało, szybkim skokiem rozdzieliła nas szarooka. lecz jej oczy nie były szare. Nie zwróciłam na to uwagi, lecz przy przemianie w Wilka zmienił się też kolor jej oczu. teraz wręcz jarzyły się ogniem. ich pomarańczowy blask przenikał mnie na wskroś i sięgał głęboko w otchłań mej czarnej duszy.
Mimo woli przeraziłem się. nagle do mojego umysłu zaczęły napływać wszystkie prawa rozejmu po ostatniej bitwie. Wszystkie punkty, obietnice, wszystkie prawa. wszystkie, które złamałem przychodząc tutaj i co gorsza – dotykając Wilka! Jedyne co mogłem wtedy zrobić, to albo złamać rozejm, albo poddać się wyrokowi najstarszego w okolicy. Jeśli się poddam... Zabije mnie ta, której obiecałem śmierć, a ja nie mam prawa się bronić. To nielogiczne.
„Uciekaj!” – napłynęły słowa płomiennookiej do mego umysłu – „Uciekaj, mówię!” – powtórzyła, na co ja... Ja? Nic. Po prostu nic.
„Uciekaj, zaraz wrócą Starsi.”
-Ja...
„Uciekaj.”
-Powiedz...
„Uciekaj jeśli chcesz żyć.”
Tego już za wiele. Nie będzie mi – przywódcy klanu – groził jakiś tam dzieciak.
-Ty mnie zabijesz?
„Wątpisz w to?” – zawarczała i dała znak jednemu ze szczeniąt, że maja wracać do dworku. Nie żartowała. To ona została by pilnować szczeniąt jako najstarsza. to ona wyznaczała reguły. Biorąc pod uwagę jej wiek, nie mogła być mimo wszystko wystarczająco silna, by pokonać Mnie. Była więc, albo bardzo głupia, albo... Niezłą aktorką. Mimo wszystko nie miałem zamiaru na nowo zaczynać wojny.
-Nie chcę walczyć.
„Więc czego chcesz?”
-Znać imię mej przyszłej ofiary, która zabije jutro w samym centrum miasta tuż po zapadnięciu zmroku.
„Więc wiedz, że będziesz próbował zabić Calvier która nie da się tak łatwo zabić.”
-Więc żegnaj płomiennooka Calvier. Do jutra...
Zniknąłem w cieniu drzew czując jej węchem zbliżające się Wilki, a Calvier (ładne imię – cholera, co ja pieprzę!?) zniknęła za drzwiami dworku.

Calvier
Prawie cały wieczór spędziłam ze szczeniakami w dworku. Mieliśmy tam wrócić po zabawie na śniegu dopiero koło 00.30 kiedy wróci reszta, ale zjawił się tamten przeklęty Vampir. Jak mu tam? Chyba Shertan. Tak. To on. Szczerze to chętnie bym go rozszarpała na strzępy, ale.. cóż. Nie wiem czy to ze strachu, czy tak po prostu, ale.. puściłam go. Wiem jakie jest prawo. Jak Vampir wejdzie do naszej części lasu możemy zrobić z nim co chcemy, nawet zabić, a on nie może się bronić. No, a ja go puściłam. Gorzej! Kazałam mu uciekać. Mimo wszystko Wołk go wyczuł. Wracali właśnie z rady stad miejskich. On i reszta wilków (i wilczyc) byli tam przez cały dzień i połowę nocy. Ja tam nie mogłam iść. Jestem jeszcze wilczka, a nie wilczyca. najgorsze jest to, że decyduje o tym... dziewictwo!!! To nie fair! Jestem dziewicą i jestem z tego dumna!
No nic. Siedzieliśmy, wszyscy młodzi w holu głównym, na kanapach, fotelach i grubym, puszystym dywanie. Część odsypiała, część się bawiła, a część słuchała moich słów w których kryła się historia zakazanej miłości... Niestety moja opowieść przerwał trzask otwieranych drzwi wejściowych. Ich ogromne skrzydła otwarły ssie powoli a zza nich powoli weszły znajome mi aż za dobrze osoby. Oczywiście pierwszy Wołk, a za nim... Hm... powinny iść najwyżej osadzone w hierarchii wilki, lecz tym razem pierwsze wyrwały się... Wilczyce! A dokładniej te których młode siedziały ze mną. Śpiące maluchy nawet nie zwróciły na nie uwagi spały dalej tulone przez matki. Tylko te nie śpiące natychmiast się do nich rzuciły. To nie było naturalne zachowanie mam. NIe naturalne było tez to, że nie było wśród wracających Largo. Dobra, to mnie na serio zmartwiło. Zwłaszcza, ze kontakty moje i Largo „nieco” się polepszyło. Powiem więcej. Wołk ma nadzieję, ze będziemy razem i, że w końcu przestanę być szczeniakiem. No właśnie! I tego nie lubię! To nie fair! Przestaje się być szczeniakiem jak się straci dziewictwo. Ja jestem dziewicą i jestem z tego faktu dumna! (wiem, ze już to mówiłam, ale to mnie tak wkurza, że mogłabym to powtarza bez przerwy z coraz większą determinacją). Largo może sobie tylko o mnie pomarzyć.
Natychmiast podbiegłam do wołka.
-Gdzie...
-Nic wam nie jest? – przerwał mi.
-Nic, a co? Gdzie je...
-Wróciliśmy wcześniej, bo wyczuliśmy Vampira. – znów mi przerwał (:-$ - tak oznaczam złość lub przekleństwo) karcąc przy okazji wzrokiem.
-Nic-sie-ni-ko-mu-nie-sta-ło. – powiedziałam za bardzo akcentując każdą sylabę.
-Nie do mnie takim tonem! – wrzasnął groźnie.
„Dobra, przesadziłam” – to w końcu przywódca stada.
-Wybacz. Dałam sobie radę. – dodałam po chwili.
-Kim był i czego chciał?
-Shertan.
-Czego chciał? – warknął Wołk.
-Calvier! – wrzasnął ktoś biegnąc po schodach do dworku.
-Stul pysk Largo. – warknął w jego stronę Wołk jeszcze bardziej zły.
Wilk natychmiast się zatrzymał w połowie schodów szepcząc tylko ciche : „Ups!”
-Więc, Calvier? Czego chciał od nas przywódca miejskiego klanu Vampirów?
„Przywódca?! Myślałam, że tylko Lord... Duże UPS!”
-Nie od was. Ode mnie. – spuściłam wzrok na ziemię.
-Pogadamy później. Idź do siebie i tam czekaj. po obchodzie przyjdę.
Obchodem nazywamy czas kiedy szczeniaki kładą się spać, a Wołk wraz z matkami szczeniąt idzie sprawdzić, czy wszystkie już śpią. Nic nie mówiąc odwróciłam się by odejść, jednak....
-Calvier, zaczekaj. – krzyknął za mną Largo. Odwróciłam się w jego stronę. Spojrzałam na Wołka, czekając na albo pozwolenie, albo skarcenie, że w ogóle o tym pomyślałam. Jednak się zgodził. Zbiegłam ze schodów, do mojego ukochanego Wilka, skrzypiąc butami na śniegu. Po drodze musiałam jednak ominąć Wołka stojącego nadal przy drzwiach. „Za minutę jesteś w pokoju.”
Largo pocałował mnie w policzek i pokazał małą kartkę z napisem: „Oddaj to Calvier”.
„Ale kaligrafia” pomyślałam.
-Przyjdziesz? – spytałam.
-Jasne. Jak zawsze. – odpowiedział z lekkim i zarazem lekko złowieszczym uśmiechem który tak w nim kochałam. Z powrotem wspięłam ssie po schodach. u ich szczytu czekał Wołk, by zamknąć drzwi. Zaledwie przez nie przeszłam, otworzyłam zagięty w kopertę kawałek papieru i przerażona zastygłam bez ruchu. Kiedy dotarły do mnie słowa wypisane idealna kaligrafia na kawałku pergaminu odwróciłam się i puściłam biegiem w dół schodów. Largo nadal tam stał. Przelotem pocałowałam go (pierwszy raz się do tego odważyłam– sukces!), szepnęłam: „Wybacz.” i puściłam się biegiem w las.
przemknęło do mego łepka tuż przed przemianą w Wilka.
„Wrócę. Obiecuję” odpowiedziałam Bartonowi – małemu, czarnemu wilczkowi patrzącemu przez okno na szarą wilcza postać znikającą wśród drzew. Wiedział. Wiedział co się dzieje. wiedział co się działo podczas rozmowy z Vampirem. widział co było na kartce.

„Rozmyśliłem się. Czekam koło ratusza za godzinę. Mam nadzieję, że zdążyłaś się pożegnać
Shertan”

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...