Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Chwała Pokonanym

evil_joshua ·

Ogłuszający ryk poniósł się po równinie gdy, niby ocean stali co podnosi się z brzegów by zmiażdżyć wszelki opór, ruszyły pancerne zastępy orków co, jak fala przez piaszczystą wydmę, przetoczyć się miały przez oddziały broniące zgruchotanej bramy Arcnothu by raz na zawsze pogrążyć twierdzę w niebycie, a wspomnienie jej upadku zmyć krwią jej obrońców. Słońce krzesało złote błyski z powgniatanych mnogimi ciosami szyszaków i pancerzy obrońców, którzy ujmowali w garść swe wyszczerbione, szkarłatne od orkowej posoki miecze i topory i, powierzając swe dusze Vangorowi, oczekiwali ostatecznego uderzenia, które zakończy tą przegraną batalię. W zamglonych oczach utrudzonych wojów orkowie zmienili się w rzekę płynnej stali, która miała ostatecznie ich pochłonąć.
***
Ponad strzelistym czubkiem wieży Arcnothu, mieniąc się szkarłatem w pełnym słońcu, rozwijał na wietrze swe zwoje książęcy sztandar Lachdananu, poniżej, na kamiennym tarasie Ramdel Moonshine, książęcy chorąży, wpatrywał się w swego władcę, obserwującego hordę zakutych w stal orków co niby połyskliwa rzeka zbliżali sie do strzaskanej bramy. Wreszcie, po dłuższym namyśle, oficer postanowił przerwać ciszę
- Mój Książe - powiedział czyniąc krok naprzód - generał Morgain Thunderblade przesyła ci Panie prośbę abyś raczył spotkać się z nim w sali audiencyjnej - jego słowa zdały się nie docierać do księcia stojącego niby stalowa figura na tle błękitnego nieba i żeglujących po nim obłoków, stał dalej wpatrując się, zdaje nie w nieprzyjacielską armię, a w pokryty ulotną mgłą horyzont gdzie w błękitnych, oparach ziemia stapiała się z niebem.
- Książe - powtórzył oficer - czy coś się stało - jego władca wzruszył swą czarną grzywą niby ktoś wyrwany z ciężkiego snu lub głębokiej zadumy
- Nie - odparł - wszystko w porządku, udam się na spotkanie z Morgainem, ty zaś możesz powrócić do swych obowiązków - Ramdel skłonił się.
***
Wpadając przez wysokie, wąskie okna promienie słońca słały na karmazynowym dywanie złoty wzór, ściany komnaty obwieszone były gobelinami o kolorze krwi, zaś w głębi wznosiło się kamienne podwyższenie gdzie ustawiony był tron. Komnata audiencyjna była pusta, poza piętrzącą się w płytowej zbroi osobą generała, o ramionach okrytych zakurzonym błękitnym płaszczem. W pewnym momencie jedne z drzwi otwarły się i do sali wkroczył, swym ciężkim krokiem wojownika, Wielki Książe Lachdanan, Umalrick Grimsword
- Cóż więc Morgainie chciałeś mi przekazać ? - bez większych ogródek spytał Książe
- Chciałem ci rzec, Dostojny Panie, - odrzekł generał - iż siły nasze nie przetrwają do zachodu słońca
- Jest mi to wiadomym, masz więc chyba jeszcze inne wiadomości
- Mam prośbę Wielki Książe
- Jakaż jest twa prośba ? - spytał Książe z pewnym zaciekawieniem
- Proszę cię Wasza Wysokość abyś korzystając ze starego, podziemnego przejścia spróbował wydostać się z zamku podczas gdy my zwiążemy przeciwnika w walce aby ścigać cię nie mógł
- Tuszę, iż odpowiedź ma potrzebną nie jest jako, że zdanie moje znanym ci być winno. Nie sądzisz wszak, iż umknę towarzyszy mych śmierci pozostawiając. Doprawdym się prośby takiej z ust twoich słyszeć nie spodziewał
- I tak wszyscyśmy śmierci przeznaczeni - uniósł się generał - Wszak rad bym aby ofiara nasza daremną nie pozostała, tyś jeden Książe zdolen zgromadzić armię by rozgromić parszywych orków, gdy ucztować będą na prochach naszych, nas nic już nie ocali, tyś jednak jedynym ocaleniem dla całego Lachdananu. Nie pozwól aby śmierć nasza na darmo poszła, ale nas pomścij abyśmy z czystymi sercami zasiedli w pałacu Vangora - nastąpiła chwila ciszy, Książe odwrócił się w stronę okna i stał z twarzą skąpaną w blasku słońca, krzeszącego skry z jego pozłacanych naramienników
***
Szczęk oręża rozlegał się rozgłośnym echem pod sklepieniem zniszczonej bramy otwierającej się na zamkowe podwórze. Wielkie stalowe odrzwia leżały na ziemi upstrzone szkarłatnymi plamami posoki i zakutymi w stal trupami, tak najeźdźców jak i obrońców, starających się zatrzymać wroga za murami za wszelką cenę. Ramdel rozejrzał się wokół, wszędzie wrzała bitwa przyjmując jednak w pewnym miejscu dziwaczny obrót, pod jedną ze ścian stał woj gigantycznego wzrostu otoczony szańcem z ciał orków sięgającym mu niemal do kolan. Woj ów dzierżył wielki młot, zaś zbroja jego splamiona była dymiącą posoką. Owym wojownikiem był Gorefind Doombringer z rasy pół-gigantów.
- Panie - rzekł Ramdel zbliżając się z respektem do wielkiej postaci
- Mów mi Gore, anim ja panem, aniś ty sługą, żebyś się miał tak do mnie zwracać
- Niech i tak będzie - zgodził się Ramdel - generał Morgain ma dla ciebie zadanie, masz udać się ze mną
- Chodźmy - odrzekł pół-gigant
***
Podążając za oficerem Gore wszedł do sali audiencyjnej, a spojrzenie jego zatrzymało się na dwóch, okutych w stal i zatopionych w rozmowie, postaciach. Zachęcony przez Ramdela podszedł i wykonawszy dumny pokłon zastygł w postawie oczekiwania. Wielki Książe zmierzył go badawczym spojrzeniem po czym w jego szarych źrenicach utopił spojrzenie swych przeszywających, błękitnych oczu.
- Zaiste - zwrócił się po chwili do generała - nie masz w nim zła, prócz odwiecznej chęci walki.
- Czy więc zgadzasz się Mój Książę ? - spytał generał
- Jeśli taką jest wola bogów
- Dobrze więc, jeśli ofiara nasza daremną nie ma się okazać, czas nam zacząć - Gore tymczasem stał nieruchomo, niespokojnie wpatrując się w obu rycerzy, niezbyt świadom o czym w jego przytomności rozprawiano. Wreszcie generał zwrócił się do niego tymi słowy
- Tobie przypadła misja za którą wielu rycerzy oddałoby swe życie
- Nie jestem rycerzem - odparł Gore
- Prawda, nie jesteś nim, a jednak to tobie przypadło owo zadanie
- Jakaż więc wasza wola ?
- Wolą naszą, rozkazem i prośbą jest abyś towarzyszył Księciu, gdy będzie on opuszczał zamek
- Wybacz generale, iż spytam, ale czy godzi się władcy umykać, ludzi swych śmierci pozostawiając ?
- Moi to ludzie i ja z nimi pozostanę - odparł generał gniewnie - od ciebie zaś wymagam abyś rozkaz wypełnił
- Najemnym jestem wojem i nie dla sprawy jakiejś walczę, ale przed wrogiem nie umykam, bo choć młot mój sprzedaję, honoru za żadną cenę się nie wyzbędę i ni twoje, ni żadne w świecie rozkazy przymusić mię ku temu nie mogą. Mam dla ciebie respekt generale, bo szanuje ludzi co śmierci patrzą w oczy, ale nie po to stawałem w tylu potyczkach, bym miał pola obmierzłym orkom ustąpić ! - zakończył Gore podniesionym głosem
- Odmawiasz więc ? - spytał generał czerwieniejąc ze złości
- Odmawiam - odrzekł pół-gigant stanowczo. Nagle generał spuścił wzrok, a gniewny wyraz na jego obliczu rozwiał się niczym mgła pod porannym powiewem
- Nie jest moją wolą przymuszać cię do niczego - rzekł po chwili spokojnym głosem - Idź, powierz swą duszę własnym bogom i walcz
- Tak uczynię generale - odparł Gore, po czym odwrócił się i stąpając ciężko opuścił salę. Generał stał chwilę zapatrzony w drzwi po czym, obróciwszy się, spojrzał na stalową figurę księcia stojącego w zamyśleniu i skąpanego w blasku padającym przez wysokie okno.
- Mój Książe - rzekł podchodząc - Nie ma czasu na posyłanie po innego woja
- Bogowie są mi świadkami - odparł Książe - iż wolałbym tu pozostać, chociażby żeby umrzeć, jeśli jednak nie ma innego wyjścia, pójdę, a pójdę sam. Jeżeli zaś stąd się wydostanę niechaj ma dusza nie zna spokoju póki waszej śmierci nie pomszczę, a ołtarza waszego poświęcenia nie zmyję rzeką orkowej krwi, tak mi dopomóżcie, bogowie i demony.
***
Namiot urządzony był z iście barbarzyńskim przepychem, dwa pale podtrzymujące sklepienie obwieszone były krótkimi łukami, zakrzywionymi szablami i nożami o szerokich klingach, ściany okrywały brunatne i szkarłatne gobeliny, zaś podłoga zarzucona była stosami futer tworzących w jednym miejscu coś na kształt barłogu. W centrum namiotu stało wielkie krzesło tronowej formy, na nim zaś, w zamyślonej pozie, siedział, zakuty w stal wódz orkowej hordy, Gromm Stormcaller. W pewnej chwili poły namiotu rozchyliły się, a do wnętrza wkroczył ork w powgniatanej, zakurzonej, pokrytej szkarłatnymi plamami zakrzepłej posoki zbroi
- Panie - rzekł zginając kark przed postacią na podwyższeniu - nasze oddziały toczą zaciętą walkę w okolicach głównej bramy
- Cóż więc ? - spytał wódz orków
- Brama legła, lecz załoga daje odpór, nie przeżyją do końca tego dnia, ale przy obecnej sytuacji my też poniesiemy wielkie straty, to zaś może uniemożliwić zwycięstwo nad głównym trzonem armii Lachdananu - w tym momencie z barłogu powstała półnaga, złotowłosa, niebieskooka kobieta, owinięta jedynie półprzezroczystą, jedwabną opaską biodrową i płynnym, zmysłowo chwiejącym się krokiem podeszła do tronu, po czym oparłszy się smukłymi dłońmi o masywną pierś orkowego wodza i wpatrzywszy się wprost w jego oczy, rzekła przytłumionym głosem
- Wyślij więc, o Wielki, oddział wojów, który przekradnie się obok wrogich pozycji, wdrapie się na mur i zaatakuje ludzi od tyłu
- To niemożliwe - odrzekł ork stojący przed tronem patrząc na niewiastę z pogardą - nasi woje zostaną zauważeni
- Nie, jeśli, jak mówisz, ludzie tak są zajęci obroną bramy
- Nie byliby tak głupi by pozostawić mury bez obrony
- Nie byliby również tak głupi by, w tak krytycznym momencie, dzielić swoje siły
- Racja - stwierdził nagle Stormcaller - wyślemy oddział - po czym dodał - dosyć już tego siedzenia, czas mi włączyć się do walki - na to kobieta, odsunąwszy się, złożyła pocałunek na jego dłoni i rzekła
- Nie życzę ci byś wrócił bezpiecznie, o Wielki, gdyż wiem, że nic zagrozić ci nie jest w stanie, zaś twoi wrogowie przed twym gniewem będą jako źdźbła na wietrze
- Słusznie mówisz, oczekuj mnie, tej nocy świętować będziemy triumf na gruzach Arcnothu - to mówiąc powstał i wraz z drugim orkiem, opuścił namiot. W chwilę potem, gdy w namiocie pozostała tylko samotna kobieta, zza tronu wyłoniła się zakapturzona postać. Niewiasta zwróciła swój, płonący w tej chwili , wzrok na przybysza i rzekła
- Cóż cię sprowadza ? - postać podeszła do niej i zrzuciła kaptur ukazując posępną, męską twarz w kwiecie wieku okoloną kruczymi włosy splecionymi w dziesiątki małych warkoczy
- Mam zaskakujące wiadomości - odparł nieznajomy
- Zaskakujące - zdziwiła się niewiasta - cóż może być zaskakującego w tak jednostronnej bitwie, żadne piekielne kunszta nie są potrzebne aby przewidzieć jej wynik
- Owszem, jednak późniejszy los całej tej armii stoi pod znakiem zapytania
- Jakże to ?
- Wielki Książe Lachdanan próbuje wyślizgnąć się z waszego oblężenia, jeśli mu się powiedzie do wieczora sprowadzi wam na karki całą armię Lachdananu
- Więc należy się nim zająć
- Twe słowo jest dla mnie rozkazem - odrzekł nieznajomy rozpływając się w mroku. Oczy niewiasty zwęziły się i zalśniły gniewnym blaskiem gdy z sykiem wyszeptała
- Żaden przeklęty palladyn, choćby był nim sam Wielki Książe, nie przeszkodzi mi
***
Gore zaczerpnął ze studni wiadro wody, po czym całą jego zawartość wylał na swą rozgrzaną głowę, woda dała mu chwilową ochłodę, zaraz jednak wsiąkła w rudy warkocz czyniąc zeń dodatkowy ciężar, z ust pół-giganta spłynęło jadowite przekleństwo. Nagle do jego uszu doszedł ściszony zgiełk biegnący nie od bramy, a od północnego muru, z kocią sprężystością wielki woj poderwał się i pobiegł w stronę z której doszedł go hałas, ściskając przy tym mocniej trzon młota. Gdy wychynął zza węgła oczom jego ukazał się okrutnie poszlachtowany strażnik i ostatni z grupy orków roztapiający się w mroku niskiego wejścia. Nie tracąc czasu na próżne rozmyślania Gore pomknął za grupą najeźdźców niby tygrys na łowach. Nie minęło wiele czasu gdy za rogiem usłyszał odgłos cichych stąpnięć, które po chwili przemieniły się w szepty. Dochodząc do wniosku, iż nadszedł czas na działanie, z błyskawicową prędkością wystrzelił zza rogu by stanąć twarzą w twarz ze zdumionym orkiem mającym zapewne strzec tyłów, goblin stał tak blisko, że Gore miast unosić na niego młot ułapił go za kark i jednym potężnym ruchem rozłupał jego czerep o najbliższą ścianę. Na odgłos pękającej czaszki i padającego ciała pozostałych sześciu orków odwróciło się w kierunku napastnika, ten jednak był już przy nich i miażdżącym ciosem młota zgruchotał kolejny czerep, orkowie wydali zwierzęcy ryk, po czym, dobywając szabel, rzucili się na pół-giganta. Dwie szybujące szable ze szczękiem opadły na stylisko młota, który zaraz potem, piorunowym ciosem poraził łeb kolejnego goblina. Nagle, na dźwięk naciąganej cięciwy, młot wyrwał się z dłoni pół-giganta gruchocząc pierś orkowego łucznika, jednak pozostali zaatakowali ze zdwojoną furią widząc przeciwnika rozbrojonym. Kolejna szabla poszybowała w kierunku głowy pół-giganta, lecz nim zdążyła opaść piorunowy cios pancernego kułaka zbawił kolejnego napastnika przytomności. Trzej pozostali orkowie poznali nareszcie, że nie ze zwykłym przeciwnikiem przyszło im do walki, nie mieli jednak zamiaru poddać się, nie oczekując litości, toteż po chwili zaczęli otaczać przeciwnika, który starał się, w miarę możności, utrzymywać wszystkich w zasięgu wzroku. Niespodziewanie dwaj napastnicy wystrzelili z dwóch stron ku niemu, Gore jednak zwinął się i z nagłością pocisku skoczył w stronę trzeciego w jednej chwili wymierzając mu cios głową w brzuch i wyciągając nóż z buta. Ruch był na tyle nieoczekiwany, że ostrze jednego z orków rozpłatało czerep drugiego, zaatakowany z kolei, zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji toteż przygnieciony przeważającą mocą padł na ziemię i dał się rozpłatać szerokim nożem, niby prosię. Ostatni z orków z przeraźliwym rykiem rzucił się na pół-giganta zasypując go gradem ciosów dając mu jedynie czas na chaotyczną obronę, jednak po kilku chwilach szaleńczego wywijania szablą począł przejawiać zmęczenie, ruchy jego stały się wolniejsze, bardziej chaotyczne, zaś oddech szybszy i nieco spazmatyczny, nagle Gore wypatrzył lukę w gradzie ciosów przeciwnika, jego ręka błyskawicowo strzeliła naprzód, zaś sztylet, aż po jelec, pogrążył się w gardle orka, który w konwulsjach opadł na posadzkę. Pół-gigant podjął z ziemi swój młot, a nóż wytarłszy, wetknął na powrót do buta, właśnie gdy miał powrócić na swój posterunek doszedł go szmer czyjegoś głosu rozlegającego się w oddaleniu, po chwilowym namyśle pobiegł cicho w tamtą stronę. Po dłuższym przemierzaniu korytarzy wypadł nagle zza zakrętu i stanął zdziwiony twarzą w twarz z Wielkim Księciem naprzeciw którego, zwrócona tyłem do Gore'a, stała zakapturzona postać w czarnym płaszczu.
***
Książe niespokojnie stąpał podziemnym tunelem nieustannie rozglądając się wokół, zdawało mu się, iż w mrokach podziemnego korytarza kroki jego, obutych w stal, stóp rozlegają się tysiącznym echem. Nagle do jego uszu doszedł ściszony zgiełk jaki oznaczać mógł jedynie zbrojny pojedynek. Książe przyspieszył kroku kierując się w stronę zasłyszanych odgłosów gdy nagle, zatrzymał się w miejscu, w mroku przed nim zmaterializowała się zakapturzona sylwetka
- Witaj Książe - rzekł nieznajomy z odrobiną ironii w głosie
- Kim jesteś - spytał Książe dobywając swego miecza
- Mniejsza o moją tożsamość - odrzekł przybysz - jestem posłańcem, a moją misją jest powstrzymanie ciebie od ucieczki
- I masz zamiar ze mną walczyć ?
- Jeśli to okaże się konieczne, owszem
- Więc stawaj, bo w inny sposób mnie nie zatrzymasz
- Niech więc tak będzie - rzekł nieznajomy drapieżnym gestem strząsając szerokie rękawy płaszcza z pustych dłoni
- Chcesz pokonać mnie gołymi rękami ? - spytał Książe drwiąco
- Nie wierzysz w mą siłę Książe, czy też honor powstrzymuje cię przed walką z nieuzbrojonym człowiekiem? Wiedz zatem, że moje dłonie potężniejszą są bronią niż najpotężniejszy nawet miecz
- Sprawdźmy to więc ! - krzyknął Książe i runął w stronę przeciwnika, ten jednak, ruchem szybszym niż można by zauważyć, wysunął się krok naprzód, ułapił Księcia za nadgarstek i uderzając go otwartą dłonią w pancerną pierś potężną siłą odesłał dwadzieścia kroków wstecz, w tej jednak chwili, z okrzykiem na ustach, spadł na niego pół-gigant, ogromny młot zatoczył śmiertelny łuk i spadł na podstawę czaszki napastnika, który, z odgłosem łamanego kręgosłupa, opadł na ziemię niby zmięty łachman.
- A ty - spytał Książe powstając - skądżeś się tu wziął ?
- Przechodziłem niedaleko i postanowiłem zobaczyć jak ci się wiedzie mój Książe - odparł Gore z uśmiechem
- Skoro już tu jesteś to chyba powinieneś pójść ze mną
- Wygląda na to, że jednak przyda ci się ochrona Książe - to mówiąc dwaj woje ruszyli w głąb korytarza.
***
W namiocie panowała pustka, niewiasta siedziała w kucki na barłogu a jej twarz rozjaśniał blask bijący z niewielkiej kuli spoczywającej na jej łonie. Kobieta z napięta uwagą wpatrywała się w kulę blasku gdy nagle, jej oblicze wykrzywił grymas złości odsłaniając białe, równo osadzone, drapieżne zęby spomiędzy których wydobył się wężowy syk. Niby na jakiś, nieznany, sygnał kula poczęła tracić blask i z nagłością błyskawicy wybuchła, rozsadzona od środka niepojętą jakąś siłą, krzesząc przy tym miriady połyskliwych iskier, w jednej chwili światło zagasło, a cały namiot pogrążył się w ciemności w której połyskiwały jarzące się błękitnie oczy tajemniczej niewiasty
- Przeklęty - wycedziła przez zęby - niechaj będzie przeklęty - po chwili zdała się odzyskiwać równowagę gdyż głos jej zabrzmiał mniej sykliwie, nadal jednak gniewnie
- Cóż mnie napadło, że wysługuje się podłymi adeptami magii - zamilkła by po chwili rzec
- Jakaś siła strzeże przeklętego Księcia wspierając pół-giganta w walce, dosyć niekompetentnych magów, zajmę się nim sama - zaczęła niedosłyszalnie szeptać, po czym blask jej oczu zgasł gdy rozpłynęła się w ciemności.
***
W ciszy panującej w podziemiach odgłos obutych w żelazo stóp rozlegał się rozgłośnie, nie dość jednak by zagłuszyć nagły krzyk. Gore zastygł w miejscu i począł nasłuchiwać, jakiś głos, niewątpliwie niewieści, wzywał pomocy. Pół-gigant i książę ruszyli naprzód i po kilkudziesięciu krokach stanęli jak wryci, za rogiem, który właśnie ominęli, ujrzeli płowowłosą niewiastę owiniętą jedynie w jedwabną przepaskę, nad nią zaś pazurzastą łapę wznosił jakowyś piekielny koszmar. Potwór miał co najmniej dwa z połową metra, w talii był chudy powyżej rozszerzał się do wysoko sklepionej piersi z której wypuszczały się cztery długie, muskularne łapy, każda opatrzona trzema pazurami, ponad nimi, na wątłej szyi, spoczywał czerep o wychudzonej twarzy, zdumiewająco ludzki, a jednak bestialski w zarysach, opatrzony wielkimi kłami. Potwór ów poruszał się na parze trójpalczastych, ptasio-gadzich odnóży o mocno umięśnionych udach. Cała bestia zdawała się piekielnym połączeniem wszystkich najbardziej zabójczych cech, tak ludzkich, jak i zwierzęcych, posłyszawszy hałas odwróciła się w stronę przybyłych wojów, twarz zaś jej wykrzywił odrażająco ludzki, ironiczny uśmiech
- Cóż to za piekielna maszkara ? - spytał Gore nie oczekując zresztą odpowiedzi. Tym większym było jego zdziwienie, gdy potwór przemówił głosem syczącym
- Dla niewielu którzy mnie spotkali jestem po prostu potworem, zaś dla jeszcze mniejszej ilości wtajemniczonych jestem włóczęgą otchłani, siewcą spustoszenia przemierzającym mroczne ścieżki co leżą poza granicami świata. Dosyć jednak tej bezsensownej gawędy. Przybyłem tu by zbawić twe ciało życia, zaś duszę zawlec w ciemności by się tułała po otchłaniach wstrząsanych podmuchami pozaczasowego wiatru
- Zawiadamiam cię więc piekielny jaszczurczy wyrodku, że jedynym sposobem jakim duszy możesz mnie zbawić jest stal, a w takim wypadku podejdź do mnie nim sam do ciebie pójdę by twe padło bękarcie kopniakami od kości odbić - to rzekłszy Gore uniósł młot, na bestii nie wydało się to jednak robić wrażenia
- Wiedz - rzekł potwór - że nim dzień dojdzie końca pozostanie z ciebie bezduszne truchło - po czym, w całkowitej ciszy, potwór runął na pół-giganta. Jeden tygrysi skok przeniósł go przed Gore'a, ten jednak nie dał się zaskoczyć i lądującą bestię powitał szerokim zamachem młota co posłał ją na najbliższą ścianę. Książe tymczasem podbiegł do leżącej niewiasty
- Nic ci nie jest - spytał unosząc jej głowę z posadzki
- Nie - odparła otwierając oczy
- Cóż tu robisz niemądra niewiasto i cóż to za piekielna bestia - kobieta jednak nie odpowiedziała, lecz wpiła palce w jego pancerne naramienniki aż dał się słyszeć odgłos giętego metalu, twarz Księcia przybrała wyraz bezbrzeżnego zdziwienia, kobieta zaś powstała i stanąwszy na palcach wyszeptała mu do ucha
- To nie siewca jest prawdziwą bestią - na te słowa oczy jej rozjarzyły się, twarz wykrzywiła w bestialskim grymasie, a ona sama porwała Księcia za naramienniki i cisnęła na ścianę. W tym samym czasie potwór wykonał kolejny skok co przeniósł go za plecy Gore'a, opasał go dolnymi łapy górnymi zaś próbował złapać go za gardło, pół-gigant, nie widząc innej drogi wyswobodzenia rzucił się plecami na ścianę przygniótłszy do niej tym samym potwora który momentalnie poluzował uścisk łap, dostrzegając swą szansę woj odwrócił się na pięcie wymierzając stworu celny cios pancernym kułakiem, a następnie silne kopnięcie w podbrzusze, potwór zwinął się w miejscu i błyskawicznie unikając wymierzonego weń kopnięcia przeczołgał się z piorunową prędkością kilkanaście kroków w głąb korytarza, pół-gigant obrócił się by znów stanąć naprzeciw piekielnej bestii. W oczach potwora jawiła się bezmierna pustka pozaczasowych otchłani, wzrok zaś Gore'a płonął szkarłatną żądzą mordu, toteż uniósłszy swój oręż ponownie runął na przeciwnika, który wysokim skokiem uniknął szerokiego zamachu, Gore zaklął szpetnie
- Podejdziesz do mnie piekielny bękarcie czy też strachasz się na myśl o walce ? - spytał gniewnie
- Nie przerażasz mnie barbarzyńco, ni twa siła, ni zręczność nie sprostają mi - to mówiąc skoczył w stronę przeciwnika i zamachnął się jedną z długich łap. Cal dalej i byłby potwór strącił łeb z szyi pół-giganta, jednak jego pazury jedynie przeorały policzek Gore'a który z kolei odpowiedział potężnym zamachem młota co w locie rozłupał czerep bestii. Tymczasem Książe podnosił się z ziemi po potężnym wstrząsie, jak przez mgłę zobaczył gibką postać i morderczy błysk żelaza w jej dłoni, właśnie miała zadać mordercze pchnięcie gdy policzek wymierzony okutą w stal dłonią rzucił ją na posadzkę. Podnosząc się obróciła głowę i w osobliwie wężowym geście z sykiem obnażyła zęby na pancernego woja
- Gorszym jesteś potworem niźli ten z którym się właśnie sprawiłem - rzekł Gore stojąc nad nią niby kat - umrzyj piekielna, zdradziecka bestio - wyrzekł, piorunowo opadł młot i dał się posłyszeć trzask łamanego kręgosłupa.
***
Armia orków, prowadzona tym razem przez Gromma Stormcaller'a, poderwała się do ostatecznego ataku, który rozbić miał oddziały broniące bramy. Stalowa rzeka ruszyła na jej zaś czele kroczył opancerzony goblin w szkarłatnym płaszczu dzierżący dwa półtoraręczne miecze. Żołnierze w bramie mocniej uchwycili swój wyszczerbiony, zakrwawiony oręż i po raz ostatni dusze swe polecili Vangorowi. Orkowa armia uczyniła kilkaset kroków, po czym z jej dalszych szeregów wzbił się w powietrze kąśliwy rój strzał. Po większości strzały padły u stóp bramy nie czyniąc nikomu szkody lub odbiły się ze szczękiem od, powgniatanych mnogimi ciosami, pawęży, gdzieniegdzie jednak dał się słyszeć skowyt konania. Po chwili równie zabójcza chmura bełtów wzbiła się z blank twierdzy zbierając obfite żniwo śmierci wśród pierwszych szeregów orkowej armii. Jednak pancerny ork na czele prowadził nadal swych wojów, nieczuły, zda się, na strzały. Po kolejnych kilkudziesięciu krokach i zabójczej wymianie pocisków wielki goblin uniósł jeden ze swych mieczy i czyniąc zamach w stronę twierdzy wydał ryk na który odpowiedziała cała horda ruszywszy w stronę wroga. Nareszcie oddziały zwarły się w walce, która w kilku miejscach przybrała nieomal formę rzezi zmieniając partie dziedzińca w krwawe jatki. Nagle, wśród zamętu w centrum dziedzińca, naprzeciw siebie stanęli Gromm Stormcaller, wódz orkowej hordy i pierwszy generał armii Lachdananu Morgain Thunderblade, dwaj woje zmierzyli się wzrokiem, na twarzy generała wykwitł posępny uśmiech, po czym obaj wznieśli miecze i z bojowym okrzykiem runeli na siebie. Szeroki zamach półtoraręcznego miecza trafił na stalową gardę, drugi zaś z mieczy ze szczękiem opadł na powgniatany pawęż, następnie miecz generała zakreślił zimny łuk i krzesząc iskry skrzyżował się z jednym z mieczy wodza orków, podczas gdy drugi miecz orka opadł na stalowy pawęż ucinając przy tym jeden z jego rogów. Kolejne płaskie cięcie generała zręcznie ominęło gardę orka krzesząc miriady iskier z korpusu jego zbroi, na twarz orka wybiegł grymas bólu, zaś on sam zwinął się w miejscu i w tej chwili jego twarzy dosięgło uderzenie tarczy powalając go na kamienie dziedzińca. W jednej chwili generał znalazł się nad nim, a piorunowe cięcie miecza ledwie o cal chybiło jego twarzy zagłębiając mordercze ostrze między płyty dziedzińca, generał cisnął precz zbędną tarczę i szybkim ruchem wyrwał z buta lśniący morderczo puginał. Właśnie gdy zadać miał zabójcze pchnięcie potężny cios młota czy maczugi strącił mu z głowy hełm, a jego samego zrzucił z rozciągniętego ciała wodza orków, który błyskawicznie powstał i znalazł się nad leżącą postacią generała, ten jednak mimo szkarłatnej mgły zasłaniającej oczy zadał mordercze pchnięcie, które ponad kołnierzem stalowej zbroi odnalazło gardło, Zabójczy puginał pogrążył się w szyi orka aż po jelec, zmieniając ryk triumfu w skowyt śmierci. Generał powoli dźwignął się na nogi, lecz w momencie gdy miał się pochylić dla wyswobodzenia swego oręża z gardła orkowego wodza zbłąkana jakaś strzała odnalazła między płytami pancerza drogę do jego serca zmieniając w jego oczach szkarłat w czerń, ostatnim odgłosem jaki usłyszał był ryk trwogi orkowej armii na widok powalonego wodza i dżwięk jego własnego ciała uderzającego w kamienie dziedzińca.
***
Ramdel stał na kamiennym tarasie u stóp wieży Arcnoth wpatrując się w mgłę na horyzoncie, stał dłuższą chwilę myśląc o nieuniknionym końcu. Wiedział, że orkowie zajęli niemal cały zamek i jest jedynie kwestią chwil ich pojawienie tutaj. Z tego tarasu postanowił chorąży uczynić ostatni bastion, a duszy jego błogosławił szkarłatny sztandar rozwijający się w wieczornym podmuchu ponad jego głową. Nagle drzwi na taras padły z trzaskiem na posadzkę, a poprzez otwór wlała się grupa orków. Pierwszego przywitał chorąży szerokim cięciem swej ciężkiej głowni co nogi równo oddzieliła od korpusu. Kolejny padł przebity sztychem miecza, nim jednak chorąży zdołał uwolnić swój skrwawiony oręż orkowa szabla spadła na jego hełm i krzesząc miriady iskier strąciła mu go z głowy, chorąży zatoczył się w tył i oparł o blanki, w tym jednak momencie ciśnięta włócznia pogrążyła się w jego plecach. Momentalnie cienie wokół niego poczęły się pogłębiać, nim jednak na dobre go pochłonęły, poprzez mrok, ujrzał na horyzoncie błysk zachodzącego słońca przeglądającego się w szkarłatnych kropierzach rumaków i stalowych ostrzach wzniesionych mieczy. Uśmiech wypłynął na jego oblicze gdy opadł na posadzkę tarasu ponad którym, w zachodzącym słońcu migotał szkarłatny sztandar...

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...