Cierń
***
Irina wbiegła do lasu. Przed zamglonymi oczami przesuwały się makabryczne obrazy: wnętrzności porozwlekane po całym podwórku, kałuże krwi błyszczące szkarłatnym okiem, martwe spojrzenia i usta zastygłe w ostatnim, śmiertelnym uśmiechu. Okrwawiony pręgierz z przywiązanym do niego kawałem mięsa, który kiedyś był kowalem, na co wskazywało jedynie poszarpane ubranie i leżący nieopodal miecz. Jej ciałem znów szarpnęły torsje, lecz już nie miała czym zwracać. Oparła się ciężko o pobliską olchę, po chwili ruszyła dalej. Igły świerków boleśnie raniły jej stopy, potykała się co chwila o wystające korzenie. Gałęzie złośliwie chwytały jej długie, ciemne włosy, a ubranie - połatane łachmany, przewiązane rzemykiem i brudna, czarna peleryna - zaczepiały się o ciernie i zatrzymywały ją. Nie zwracała na to uwagi, chciała tylko jak najszybciej uciec od wioski i tych wszystkich obrazów, które teraz wydawały się koszmarnym niekończącym się snem. Weszła między paprocie i wpadła w chowające się pod nimi krzewy jeżyn, a jakiś pęd owinął jej się wokół kostki. Runęła na ziemię, raniąc sobie boleśnie ręce o kolce. Ze złością odwinęła pęd i ujrzała paskudne otarcie. Stanęła na zranionej stopie i syknęła z bólu. Kuśtykając niezgrabnie, zagłębiała się w las...
Powoli zapadał zmierzch. Noc szybko ją zaskoczyła. Z niepokojem wsłuchiwała się w pohukiwania sów i głośny trzepot skrzydeł jakiegoś stworzenia. Wiedziała, jakie niebezpieczeństwa czyhają na nią nocą, dlatego nie chciała się zatrzymywać. Ryzykowała jednak, że wpadnie do jakiegoś wilczego dołu lub innej pułapki, zastawionej przez myśliwych, którzy już nigdy nie zapolują... Irina widziała jeszcze nienaturalną poświatę, sączącą się z wioski. Dreszcz przeszedł jej po kręgosłupie. Podniosła kij leżący nieopodal i badając przed sobą drogę, ruszyła dalej...
Ostrożnie stawiała stopy, nasłuchiwała. Szelest. Szorstki materiał ociera się o wrażliwą skórę. Oczy pieką, łzy zmęczenia i rozgoryczenia zbierają się pod powiekami. Materiał szeleści tak pięknie. Drzewa szepcą kołysankę, zwodzą jedwabistym głosem.
- Witaj, królu olch... - szepnęła, by dodać sobie otuchy. Po chwili zobaczyła maleńki, jasny punkcik w głębi lasu. Zmęczenie natarło ze zdwojoną mocą, otumaniło umysł, przytępiło jasność myślenia. Nie pomyślała nawet, czy obozujący mogą być niebezpieczni. Chciała jak najszybciej dotrzeć do światła, ogrzać się, zapomnieć o przenikającym do szpiku kości chłodzie. Zbliżyła się. Coraz wyraźniej słyszała głosy i czuła zapach smażonego mięsa. Ludzie przy ognisku śmiali się głośno, zapewne pili wino i ucztowali. Była już całkiem blisko, kiedy pod jej stopą pękła z głośnym trzaskiem gałąź. Rozmowy umilkły. Dziewczyna zamarła. Jeden z ludzi podniósł się i wyciągnął długi miecz, błyszczący w świetle wesoło igrającego ognia. Podszedł do miejsca, gdzie stała Irina i zaczął odgarniać krzaki ręką. Dziewczyna wiedziała, że powinna uciekać, lecz nie mogła zrobić nawet kroku. Przerażona, patrzyła, jak nieznajomy zbliża się do niej. Wreszcie dotarł do jej kryjówki. Zobaczył ją, a ich spojrzenia się spotkały. Serce podeszło jej do gardła, gdy poznała w nim jednego z najeźdźców. Zrozumiała swoją głupotę i nieostrożność, lecz było już za późno.
- Kim ty jesteś i co, na bogów, tu robisz? - spytał, lekko mrużąc oczy. - Wytłumacz się dziewko, albo zginiesz... - uniósł miecz. Widać było, że wojownik był równie zdziwiony spotkaniem, co ona.
- Oszczędź, panie... - zdołała tylko tyle wyszeptać przez zaciśnięte wargi. - Jeśli mnie zabijesz, bogowie ukarzą cię za ten niecny postępek. Jestem druidką... mogę się na coś przydać - spojrzała na niego błagalnie.
- Nie jesteś mi potrzebna, dziewko - mruknął, a po chwili namysłu dodał: - Chociaż w sumie możesz się przydać w drodze.
Dziewczyna cofnęła się o krok.
- Nie próbuj ucieczki, bo cię zabiję - przystawił jej miecz do piersi i uderzył lekko płazem. Dla Iriny był to jednak stanowczo za silny cios. Upadła na ziemię, kurczowo przyciskając ręce do piersi. Poczuła, że wojownik chwyta ją za ramię i popycha w stronę obozu. Zatoczyła się do przodu i zatrzymała się dopiero na kłodzie przy ognisku.
- Zobacz Egyed, cóż to się po lasach teraz pałęta. Mówi, że jest druidką. Przekonamy się... - powiedział wojownik, a w jego głosie zabrzmiała groźba.
- Na druidkę to ona nie wygląda - odparł cicho czarodziej Egyed. Irina od razu poznała jego czerwone szaty.
- Jeśli kłamała, to gorzko tego pożałuje...
- Panie, nie warto tak się pieklić z powodu jakiejś kobiety. Usiądź przy ogniu i skosztuj wina. Wyśmienite pędzili w tej wiosce, szkoda, że zabiliśmy tego winiarza... - powiedział jeden z wojowników i zarechotał głośno.
- A my w tym czasie, panie, chętnie OBEJRZYMY sobie tę driudkę - dodał inny i zatarł ręce. Irina zadrżała, słysząc lubieżny ton w jego głosie. Rozejrzała się po polance. Było ich dziewięciu, razem z czarodziejem. Każdy z nich miał typową, birengardzką urodę: silny, krzepki, szeroki w barach i umięśniony. Chociaż wyglądali na barbarzyńców, to z pewnością nimi nie byli. Mieli na sobie tuniki sięgające ud i do tego szerokie spodnie, których nogawice włożone były w cholewy skórzanych butów, częściowo je zakrywając. Do tego długie, czarne płaszcze, podobne do jej, lecz w znacznie lepszym stanie. Do pasa mieli przypięte miecze - wszyscy jednoręczne, jedynie ich dowódca, jak Irina zdążyła się domyślić, miał dwuręczny - schowane w pięknych, zdobionych pochwach. Dziewczyna zrozumiała, że ma do czynienia z zaprawionymi w boju, doświadczonymi wojownikami, którzy niejedno widzieli i niejedno przeszli. Tym bardziej zaczęła lękać się o swój los.
- Nie wiem, co chcecie sobie w niej oglądać - powiedział dowódca i jednym ruchem chwycił dziewczynę za włosy tuż przy głowie, kierując jej twarz do światła. Nachylił się nad nią, a jego czarne włosy, sięgające ramion, połaskotały ją po policzku.
- Ładna z ciebie druidka - powiedział po chwili. Irina zobaczyła dziwny błysk w jego oczach.
- Panie, my też chętnie ją zobaczymy - mruknęli wojownicy, lecz dowódca udawał, że nic nie usłyszał.
- Co tu robisz? - spytał. Irina milczała. Zacisnął mocniej pięść, a ona jęknęła z bólu.
- Puść! - krzyknęła.
- Co powiedziałaś? - wojownik zmrużył ze złością oczy. - Śmiesz się tak odzywać do osoby wyższej stanem od ciebie? Widzę, że jesteś bardzo harda! Ale ja już sobie radziłem z gorszymi od ciebie!
Irina bez zastanowienia wbiła paznokcie w jego rękę. Wojownicy zobaczyli tylko błysk klingi w świetle ognia. Przystawił jej nóż do gardła.
- Mów kim jesteś, bo ja nie będę się z tobą bawił! Szpiegujesz nas, a może jesteś wysłannikiem króla Visengardu?! Odpowiadaj!
- Nie jestem niczyim wysłannikiem! Jestem druidką, po prostu przechodziłam obok i natknęłam się na wasze ognisko! Puszczaj!
- Coś za bardzo pyskata jesteś jak na druidkę! I gdzie twój święty sierp, którym ma spaść na mnie kara bogów?! - drwił z niej. - Może go sprzedałaś, bo nie miałaś na chleb? A może ktoś cię napadł, zgwałcił i odebrał wielki, święty sierp? No powiedz! - mężczyzna nie usłyszał odpowiedzi. Irina zamachnęła się mocno kawałkiem polana z ogniska. Zobaczył ruch i szybko odskoczył, jednak dziewczyna dała radę zadrapać go w policzek. Krople krwi kapnęły na jej brudny płaszcz. Mężczyzna przez chwilę nie mógł opanować zaskoczenia.
- Kim ty, do diabła, jesteś?! Dobrze, skoro tak sobie poczynasz to proszę bardzo... - wstał i otarł policzek. Irina powoli się wycofywała. Skuliła się, oczekując najgorszego. Przeraził ją niezwykły spokój, z którym wypowiedział ostatnie słowa.
-Spokojnie, dziecinko. Nic ci nie zrobię, przynajmniej na razie... Jak ci na imię? - Irina była zdziwiona zmianą jego zachowania.
- Zwą mnie Iriną... z Visengardu...
- Skąd się tu wzięłaś? - tym razem pytanie padło z innej strony. Dziewczyna, speszona cichym, ale przejmującym głosem, spojrzała z zaskoczeniem w tamtą stronę. Świszczące słowa zmroziły jej krew.
- Przecież już wyjaśniałam, jestem druidką - odparła, może trochę za szybko.
- Kłamiesz... - wysyczał czarodziej.
- Nie!
Egyed uniósł jedną dłoń i rozpoczął magiczną inwokację. Gdy skończył dziewczyna skuliła się z bólu. Trzymała głowę rękami, o po policzkach obficie spływały łzy. Nie miała siły oprzeć się zaklęciu. Była za słaba! Jęknęła, kuląc się na ziemi.
- Przestań!- rozkazał dowódca.
- Książę Xavierze, nie wiesz, na co się narażasz...
- Rozkazuję ci ją zostawić - warknął.
- Tak, panie... - Egyed najwyraźniej opanował się. Zaklęcie przestało działać. Dziewczyna zwinęła się w kłębek, zaciskając zęby, by nie płakać.
- Jutro wyruszamy do zamku. Mam nadzieję dotrzeć tam przed zmrokiem, dlatego musicie być wypoczęci przed podróżą. Na warcie zostaniesz ty, Orsio - Xavier odwrócił się na pięcie i położył się tuż przy ognisku, owijając się szczelnie w skórę, a wojownicy poszli za jego przykładem.
“Bogowie, co teraz ze mną będzie?” - pomyślała Irina i zapadła w głęboki sen...
***
Dzień budził się powoli, niemalże opornie. Słońce mozolnie przebijało się między gałęziami drzew. Gdzieniegdzie rzucało promienie na ściółkę i tam swym ciepłym dotykiem rozchylało płatki kwiatów, rumieniło owoce dzikiej róży, zieleniło soczyście trawę i paprocie. Wiatr czasami lekko nimi poruszał, trącał delikatnie liście szarych olch, pochylających się nad pobliskim strumieniem. Słychać było niegłośne trzeszczenie konarów starych dębów i grabów. Między trawami migały czasem złote liliowce, fiołki i niezapominajki. Gdzieś pobrzmiewało nawoływanie kukułki i radosny świergot drozdów.
Irina z zafascynowaniem oglądała ten spektakl, wpatrując się szeroko rozwartymi oczami w przestrzeń między drzewami, skąd dobywał się śpiew nieznanego jej ptaka. Jej myśli krążyły wokół wczorajszej masakry. Analizowała całą sytuację, wybierając poszczególne fragmenty zdarzenia. Sprawiało jej to ból, ale wiedziała, że tak trzeba, inaczej nie mogłaby spojrzeć sobie w oczy. Już teraz czuła się podle - z własnej głupoty i słabości wpadła prosto w ręce wroga. Teraz jej życie było zagrożone. “Po to wyszłam cało z tej rzeźni, aby teraz zginąć tak marnie” - myślała z goryczą. Zacisnęła powieki, by powstrzymać napływające do oczu łzy. Nie mogła sobie pozwolić na płacz, przecież miała zostać sławną czarodziejką. “Czarodziejki nie płaczą. Są twarde, niezależne i... samotne. Watro zapłacić jednak taką cenę za potęgę.”
Usłyszała szmery. Spojrzała kątem oka w tamtą stronę. Xavier już wstał i płukał twarz w strumieniu. Z obrzydzeniem zobaczyła krwawe plamy na jego ubraniu, dłoniach i włosach... Inni wojownicy również zaczęli się budzić - niektórzy łapiąc się za obolałe po winie i miodzie głowy. Xavier wrócił do obozu.
- Proszę bardzo, druidko. Możesz nam pokazać swoje umiejętności. Wierzę, że znasz jakąś magiczną miksturę na kaca - wykrzywił ironicznie wargi.
- Tak, panie... Potrzebuję odpowiednich składników.
- Ach, tak? Zawsze myślałem, że WY to nosicie przy sobie w jakiś szkatułkach. Tak samo, jak złoty sierp...
- Ulegasz stereotypom, panie - ucięła ostro.
- Skoro tak uważasz... - w jego głosie usłyszała ostrzeżenie. - Idź więc z jednym z moich ludzi.
Dziewczyna wstała niepewnie, ledwo utrzymując się na nogach. Zataczając się, ruszyła w stronę strumienia, mając na karku wyjątkowo nieprzyjemnego z wyglądu mężczyznę. Jego twarz poorana była licznymi bruzdami i bliznami. Miał duże, niezgrabne ręce, ale jego kroki były ciche i zwinne. Z pewnością mógł jednym ruchem zmiażdżyć jej kark.
Schyliła się, by zerwać trochę mięty i rumianku. Spacerowała przez chwilę, delektując się ciepłym, późnowiosennym słońcem. Zobaczyła kwiaty dziurawcu, a nieopodal również i piołun. Las wydał jej się cudowny, pełen niezwykłych roślin i ziół. Szukała teraz jedynie owoców czarnego bzu, które już po chwili zobaczyła parę metrów dalej. Jednak kiedy wyciągała po nie rękę, okazało się, że jest za niska.
- A niech to... - podskoczyła kilka razy, jednakże nic to nie dało. Poczuła, że ktoś za nią stoi. Odwróciła się gwałtownie, nieomal zderzając się z wielkim wojownikiem. Ten wyciągnął rękę, zerwał owoce i wręczył jej.
- Dziękuję... - wyszeptała speszona. Odwróciła się szybko i odmaszerowała w stronę obozowiska. Położyła zioła pod drzewem, wzięła ciężki kociołek i zatargała go w stronę strumienia. Nabrała wody, z ledwością jednak wyciągnęła go ze strumienia. Zacisnęła zęby. Rozumiała, że musi sobie radzić sama. Kilka razy potknęła się, rozlewając połowę, ale udało jej się jakoś dojść. Ustawiła kociołek na palenisku, dosypała odrobinę cukru z zapasów skradzionych wieśniakom i zaczekała, aż woda zagotuje się. Potem wrzucała kolejno zioła. Wszystkie z nich miały podobne właściwości - wspomagały trawienie i działały uspokajająco. Była ciekawa, czy wypiją jej miksturę.
- Gotowe, panie... - powiedziała po chwili. Wlała napar do dziewięciu kubków i podała każdemu.
Xavier podał jej chochlę z resztką mikstury.
- Pij - dziewczyna zbladła.
- Nnie... nie mogę, panie... - wyszeptała.
- Dlaczego? Czy to trucizna? Pij! - chwycił ją za włosy i wlał napój do gardła. Irina zakrztusiła się i przełknęła. Po chwili wyprężyła się jak struna, a oczy zaszły jej mgłą. Opadła na trawę, rzucając się wściekle po ziemi i przeraźliwie krzycząc. Wojownicy stali zaskoczeni. Egyed podszedł spokojnie do dziewczyny, uderzył ją mocno w policzek. Na chwilę uspokoiła się, a on to wykorzystał, by wlać jej coś do ust. Atak skończył się tak samo szybko, jak się zaczął. Dziewczyna opadła na plecy, dysząc ciężko. Po chwili straciła przytomność.
- Co to było?! Czy ona chciała nas otruć?! - krzyknął Xavier.
- Nie. Piołun.
- Co, piołun?!
- Dodała piołunu do naparu. Dla ludzi jest on w odpowiednich dawkach nieszkodliwy, a nawet leczniczy. Dla osób magicznych bywa śmiertelny.
- Czy ja... zabiłbym ją?
- Owszem. Dałem jej jednak antidotum.
- Dlaczego? Nie zapominaj, kto tu rządzi!
- Ona jest ciekawą osobą. Zabierz ją na zamek, a nie pożałujesz, panie. Daj ją ojcu.
Xavier zmrużył wściekle oczy. Ich spojrzenia spotkały się, po chwili Xavier spuścił wzrok na Irinę.
- Niech będzie.
***
Ocknęła się, kiedy gniady ogier potknął się na wyjątkowo nierównej drodze. Mocno szarpnęło, a jej głowa boleśnie uderzyła o łęk siodła. Rozejrzała się nieprzytomnie wokoło, zastanawiając się, kto jest właścicielem rąk, które oplatają ją w pasie.
- Nie kręć się... - mruknął tajemniczy właściciel.
- Kim jesteś? - zapytała zdezorientowana. Wojownik szarpnął ją lekko, jakby chcąc ukarać za bezczelność.
- Z szacunkiem... - a po chwili dodał: - Mam na imię Lenz.
Irina zrozumiała, że nie ma co liczyć na bogaty dialog z tym człowiekiem. Był równie rozmowny co głaz. Skrzywiła się lekko, gdy koń znów się potknął. Lenz szarpnął za wodze, uderzając ją przy tym w brzuch. Najwyraźniej uważał ją tu za intruza i zamierzał okazywać jej niechęć przez całą drogę.
- Popełniłaś błąd.
- Ach, tak? Co masz na myśli... panie? - zapytała, zaskoczona jego niespodziewanym stwierdzeniem.
- Czarna Twierdza to złe miejsce dla kobiet. Skrzywdzą cię.
Dziewczyna zadrżała lekko, lecz po chwili opanowała się. Nagle poczuła się strasznie zmęczona i bezsilna. Przed oczami latały jej czarne plamy, a płuca ścisnęły się boleśnie, jakby wypełnione wodą. Opadła z westchnieniem na siodło, słysząc jeszcze jakieś głosy w oddali. A potem nastała ciemność...
***
- Cholera, co to ma znaczyć?! Dlaczego się zatrzymujecie?!
- Panie, coś chyba nie tak z tą dziewczyną... - odparł Lenz.
- I co z tego, do jasnej cholery! Niech te wszystkie dziewki licho porwie, same problemy z nimi. Egyed, zobacz co z nią!
Zatrzymali się na niewielkiej polance, otoczonej wysokimi krzewami borówek i jeżyn. Nad ich głowami szumiały lekko liście dębów i buków, rozsiewając wszędzie słodkawy pyłek. Powietrze było parne i duszne, wyciskało pot z najbardziej zaprawionych w podróżach. Zmęczeni wojownicy rozsiodłali konie i pozwolili im swobodnie skubać soczyście zieloną trawę, sami natomiast zdjęli kolczugi i rozłożyli się pod drzewami. Wyciągnęli prowiant z troków przy siodłach i degustowali się smakiem chleba i sera, zrabowanego z wioski.
Irinę ułożyli na mchu pod drzewem. Czarodziej usiadł obok i badał jej puls. Inni, z braku lepszego zajęcia, przyglądali się mu.
- Ma wysoką gorączkę. Nie wiem, czy przetrwa tę podróż. - szepnął jakby w powietrze, ale słowa były skierowane do Xaviera.
- Nie obchodzi mnie to. Kiedy tylko trochę odpoczniemy, ruszamy dalej. Jeśli ma opóźniać podróż, to możemy ją tu nawet zostawić... - nim skończył wymawiać te słowa, usłyszeli cichy świst i w pobliskie drzewo wbiła się strzała. To było ostrzeżenie.
- A to co, do...?! - kolejny pocisk drasnął Xaviera w ramię, krwawa plama zabarwiła rękaw tuniki na czerwono. - Kim jesteś?! Wyjdź z ukrycia!
Zza drzew wyłoniło się około dwudziestu elfów. Byli niezwykle wysocy, a od ich śnieżnobiałej skóry i jasnych włosów niemalże bił blask. Na ich czele stał najpiękniejszy z nich i najbardziej bogato ubrany. W ręce trzymał napięty łuk. Wojownicy poznali strzały - najlepsze z dostępnych w handlu bronią, wykonywane jedynie przez elfy nikomu nieznaną techniką - rozpadały się na maleńkie haczyki po wbiciu się w ciało.
- Odejdźcie z naszych terenów - powiedział elf, urzekając wszystkich swoim melodyjnym głosem.
- A jeśli nie?...
- To już nigdy nie opuścicie tego miejsca - książę zacisnął pięści ze złości, ale nie dał się sprowokować.
- Mamy chorą.
- Ach, tak? Czy nie chcieliście jej tu przed chwilą zostawić?... - elf zmrużył oczy, w których płonęła teraz jawna nienawiść. - Kim ona jest?
- Zwykła dziewczyna. Nic nie znaczy. Schwytaliśmy ją w wiosce.
- W wiosce... Rozumiem, że to tylko przypadek, iż wieziecie ją do króla? - zapadła niezręczna cisza. Elf wiedział bardzo dużo. Za dużo. - Jak ma na imię?...
- Irina z Visengardu.
Elf wykrzywił ironicznie wargi...
***
Dziewczyna rzuciła się na mchu. Czuła jak po całym ciele rozlewa się żar, płonie, spopiela ją aż do samych kości, aż do samej duszy... Jęknęła cicho, mrok przed oczami rozjaśnił się lekko...
...Szła boso czarną drogą. Mokra, lepka ziemia wpijała się między palce stóp, emanowała chłodem i wiecznością. Czarna ziemia. Dookoła rósł gęsty las, czarna ściana nie przepuszczała słońca. Wszędzie wszechogarniająca cisza... Milczenie. Drzewa niebieskie, drzewa szare, drzewa czerwone. Drzewa płomienne i płonące, drzewa spokojne, pełne błękitu szerokiej wody, drzewa szare - pustka. Przed nią wyrosła rzeka. Krystalicznie czysta, lodowata woda. Przeskoczyła na drugi brzeg po kamieniach, kilka razy niebezpiecznie się ślizgając. Znów drzewa, wielki dąb, może jesion, Yggdrasil, błyszczy srebrnymi liściami, skrzy się, mieni, stroi w wiatr, tańczy, tańczy, tańczy... Porusza konarami, szumi przy akompaniamencie strumienia. Pod nim ogromny niedźwiedź o równie srebrnej sierści, ze szkaradnym pyskiem, pokrytym łuskami, umazanym krwią martwego jednorożca. Biel z czerwienią, biel z purpurą, biel z czernią, biel ze srebrem. Wszystko kołysze się w rytm konarów, wszystko płynie, wszystko tańczy. Gorąco, gorąco, coraz bardziej gorąco. Powietrze płonie. Zaduch.
Obok niedźwiedzia kryształowa waza na diamentowej kolumience. Węże, węże... żmijowie? Gorąco, gorąco, kryształowa waza mieni się kryształową wodą. Gorąco. Niedźwiedź czuwa, pije krew. Krew jednorożców na nieśmiertelność. Śmierć z marmuru.
***
- Śmierć z marmuru... - szepnęła. - Śmierć z marmuru... - wszyscy wokół zamarli. Dziewczyna wiła się w majakach na mchu. Nikt nie podał jej wody. Czekali.
- Czarna ziemia... tłusta... żyzna... płodna... rodzi... Elfy śpią wśród srebrnych liści... Śmierć z marmuru... krew jednorożca... Bogowie zginą, lustro Arai Karune pęknie, wypłynie krew i woda... prawda... prawda wypłynie... Bogowie zginą.... Mój ojcze... już idziesz... wracasz do mnie... Bogowie, bogowie... Bogowie, jaki ty jesteś nieszczęśliwy.... - zwinęła się w kłębek i załkała cicho. Jej ciałem wstrząsały dreszcze, a po czole i twarzy spływały kropelki potu. Usta wykrzywił grymas bólu i rozpaczy.
- Xavier... Zniszczysz... zabijesz... krew wyjałowi ziemię... krew czarodziejek płonie... płonie, ach jak to drewno łaknie... Xavier, uważaj na matkę... uważaj...
Irina wyprężyła się jak struna, dysząc ciężko jak po długim biegu. Ciemne włosy rozsypały się, tworząc wokół głowy niezwykłą aureolę. Nagle krzyknęła głośno, lecz w połowie głos ugrzązł jej w gardle. Opadła na plecy bezsilnie i nie poruszyła się więcej. Jej twarz wygładziła się, jedynie usta pozostały w dziwnym grymasie.
Xavier spojrzał na elfa. Zaszokowała go bladość jego twarzy i poruszające się jakby w modlitwie wargi.
- Elfy śpią wśród srebrnych liści... - usłyszał szept. - Uważaj na nią. Trzymasz żywy płomień w ręce. Kiedyś cię spali.
Elf wyciągnął flakonik zza pazuchy i rzucił go Xavierowi. Skinął głową i dał znak do odwrotu. Postacie rozmyły się wśród konturów drzew równie szybko jak się zjawiły. Książę spojrzał na podarunek i zrozumiał. Podszedł do Iriny, rozchylił jej usta i wlał zawartość. Obserwował jak unosi ciężkie powieki, zdziwił się głębią jej oczu...
- Xavier... Ona już się zbliża...
- Kto?
- Śmierć, Śmierć z marmuru...