Cierniowa obroża - kontynuacja
Wśród wojowników czuć było napięcie. Wszyscy ponuro wpatrywali się w ziemię, rozmyślając nad słowami dziewczyny. Gdzieś prysnął radosny nastrój, nikt już nie cieszył się tak bardzo z powrotu do domu. W jej słowach kryło się coś złowieszczego, coś, czego nie da się wypowiedzieć, lecz szarpie niepokojem nerwy, ściska gardło, dusi...
- Dosyć tego. Zbieramy się.
- Panie, a co z dziewczyną?
- Nic z nią nie będzie. Jeśli ma szczęście, to przeżyje, jeśli nie... to trudno. Osiodłać konie.
Birengardczycy niechętnie wstali i schwytali dreptające wolno konie. Już po chwili byli na siodłach.
- Panie, z kim ona ma jechać? Może z Lenzem?
- Nie. Pojedzie z Egyedem – Xavier spojrzał w stronę czarodzieja i drgnął pod jego nienawistnym wzrokiem. Jego zielone oczy z czerwonymi obwódkami zawsze go przerażały...
- Panie, myślę, że to nie jest konieczne...
- Ależ jest... W razie czego nie trzeba będzie się zatrzymywać – twarz Xaviera wykrzywił ironiczny uśmiech.
- Panie...
- Dosyć! Jesteś pod moim dowództwem, wiec wypełniaj rozkazy!
- Tak, panie... - dodał jednak cicho: - Do czasu Xavierze, do czasu...
Usadzili więc osłabioną Irinę na koniu i ruszyli w drogę. Do Czarnej Twierdzy było już niedaleko, około piętnastu mil. Dla konnych nie był to jednak długi dystans, powinni dotrzeć na miejsce po zmroku.
Irina nie miała pojęcia, co działo się z nią wcześniej, pamiętała jedynie swój koszmar i straszne uczucie pragnienia... Teraz również miała suche gardło, ale nie śmiała poprosić o łyk wody. Nie miała prawa, aby o coś prosić, była jedynie niewolnicą. Nie chciała zaakceptować tego słowa, nie mogła go pojąć. Zawsze była wolna, nikt jej nigdy nie mówił, co ma robić. A teraz... Teraz musiała słuchać nawet najgłupszych wojowników i spełniać ich zachcianki. Wzdrygnęła się lekko, czując na karku szybki oddech czarodzieja.
- Panie...
- Nie jestem twoim panem.
- Więc kim jesteś?
- Jestem czarodziejem.
- A poza tym?
- Zwą mnie Egyed.
- Więc jak mam się do ciebie zwracać?
- Nie mów nic.
Irina zacisnęła wargi. Biła od niego tak nieskrywana niechęć, że wolała go nie drażnić. Resztę drogi spędziła w milczeniu, rozmyślając o niezliczonych potokach, strumieniach i jeziorach. I wiedziała, że mogłaby je wszystkie wypić.
***
Zachodzące słońce zaczerwieniło chmury, oblało krwawym blaskiem niebo. Niesamowite cienie igrały wśród drzew na horyzoncie. Tuż przy ziemi unosiła się lekka mgła - wspomnienie o upalnym i męczącym dniu. Gdzieś po prawej odezwało się cykanie świerszczy i kwilenie jakiegoś nocnego ptaka. Wszystko zamarło, jakby w oczekiwaniu na coś...
Przed podróżnikami dumnie prezentowała się warownia. Jej grube i solidne mury powinny nie pasować do niemalże sielskiego krajobrazu, jednak dziwnie współgrały z trawami, uginającym się lekko pod podmuchem wiatru. Boki fortecy wieńczyły cztery wieżyczki, wszystkie wykończone spadzistymi dachami. Kiedy podjechali bliżej, Irina cicho westchnęła. Forteca zbudowana była z czarnego granitu, niezwykle trudno teraz dostępnego. Był on wspaniałym materiałem magicznym, można było wyrabiać z niego najlepszej jakości artefakty. Budowla zapewne musiała powstać znacznie wcześniej, niż przyszli na te tereny ludzie, musiała być jednym z tworów starożytnych elfów. Już rozumiała, dlaczego Egyed zgodził się służyć królowi Birengardu.
Podjechali pod bramę. Irina podziwiała wspaniałe wykonanie wejścia – dębowe drewno i żelazne okucia, zdobione motywami roślinnymi. Xavier kilka razy uderzył pięścią w drzwi. Skrzypnęła zasuwa, rozległ się głos:
- Czego?! Odejdźcie stąd, nim namierzą was nasi kusznicy!
- Nie poznajesz swego pana?!
- Hasło?
- Dene me apenor....
Za bramą rozległy się krzyki, po chwili usłyszeli szczęk zawiasów. Między drzwiami ukazała się niewielka szczelina, przez którą przejechali. Byli w Czarnej Twierdzy...
***
Rozglądnęła się po dziedzińcu. Był czysty, nie zagracony zbędnymi sprzętami, co było zapewne bardzo pomocne podczas ataku wroga. Wybrukowano go kostką, układającą się na środku placyku we wzór herbu panujących w Birengardzie. Fortecę zwano stolicą, lecz ona była nią jedynie z nazwy. W żadnym wypadku nie można było nazwać tego miejsca miastem – Czarna Twierdza była warownią w każdym calu. Zapewne wieżyczki były obstawione strażnikami dniem i nocą, obserwującymi teren wokół. Zapewne w podziemiach ciągnęły się również głębokie lochy, niektóre oczyszczone i zmienione w piwnice, inne przeznaczone dla „miłych gości”. Irina wzdrygnęła się na myśl, że być może za chwilę do nich dołączy.
Drżąc, zsunęła się z konia za przykładem innych wojowników. Stajenni już chwytali cugle i prowadzili zwierzęta do boksów, natomiast Xavier skierował swoje kroki w stronę bocznego wejścia. Dziewczyna stała zdezorientowana, nie wiedząc, co powinna w takiej sytuacji zrobić.
- Idziesz, dziewko, czy mam cię ze sobą zatargać? - usłyszała głos. Odwróciła się wystraszona. Lenz stał, podpierając boki rękoma i spoglądając groźnie na dziewczynę.
- Nie, Lenz. Ona idzie ze mną – uciął Xavier, stojący teraz w progu. Irina nie wiedziała, co ma o tym sądzić. Do czego była mu potrzebna?
Minęli kilka korytarzy, wspięli się raz po schodach i stanęli przed bogato rzeźbionymi drzwiami. Xavier otworzył je i popchnął dziewczynę do środka. Upadła na miękki dywan, który zaścielono wokół wielkiego łoża z baldachimem. Pokój był raczej skromnie urządzony – kilka regałów z książkami, biurko, stolik z szachownicą i kominek. Wisiał nad nim obraz pięknej kobiety, która Irinie wydała się jakoś dziwnie znajoma...
- To moja matka – wyjaśnił Xavier. - Nie żyje od ośmiu lat.
Irina spojrzała jeszcze raz na jej piękne rysy. Miała wielkie, niebieskie oczy i ciemnobrązowe włosy, układające się niesfornie wokół głowy. Jej twarz była raczej drobna, miała pełne, czerwone usta i lekko zadarty nosek, który sprawiał, iż kobieta wyglądała znacznie młodziej, niż w rzeczywistości.
- Usiądź tam – wskazał miejsce pod kolumienką, podpierającą strop z grubych, krzyżujących się belek. Irina posłusznie spełniła rozkaz, on tymczasem zrzucił już płaszcz i koszulę. Do pokoju wniesiono balię z gorącą wodą i po chwili w pomieszczeniu unosiła się para, ograniczając widoczność. Dziewczyna oparła głowę o zimny kamień, delektując się chłodem po upalnym dniu. Była jeszcze słaba, ledwo chodziła. Ale jednak przeżyła. Uśmiechnęła się lekko. - Nie tak łatwo mnie załatwić - pomyślała z satysfakcją. Po chwili przypomniała sobie jednak swoją bezsilność, kiedy Egyed chciał wydobyć z niej, kim jest. Dobry humor od razu ją opuścił. Skuliła się, podciągając kolana pod brodę. Nim zdążyła zamknąć oczy, poczuła, że ktoś szarpie ją za ramię.
- Idziemy.
Z ociąganiem wstała, walcząc z odrętwieniem. Sennie dreptała za Xavierem, potykając się kilka razy o swój płaszcz. Skręcili znowu i dziewczynę oszołomił gwar rozmów, muzyka, śmiech. Stali w sali tronowej, w której właśnie odbywała się uczta. Rozmowy umilkły, gdy Xavier zbliżał się do tronu. Irina ruszyła za nim, patrząc ze strachem na obecnych ludzi. Na ich twarzach malowało się zaskoczenie i rozbawienie. Xavier wspiął się po schodach, ukłonił się królowi i rzekł:
- Oto jestem, ojcze – Irina zrozumiała sytuację. - Wróciłem z łupami.
- Dobrze się spisałeś, synu. A teraz zasiądź do uczty razem z nami.
- Dziękuję, ojcze.
- Muzyka, grać! - król skinął ręką w stronę grajków, a po chwili zwrócił uwagę na osłupiałą dziewczynę. - Synu, kim jest ta dziewka?
- To Irina z Visnegardu.
- Po co ją tu przyprowadziłeś?
- Może zabawi gości?... - Xavier uśmiechnął się lekko i mrugnął do ojca.
- Dziewko, zbliż się tu – Irina skuliła się, lecz nie śmiała nie wypełnić rozkazu. Przystanęła dwa schody przed władcą.
- Co potrafisz robić?
- Niewiele, panie – szepnęła. Król spojrzał na nią z uwagą i poderwał się z tronu. Na sali zaległa cisza.
- Jesteś podobna do niej... Taka podobna... - jednym skokiem znalazł się przy dziewczynie i chwycił jej podbródek. Odgarnął zmierzwione włosy i przetarł ubrudzoną twarz. Dziewczyna poczuła, że jego ręka zsuwa się niżej. Chwycił je płaszcz i zdarł go jednym ruchem. Irina cofnęła się zawstydzona, zapominając, że stoi na schodach. Upadła boleśnie na plecy, próbując rękami zasłónić rękami rozdarte łachmany, które miała na sobie. Były to resztki długiej halki, przewiązanej rzemykiem. Kiedyś była biała, z biegiem czasu zabrudziła się, wytarła w kilku miejscach, a dół niemalże zupełnie poszarpany, odsłaniał podrapane w kilku miejscach nogi i kolana. Irina uklękła przed królem, a długie, potargane włosy zakryły jej twarz, pełną bólu i smutku. Władca rzucił jej płaszcz, a ona szybko się nim okryła.
- Zabierz ją stąd, Xavier. I daj jej czyste ubranie...
- Jak sobie życzysz, ojcze – książę chwycił dziewczynę za ramię i popychając, poprowadził bocznymi korytarzami do swojej komnaty.
- Głupia sytuacja – mruknął pod nosem, a po chwili spytał: - Kim ty właściwie jesteś dziewczyno?
- Jestem druidką.
- Ty dalej swoje? - Xavier zniecierpliwił się. - Powiedz mi, dlaczego jesteś podobna do mojej matki? Co? Kim ty jesteś?! Kim ty, do cholery, jesteś?!! - jego głos przeszedł w krzyk.
- Wybacz mi panie, ale nie jestem w stanie ci tego wyjaśnić. Jestem druidką. To wszystko. To zapewne tylko zbieżność, że jestem podobna do Twojej matki. Poza tym, to jedynie kilka rys. Tylko kilka rys...
- Mogłabyś być jej córką... - zauważył Xavier i wyszedł z komnaty. Dziewczyna została sama. Jej nadzieje na przyzwoity przyodziewek prysły jak mydlana bańka. Zamyślona podeszła do obrazu pięknej kobiety i dotknęła złotych ram. Śledziła uważnie ich wypukłości opuszkami palców, zastanawiając się, kto tak pięknie wykonał to dzieło.
- Ał! - krzyknęła i spojrzała na palec. Kropelka krwi spłynęła po linii życia i kapnęła na palenisko kominka. Irina poszukała wzrokiem ostrego kantu, o który się zadrasnęła. Chwyciła niewielką pętelkę i pociągnęła lekko. Ze szpary wyskoczył maleńki kluczyk. Był również złoty, przez co niewidoczny na tle ramy. Dziewczyna nie zastanawiając się, przywiązała go do nadgarstka.
- Panienko, jaśnie książę przysyła ubranie – Irina odwróciła się wystraszona. Westchnęła z ulgą, widząc jedynie służkę. Kobieta położyła ubranie na łóżku i wyszła z komnaty. Dziewczyna dotknęła miękkiego materiału z niemalże nabożnym szacunkiem. Zrzuciła płaszcz oraz sfatygowane sandały i przebrała się w długą, ciemnobłękitną spódnicę, rozcinaną do ud i bluzkę w tym samym kolorze, również z rozcinanymi rękawami. Czuła się trochę nieswojo w tym stroju, zwłaszcza, że nie wzięła kąpieli. Postanowiła rozejrzeć się jeszcze po komnacie. Stały tu regały z książkami o wspaniałych, skórzanych okładkach. Chwyciła jedną z nich i otworzyła na pierwszej stronie. „Baśnie i klechdy” Uśmiechnęła się lekko i sięgnęła po następną. „Sztuka rządzenia”, „O prowadzeniu wojen – największe zwycięstwa i klęski”, „Gospodarka”, „Wędrując po Birengardzie”. „Cierń”. Irina spojrzała zaskoczona, a jej oczy zabłysnęły chciwie.
- Skąd się tu wzięłaś?... - szepnęła, gładząc delikatnie okładkę. Powoli otworzyła księgę, z trudem rozpinając grubą, mosiężną klamrę. Jej oczom ukazał się niesamowity rysunek, przedstawiający ciernisty krzew, gorejący czarnym ogniem. Z zafascynowaniem przewróciła stronę. Drobne, lekko ukośne literki skakały jej przed oczami, kiedy próbowała skupić się na treści. Usadowiła się na ziemi, by nie upaść.
- Bogowie, jak to możliwe... To chyba jakaś kpina... Co ta książka robi u tego barbarzyńcy? - mruczała, by dodać sobie otuchy. Poczuła, że jakaś siła każe jej otworzyć na dalszej stronie. Silna, nieznana i straszna wola chciała ją wykorzystać do własnych celów. Irina wiedziała, kim, a raczej czym może się stać, jeśli pozwoli na zawładnięcie swoim ciałem. Cofnęła rękę, czując napływającą falę bólu. Krzyknęła cicho, a w pokoju zerwał się wiatr. Oplótł jej nadgarstek i pociągnął gwałtownie, przerzucając plik kartek. Usłyszała szum, który po chwili przeszedł w ciche szepty, stając się coraz głośniejszym, i głośniejszym, by w końcu wybuchnąć kakofonią dźwięków. Przed oczami wirowały jej steki barw, przepływały przez siebie, mieszały się i kształtowały w dziwne, momentami makabryczne formy. Nagle wszystko zgasło, a ona znów znalazła się w znienawidzonym lesie. Czuła, że musi iść do przodu... czuła zapach ziemi... i zapach korzennego wina. Dźwięki uczty przeplatały się z uwodzącym szumem drzew. Wiedziała, co za chwilę nastąpi. Skoncentrowała się na czarnej ziemi pod swoimi stopami. Jej tu nie ma, pomyślała. Jestem w komnacie księcia Xaviera. Jestem w niewoli. Nigdy nie byłam Nocą, i nigdy nią nie będę. Nie...
- Nie! - krzyknęła, a księga zamknęła się z chrzęstem jakiegoś zatrzasku. Irina wypuściła tom z ręki, dysząc ciężko.
- Bogowie... - zamknęła zmęczone oczy i opadła na dywan, tracąc przytomność.
***
- No, teraz jesteśmy sami, więc możesz nam opowiedzieć, co słychać na południowej granicy...
- Oczywiście, ojcze.
- Mów, więc, Xavierze.
- Właściwie, to ta cała sytuacja jest głupia. Będziemy się tak z nimi wadzić, aż powybijamy wszystkich ludzi w granicznych wioskach? A potem kto? Zapuścimy się wgłąb kraju? A może zaatakujemy od razu stolicę? Ojcze, tę sytuację należy wyjaśnić.
- Miałeś mówić o granicy, a nie rozwodzić się nad moimi decyzjami. Rady zostaw na później.
- Jest tak, jak zawsze. My ich zabijamy, jak nam rozkazałeś. Bez wyjątku: mężczyzn, kobiety, dzieci, starców. Kradniemy. Palimy. Niszczymy. Najeżdżamy. To wszystko. Tylko po co?
- Nie mam zamiaru wypowiadać Visengardowi wojny. Jest słaby. Ich władca to niedołężny starzec, którym rządzą jego doradcy. Niech to oni będą prowokatorami...
- Cholera, ale to my nimi jesteśmy!
- Z szacunkiem, szczeniaku! My nie jesteśmy prowokatorami. Oficjalnie jesteście tylko bandytami, z którymi Visnegard ma prawo się rozprawić. I zrobi to zapewne za pomocą wojska, które wtargnie na nasze ziemie. A wtedy my będziemy już czekać. Niech tylko popełnią błąd... jeden błąd...
- Twój plan, ojcze, jest niepewny. Chcesz narażać swe dobre imię i imię Birengardu dla...
- Dla ogromnych połaci żyznej, czarnej ziemi, która rodzi dwa razy lepiej, niż nasza. Dla tych dębowych lasów, których u nas tak brak. Dla tych ludzi, którzy będą pracować dla naszego skarbca. Oto cel tej wojny.
- Dla czarnej ziemi... Czarna ziemia... tłusta... żyzna... - cichy szept. - I zemsta, ojcze. Prawda?
- Żadna zemsta..
- Kłamiesz, ojcze. Dobrze wiem, że posądzasz Visengard o jej śmierć...
- O jej śmierć... Musisz mi o niej przypominać nawet w dniu moich urodzin? Wyrodny synu...
- Ona popełniła samobójstwo, ojcze. Nikt nie jest odpowiedzialny za jej śmierć. Przynajmniej nie bezpośrednio...
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nic. Zapomnij.
- Nie mogę. Ta twoja dziewka... przypomniała mi o niej. Nie zapomnę, mając ją niemalże pod nosem... Nigdy nie zapomnę. Aż do śmierci.
- Kto wie, czy to już niedługo, ojcze, kto wie...
- O czym ty mówisz?
- Ona jest coraz bliżej... Śmierć z marmuru... Kto będzie jej następną ofiarą? Któż to wie..
***
- Wstawaj, dziewczyno. Nie możesz spać na ziemi – poczuła, że ktoś dotyka jej ramienia, a potem policzków. - Nie masz gorączki... Co z tobą?
Niechętnie otworzyła oczy i zobaczyła Xaviera. Ze złością strzepnęła jego dłoń ze swojego policzka.
- Do czego jestem ci potrzebna, panie? Po co mnie wziąłeś ze sobą? Nie łatwiej było mnie zostawić z Lenzem?
- O czym ty mówisz? Chyba jesteś chora...
- Nie jestem chora, nic mi nie jest! I nie dotykaj mnie! - odsunęła się gwałtownie.
- Jesteś za brudna, bym chciał cię dotykać – warknął ze złością. Dziewczyna zarumieniła się, wycierając nerwowo twarz, przez co jeszcze bardziej roztarła na niej brud. - Ale chętnie cię zobaczę, kiedy się wykąpiesz... - dodał ze śmiechem.
- Nigdy!
- Nie chcesz się kąpać? No tak, przecież jesteś ze wsi, a do tego z Visengardu...
- Nie jestem z Viasengardu...
- Nie?! Więc skąd? Kłamałaś?... - zmrużył oczy ze złością.
- Urodziłam się w Efanie.
- W Efanie?... Przecież to ziemie elfów... Przejeżdżaliśmy przez te ziemie... Wtedy nas zaatakowali... Więc stąd cię znał Pan nad Efaną... Dlaczego nie jesteś więc z nimi?
- Bo jestem człowiekiem.
- A chcesz wyglądać jak człowiek? - zaśmiał się głośno. - Ba na razie to ci jeszcze daleko do tego.
- No dobrze... Ale proszę, nie dotykaj mnie...
- Bo co? - wysunął wyzywająco szczękę.
- Bbbo... bbo nnie...
- Najpierw się umyj – klasnął w dłonie i do komnaty weszła służąca.
- Tak, panie?
- Zajmij się nią. Umyj, uczesz i zrób, co tam tylko będzie trzeba...
- Jak sobie życzysz. Chodź, dziecko – Irina posłusznie podążyła za służącą. Ta zaprowadziła ją do łaźni, gdzie dziewczyna dokładnie wyszorowała skórę i włosy, a potem uczesała się.
- Masz straszne oczy, panienko...
- Co? Oczy?
- Tak.. Są niebieskie i mają fiołkowe obwódki... a źrenica... nie jest okrągła, tylko podłużna...
- To źle? - Irina zamyśliła się. - Nawet o tym nie wiedziałam. Nigdy nie patrzyłam w lustro, a w wodzie nie da się nic zobaczyć...
- Panienko, już jest późno, chyba powinnaś wracać do księcia Xaviera... Chodź.
Irina ruszyła z ociąganiem za służącą. Bała się Xaviera. Był nieobliczalny, dziwny. Potrafił śmiać się, by za kilka sekund wpaść w szał. A wydawał się taki opanowany... Weszła do komnaty.
- Co robiłaś z tą książką? - podniósł „Cierń” do góry i potrząsnął grubym tomem.
- Oglądałam obrazki – odparła niewinnie.
- Cholera, znowu kłamiesz! Przecież jej nie można otworzyć!
- Nie? - w jej głosie zabrzmiało nieskrywane zdziwienie.
- To książka mojej matki! Rzuciła na nią zaklęcie zamykające, trzeba mieć do niej klucz! - dziewczyna rzuciła okiem w stronę nadgarstka. Xavier chwycił jej rękę i zerwał kluczyk, rozcinając skórę sznurkiem. Irina krzyknęła i chwyciła za krwawiącą dłoń.
- Ja cię chyba rozszarpię! Kto ci pozwolił myszkować po mojej komnacie?!
- Ja tylko przypadkiem... Był w ramie obrazu...
- W ramie... - książę odwrócił się ze złością w stronę obrazu. - Nawet po śmierci robisz mi na złość. Ale to się skończy... Pokaż rękę, dziewczyno.
- Zostaw! Poradzę sobie, jestem druidką...
Xavier jednym skokiem znalazł się przy niej. Chwycił jej rękę i scałował krew.
- Co robisz?! Odejdź! - krzyknęła, a gardło ścisnęło jej się ze strachu. Wyciągnęła rękę i rozdrapała mu twarz. Kropelki krwi kapnęły na dywan. Mężczyzna wymierzył jej policzek. Irina uderzyła głucho o podłogę i jęknęła cicho. Poczuła jego ciężar na sobie, kiedy uklęknął nad nią, unieruchamiając jej nogi. Chwycił jej bluzkę i zdarł z jej ciała.
- Proszę, zostaw mnie! Zostaw! - próbowała kopać i drapać, lecz znów uderzył ją. Zawyła jak zraniony wilk, czując, że słabnie. Szarpnęła jeszcze raz, tym razem Xavier stracił równowagę i zaczepił nogą o pobliski stolik z szachownicą, która uderzyła o posadzkę z głośnym trzaskiem łamanego drewna, a figury rozsypały się po całej komnacie. Książę wsunął rękę pod strzępy bluzki.
- Cholera, Xavier! Jesteś taki nieudolny, że nie potrafisz nawet z dziewką zabawić się tak, by nie przeszkadzać innym?! - książę spojrzał ze złością na postać w drzwiach.
- Tobie nic do tego, Voltan! Wynoś się!
- Ależ nie, bracie! Mam ochotę się wyspać, a ty mi to uniemożliwiasz. Zostaw tę kobietę i idź spać, albo przynajmniej nie hałasuj tak.
- Wynoś się już.
Xavier zatrzasnął drzwi za bratem i odwrócił się w stronę Iriny, która kuliła się wystraszona w kącie. Wykrzywił lekko usta, jakby powstrzymywał się od płaczu.
- Cholera, niech to szlag trafi!... - zdjął szatę i rzucił się na łóżko, zasypiając po chwili kamiennym snem. Irina podciągnęła kolana pod brodę, oplotła je rękami i załkała cicho. Poczuła powiew zimnego powietrza na skórze. Zerwał się lekki wiaterek i zdmuchnął płomienie świec. Dziewczyna zastygła na chwilę w bezruchu, czując obecność kogoś trzeciego w komnacie.
- Wstań. Nie bój się, przyszedłem ci pomóc – podniosła głowę i zatopiła się w zielonych oczach z czerwonymi obwódkami.
- Już myślałam, że nie przyjdziesz, mój panie...##edit_byveron 2006-03-05 07:59:53##ed_end##