Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Cierniowe łzy – kontynuacja

nott ·

Podniosła się z ledwością. Zupełnie zdrętwiała od siedzenia w tej pozycji. Kurczowo łapiąc ściany, podciągnęła się do góry. Czuła rumieniec wstydu na policzkach i bryłę lodu w piersi. Chciała zostać wielką czarodziejką, pragnęła szacunku innych. Już go nigdzie nie znajdzie. Zacisnęła zęby, czując, że za chwilę wybuchnie płaczem. Wszystko miało być inaczej. Genevieve pouczała. Dawała wskazówki. Biła. Wychowywała. A teraz... Była żałosna. Zdana na pomoc czarodzieja o niesamowitych oczach i lodowatej skórze, której nie ogrzałby chyba nawet oddech smoka. Zdana na łaskę księcia, który ma żądzę w oczach – czasami mordu, a czasami...
Przełknęła głośno ślinę, zacisnęła rękę na dekolcie podartej bluzki.... Zdana na łaskę króla, bełkoczącego coś o niesamowitym podobieństwie do swojej martwej od ośmiu lat żony. Jaką czarodziejką mogła się stać? Nie mogła. Była przegrana. I tak też się czuła.
- I prawidłowo... - szepnęła z goryczą.
- Milcz.
Spojrzenie w bok. Zielone oczy błyszczą w ciemności, czerwone obwódki iskrzą krwiście... Postać porusza się zwinnie w ciemności, nie trącając nawet rozsypanych szachów. Irina uderza boleśnie stopą w figurę... spogląda uważnie... królowa... Szarpnięcie. Lodowaty dotyk na nagim ramieniu...
- Już...
Wyszli w ciszy z komnaty. Łuczywa na ścianach dawały niesamowity poblask, rzucając pełzające cienie na ściany. Najmniejszy podmuch sprawiał, że wszystko pływało pomiędzy cienką granicą mroku i światła, przesuwała się ona w refleksach między czarnym granitem; światło wślizgiwało się w szczeliny, mrok połykał łapczywie...
- Szybciej.
Lodowata posadzka ziębiła bose stopy, chłód przenikał do samego serca, drażnił niepokojem, zgrzytającym między zębami lękiem. Skręcili w wąski, nieoświetlony korytarz, by po chwili piąć się krętymi schodami w górę. Dotykała dłonią granitu, krzesając iskry. Moc starożytnych tkwiła zaklęta głęboko...
Czarodziej zrobił nieznaczny ruch dłonią. Ciężkie, dębowe drzwi z metalowymi okuciami otworzyły się bez najcichszego odgłosu. Pstryknął, a świece strzeliły jasnymi płomieniami. Irina skuliła się, mrużąc oczy i próbując okryć zaczerwieniony od uderzenia policzek i rozdarte ubranie. Spojrzała z nieufnością na czarodzieja.
- Miałam się do ciebie nie zwracać, ale teraz...
- To cię nadal obowiązuje.
- Rozumiem... - oparła się plecami o ścianę, czując, że jest u kresu sił. Osunęła się z westchnieniem na podłogę.
- Kiedy ostatnio jadłaś?
- Dwa dni temu... - poczuła bolesne ssanie w żołądku, a przed oczami ujrzała wszystkie odcienie czerni.
- Wypij to – wykonał gest dłonią i z półki poszybowała niewielka fiolka, wypełniona czerwonawym płynem, skrzącym się złociście na brzegach.
- Co to? - spytała nieufnie, spoglądając ukradkiem w jego oczy. Wychwycił spojrzenie, wykrzywił kwaśno wargi.
- Napar. Arcydzięgiel, trochę bazylii, dodatki smakowe...
- Skąd mam wiedzieć, że owe dodatki mnie nie zabiją?...
- A masz wybór?... - jego pytanie zabrzmiało dziwnie smutno. - Nie masz żadnego. Wypij. Poczujesz się lepiej. Nie wątpię, że wiesz, po co ci go daję...
- Wiem. Dziękuję – chwyciła unoszącą się w powietrzu fiolkę i wypiła zawartość. W ustach pozostał posmak anyżu i... czegoś jeszcze. Nie potrafiła zidentyfikować tej rośliny. Czuła, jak płyn, który był jeszcze lekko ciepły, przelewa się przez przełyk, dociera do żołądka, uspokaja ssanie, uśmierza ból...
- A teraz może coś zjesz? Bez narażania mojej pracowni... - tym razem przez jego twarz przebiegł cień uśmiechu, co dziewczynie wydało się niezwykłe. Patrzyła z zachwytem, jak ta twarz, skurczona w wiecznym grymasie nieukrywanej nienawiści do całego świata, wygładza się, pięknieje, a cienie znikają z oczu. Trwało to tylko ułamek sekundy, na tyle jednak długo, by Irina zrozumiała, że ma do czynienia z Wiedzącym. Twarz zupełnie niepodobna, zupełnie inna, mniej ludzka, przez co znacznie piękniejsza. Mniej zwierzęca, bez zbędnego jadu, bez trucizny. Przebłysk prawdy... Westchnęła cicho, spoglądając na podpływającą właśnie tacę, zastawioną wszelkiego rodzaju potrawami.
- Jjja...mogę to zjeść? - zająknęła się, widząc szybujące w jej stronę miski ze zdobieniami, wypełnione najróżniejszymi potrawami, kryształowe kielichy i butelki z winem, posrebrzane widelce i łyżki, porcelanowe filiżanki z parującą kawą.
- Oczywiście, to wszystko dla ciebie. Usiądź przy stole, jak dama - dziewczyna zawstydziła się.
- Jeszcze strój, zapomniałem... - podszedł do Iriny, chwycił poszarpany dekolt bluzki.
- Co...? - natarczywe mrowienie zamknęło jej usta. Po chwili bluzka była cała, zupełnie nieuszkodzona, bez jakichkolwiek śladów przemocy. Czarodziej cofnął rękę. Otworzyła oczy. Sama nie wiedziała, kiedy je zamknęła. Ból przemknął po jej twarzy na wspomnienie o Xavierze...
- Proszę – wskazał ręką na potrawy, parujące, drażniące nozdrza intensywnymi zapachami, kuszące rozkoszą podniebienia. Irina chwyciła niepewnie widelec, przypominając sobie, jak go się używało. Tak dawno nie używała sztućców... Tak dawno nie czuła smaku soczystej pieczeni, nigdy nie piła kawy, choć wiedziała o niej i znała jej aromatyczny zapach. Wino zawsze rozcieńczano wodą. Zawsze kwaśne, nadające się jedynie do popicia suchego chleba. Odkroiła niepewnie kawałek schabu, dołożyła na talerz sałatki, polała sosem, dotknęła zdziwiona miękkiego chleba z chrupiącą skórką. Pachniał mąką. Przypominał o uginających się latem kłosach, o młynie wodnym wśród sielankowej atmosfery ciepłego wieczoru. Opowiadał o szczęśliwym dzieciństwie, którego nigdy nie było. Opowiadał o biegach między zielonymi, parzącymi pokrzywami, w ucieczce przed wymyślonym na poczekaniu wrogiem; o księciu, który zabierze do wspaniałego królestwa i będzie kochał na zawsze. Opowiadał o wspaniałych nocach, spędzonych na kołysaniu się wśród cichego szumu listowia, patrzeniu w gwiazdy. Kołysanki pachnące sianem...
Widelec upadł na ziemię, wibrując głośno.
- To wszystko... brzęczy natarczywie, jak ten widelec... - szepnęła zamyślona. - To jego obowiązek...
- Nie, to jego przywilej – czarodziej tym razem schylił się. - Jedz.
- Dziękuję.
Wzięła do ust kawałek pieczeni i żuła powoli, delektując się smakiem.
- To niewiarygodne...
- Rzeczywiście.
- Czytasz w moich myślach?
- Nie, przecież ty sama krzyczysz.
- Hmmm... Chyba masz rację. Nie potrafię się wyciszyć. Nie jestem w stanie... Ach, zamknąć chociaż na chwilę duszę, umysł...
- To tylko maleńki cierń. Boli. Krwawi. Możesz go wyjąć.
- Jak?
- Jak chcesz.
Kolejny kęs. Imbir drażni podniebienie, drażni nerwy. Wspomnienia uderzają, chwieją równowagą, ślą ironiczne uśmiechy. Genevieve wymierza w policzek. „Należysz do mnie. Musisz być posłuszna...” „Będę, pani.” Biegnie przez las, trzyma w ręku kij, ścina końcem maleńkie drzewka. „Kiedyś będę miała własny miecz!” „Dostaniesz różdżkę”...
- Chciałam mieć różdżkę - pomyślała. - Urodziłam się, by czarować.
- Oczywiście. Takie jest twoje przeznaczenie.
- Przeznaczenie? - spojrzała na czarodzieja, a w jej oczach pierwszy raz zabłysło rozbawienie. Wybuchnęła śmiechem. - Przeznaczenie... Myślałam, panie, że nie wierzysz w los, w przeznaczenie i inne głupie przepowiednie śliniących się czarodziejek, które nie zdołały przejść Testu, a żyją jeszcze, wegetując po rowach...
- Nie wierzę. Ale bogowie istnieją. Zsyłają widzenia właśnie na te biedne nie-czarodziejki, z których tak się wyśmiewasz. A możesz kiedyś do nich dołączyć...
Westchnęła cicho. Prawda boli. Uderzył ją najmocniej, jak mógł.
- Dlaczego to robisz? Dlaczego mi pomagasz? Przecież mnie nienawidzisz...
- To nieprawda. Nawet nie rozmawialiśmy ze sobą.
- Nie pozwalałeś mi... - powiedziała z wyrzutem, a po chwili dodała: - Nie sądziłam, że taki jesteś.
- Jaki? - Irina wyczuła w tym pytaniu napięcie, wyczekiwanie. Czy to było ważne, co o nim sądzi?
- Jesteś inny, niż myślałam. Zachowywałeś się bardzo wyniośle. Zupełnie jakbym była...
- Śliniącą się czarodziejką? - wszedł jej w słowo.
- Tak. Patrzyłeś na mnie z jakąś niechęcią, niemalże obrzydzeniem...
- A jak miałem patrzyć? Pożądliwie? Jak Xavier? Jak inni z jego świty? Widziałem w tobie diamencik, ale w kupie kompostu. Ktoś musiał go wreszcie zauważyć i wyciągnąć. Król zauważył. Xavier wyciągnął. Trochę niedelikatnie.
- Wyciągnął?! O czym ty mówisz? On chciał tylko... on chciał... - zakrztusiła się kawałkiem chleba.
Szepnął coś cicho, a Irina odetchnęła głęboko. - Popij winem, będziesz miała podrażnione gardło. Musisz uważać. Byłoby bardzo niefortunne, gdybyś się udławiła. Nie smakuje ci jedzenie?
- Ależ nie, jest pyszne. Dawno nie jadłam takich rarytasów...
- Nigdy... - uśmiechnął się lekko, mrużąc przy tym oczy.
- Jesteś Wiedzącym... - nie powstrzymała się przed powiedzeniem tych słów.
- To dobrze, że poznałaś. To znaczy, że się nie myliłem...
- Ale...
- Chcę, abyś przeszła Test.
- Ja? - otworzyła szeroko oczy. - Dopuściłbyś mnie? Przecież jestem tylko wieśniaczką.
- Druidką, jak już mówiłaś... - uśmiechnął się kpiąco.
- A co miałam powiedzieć? Że jestem Adeptką? I tak bez tego ledwo przeżyłam... Dzięki tobie...
- Dzięki mnie – przytaknął. - Pomogę ci przejść Test. Przygotuję cię...
- A w zamian?
- Zabiorę cię tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł... do krainy marzeń, fantazji... - spojrzenie czarodzieja zamgliło się. Patrzył w cienkie okienko, świecące nikłą poświatą księżyca, ale jego wzrok sięgał gdzieś dalej, znacznie dalej... Jego usta prawie się nie poruszały, kiedy wypowiadał słowa. Mówił tak cicho, a jednocześnie wyraźnie. Był straszny. I godzien szacunku. Irina rozumiała, dlaczego Xavier mu ulegał. Nie sposób złamać czaru, który go oplatał, który roztaczał wokół siebie.
- Co to za kraina? Dlaczego obiecujesz mi coś, czego nie można spełnić? Nie spłacę swojego długu... Dobrze o tym wiesz. A jednak chcesz mi pomóc... W naszym świecie nie ma dawania, jest tylko wymiana. Takie są zasady. Więc co...?
- Nie chcę nic od ciebie. Wystarczy mi świadomość, że zadecydowałem o historii... że miałem w niej udział, a żaden bóg czy los nie zdecydował o tym, co się stanie, lecz ja...
- Nie wierzę ci. Nie ufam ci.
- I prawidłowo. Nie możesz mi ufać. Jesteśmy samotnymi wyspami. Tak musi pozostać. Takie są prawa.
- Prawa, prawa... Ciągle mówisz o prawach - zniecierpliwiła się. - Prawa to jedynie obroże, cierniowe obroże, które nas krępują. Skończmy tę rozmowę. To nie ma sensu.
- Prześpij się, wypocznij. Odpowiedź powinnaś mi dać jak najszybciej. To dla twojego bezpieczeństwa. Znasz zasady...
- Znam.
Czarodziej wskazał ręką na łóżko, stojące pod ścianą. Było niewielkie, zaścielone miękką, bawełnianą pościelą, o kolorze przywodzącym na myśl dojrzałe truskawki. Tchnęło jakimś niezrozumiałym spokojem, zachęcało do zagłębienia się w swej miękkości. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Kolana ugięły się pod nią i runęłaby na ziemię, gdyby nie chwyciła czarodzieja za szaty.
- Przepraszam... - zatoczyła się w stronę łóżka i osunęła się całym ciężarem. Zagłębiła się z westchnieniem w miękkim puchu i już po chwili zapadła w mocny, głęboki sen.

***
Cicho, cicho, sza! Przyjdzie mama, coś wam da... No, już nie płacz... To nie przystoi czarodziejkom... Przecież wiesz... Tyle czasu cię uczyłam...
Zaśnij już, oczka zmruż...
Nie, nie tak! Źle! Musisz dokładnie ułożyć te dłonie! Bo rzucisz sama na siebie klątwę! Ile razy ci to mówiłam!...
Przez chwilę ból, kilka łez... Dłonie układają się w niesamowite figury, palce wyginają się niebezpiecznie... Łączą się kolorowymi pasmami magii... Żółty... Jak kaczeńce na stawie... Zielony... Jak drzewa w dębowym lasku... Niebieski... Jak niebo bezchmurne... Czerwony... Jak Jego oczy... Czarny... Czarny jak ja...
Cichaj, mój kochany... Ach, cichaj, mój kochany! Cisza tak miękko otula... Otuleni białym puchem... Odizolowani od czucia... Bez bólu, bez łez, bez goryczy. Bez radości. Bez... Słodkie perfumy o zapachu bzu... I żeby cię kochał, tak jak ja...
Szemrzą listki płaczącej wierzby, już gwiazdy zapłonęły srebrem wieczności. Wielki Wóz skrzypi kołami na obluzowanej osi... Patrz, a ten?! Co to za gwiazdozbiór? To Wielki Wóz... Jedyna pozostałość po starym świecie...
Gdzieś tam, na dnie, kołaczą do drzwi stłamszone uczucia. Puk, puk, jestem Miłość... Puk, puk... a ja Radość... a ja Szacunek... Obowiązek... Pokuta...
Precz! Precz ode mnie!
Do zobaczenia, ale nie żegnaj...
Szept. Dlaczego szepczesz? Białe brzozy kołyszą się na wietrze, gwiezdny pył strzepując...
Czym się zajmujesz na co dzień? Zawodowo? Zawodowo, to ja zabijam... Mnie również? Szkoda by mi było...
Kolejna wędrówka... Przepraszam, czy mogę tylko przenocować?... Aj, dziecko, wracaj do domu!
Przepraszam, a czym jest dom? Wynoś się włóczęgo!
Jak sobie chcesz...
Przestań więc się mazać... Pamiętaj, zimna godność, to jest czarodziejka. Musisz zachowywać dystans do innych i do samej siebie. A teraz powtórz to zaklęcie...
Zabiję cię... Zabiję cię na ołtarzu z marmuru... Twoja śmierć będzie z marmuru... Śmierć z marmuru...

***

Poderwała się. Piersi falowały jak po szybkim biegu. Otarła policzek wierzchem dłoni, czując pieczenie łez. Dotknęła językiem kropelki na palcu. Słono – gorzka. Rozejrzała się niepewnie po komnacie. W pomieszczeniu panował półmrok, wąskie okienka przepuszczały kilka smug światła, które rozcinało mrok... Wokół rysowały się kontury mebli, fiolek na półkach, grubych ksiąg, jakiś tajemniczych alembików... Gdzieś na przeciwko niej co chwila odzywał się cichy bulgot pękających bąbelków, zapewne z jakiejś fermentującej mikstury.
- Laboratorium... Nie zauważyłam wcześniej... - wstała z łóżka, z żalem opuszczając jego miękkość. Najpierw spróbowała otworzyć drzwi. Zamknięte od zewnątrz, tak jak przypuszczała. Podeszła do stolika z aparaturą. Płyn przepływał z lekkim szmerem przez niezliczone, szklane rurki, retorty, był chłodzony, podgrzewany przez zręcznie ułożone palniki, destylowany... a nawet kilku procesów nie potrafiła nazwać. Na samym końcu wpadał kropelkami do szklanej zlewki z bezbarwnym płynem - wynikiem tych wszystkich czynności. Westchnęła cicho. Posiadała wszelką wiedzę na temat przyrządzania mikstur, lecz tu gubiła się po chwili w gąszczu niezrozumienia. Spojrzała jeszcze raz na przezroczysty płyn. Skrzył się lekko kolorami tęczy, mamił oczy swą połyskliwością, ale jednocześnie nie posiadał żadnego koloru. Był wszystkim, a jednocześnie niczym. Raz wydawał się kotłować i burzyć w naczyniu, by po chwili zastygnąć nieruchomo. Bezwiednie wyciągnęła rękę w jego stronę, ale cofnęła ją po chwili opamiętania, szturchając przy tym mosiężny moździerz, który przewrócił się z głośnym brzdękiem metalu uderzającego o metal. Zamarła na chwilę, czując kołatanie serca. Obserwowała, jak z naczynia wypływa powoli jakaś gęsta mieszanina. Do jej nozdrzy dotarł zapach arcydzięgielu. Odetchnęła z ulgą, domyślając się, że to resztki jej wczorajszego naparu. Zgarnęła go metalową blaszką z blatu stołu, ale nie wiedziała za bardzo, co powinna z nim z robić.
- A tam, i tak mu już się nie przyda... - wyrzuciła blaszkę przez okno, uśmiechając się lekko do siebie. Znów poczuła się jak maleńka dziewczynka, myszkująca w pracowni Genevieve. I przypomniała sobie, jakie to było nieprzyjemne, kiedy została złapana...
- Widzę, że już się obudziłaś... - podskoczyła lekko, słysząc cichy głos. Odwróciła się wystraszona, oczekując wybuchu złości. Nikt nie lubi, kiedy ktoś grzebie w jego rzeczach... - Interesują cię moje alembiki?
- Tak – odparła, zupełnie zaskoczona jego reakcją.
- Wiesz, czym się aktualnie zajmuję? To będzie smoczy eliksir... Jeśli powiedzie się eksperyment.
- Czy...
- Tak. To jest właśnie ten eliksir...
- Dlaczego mi o tym mówisz? Nie powinieneś zachować tego w tajemnicy? Zwłaszcza przed innymi czarodziejami?
- Być może... Ale ty teraz będziesz przechodzić Test, nieprawdaż? Każda wiedza może ci się przydać.
- Skąd wiesz, jaka jest moja decyzja?
- Zbyt mocno gardzisz tymi śliniącymi się czarodziejkami, aby nie przystać na moją propozycję.
- Masz rację.
- Co słychać u Genevieve? Dawno się nie kontaktowaliśmy... - przez twarz Iriny przebiegł skurcz bólu.
- Nie mam pojęcia i nie interesuje mnie to – ucięła ostro i odwróciła się do niego plecami, próbując ukryć łzy, błyszczące w kącikach oczu.
- Już, spokojnie... - położył dłoń na jej ramieniu. Odwróciła się wystraszona, strzepując gwałtownie nie jego rękę. Czarodziej cofnął się o krok. - Przepraszam. Nie powinienem.
- To wszystko miało być inaczej... - wyszeptała przez ściśnięte gardło. Już nie nadążała w wycieraniu płynących łez, nawet się nie powstrzymywała. - To żałosne... żałosne...
- Nie mów tak. Przecież sama w to nie wierzysz...
- A właśnie, że wierzę! Właśnie tak jest! - jej krzyk przeszedł w cichy jęk. - Właśnie, że wierzę... wierzę.. Przecież wiesz, że w to wierzę... Przecież wiesz...
- No, już... Nie płacz... - jego szept uspokajał, koił skołatane nerwy, gładził ostre wspomnienia.
- Nie chcę taka być... Czuję... Czuję, że to już koniec... - spojrzała na niego zamglonymi oczami. - Przecież wiesz... Jesteś Wiedzącym.
- Tak. A ty musisz przejść Test. Chcę cię widzieć w Wielkiej Radzie.
Podniosła gwałtownie głowę i zmrużyła nieufnie oczy.
- A, rozumiem... Osadzisz mnie w Wielkiej Radzie i będziesz szantażował niespłaconym długiem. Dlaczego wam wszystkim zależy tylko na władzy? Dlaczego?! - wyciągnęła rękę, by uderzyć go w policzek. Nagły ból sprawił, że cofnęła ją gwałtownie.
- A na czym ma nam zależeć? - odparł czarodziej cichym, złowieszczym głosem, który wdarł się jej gwałtownie do duszy. Jego sylwetka wydłużyła się, jakby urosła, nabrała powagi, a cienie w komnacie zaczęły tańczyć dookoła. - Na czym ma nam zależeć? Na ludziach, jak tym zakłamanym kapłanom, którzy reprezentują bogów w wyprawach na pogan? Na roślinach? Nie, nie... Przecież nie jesteśmy druidami... Nie kochamy dębów... Ani jesionów... Z twoich przepowiedni, prawda? Władza jest niematerialna... A przecież tak łatwo ją odebrać... Ale mylisz się, Irino, nie mam takiego planu... Dzięki niefortunnemu skrzyżowaniu krwi i odrobinie magii jestem w stanie zobaczyć więcej niż inni. Nie wykorzystuję tej wiedzy, by zdobyć władzę, bo wiem, jakie ona niesie ze sobą konsekwencje. Już ci mówiłem, chcę historii. To wszystko - kiedy skończył, w pomieszczeniu zerwał się lekki powiew i z lekkim westchnieniem wszystko wróciło do dawnej postaci.
- Przepraszam... - wyszeptała, będąc wciąż pod wrażeniem jego potęgi. - Przepraszam... Jesteś Wielkim Mistrzem, prawda? To ty decydujesz o Testach... Ale co robiłeś razem z wojownikami Xaviera? I dlaczego mieszkasz tutaj, w Czarnej Fortecy?
Egyed uśmiechnął się lekko i szepnął:
- Pss! To tajemnica...

***

Był wściekły. Dawno nie był aż tak wściekły. Czuł dziwne, wewnętrzne drżenie, które sprawiało, że miał ochotę rzucić czymkolwiek. Chwycił pierwszą z brzegu książkę i cisnął nią o ziemię. Klamra trzasnęła głucho, ale nie otworzyła się.
- Cierń – szepnął i popatrzył z nienawiścią na obraz matki. - Dlaczego to zrobiłaś?! Podła, samolubna egoistko! Dlaczego?!! Mam nadzieję, że smażysz się piekle!
Kopnął z całej siły przewrócony stolik i pękniętą szachownicę, nie zważając na pulsujący ból.
- Bogowie, jak ja cię nienawidzę, jak ja nienawidzę! - chwycił figurę szachową i rzucił nią w obraz. Królowa odbiła się, pozostawiając na beznamiętnym policzku portretu długą rysę. Xavier skulił się, przykucnął i załkał jak dziecko. Ciężkie, gorzkie łzy brutalnego wojownika kapały na lodowatą posadzkę, rozbijając się na tysiąc maleńkich diamencików. Skrzyły się srebrzyście, mleczna biel podłogi dodawała im refleksów, maleńkie perełki... Smakowały goryczą wielu lat, wielu cichych, samotnych wieczorów, poświęconych chwiejnym rozmyślaniom nad wiecznością. Młodzieńcze lęki, przesiąknięte obawą prze nieznanym. Wszystkie uczucia, tłamszone przez tyle lat, drgnęły pod wpływem jednej chwili. Mężczyzna zacisnął żeby, podniósł się i otarł łzy.
- Jestem Xavier, książę Birengardu. Moim ojcem jest Ivar, król Birengardu, moją matką była Yvette. Za jakiś czas zostanę królem Birengardu. Wszystko się zmieni. Wszystko... - założył diadem na głowę, odgarnął włosy za uszy, poprawił fałdy płaszcza. - Ten cały bezsens musi się skończyć. I skończy się, obiecuję to przy tobie, matko... obiecuję...

***


- Otwórz drzwi, Egyed! Natychmiast! Nie wiem, co to ma do jasnej cholery znaczyć, ale otwieraj! Bo każę wyważyć te drzwi! - głośne dudnienie wstrząsnęło fiolkami na półkach. Czarodziej machnął ręką i do komnaty wpadł Xavier. Wyglądał fatalnie, a pulsująca na skroni żyłka nie wróżyła nic dobrego...
- Nie wiem, jaką grę teraz prowadzisz, czarodzieju, ale nie zamierzam ci w niej w jakikolwiek sposób pomagać! Nie będę twoim pionkiem!
- Ależ, panie... Może powiesz, dlaczego tak się złościsz?
- Dlaczego?! Jak to dlaczego?! Jakim prawem wkroczyłeś nocą do mojej komnaty i zabrałeś tę brudną dziewkę sprzed mojego nosa?!
- Skoro była brudna, to chyba nie powinno przeszkadzać ci, że ją zabrałem... - jego głos wibrował złowieszczo.
- Gdzie ona jest?! Gdzie jest ta dziewka?!!!
- Tu... - czarodziej odsunął się, a z cienia wyszła Irina. Miała na sobie długą do kolan, rozcinaną po bokach suknię w niebieskich odcieniach, która zapewniała maksimum wygody. Była bez zbędnych fałd materiału, drapowań, plisów czy wstążek, jedynie z prostym, skórzanym paskiem na biodra. Każda z Adeptek na czas Testu była zmuszona nosić właśnie taki strój.
- Nie, ja nie wierzę... - wymsknęło się Xavierowi. - Co to wszystko znaczy, Egyed?
- Nic.
- Nic? Tylko tyle masz do powiedzenia? Zobaczymy, jak będziesz rozmawiał z moim ojcem! - w oczach księcia zapłonęła nienawiść. Cała jego sylwetka dygotała, co chwila otwierał i zamykał pięści, jakby przymierzał się do uderzenia. Irina już myślała, że wybuchnie, lecz on wyprostował się i uspokoił. - Nie wiem, co tym razem wymyśliłeś, czarodzieju, ale będę cię miał na oku. A tę dziewkę możesz sobie wziąć. I tak nie jest mi potrzebna... - odwrócił się na pięcie i wyszedł z komnaty. Całe wydarzenie byłoby dosyć śmieszne, gdyby nie kryjące się za tym niebezpieczeństwo.
- Łatwo poszło. Za łatwo, jak na Xaviera. Zajmijmy się jednak ćwiczeniami. Szkoda tracić czas – Egyed pstryknął palcami i cała komnata zniknęła, natomiast na jej miejsce pojawiła się sporej wielkości polana, otoczona wysokimi drzewami. Ziemia pod stopami była ubita i wyschnięta, przy każdym kroku kurzyła się lekko. Powietrze było gęste i duszące, ale pełne zapachu świeżo zerwanych igieł sosny.
- Oto sala treningów. Chciałabym ocenić twoje umiejętności – Egyed ściągnął swój wierzchni płaszcz, pozostając w samej tunice i ukazując szczupłe, gibkie ciało. Irinie wydał się wyższy niż na początku. Teraz także dostrzegła, iż był znacznie bardziej niebezpiecznym przeciwnikiem, niż to mogło się wydawać. Czarodziej skłonił się z gracją i od razu przeszedł do ataku. Dziewczyna zupełnie się tego nie spodziewała. Poczuła, że unosi się pod wpływem działania lewitacji na kilka metrów, by nagle opaść na ziemię. Uderzenie ogłuszyło ją na chwilę, ale Egyed nie marnował czasu. Wysłał w jej stronę ognistą kulę. Dziewczyna zdążyła się uchylić, a pocisk trafił niecały metr przed nią, wzbijając tumany kurzu. Kaszląc, podniosła się niepewnie i próbowała ocenić sytuację. Nigdzie jednak nie widziała czarodzieja. Poczuła silny cios w plecy i coś lepkiego skleiło materiał jej sukni. Krzyknęła cicho, gdy uderzenie czegoś twardego w kolana zwaliło ją z nóg. Łzy bólu i narastającej wściekłości oślepiły ją na chwilę. Odgarnęła zmierzwione włosy i spróbowała wstać na obolałych nogach. Czuła jak cienkie pasemka magii krążą wokół, przyklejają się do skóry, odrywają i szybują dalej, bo po chwili zawrócić jak pod podmuchem wiatru i znowu zacząć swoją wędrówkę. Ruch. Delikatny, ulotny jak mgiełka, nikły. Ale był. Zamknęła oczy, by opadający kurz nie rozproszył jej uwagi. Muśnięcie dłoni na ramieniu, szybki oddech, dotyk twardych opuszków. Krążył wokół niej, bawiąc się jej niepewnością. Ostre szarpnięcie i rękaw poplamiony krwią.
Odwróciła się gwałtownie i wymierzyła cios. Usłyszała zduszony jęk, a w twarz uderzył ją ostry podmuch wiatru zmieszanego z kurzem. Zakrztusiła się, nerwowo wycierając zaprószone oczy. Cichy szept, dobiegający ze wszystkich stron przeciął ostro powietrze, a fala zimna uderzyła w Irinę. Dziewczyna osunęła się z jękiem na ziemię, nie będąc w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Pył opadał powoli, a ona oczekiwała kolejnych ciosów, jednak nic takiego nie nastąpiło. Drżenie, ciche kroki.
- Na dzisiaj już wystarczy – wbił laskę tuż przy jej twarzy, lecz ona nie drgnęła. Zdziwiony, zmrużył lekko oczy i patrzył niepewnie na nią. Irina odwróciła się nagle, ułożyła dłonie, splatając odpowiednio palce w skomplikowane układy i wykrzyczała zaklęcie:
- Nárë!
Ognista kula wystrzeliła z jej dłoni i z głośnym hukiem wybuchnęła na magicznej osłonie czarodzieja, częściowo dosięgając jego ramię. Zaskoczony, wbił różdżkę w ziemię, a ta zadrżała, zafalowała i zasypała Irinę gradem kamieni, błota i korzeni. Dziewczyna wyciągnęła rękę, ułożyła ją odpowiednio i krzycząc zaklęcie, wystrzeliła ognistą strzałę. Egyed odbił ją bez wysiłku w stronę czarnej ściany drzew. Płomień buchnął wysoko w górę jasnymi jęzorami. Irina już szykowała się do następnego zaklęcia, lecz czarodziej zniknął jej sprzed oczu. Spanikowana, rozglądnęła się po polanie, poszukując wzrokiem najmniejszych śladów jego obecności. Bez zastanowienia wypuściła pięć magicznych pocisków, ale żaden z nich nie dotarł do celu, a jedynie rozbił się o ziemię. Poczuła, że słabnie. Kolana ugięły się pod nią i padła na ziemię, a wszystkie barwy wirowały jej przed oczami. Świadomość jego obecności szarpała niepokojem nerwy, ciało jednak odmawiało posłuszeństwa. Skuliła się, zaciskając kurczowo pięści.
- Mówiłem, na dzisiaj już dosyć – warknął cicho i zacisnął dłoń na jej ramieniu. Pisnęła cicho, gdy wbił paznokcie w jej skórę. Jego dłonie były gorące, prawie płonęły, parzyły boleśnie.
- Przestań! Proszę, przestań! - krzyknęła, gdy gorąc stał się nieznośny. Czarodziej cofnął rękę i już po chwili znów byli w jego pracowni. Przeniósł ją czarem lewitacji na łóżko i dotknął jej czoła. Teraz ręce były lodowato zimne, dawały ukojenie, spokój. Irina wykrzywiła boleśnie wargi.
- Jak bardzo boli? - przycisnął lekko jej podrapane ramię.
- A jak bardzo ma boleć?! - krzyknęła, a ostatnie słowa przeszły w zduszony jęk, ponieważ czarodziej zacisnął rękę na ranie. Poczuła dziwne ciepło, rozchodzące się wokół bolącego miejsca. Po chwili uczucie zniknęło, a wraz z nim skaleczenie. Westchnęła cicho. Był Wielkim Mistrzem. Był doskonały we wszystkich czarach. Neutralny. Bezwiednie wyciągnęła dłoń w jego stronę, jakby chciała dotknąć jego policzka. Spojrzała w oczy czarodzieja i cofnęła ją zawstydzona.
- Przepraszam.
- To było nierozsądne...
- Wiem, przepraszam.
- Przepraszam nie pomoże, gdy wróg cię zaatakuje, a ty padniesz na ziemię. Pamiętaj o tym – szepnął cicho tym samym, syczącym głosem, kiedy zwracał się do Xaviera. Kryła się w nim złość i groźba. Irina wolała go nie drażnić. - Śpij. Musisz zregenerować swoje siły. Słaba nic nie zdziałasz.
Wstał i nie odwracając się, wyszedł z komnaty.

***

Chciałabym.
Tak.
I nie.
Więc weź. Po prostu sobie weź.
Nie można jej sobie wziąć. Trzeba ją dostać.
Ach, śmieszna... Mylisz ją z litością...
Nie wiem. Nie znam się...
Mogę ci ją dać.
Daj. Daj mi śmierć...

***

Otworzyła szeroko oczy. Cichy szept drżał jeszcze wśród ścian. Czuła, jak kołacze jej serce ze strachu. Rozejrzała się niepewnie po komnacie, poszukując śladów czyjejś obecności. Nie było nikogo... Chociaż czuła coraz bardziej, że ktoś stoi w pobliżu, patrzy na nią i czegoś... chce...
- Bogowie... Nic dla was nie mam. I nie zamierzam wam niczego dawać. Odejdź... - szeptała przez zduszone gardło. Teraz widziała już wyraźniej. Niedaleko, tuż obok smoczego eliksiru ktoś stał. Czarny cień wciąż zmieniał kształt, kłębił się, przystawał na chwilę i znów ruszał w tan z nicością. Czerń skrzyła się wszystkimi refleksami, wszystkimi kolorami, a jednocześnie pochłaniała światło, gęstniała i rozpraszała się. Dziewczyna jęknęła, gdy postać zrobiła krok w jej stronę. Strach przemienił się w coś niepojętego – nowe, nieznane uczucie, którego nie potrafiła nazwać. Cień zbliżał się powolnymi, powłóczystymi krokami, pozostawiając za sobą czarną, błyszczącą smugę. Spojrzała w miejsce, gdzie powinna być głowa, jednak zobaczyła tam tylko bezbrzeżną pustkę. Nagle materia zakotłowała się i ukształtowała w twarz. Irina krzyknęła, lecz głos uwiązł jej w gardle. Wtuliła się w lodowatą ścianę, próbując zamknąć oczy. Nie mogła. Patrzyła wciąż w niesamowite, puste oczodoły postaci, łkając cicho.
- Odejdź, odejdź... proszę... odejdź... - postać wyciągnęła rękę w jej stronę. Irina splotła palce do zaklęcia obronnego i wykrzyczała formułę. Cień bez wahania dotknął jej ramion. W momencie, kiedy ich ciała zetknęły się, to dziwne, narastające wewnątrz niej uczucie eksplodowało falą bólu. Opadła bezwładnie w objęcia czerni, nie będąc w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Postać nachyliła się nad nią zupełnie jak do pocałunku.
- Nie... - drgnienie warg, ból przepływający przez każdy nerw, tysiące scen przed oczami. Niewyraźne usta coraz bliżej, w piersi narasta niemy protest. Nagle głośny trzask i oślepiający błysk.
- Auta morna! Precz! - uderzenie, grzmot. Cień zawył głośno i rozpłynął się w świetle. Irina opadła bezsilnie na łóżko. Poczuła, że ktoś chwyta ją za ręce i potrząsa lekko. Odwrócił głowę stronę Egyeda. Nagle, bez zastanowienia, wtuliła się w jego ramiona i załkała cicho.
- Jak ja się bałam... Co to było?
- Przeznaczenie.

***
Nie zastanawiała się długo. Rozumiała, że najwyższa pora opuścić to miejsce. Nie było dobre. Magia Starożytnych była przeciwko. Wszyscy w Czarnej Twierdzy byli szaleni. Za wyjątkiem Egyeda.
Założyła ciepły płaszcz, podbity króliczą skórą i otworzyła drzwi komnaty za pomocą wytrycha, wspomaganego zaklęciem otwierającym. Starała się nie używać magii, gdyż była jedynie Adeptką. Nie miała różdżki. Nie miała żadnych praw. Tylko wiedzę.
Ruszyła ciemnym korytarzem w dół, próbując przypomnieć sobie drogę. Łuczywa migotały niezmiennie, tak samo, jak gdy przemierzała pierwszy raz tę drogę. Tym razem nie dotykała ścian. Bała się każdego kontaktu z zaklętymi murami. Po krótkiej wędrówce wyszła na szerszy i lepiej oświetlony korytarz, zapewne jeden z głównych. Usłyszała kroki i cichą rozmowę. Cofnęła się szybko, nasłuchując. Minęło ją dwóch strażników z halabardami.
- Już mam serdecznie dosyć tego starego durnia. Jego głupota doprowadzi nas do zguby.
- Masz rację. Te podchody już wszystkich zaczynają denerwować. Lada dzień przyjdzie nam wyruszyć na wojnę. A moja kobieta oczekuje na rozwiązanie...
- Król, ten stary dureń, jest pewny swego. Ale kto wie, co knuje Visengard. Chodzą plotki, że trzymają z elfami.
- Elfy... Wybić wszystkich nieludzi... Już ich dużo nie zostało, hehe.
Irina nie usłyszała dalszej rozmowy, gdyż przeszli obok jej kryjówki. Zdążyła się jednak nieco dowiedzieć, a sporo rzeczy domyślić.
- A więc tajny plan króla już przestał być sekretem – pomyślała i ruszyła ostrożnie wzdłuż ściany. Nie potrafiła się skradać i dobrze o tym wiedziała, dlatego jej ucieczka była tym bardziej ryzykowna. Skręciła w lewo, potem w prawo. Na ścianach zaczęły pojawiać się gobeliny i arrasy, z każdym krokiem coraz bardziej ozdobne. Szła w stronę sali tronowej. Musiała skręcić w odpowiedni korytarz, by wyjść bocznymi drzwiami na dziedziniec. Miała do wyboru dwie możliwości. Postanowiła pójść lewym. Słyszała cichy odgłos swoich kroków i szmer płaszcza dotykającego ścian. Nagle stanęła na czymś miękkim. Drżąc ze strachu, zrobiła krok do przodu. Poczuła, że jej twarz dotyka czegoś włochatego, a jaskrawe światło oślepiło ją na chwilę. Usłyszała gwar rozmów i już rozumiała, że popełniła błąd. Otworzyła oczy i zobaczyła wypełnioną po brzegi salę tronową. Kilka metrów przed nią stał zdziwiony Xavier i wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami.
- Co to ma znaczyć? - Irina nie zastanawiała się. Kopnęła czającego się za nią Voltana i puściła się biegiem przez całą salę.
- Łapać tę dziewkę! Straże, łapać ją! - słyszała jeszcze głośny krzyk księcia i już po chwili ktoś chwycił jej płaszcz. Odwróciła się i bijąc na oślep, wyrwała się napastnikowi. Wybiegła na dziedziniec i wpadła na jakiegoś zakutego w zbroję jeźdźca. Bez zastanowienia wyciągnęła miecz z jego pochwy i zamachnęła się na pierwszego z brzegu strażnika. Trafiła prosto w nieosłonięte kolczugą gardło. Krew prysnęła jej w twarz, zaplamiła piękny strój rycerza stojącego z nią. Zaszokowana dziewczyna odsunęła się od drgających jeszcze konwulsyjnie zwłok człowieka. Wyrzuciła z obrzydzeniem miecz i lawirując pomiędzy spłoszonymi koniami, próbowała przemknąć w stronę bramy.
- Hej, łapać ją! - ktoś krzyknął i grupka rycerzy, bogato ubranych w czarne tuniki z wyhaftowanymi na zielono godłami, rzuciła się na nią. Jeden z nich, będący najbliżej dziewczyny, zamachnął się mieczem i drasnął ją w ramię. Ostry ból przytępił na chwilę zmysły. Cofnęła się zdezorientowana i wpadła na innego jeźdźca. Otoczyli ją szerokim kręgiem i zacieśniali go powoli. Rozglądnęła się spanikowana po dziedzińcu. Rozwarta szeroko brama – symbol wolności – znajdowała się tylko kilka metrów od niej, lecz między nimi stał wysoki i potężny mur uzbrojonych jeźdźców.
- Nie bądź głupia, dziewko! Stój spokojnie i pozwól sobie pomóc!
- Ani mi się śni! - nim ktokolwiek zdołał spostrzec, sięgnęła ręką do sakwy i wyjęła z niej ciemnoniebieski, błyszczący kamień. Wyprostowała się, odrzuciła włosy i wykrzyczała zaklęcie:
- Hwindë! - powietrze przed nią zawirowało, zakotłowało się, przybierając wpierw kolor zielony, by po chwili przejaśnić się i zmienić w błękitny. Wszystko działo się jakby w spowolnieniu. Widziała, jak napastnicy rzucają się w jej stronę. Wyciągnęła niepewnie dłoń, dotknęła niebieskiej ściany. Ręka zagłębiła się w lekkiej mgiełce. Spojrzała jeszcze raz na dziedziniec, jakby chciała zapamiętać ten widok i wskoczyła w miękką niewiedzę. Nad jej głową zamknęła się błękitna otchłań i teleport rozpłynął się z prawie niesłyszalnym westchnieniem...##edit_byatak 2006-03-31 20:25:54##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...