Co niesie śpiew ptaków poranka....
Gdy uniosłem wzrok, pierwsze promienie słońca właśnie wystrzeliły zza horyzontu tworząc niepowtarzalny kalejdoskop barw... gdzieś tam w oddali nad Doliną Wisły pojawiła się tęcza. Przez chwile poczułem, że może jednak było warto. Że może jednak ten świat nie jest taki zły... Piiiiiiiiiip – mój magiczny moment zadumy przerwał odgłos telefonu.
- WAS? – ryknąłem do słuchawki.
- I jak zlecenie Azraelu? – głos Jezusa był cichy, lecz bez cienia wątpliwości rozumiało się, dlaczego potrafił porywać tłumy.
- Jak zwykle, Synek. Ja nie zawodzę – pouczyłem swojego Boga, nonszalancko wymijając śmieciarkę. – Masz coś ważnego, czy tylko tak o zdrowie pytasz?
- Nie pytałem o zdrowie – tym razem dało się wyczuć w nim urazę.- Nie żartuj, proszę - choć raz. Mamy problem.
- Dobra... wal śmiało.
- Ojciec się obudził.
- O cholera...
W wyniku gwałtownego hamowania biały Renault stanął w poprzek mokrej szosy. Chwilę później ruszył ponownie, z zawrotną prędkością jadąc po prąd wciąż pustawej czteropasmówki. Zdziwiony śmieciarz pchający swój wózek wypchany kartonami i butelkami pobliskim chodnikiem zauważył, że z okna Laguny wyleciał jakiś ciemny przedmiot. Podszedł bliżej, by odkryć, że były to szczątki komórki – wyglądające jakby wybuchły komuś w ucho, lub zostały zmiażdżone przez jakiegoś olbrzyma.
***
Dryyń!- rozdarł się telefon –dryyń!- po drugim dzwonku stwierdziłem że musze odebrać - dryyń! Spojrzałem na zegarek- na wyświetlaczu, dużymi jak wół, czerwonymi cyframi widniało 7:34.dryyyń!- kurwa! wkurwienie zwyciężyło z lenistwem i wstałem zdecydowany na to by głośno i dobitnie wyrazić delikwentowi moje o nim zdanie. Przeturlałem się jakoś do drugiego pokoju gdzie był telefon i z rozmachem chwyciłem słuchawkę
- Czego!?
- Cześć Michał! – usłyszałem znajomy głos mojej byłej - co porabiasz?
- Śpię! –odwarknąłem i rzuciłem słuchawkę na widełki. Nie chciało mi się wstawać. A już najmniej wysłuchiwać tej wiecznie radosnej szczeniary. -dryyń!- telefon jednak nie dawał za wygraną- dryyyń! Zacząłem szukać kabla żeby go wyrwać z wtyczki ale przypomniałem sobie że telefony bezprzewodowe nie mają kabli....Dryyń!- niezbyt zachwycony tym odkryciem postanowiłem jednak wysłuchać tego co ma mi do powiedzenia i strzelić sobie poranną kawę. Spojrzałem w okno i potwierdziły się moje przypuszczenie że jest już środek dnia- jebane wakacje!
- Mów! - Rzuciłem w słuchawkę
- Dzień dobry. Mówi Aldona Zakrzycka z „ Nowej Fantastyki” czy mam przyjemność z panem Michałem Marszałkowskim? – głos pani redaktor momentalnie postawił mnie na nogach.
- Tak to ja przepraszam.... spałem.…
- To może zadzwonić później?
– Nie, nie i tak muszę wstawać... w czym mogę pomóc- moje niezręczne próby nawiązania rozmowy jak zwykle zabrzmiały niezbyt udanie. Prawdę mówiąc zrobiło mi się głupio.
– Chciałam po prostu poinformować pana, że pańskie opowiadanie wygrało konkurs i zostanie ponownie opublikowane w następnym numerze...
– Serio?! znaczy.. naprawdę? – wiedziałem, wiedziałem! przecież już w podstawówce uważali że mam talent....- ale przecież rozstrzygnięcie konkursu miało być dopiero w pierwszego...
- Tak, wtedy wychodzi następny numer, ale musimy mieć wcześniej wyniki prawda? Oficjalnie zresztą można głosować jeszcze do poniedziałku ale z doświadczenia wiemy że przez weekend nie będzie raczej wielu listów... pana opowiadanie dostało ponad połowę wszystkich głosów i bije na głowę następne o 20%. Nagroda jest pana!- gorączkowo próbowałem sobie przypomnieć co jest nagrodą w konkursie
- Ee nagroda? – odtwarzacz empetrzy oraz karnet do Księgarni Matas na 100 zł – no jasne - będę bogaty- pomyślałem
- Oficjalne wyniki znajdzie pan w najnowszym numerze a nagrodę przyślemy pocztą – aha...– przepraszam że obudziłam i miłego dna!
- Głos w słuchawce radośnie pożegnał się i umilkł. Zostałem sam. Nie poświęcając więcej czasu duperelom, postanowiłem zająć się sprawami naprawdę ważnymi tj. poranną kawą. Boleśnie sturlałem się z łóżka, ostrożnie starając się postawić prawą nogę na ziemi jako pierwszą wstałem i ruszyłem na wyprawę do kuchni. Biorąc pod uwagę odległość jaką miałem do przebycia, droga powinna zająć mi kilka sekund, tymczasem trwała najwyraźniej bardzo długo – aż zdążyłem zgłodnieć... – fakt trzeba była wstąpić do przybytku królów czy jak to się tam.. i machinalnie zamknąłem drzwi wejściowe przechodząc obok, co miało mi się potem przydać. Po wykonaniu tych wszystkich czynności, gdy w końcu głodny przybyłem do kuchni stwierdzając że znów nie mam żadnych kanapek od Matki, wstawiłem sobie kawę i zacząłem żywo, acz niechętnie przeszukiwać lodówkę i szafki, gdzie powinno było znajdować się coś zjadliwego. Upolowałem tylko jakąś chińską zupkie (produkowaną w Polsce o dziwo), w międzyczasie kawa się zrobiła. Kolejny raz stwierdziłem że lubię kawę. Bardzo. Po śniadaniu ruszyłem się do mojej nory gdzie musiałem niestety sprzątnąć łóżko żeby dostać się do żaluzji które chroniły moje biedne oczy przed szkodliwym promieniowaniem ultrasłonecznym itp. Zegarek w pokoju uparcie wskazywał siódmą. No 7:57 to już właściwie ósma –doszedłem do wniosku. Włączyłem kompa, wziąłem komę żeby sprawdzić esemesy co mi je ponasyłali przez noc i wyszedłem zrobić prysznic, łudząc się że pomoże mi to rozbudzić się do końca. Gdy wróciłem ekran monitora wesoło migał już na niebiesko i wyświetlał komunikat że w wyniku infekcji wirusami tudzież błędów krytycznych i czegoś tam jeszcze muszę samodzielnie restartować system i w ogóle wyrzucić tego grata. – nacisnąłem eskejp i załączyłem sobie jakąś giere. Godzinka grania i profilaktyczne sprawdzenie gg i maila poprawiły mi nieco humor. Jak zwykle tłumy wielbicielek i mnóstwo spamu. wybiła dziesiąta- oznajmił mi przezornie nastawiony budzik. Zaczynał się kolejny wspaniały dzień..
***
W ciemnych, przestronnych przestrzeniach bazyliki Janów zabrzmiały szybkie, zdecydowane kroki. Jasnowłosy, szczupły mężczyzna w ciemnym płaszczu wszedł przez boczne drzwi do nawy głównej i skierował się w stronę ołtarza. Omiótł wzrokiem wnętrze świątyni, była kompletnie pusta. Nie było to dziwne o tej porze. Dzień właśnie wstawał – była to pora najsłabszego oddziaływania Dołu, mógł sobie pozwolić na kontakt – tu w murach 700-letniego Kościoła ryzyko było minimalne. Ale było - zawsze któryś z potężniejszych Zdrajców mógł zaingerować – a Góra przecież jeszcze nie była gotowa do konfrontacji na Ziemi. Nagle odwrócił się – czując czyjąś obecność. Rozejrzał się, lecz nie zauważył nikogo.
- Gabrielu... – głos Pana dobiegł go z góry, z szacunkiem ukląkł na oba kolana i podniósł oczy. Nad ołtarzem na krzyżu widniała figura Chrystusa. Cała z drewna, wyrzeźbiona przed stuleciami „ad maiorem dei gloriam” i wielokroć konserwowana i przemalowywana. Otaczała ja łagodna aura koloru ultramaryny, a twarz drewnianej figury przybrała znajome rysy Szefa – wezwałem Cię tutaj, bo potrzebuje twojej głębokiej wiary i twych ziemskich kontaktów. – dodał Jezus.
- Rozkazuj, Panie – skłonił się jeszcze niżej Archanioł. Jednocześnie poczuł zawirowania aury, wokół świątyni. Ktoś skalany próbował wejść do środka. Nie był to żaden ze Zdrajców ani demon, jednak jego aura nie miała wiele wspólnego z Dobrem.
- Pomożesz Azraelowi odnaleźć jednego z Synów Adama - rzekła postać na krzyżu. – Użyj wszystkich środków, które są dozwolone – mamy wszelkie podstawy by sądzić, że kilka godzin temu nastąpiło kolejne Wcielenie. Azrael spróbuje go upolować jednak, bez twojej pomocy mu się nie uda.
- Czy to rozsądne Panie? – ośmielił się zaooponować Archanioł. – Azrael nie jest chyba zbyt pewnym sojusznikiem – nieśmiało dodał.
- Ale jest najlepszy – a mam powody, by sądzić, że to Wcielenie jest czymś większym, niż zwykle... Widzisz Garbielu, Ojciec się przebudził.
Ciężkie, dwutonowe odrzwia otworzyły się i ciemność nagle zgęstniała. Gabriel obrócił się, by ujrzeć bezczelny uśmiech Anioła Śmierci, który wkroczył właśnie do domu Bożego. Różne są sługi Pana, ale tego jednego Gabriel nie lubił najbardziej. Odwrócił głowę w stronę ołtarza, jednak Aura JEGO już znikła. Na ołtarzu widniał złożony na cztery kawałek papieru. Podniósł go.
- Więc to jest twoja ofiara, aniele? Dobrze – znajdziemy go jeszcze dziś – zawyrokował archanioł ruszając ku wyjściu i ignorując wyciągniętą dłoń Azraela.
Wredny uśmiech wykrzywił twarz Anioła.
***
Kolejny zjebany dzień, stwierdziłem odkładając książkę. Zamierzałem właśnie zgasić światło i iść spać (dziwne to stwierdzenie – iść spać – zważywszy, że już leżałem w łóżku), jednak moją uwagę przyciągnął dziwny blask, wpadający przez okno. Pełnia księżyca – pomyślałem, podchodząc niechętnie do okna. I faktycznie, księżyc świecił niesamowitym blaskiem. Otworzyłem drzwi i wyszedłem na balkon. Przeskakując zręcznie nad różnego rodzaju słoikami i innymi śmieciami, których nie chciało się pozbyć, a na które w domu nie było miejsca, dotarłem do balustrady i oparłem się o nią. Piękny wieczór był. Ciepły letni dzień, nagrzał słońcem betonowe bloki, które teraz w przyspieszony tempie oddawały ciepło nocy. Chłodny zefirek mierzwił mi włosy. Pomyślałem, że zapaliłbym sobie coś szkodliwego. Odwróciłem się więc, z zamiarem poszukania fajek, gdy nagle poczułem uderzenie gorąca. I szepty dookoła mnie. Zacząłem się nagle intensywnie pocić, wszędzie dookoła czyhały głosy, ciche, szeleszczące, złe... poczułem, że tracę grunt pod nogami - pod obiema na raz. Chciałem oprzeć się o balustradę, lecz ze zdumieniem odkryłem, że ona się oddala. W dół. A ja unoszę się coraz wyżej i wyżej, na przekór wszelkim prawom ciążenia... w dole widziałem, jak pod moimi stopami przemyka balkon, potem blok, w końcu miasto stało się tylko mrowiskiem świateł... Gdzieś na krańcach świadomości zarejestrowałem przenikliwe zimno otaczającej mnie atmosfery - ale nie marzłem w nim. Płomień palił mnie od środka. Potem… potem była już tylko ciemność
***
Płowowłosy, ubrany na czarno anioł przykleił twarz do okna. W dole było widać Ziemię. Tak słodka i niewinna była o świcie. Najpierwsze z pośród dzieł Ojca. Tylekroć spoglądał na nią z wysokości jednak nigdy nie mógł się pozbyć uczucia zachwytu. W dole przesuwała się linia wschodu. Michałem wstrząsnęło drżenie. Nie wiedzieć, czemu wschód nowego dnia skojarzył mu się z linią ognia. W dole pojawiały się światła oznaczające miasta Synów Adama i Córek Ewy. Niektóre były naprawdę duże i piękne w swym ogromie. Zamyślił się. Życie ludzkie było takie krótkie. I kruche. A jednak, tak jak płomień na wietrze – choć nieustannie zagrożone zgaśnięciem, paliło się tym jaśniej podsycane przez niosący zgubę wiatr...
Gwałtowne turbulencje wstrząsnęły maszyną, musiał złapać za uchwyt. Odwrócił się w stronę oddziału. Spokojne twarze niebiańskich komandosów kontrastowały z ich nerwowym sprawdzaniem broni i rozmowami toczonymi szeptem. Ale wiedział, że może na nich liczyć. W końcu nie raz już powstrzymywali koniec świata. Płomień buntu i tym razem zostanie zagaszony w zarodku. Chyba że... Ale nie to przecież nie możliwe – uspokoił sam siebie.
Nad ich głowami spokojnie gasły gwiazdy....
***
- Puk puk – Rozgrzeszam Cię w imię Ojca , syna i Ducha, idź już i nie grzesz więcej – kolejna zbłąkana duszyczka, westchnął ksiądz biskup. Wyjrzał na moment z konfesjonału – nikt już nie czekał na spowiedź. Przeżegnał się i zdjął szarfę zamierzając wyjść gdy usłyszał odgłos zamykania drzwiczek. Westchnął tylko i sięgnął po szarfę z powrotem, przyrzekając sobie że tym razem wyznaczy surową pokutę.
- Księże Biskupie – usłyszał znajomy głos zza kratki - potrzebujemy księdza pomocy.
- Gabrielu? – w głosie biskupa dało się wyczuć zaskoczenie, szybko jednak pozbierał się do kupy i rzeczowym tonem zapytał – słucham zatem?
Archiwum Dekanatu miejskiego zawierało w sobie setki tysięcy aktów chrztu, zgonu i ślubu. Jeszcze kilka lat temu wyszukanie czegokolwiek trwało by tygodniami ale dzięki dotacjom z UE także i tutaj weszła komputeryzacja,. W przestronnych wnętrzach Dekanatu panował wieczny chłód. W sali serwerowni siedziało kilku młodych alumnów z pobliskiego wydziału Teologii odbywających staż. Zajmowali się obsługą komputerów – przetwarzaniem różnych informacji oraz odszukiwaniem ich na życzenie starszych księży. Nie była to ciekawa praca. Walające się pod biurkami butelki mszalnego świadczyły dobitnie o tym jak chłopcy się nudzą. Stare, ogromne odrzwia otworzyły się z hukiem.
- Chować wino chłopaki, inspekcja! – spanikowany głos woźnego poderwał wszystkich na nogi. Zaczęli się krzątać i sprzątać stanowiska, a niedopite butelki starym zwyczajem stawiać na parapecie okna. Po zewnętrznej stronie. Pomieszczenie zaczynało wyglądać w miarę schludnie gdy w drzwiach stanęło trzech mężczyzn. Na tle krępej sylwetki biskupa, obaj jego towarzysze wyglądali niemal groteskowo - szczupły, niewysoki blondyn był na oko dwa razy lżejszy niż, jego kompan smagły, wysportowany olbrzym, w sportowej marynarce. Groteskowo wyglądało ich ustawienie – średni wzrostem a najtęższy biskup stanął pomiędzy olbrzymem a blondynkiem, co wyglądało jakby się ustawili w szeregu wg wzrostu. Pierwszy odezwał się biskup.
- niech będzie pochwalony
- na wieki wieków - odpowiedzieli chórem alumni.
- potrzebujemy informacji...
***
Obudziłem się. To było dziwne uczucie. Jakby moja świadomość spadła z niezmierzonych otchłani czasoprzestrzeni i z całym impetem uderzyła w mą głowę. W uszach dudniło, a każdy oddech palił płuca. Bałem się otworzyć oczy. Jednocześnie czułem dziwne poczucie… jakby narastającego gniewu. Otworzyłem powieki. Nic. Żadnej zmiany w polu widzenia. Spróbowałem podnieść rękę do oczu, ważyła kilka ton. Dość tego! – stwierdziłem - jestem twardziel... Okłamałem samego siebie gwałtownie siadając. Przed oczami zawirowały mi krwawe płaty, ale powoli zaczynałem rozróżniać kontury swoich kolan. Wydawało się, że jest noc, bo nie dało się odróżnić kolorów. Kilka minut jeszcze wszystko wokół wirowało, by nagle uspokoić się, jak po cięciu noża. Rozejrzałem się. Byłem w jakimś dziwnym pomieszczeniu: betonowe mury, dziwne, czarne zasieki na ścianach. Pomięta flaga, leżąca u podnóża kolumny wspierającej strop. Ciężko powstałem i sięgnąłem do kieszeni, aby poświecić sobie komórką.... jednak, jak się okazało, nie miałem kieszeni. Spodni ani butów także. Powoli buczenie w głowie ustępowało, jednak nadal nie pamiętałem niczego. Spróbowałem uczynić jeden krok w stronę rozbitego masywnego stołu - przypominającego mi nieco ołtarz z czasów, gdy jeszcze chodziłem do Kościoła. Oparłem się ciężko o ścianę i... namacałem kontakt! Dziwny jakiś wprawdzie – zamiast przycisku należało wajchę przekręcić, ale spróbowałem włożyć w to nieco wysiłku i zapłonęło ostre, elektryczne światło. Dopiero teraz mogłem rozejrzeć się po pomieszczeniu. Dziwne, byłem chyba we wnętrzu któregoś z bunkrów z II wojny, jakich pełno było w podmiejskich lasach. Wszak niedaleko wiodła droga do Wolfshanzen, a w mieście przez jakiś czas urzędował Himmler i koledzy. Flaga leżąca pod kolumną miała czerwona barwę ze swastyką na białym okręgu. A ołtarzyk pod ścianą krył w sobie kilka przykurzonych ksiąg i parę poprzewracanych świeczników. Ignorując zawroty głowy odwróciłem się za siebie. Na podłodze widniał dziwny krąg, otoczony poprzewracanymi świecznikami i z wyrysowanymi jakimiś znakami - obecnie zatartymi przez czas. Cholera, pentagram jakiś czy co? – pomyślałem. W różnych miejscach budziłem się po ostrym chlaniu - ale żeby w hitlerowskim bunkrze na środku pentagramu?? No nie - to już przesada trochę... jeśli to któryś z moich ziomali, to czeka go wizyta u dentysty - kilkukrotna przynajmniej. Gniew zdawał się dodawać mi sił - palenie w gardle się wzmogło - to było jak zgaga, tylko wydawało się mieć temperaturę wrzenia – ale zawroty głowy ustąpiły ostatecznie. Coś w środku podpowiedziało mi, że powinienem stąd wyjść. Ciężkie drzwi do sali były uchylone, ale zawiasy zardzewiały na amen, więc z otworzeniem ich szerzej miałem spory problem. Ale w końcu nieco ustąpiły i przecisnąłem się do drugiego pomieszczenia. Co dziwne, nie było mi wcale zimno, mimo że w środku nocy łaziłem po jakiś piwnicach w samych slipach. Byłem w niedługim korytarzu, pnącym się pod kątem w górę. Szedłem nim kawałek, aż dotarłem do drzwi na przeciwległym końcu następnej sali, zobaczyłem coś, co mnie ucieszyło – lufcik, przez który było widać kawałek nieba. Wieczornego nieba. Co się, cholera, ze mną działo? Ruszyłem biegiem do wyjścia - jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że jestem w niebezpieczeństwie. Nie zapalałem już nawet świateł, krążąc w kolejnych korytarzach, klucząc i poszukując klatki schodowej – ku słońcu! ku słońcu! Zacząłem odczuwać czyjąś obecność, coraz wyraźniejszą i coraz bliższą… Czułem też falę gorąca, przechodzącą mnie na wylot i zimny pot na plecach. Biegłem coraz szybciej i bałem się odwrócić… było tak ciemno, tak gorąco czułem, jakby samo piekło mnie goniło gorejącym tchnieniem. Jest! Zza kolejnego rogu wyłoniły się na wpół zasypane drzwi – nie wiem jak, ale wiedziałem, że to jest wyjście. Biegłem coraz szybciej, z każdym oddechem zbliżałem się do wyjścia. Jeszcze chwila, jeszcze krok i...
***
- Ksiądz biskup sam musi wklepać kody dostępu do tajnych archiwów, - usłużnie wyjaśnił komputerowiec – nikomu z nas tych haseł nie podano.
Jego Ekscelencja, spojrzał z wyrzutem na Gabriela, lecz ten tylko wzruszył ramionami. Azrael zaś nie zważając na przerażone spojrzenia alumnów, otworzył okno, wypił zawartość parapetowej butelki, po czym odstawił ją pustą na miejsce zamykaniem okna się już nie fatygując.
Ekran zamigotał wesoło, po wprowadzeniu hasła nastąpiło połączenie z Watykanem. Rozpoczęły się poszukiwania.
***
Lądowanie przebiegło spokojnie. Tak, jak wiele razy wcześniej, nikt nie zauważył desantu.
Z początku obawiano się czy postęp ludzkiej myśli technicznej nie zagrozi tajności kontaktów, jednak obawy te zdawały się być póki co przesadzone. Specjalny departament w niebie pracował nad tym by w odpowiednim czasie odwrócić uwagę wszystkich którzy mogliby zauważyć Lądowanie.
Gwiazdolot poderwał się i ruszył ospale w stronę stratosfery. Po chwili był już tylko punktem na niebie.
- bip- poinformował Michała zegarek. Oznaczało to że piloci wykonali bezpieczny skok w nadprzestrzeń. Poprawił sobie hełm. Noktowizor okazał się już niepotrzebny więc wsunął go z powrotem w odpowiedni otwór. Dopiero teraz się rozejrzał.
- Maskowanie włącz, idziemy panowie
Dwanaście cieni nagle stopiło się z otoczenie nim. Leśna polana nad jeziorem, stała się pusta.
***
- Myślisz że sobie poradzi? – zapytałem Gabriela. – to zwykły żołdak, nie ma pojęcia o finezji – poskarżyłem się, nie licząc na odpowiedź. A przecież tak samo jak ja, był zazdrosny o awans tego żołnierzyka. Spojrzałem na niego, siedział jak zwykle dumny, wpatrzony gdzieś w świat za szybą samochodu. Musiałem gwałtownie przyhamować by nie potrącić jakiegoś pijaczka idącego środkiem jezdni. Zauważyłem w lusterku że wtedy jego szlachetną twarz wykrzywił na moment niesmak. Pogarda – tak to chyba jedyne ludzkie uczucie które w nim pozostało. A ja znałem to spojrzenie. W tym jednym momencie, gdy patrzył tak na tego człowieka był tak podobny... dość! - odgoniłem niepotrzebne myśli. Przecież on pierwszy opowiedział się przeciwko Niej. Potem z pokorą zniósł degradacje jaką było dla niego- Archanioła Tronu - zejście na posterunek ziemski.
- Zapalisz? – zapytałem retorycznie. Nie zaszczycił mnie nawet odpowiedzią, potrząsnął gniewnie złotymi włosami. Czasami miałem ochotę strzelić w mordę tego palanta. Ale byliśmy już prawie na miejscu. Zjechałem z szosy na leśny dukt. Trzeba było zwolnić, ale nie przejmowałem się zbytnio stanem zawieszenia. Ani wygodą. Pasażera wygodą szczególnie. Nadajnik Gabriela zapiszczał przeraźliwie.
- Tutaj – powiedział spokojnie archanioł. Wyszedł pierwszy, uważnie lustrując pobliskie zarośla. Nie spodziewałem się po nim takiej ostrożności. Zawsze przepełniony pychą i świadomością że nikt mu nie podskoczy. Zgasiłem silnik i wysiadłem. Poklepałem się po kieszeni marynarki wyczuwając znajome zimno.
- Ruszamy – rzucił.
- Nie ruszacie – głęboki baryton najmłodszego z Archaniołów – dobiegł zza naszych pleców. Odwróciliśmy się. Oto Michał na czele swoich Zastępów. Znakomity temat na obraz. Tylko że od dobrych kilkuset lat nikt już go nie widział na Ziemi. Zmienił się. A i Zastępy się nieco zmieniły.
- Nie ma tam nic. Miejsce kultu satanistycznego owszem, zakazane praktyki i zło jeszcze sprzed pięćdziesięciu lat ziemskich, ale nikogo. Żadnej emanacji Mocy. Albo przeciwnie. Emanacja tak silna że nie jesteśmy w stanie jej wykryć żadnymi urządzeniami.
- Schowaj swoje urządzenia młody Archaniele – prychnął Gabriel – czyżbyś do reszty zagłuszył w sobie głos Pana naszego? czuje JĄ tutaj... – spojrzał na mnie niechętnie – a ty? – kiwnąłem głową.
- Niedaleko bunkra znajdowała się dawna nekropolia z czasów przedchrześcijańskich. Gdybym chciał urządzić obrzęd przywołania, tam bym się udał. – stwierdziłem.- to miejsce aż kipi od złej energii – dodałem, patrząc w stronę bunkrów.
- Saperzy już przygotowywują sakralizacje – pochwalił się Michał. Był odważny na bitwie i potężny - nawet jak na archanioła – ale brakowało mu siły wiary Gabriela i mojego bezczelnego sprytu, który pozwalał mi wydostawać się z każdej opresji. Zrobiło mi się go trochę żal.
- Niech Twoi chłopcy przeszukają tę nekropolie. Bądźcie ostrożni – uprzedził moje myśli Gabriel.
- Myślisz że tu jest? – zapytałem. Pokiwał głową.
- Prawie zdążyliśmy dlatego aura nie jest silna. Myślę że wcieliła się w ciało Syna Adama, ale wciąż jeszcze nie panuje nad nim całkowicie. – Gabriel spojrzał na mnie przychylniej. – twoja sławna pukawka może się przydać. Poszukajmy śladów w bunkrze.
Ciemny był ten las. Ruszyliśmy.
***
Oślepiło mnie silne światło. Przeżarte rdzą drzwi wydały donośny zgrzyt gdy je odsuwałem. Czułem narastający przypływ paniki. Coś się czaiło w środku. Mój umysł zauważył że to nieracjonalne, ale spróbowałem zamknąć drzwi za sobą i uciec. Odwróciłem się by uciekać gdy zobaczyłem dwóch kolesi, wyłaniających się z lasu, wyraźnie zdziwionych na mój widok. Ten wyższy ruszył w moją stronę szukając czegoś w kieszeni marynarki. Ten widok przypomniał mi momentalnie setki kiczowatych amerykańskich filmów z Dżemsem Bondem wiec od razu rzuciłem się biegiem w krzaki. Niestety bose stopy nie są najlepszym środkiem lokomocji szczególnie po iglastym lesie pełnym ruin, kamieni i rozbitego szkła. Po kilku krokach runąłem więc jak długi na ziemie na jakiejś szyszce – uratowało mi to życie bo kula przeleciała nade mną. W tym momencie wybuchły drzwi od bunkra. Świat zawirował a ja uleciałem w niebyt.
***
- Stój! - krzyknął Gabriel, widząc jak wyjmuje gnata i strzelam do małego. Zrobiłem to odruchowo. Z bunkra wyraźnie wyczuwało się zło a dzieciak był cały we krwi i nagi. Szczęściem nie trafiłem. Gdy szykowałem się już do powtórnego wystrzału coś wywaliło od środka drzwi przez które przed momentem wyszedł chłopak. Grube, na oko pięć cali, blachy wygięły się i odpadły na kilkanaście metrów. No no - pomyślałem – zaczyna się na poważne. W czeluści bunkra, widać było tylko ciemność.. i czuć było namacalne zło. Nie wahałem się już - puściłem całą serie z półautomatycznego pistoletu w kierunku otworu i rzuciłem się biegiem w jego stronę, na plecach namacawszy zimny ciężar mojego niezawodnego Lokiego. W ciemności zamajaczył niewyraźny kształt, po chwili z czeluści wyłoniło się... raczkujące dziecko. Gdzieś na granicy słyszalności dotarł do mnie krzyk przerażenia Gabriela. Pomodliłem się w duchu by zdążył sprowadzić Michała i jego Zastępy zanim Antychryst mnie wykończy. Bo to że wykończy było oczywiste - jedyne co mogłem to odwlec ten moment. Zyskać parę sekund dla tego świata. Wziąłem zamach i ciąłem ciężko z góry w dziecięcą, uroczą postać. Przez nanosekundę poczułem niesmak w ustach że robię krzywdę dziecku – jednak zło przybiera różne postacie. Zaatakowałem, a malec spojrzał na mnie niebieskimi oczami, na ich dnie zobaczyłem jednak piekło... BUM! potem czułem już tylko ciszę. I ciemność. I ból.
***
Michał ucieszył się. Mentalny komunikat Gabriela sprawił że biegli teraz na oślep przez krzaki i chaszcze na spotkanie z pradawnym złem , które najprawdopodobniej zniszczy ich wszystkich. Ale Michał czuł się szczęśliwy - po stuleciach spędzonych na bezużytecznych posterunkach, po milionach przerzuconych papierów za biurkiem znów miał okazje stanąć z Nim oko w oko. Wzdrygnął się lekko. Wciąż pamiętał ich pierwsze starcie. Nie był wtedy archaniołem nawet. Nie miał prawa wygrać. Ale wygrał. I tym razem też musi odnieść zwycięstwo. Spojrzał na swoich chłopców. Osłonią go ogniem zaporowym który osłabi JEJ moc. Polana zamajaczyła w oddali. Niebieski blask Gabriela ustępował powoli Cieniowi. Wyglądało to tak jakby kłęb czarnego dymu próbował zadusić niebieskawą świeczkę. Dziecię mroku otoczone czerwonawą poświatą najwyraźniej wygrywało. To tylko kolejna emanacja pomyślał. Spojrzał na swoje Zastępy. Robiliśmy to już setki razy. Widział w ich oczach niezłomność. I śmierć. Zaatakowali w ciszy. W oddali skowytał wiatr. Zanosiło się na potężną burze. Pierwsza kropla uderzyła o Ziemie.
***
Chłopiec przebudził się. Wstrząsnął nim dreszcz gdy na jego prawie nagie ciało zaczęły spadać zimne krople. Gdzieś w oddali słyszał świst kul i implozje energii. Otworzył oko. Spokojne niegdyś polana zamieniła się w widowisko batalii, jakie można było zobaczyć tylko na średniowiecznych obrazach. Oto białoskrzydłe Anioły spadały z nieba dzierżąc miecze w ręku by walczyć z Szatanem. Otaczała ich zimna niebieskawa aura podczas gdy Zły emanował ciepłą Czerwienią. Przyjrzał się uważnie. Raczkujące niemowlę, ruchem malutkiej rączki i niewinnym spojrzeniem panowało nad mocą która strącała oddziały Skrzydlatych. Anioły wyglądały z bliska na dorosłych, wprawionych w bojach – także karczemnych – zabijaków. Pewne uduchowienie w rysach było wspólne im wszystkim, choć obecnie wspólna była także nienawiść. Nie poczuł do nich sympatii. W tym momencie Dziecko spojrzało mu prosto w oczy. I wtedy zrozumiał.
***
Gabriel otarł pot z czoła. Na delikatnej, wypielęgnowanej skórze dłoni widniały teraz liczne krwawiące zadrapania i poparzenia. Ludzka skóra jest taka nietrwała- pomyślał.
Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - uznał widząc Aniołów niosących kolejne zwłoki. – Problem z Azraelem sam się rozwiązał, a ja jadę do domu. - Stłumił grymas zadowolenia.
- Na pewno dokładnie przeszukaliście? – zapytał dla formalności. – Anielica z oddziału spojrzała na niego z wyrzutem. Na szczęście nadszedł Michał wiec nie musiała odpowiadać. Młody Archanioł poprawił rękę na temblaku i zerknął na czasomierz.
- Za parę minut tu będą. Gotowy? – uśmiechnął się promiennie.
Gabriel poczuł pokusę żeby poklepać go niechcący po złamanym obojczyku, ale przemógł się i odwzajemnił uśmiech.
- znowu Ci się udało Archaniele. Córka naszego Boga i tym razem ci uległa – rzekł z uznaniem.
Michał pokraśniał z dumy. Jakże łatwo było nim manipulować pomyślał Gabriel. Aż dziw że Dół tego jeszcze nie wykorzystał. Swoja drogą, piekielnie silna z niego bestia. Gdyby nie przebił mieczem Dziecka na czas byłoby po mnie. Byłoby po nas wszystkich. Gabriel ruszył w stronę lądowiska uspokojony. Nagle przystanął na moment i rozejrzał się. Ani śladu tego dzieciaka który miał być złożony w ofierze. Wzruszył ramionami. To przecież bez znaczenia.
Chwile później byli już w drodze do Nieba.
***
Obudził go głuchy łomot w uszach. Potrząsnął głową ale spowodowało to tylko zawroty. Spróbował poruszyć ręką. Nie czuł jej. Nie czuł w zasadzie nic prócz bólu w skroniach i łomotu w uszach. Co gorsza, nie mógł też oddychać. Zastanowił się chwile nad własna tożsamością, ale bezskutecznie. Nagle jego zmysły wybuchły milionem doznań. Milion różnych odcieni bólu i cierpienia. Ale poczuł że znów żyje. Znów miał ciało i dusze. I pamięć. Poderwał się do lotu - wierzgnął nogą napotykając na coś twardego. Nagle zachłysnął się dawką świeżego, zimnego powietrza. Otwarte oczy ukazały mu w końcu gdzie jest. Zbiornik retencyjny na dnie którego wylądował przed chwilą był na tyle płytki że mógł stanąć na palcach i nadal miał czym oddychać. Przełamując ból, spróbował dostać się na brzeg- na poły płynąc, na poły idąc dotarł do drabinki. Było tu nieco jaśniej - mógł przyjrzeć się swoim dłoniom- a raczej temu co z nich zostało. Prawa, poharatana przez wybuchający pistolet, nie nadawała się już do niczego lewa wyglądała nieco lepiej – złapał więc uchwyt od drabiny próbując wyjść. Dłoń ześlizgnęła się a on wpadł z powrotem do wody. Spróbował raz jeszcze. Wytężając siły zdołał się podciągnąć jedna ręką na tyle by znaleźć oparcie dla stopy. Potem było już łatwiej. Wyszedł w końcu i padł znużony na ziemie. Przez chwile długa jak wieczność chwytał gorączkowo oddech. W końcu zabrał się w sobie i spróbował wstać. Upadł na twarz. Zaczął czołgać się w kierunku w którym jak sądził był bunkier. Musiał zdążyć zanim Zły wykończy ich wszystkich. Musiał powiedzieć Gabrielowi. To nie była pojedyncza emanacja. Dziecko było tylko Demonem. Prawdziwe niebezpieczeństwo czaiło się gdzie indziej...
Za plecami usłyszał szum. Przewrócił się na plecy i zobaczył tylko niknące światełka oddalającego się Gwiazdolotu.
- Za późno- wyszeptał
Słońce było już wysoko nad horyzontem, nieuchronnie zmierzając do zenitu. Azrael zdziwił się, czyżby to wszystko trwało tak krótko? Spojrzał na beztrosko czyste niebo. To ostatnie spokojne chwile tego świata. W ciszy pięknego letniego poranka, witany śpiewem leśnych ptaków, nadszedł Armageddon.