Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Czarownica z morza

mandru ·

Od trzech tygodni w tym kraju i nie udało mi się przyzwyczaić do klimatu. Jak ludzie mogą mieszkać w takiej piwnicy? Ciemno tu i zimno. Szlag by to trafił!
Szedłem leśną drogą i rozcierałem ręce, marudząc pod nosem. Zwykle nie gadam do siebie, ale w tamtym przypadku dawało to ujście moim negatywnym emocjom. Było na co się wściekać. Zimny, wilgotny wiatr wpijał się we mnie, dziobał w dłonie i wgryzał się w uszy. Dwie godziny wcześniej spieniężyłem w karczmie stojącej na skrzyżowaniu dróg konia i czmychnąłem, na wypadek gdyby nabywca zorientował się, że zwierzę kuleje. Liczyłem, że człowiek nie wytrzeźwieje jeszcze kilka dni, bo przywłaszczyłem sobie również jego sakiewkę. Dopiero w drodze zorientowałem się, że pozbawiłem go środków do... picia, lecz nie miałem żadnych skrupułów, okradając takich typków. Uśmiechnąłem się do siebie. Jeśli mnie nie okłamali, to za około dwie godziny powinienem dotrzeć do nadmorskiej wioski o nazwie Hoodaj. Stamtąd popłynę na południe i będę mógł zapomnieć o tym lodowym piekle. Co ciekawe, nie spadł jeszcze pierwszy śnieg!
Ciężkie, szare chmury niosły grzmot rozbijających się o brzeg fal. Byłem na miejscu! Droga stała się szeroka, miejscami brukowana. Prowadziła prosto do morza. Po jej obu stronach wyrosła spora i na pierwszy rzut oka dość bogata wieś. Jak pozostałe tego typu osady, charakteryzowała się spiczastymi dachami domostw, lecz przy każdym z nich można było dostrzec sieci, łódź lub inne akcesoria rybackie. Poza tym posiadała niewielką świątynię. Spojrzałem na unoszący się z kominów dym i od razu zrobiło mi się przyjemniej na myśl o cieple paleniska i gorącym posiłku. Niejako instynktownie skierowałem się w stronę karczmy. Wszedłem do środka. Lokal pełen był ludzi, jednak nie dało się tego odczuć. Było cicho, smętnie. Nie przejąłem się tym, tylko poprosiłem panny, by zrobiły mi miejsce przy palenisku, bym mógł się ogrzać i osuszyć. Poprosiłem o pierwszy lepszy alkohol i utkwiłem wzrok w płomieniach.
- Kim jesteś? – usłyszałem kobiecy głos. Odwróciłem się w prawo. Patrzyła na mnie rudowłosa, ubrana po męsku wieśniaczka, lat około czterdziestu.
- Podróżnikiem – odparłem. – Trafiłem tu właściwie przez przypadek i chciałbym popłynąć na południe – wyszczerzyłem zęby.
- Imię masz?
- Kao.
- Dziwnie gadasz.
Nasza konwersacja skończyła się tak niespodziewanie, jak zaczęła. Zapewne kobieta wniosła po akcencie, że lepiej ze mną nie rozmawiać, bo jestem zbyt obcy. Piłem dalej (nie pamiętam już co) i delektowałem się ciepłem. Dziwne – pomyślałem. – Ciasne pomieszczenia, chłód na zewnątrz i intymny mrok wewnątrz sprzyjają towarzyskiej atmosferze. Szczególnie wśród swoich! Karczma, którą opuściłem parę godzin temu wręcz dudniła od podniesionych głosów. A tu? Szepty lub milczenie. Skończyły im się tematy do rozmów? A może na coś czekają?
- Masz szczęście, że wybiliśmy wszystkie wilki – odezwała się niespodziewanie Rudowłosa.
- Słyszałem – kiwnąłem głową. – Czy ktoś mógłby mnie za drobną opłatą zawieść łodzią na południe? – Kobieta spojrzała na mnie jak na wariata. Postanowiłem zmienić temat. Najwyraźniej nie była kompetentna.
- Co się stało, że tak wszyscy milczą? Jeśli można spytać...? – Ci wszyscy spojrzeli w moją stronę. Zdałem sobie sprawę, że wiele uszu jest skierowanych na mnie od jakiegoś czasu.
- Same nieszczęścia. Pogoda nie pozwala wypłynąć już od dwóch tygodni, człowiek którego żeśmy wysłali z dużą liczbą pieniędzy, by sprowadził kapłana do świątyni, tej nowej, którąśmy dopiero co zbudowali, nie wrócił, no i ta sprawa... Zły omen.
Człowiek przeze mnie okradziony, nazywany był przez swego towarzysza ojczulkiem... Uśmiechnąłem się dyskretnie. Nawet tu kapłani są tacy sami jak u nas!
Nagle w izbie zapanował harmider. Ludzie podnieśli tyłki i coraz szybciej kierowali się w stronę wyjścia, niosąc na ustach lekko drżące słowa: „To ona!”, „Mają ją!”. Wyszedłem na podwórze. Niebo się rozpogodziło a wiatr złagodniał, co dziwiło kilku moich sąsiadów. Gdy tłum się rozluźnił, dostrzegłem zbliżającą się z naprzeciwka grupkę mężczyzn. Gdy wyszli z cienia rybackich, nadgniłych chat, zauważyłem, że dwóch z nich ciągnie, a właściwie wlecze, jakąś dziewczynę.
- Oto i ona! – krzyknął jeden z mężczyzn, ciskając więźnia na ziemię tuż pod stopy gapiów. Dziewczyna cała się trzęsła. Była brudna i zakrwawiona, ubrana tylko w starą, postrzępioną narzutę. Uniosła się i rozedrgana spojrzała w górę. Spomiędzy czarnych, splątanych włosów spojrzały... właściwie nie oczy, ale dwie fioletowo-czerwone bulwy. Napuchnięte wargi rozwarły się lekko. W tym momencie mężczyzna ponownie chwycił ją za ramię i uniósł.
- No to chyba nasze nieszczęścia się skończyły! – uśmiechnął się pogardliwie rybak. Miał niewielką brodę i długie, złote włosy wiszące wokół sporawej łysiny. Sprawiał wrażenie agresywnego z natury jełopa. Jego wiek oceniłem na trzydzieści parę lat.
Tłum milczał. Byłem światkiem typowego linczu, lecz ludzie nie wykrzykiwali obraźliwych epitetów, nie pluli, nie kopali. Być może dlatego, że wleczona właśnie w stronę morza dziewczyna była już nieźle pobita i zapewne brutalnie zgwałcona. Jakiegoż przestępstwa musiała dokonać, że zasłużyła sobie na taki los? Została oskarżona o czarną magię? To możliwe, tym bardziej, że obiły mi się o uszy przyciszone głosy nazywające ją czarownicą z morza. Konała, ale nie od ran i chłodu miała umrzeć. Przygotowano naprędce linę oraz worek kamieni i wrzucono je wraz z oskarżoną do łodzi. Mniejsze niż jeszcze godzinę temu fale zdawały się potwierdzać zarzuty formułowane wcześniej przez Rudowłosą. Zły omen. Mężczyźni ratujący swą wieś przed złem mieli już odpływać, kiedy krzyknąłem:
- Zaczekajcie! – Spojrzeli na mnie. – Mogę płynąć z wami?! – Zdezorientowani, patrzyli na mnie kilka sekund, a potem ich dowódca zrobił minę mówiącą: „Myślisz, że to wycieczka, idioto?”.
- Zapłacę! – uprzedziłem jego słowa i pokazałem kilka monet.
- Wchodź – odparł. – Będziemy mieli świadka.
Wypłynęliśmy. Dwóch mężczyzn wiosłowało, trzeci siedział przy mnie na rufie. Patrzyłem na dziewczynę leżącą u dziobu. Płakała. Aż dziw, że jeszcze miała czym. Po dziesięciu minutach przywódca kazał się zatrzymać i przeszedł między wioślarzami. Uniósł dziewczynę i okręcił jej linę wokół szyi.
- Zdychaj suko – wycedził i splunął swej ofierze w twarz.
Worek kamieni wpadł do wody i raptownie pociągnął za sobą umęczone ciało. Zapanowała cisza. Wszyscy patrzyli na powierzchnię morza, która po chwili nie zdradzała już, że coś szczególnego się wydarzyło. W miarę jak wracaliśmy, niebo robiło się czystsze i dało się podziwiać zachodzące słońce.
Wyszedłem na brzeg i od razu ruszyłem do karczmy, zostawiając za sobą teraz już bardziej ożywiony tłum. Nie czekając aż wróci karczmarz, nalałem sobie kubek wina i usiadłem przy ławie pod ścianą. Po co ja wsiadałem do tej łodzi? – zadałem sobie pytanie. Nie mogłem oczywiście pomóc dziewczynie, ale nie musiałem przyglądać się egzekucji! To było prymitywne zachowanie, jednak moje zadanie polega na obserwowaniu ciekawych wydarzeń, a to takie było...
Jeżeli ofiara naprawdę parała się czarną magią, to warto wypytać ludzi co i jak. Późnym wieczorem załatwiłem sobie nocleg w jakiejś szopie. Musiałem dopłacić za dodatkową ilość koców, ale nawet wino nie rozgrzało mnie na tyle, by zapaść w dostatecznie głęboki sen. Słyszałem jak Jełop w pijackim amoku wykrzykiwał coś w środku nocy, dopóki ktoś go uciszył.
Następnego dnia po śniadaniu postanowiłem najpierw załatwić sobie transport. Karczmarz mnie wyśmiał. Powiedział, że skoro pogoda się poprawiła, łodzie i tak wypłyną na połów. Zmieniłem temat, pytając o wczorajszą ofiarę.
- To była czarownica z morza. Nieszczęście! – karczmarz splunął. – Odkąd się pojawiła, pogoda zeszła na psy, Kron zaginął z pieniędzmi na kapłana, niech to szlag. Ale najgorsza zbrodnia, to było zamordowanie starego Fainsa...
- To prawda – usłyszałem za sobą kobiecy głos. To była Rudowłosa. – Dobrze, że nie żyje. Przez samo jej bycie tutaj, ludzie źle się czuli.
- Zamordowała tego... Fainsa? – spytałem.
- I odgryzła mu grdykę.
- Dlaczego?
Karczmarz uznał zapewne, że jestem zbyt wścibski, bo powiedział kierując na mnie palec:
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła! – i zniknął na zapleczu.
- Chodź, panie Kao – zwróciła się do mnie Rudowłosa. – Przejdźmy się.
Dzień był pogodny. Wieśniacy konserwowali łodzie, bawili się swoimi rybackimi zabawkami. Wieczorem mieli wypłynąć, by postawić sieci. Ruszyliśmy z Rudowłosą w kierunku, z którego została przywleczona dziewczyna. Droga prowadziła w górę.
- Stary Fains był jej opiekunem – zaczęła kobieta. – Wiele razy powtarzał, że ma w domu skarb, aż pewnego dnia pojawił się z nią. Była piękna i zdrowa. Nie odzywała się dużo. Wszyscy myśleli, że to może jego córka, albo niewolnica, albo nie wiadomo co. Stary mieszkał na odludziu i nikt go nie odwiedzał. Każdego wieczora rozpalał na klifie ognisko, jak za dawnych czasów. Wtedy pływały tędy okręty. – Rudowłosa zamilkła na chwilę. – W końcu wygadał jak jest naprawdę. Znalazł ją na brzegu, po drugiej stronie klifu. Leżała nieprzytomna i goła. Nie wiedziała kim jest. Zupełnie nie miała pamięci. Tylko, że nawet nie potrafiła mówić na początku!
- Nie rozumiem – wtrąciłem. – Chcesz powiedzieć, że znalazł ją nagą, nieprzytomną i do tego nie umiała mówić? Nie wiedziała kim jest? Jak to pokazywała?
- Nauczyła się mówić! Uczyła się jak dziecko! Czasami, jak człowiek wpadnie do lodowatej wody, to traci pamięć albo zmysły. Ale jej żadna pamięć nie wróciła. Chodziła po wsi i pytała, czy ktoś ją zna. Tak minął miesiąc, a w wiosce zaczęły się dziać dziwne rzeczy.
- Jakie?
- Dziwne. Wypadki, bardzo wczesna jesień... Ktoś przypomniał sobie legendę o wiedźmie zrodzonej przez morze. To okropna legenda, a każda legenda ma w sobie ziarno prawdy. Ludzie się zmartwili...
- Rozumiem – powiedziałem. – A co z Fainsem?
- Wczoraj rano znalazł go Ertiw.
- Kto to?
- Ten z łysiną. Lubił Fainsa.
- Gdzie go znalazł? W jego domu, czy gdzieś w pobliżu wioski? – Podobno Fainsa nikt nie odwiedzał, więc skupiłem się na odpowiedzi.
- W domu.
Chciałem zapytać jeszcze, jak bardzo Ertiw lubił starca i jak się to objawiało. Za co go lubił? Możliwe przecież, że wykorzystał dziewczynę, by zatuszować własną zbrodnię. Powstrzymałem się jednak, gdyż zabawa w żandarma w takiej wiosce mogła się dla mnie źle skończyć. Czasem gdy ludziom pod nos podstawisz czarne, to i tak powiedzą, że to białe. Zmieniłem temat:
- Dlaczego ze mną rozmawiasz? – spytałem, zatrzymawszy się na chwilę.
- Brak mi męskiego towarzystwa – odpowiedziała Rudowłosa odgarniając włosy za ucho.
- Jesteś przedniej urody kobietą! – uśmiechnąłem się. – Jakoś nie chce mi się w to wierzyć.
- Po śmierci męża musiałam stać się twarda i niedostępna. Nie mam tu synów ani braci, którzy by mnie obronili.
Ruszyliśmy dalej. Patrząc na prześwitujące przez chmury słońce, zastanawiałem się, jak wygląda życie na takim odludziu. Tereny były słabo zaludnione ze względu na kamienistą glebę. Mało było okazji do wymiany doświadczeń i poglądów. A do tego stary Fains mieszkał poza wioską. Jaką miał naturę? Może był romantykiem? Utracił niegdyś ukochaną i postanowił, że od tamtej pory jest martwy dla świata? Albo był poszukiwanym przestępcą, może piratem? Mogłem o to zapytać Rudowłosą, jeśli w ogóle coś wiedziała, ale po co ryzykować, że odpowiedź będzie błaha i nieciekawa?
Moja skłonność do wymyślania różnych historii wynika z faktu, że podróżuję samotnie i stanowi to dla mnie jakąś rozrywkę. Ale bez obaw, nic mi się nie miesza – odróżniam prawdę od fikcji, gdy zdaję raport mojemu mistrzowi.
- To tutaj – odezwała się Rudowłosa.
Wyszliśmy zza skał i moim oczom ukazała się niska chata, którą otaczał niewielki wał z kamieni. Obok stała mała szopa, wygódka i wędzarnia. Tutaj mieszkał Fains. Weszliśmy do środka. Wnętrze chaty stanowiła jedna izba podzielona na kuchnię, sypialnię i zaplecze gospodarcze. To jedyne co dało się powiedzieć, gdyż wszystkie sprzęty walały się po podłodze. Stoczono tu walkę... Raczej Ertiw rzucał dziewczyną dookoła zanim ją zgwałcił. Na posłaniu była krew, ale nie w takich ilościach, jakie wskazywałyby na to, że komuś w nim odgryziono grdykę. Po chwili spostrzegłem też, że szafki i schowki były pootwierane.
Zdałem sobie sprawę, że żadnych śladów odprawiania czarnej magii nie znajdę. Rozwiązanie tej zagadki i tak nie miało większego sensu – w dziwnych okolicznościach pojawiła się dziewczyna; ktoś mógł ją wykorzystać do ukrycia swojej zbrodni, a wieś złożyła na nią winę za wszystkie nieszczęśliwe wypadki, które ją spotkały. Za bardziej błahe zdarzenia zabijano niewinne osoby.
Musiałem ruszać w drogę, wykorzystać lepszą pogodę.
Nagle moją uwagę zwrócił długi przedmiot wystający spod wilczej skóry leżącej na podłodze. Podniosłem go i mym oczom ukazał się stary, zardzewiały miecz. Miecz ten byłby po prostu zabytkowym żelastwem, gdyby nie jego kształt. Był długi, lekki, dwuręczny z lekko zakrzywioną głownią. Obejrzałem się za siebie – Rudowłosa czekała na zewnątrz, oglądając kopiec z kamieni, leżący tuż przy chacie. Cicho wypowiedziałem zaklęcie odwracające czar maskowania (jaki sam miałem właśnie na sobie), tak na wszelki wypadek. Ku mojemu zaskoczeniu, w mych rękach pojawiło się zdobione złotem arcydzieło z hartowanej stali i krwiście czerwonego drewna. Szybko zamaskowałem miecz i wyszedłem.
- Wracamy? - spytała Rudowłosa.
- Tak – odparłem nieco podekscytowany, co moja towarzyszka wyczuła.
- Znalazłeś coś ciekawego?
- Nie, ale ktoś czegoś szukał – opanowałem głos. – To nieładne, szabrować w domu zmarłego. Szafki były pootwierane.
- Staremu nic się już nie przyda – odparła kobieta, gdy minęliśmy zakręt. Wymownie spojrzała na przedmiot w moim ręku. – Może kobiety szukały jakichś rzeczy, żeby mu włożyć do grobu.
- No tak – powiedziałem nieco zażenowany.
Wróciliśmy do wioski, lecz zanim doszliśmy do głównej drogi, Rudowłosa skręciła w lewo, stając u tylnich drzwi jednego z domów. Było południe.
- Wejdź – powiedziała tonem rozkazu.
Wszedłem.
Dwie godziny później przekroczyłem próg karczmy, by odebrać zdeponowany tam plecak i kupić nieco pożywienia na drogę.
- Już nas opuszczasz? – karczmarz zaśmiał się głośno. – Nikt nie chciał cię podwieźć?
Nie odpowiedziałem. Nałożyłem plecak, stanąłem w drzwiach i spojrzałem w niebo. Znowu się zachmurzyło i poczułem, że zbliża się ten przeklęty, zimny wiatr. Nie pozostawało mi nic innego, jak ruszyć do karczmy na skrzyżowaniu dróg i może ukraść jakiegoś konia. Bałem się jedynie, że Kron i ojczulek idą mi naprzeciw. Nie stanowili dla mnie zagrożenia, ale nie lubię hałasu. Upewniłem się, że moje cenne znalezisko jest dobrze zapakowane (stary Fains rzeczywiście miał skarb! Ale czy znał się na czarach?), skierowałem się w stronę linii lasu. Zostałbym w wiosce Hoodaj, nie tylko po to, by rozwikłać zagadkę linczu, ale i po to, by posłuchać tutejszych legend, m.in. o czarownicy z morza. Jednak atmosfera tego miejsca była dla mnie zbyt ponura. Nie miałem co liczyć na jakiegoś starego gawędziarza. Zresztą wioska i tak była na wymarciu. Z tego co zauważyłem, kilka domów stało pustych.
Gdy doszedłem do pierwszych drzew, obróciłem się z nadzieją, że nie zobaczę zbliżającej się do mnie Rudowłosej (nawet nie wiem, jak ma na imię), która również postanowiła wynieść się z Hoodaj. I zobaczyłem ją! Zbliżyła się do mnie szybkim krokiem. Nie miała żadnych tobołków.
- Zostawiłeś to – powiedziała, wyciągając dłoń z moją sakiewką. Zapomniałem, że mam dwie. Uśmiechnąłem się. – Jesteś bardzo roztrzepany.
- A ty jesteś bardzo uczciwa. Dziękuję ci!
- Kao – odezwała się po chwili milczenia.
- Tak?
- Kim jesteś?
- Dlaczego pytasz? – zaniepokoiłem się wyrazem jej twarzy. Czyżby mnie przejrzała?
- Rzadko ktoś nas odwiedza, a ty zjawiłeś się akurat w dniu, kiedy zginął Fains i Yoanell.
- Yoanell? – spytałem z ulgą.
- Takie imię dał jej stary.
Zrobiło się ciemniej, a na horyzoncie dało się dostrzec padający deszcz. Rudowłosa czekała na odpowiedź.
- To żaden omen – powiedziałem. – Pojawienie się Yoanell to zagadka, ale nie przez nią działy się dziwne rzeczy. Spójrz na tę wioskę. – Odwróciła się bokiem. – Czy trudno byłoby mi ich przekonać, że ty jesteś winna wszystkim drobnym wypadkom? Niepogoda, nuda, zdenerwowanie – to może budzić w ludziach demony. Ale nie w Niej. Gdyby była czarownicą, to nie dałaby się pobić, zgwałcić i wrzucić do morza!
- Więc dlaczego zginął Fains?
- Może dlatego, że mówił o skarbie, który posiadał? Może przez przypadek? – Nabrałem powietrza. – Myślę, że zrobił to Ertiw. Pozbawił trupa grdyki, by wyglądało to na atak bestii, a że wszystkie wilki wybiliście... Zresztą, nie zauważyłem wielkiej plamy krwi w chacie Fainsa, ani obok. Zdążył ostygnąć, albo został zabity gdzie indziej. Tak czy owak Ertiw kłamał.
- Jak to udowodnić?
- Nie da się! Nie ma tu sądu, któremu trzeba by przedstawiać jakieś dowody. Jedyny sąd jaki widziałem, to był sam Ertiw! Trzymaj się od niego z daleka.
Zapanowała cisza, którą przerwał odległy grzmot. Nawet pogoda potwierdzała fakt, że zabito tu niewinną, i tak już skrzywdzoną osobę. Zrobiło mi się smutno, a na myśl, że przede mną długa, być może piesza droga, poczułem złość. Pomyślałem, że schowam się na noc w lesie i mimo burzy, nie będę wracał do wioski.
Nagle mych uszu dobiegł odgłos tłuczonych metali. Ktoś bił w gary, co stanowiło typowy sygnał alarmowy na wsi. Coś się stało. Ruszyliśmy biegiem w stronę chat, z myślą, że być może kogoś na morzu zaskoczyły fale i potrzeba mu pomocy.
We wsi już padał słaby deszcz. Ludzie stali przerażeni po bokach ulicy, a jej środkiem szła ona – czarownica z morza. Była naga. Czarne, mokre włosy opadały jej na ramiona. Nie miała na sobie śladu pobicia. Rozglądała się dookoła, powoli obracając głowę. Jej twarz wyrażała chłodną obojętność. Naprzeciwko karczmy skręciła w prawo i ruszyła w górę – w kierunku chaty Fainsa. Część ludzi pozamykała się w domach, część ruszyła za czarownicą.
Jednak się myliłem – powiedziałem sobie. To ja wyciągnąłem łatwe wnioski, broniłem tezy, którą od razu sam sobie podświadomie postawiłem. Nie jestem lepszy od tych wieśniaków! Ale co ich teraz czeka? Zemsta? Piękna Yoanell znajdzie swego przybranego ojca pod kopcem kamieni i zniknie? Czy poodgryza nam gardła? Szedłem na przedzie korowodu, pięć metrów za nią. Co ja plotę! Sentyment jej tam nie ciągnie! Jeśli sama zabiła Fainsa, to ma inny cel. Miecz?
Serce biło mi szybko. Panikowałem. Dałem się ponieść atmosferze! Dość! Uspokoiłem się. Stawiałem już czoła groźnym czarodziejom i czarodziejkom. Brałem pod uwagę fakt, że nie mam do czynienia z człowiekiem, a wobec tego nie wiedziałem jak się bronić. Jeśli Yoanell była demonem, to może jakoś uda mi się ujść z życiem. Wiedziałem jednak, że muszę być przy tym do końca.
Dziewczyna stanęła naprzeciw kopca z kamieni, wewnątrz wału otaczającego chatę starca i znieruchomiała na chwilę. Potem powoli odwróciła się w prawo, jakby dostrzegła jakiś ruch. Nagle wbiegła do chaty i dało się słyszeć męski krzyk. Ruszyłem za nią, lecz zostałem odepchnięty, przez wybiegającego Ertiwa. Upadłem na ziemię, a tuż przede mną pojawiła się Yoanell. Minęła mnie powoli, po czym przyspieszyła i wykonując ogromny skok, spadła na swoją ofiarę. Powaliła Ertiwa i przyłożyła swe szczęki do jego gardła.
- Stój! – wrzasnąłem w jej stronę. Znieruchomiała. – Czy tego szukasz? – Wstałem, rozpakowałem miecz i zdjąłem z niego czar maskujący. Wyciągnąłem rękę, by mogła go wyraźnie zobaczyć.
- Nie – odpowiedziała spokojnie dziewczyna, po czym zacisnęła szczęki na gardle Ertiwa. Trysnęła krew. Ertiw w tym momencie jakby się przebudził - złapał się za szyję, wstał i zalewając się posoką pobiegł przed siebie.
Wybuchła panika. Ludzie uciekali niczym w amoku. Została jedynie Rudowłosa. Spojrzałem na nią, potem na Yoanell stojącą w milczeniu nad grobem Fainsa.
- Powiedz swoim ludziom – zwróciłem się do Rudowłosej - że nie mają się czego bać. Bogowie pozwolili dziewczynie wrócić, by zabić oprawcę swego przybranego ojca w taki sposób, w jaki on zabił jego.
- Mam nadzieję, że tym razem masz rację – powiedziała kobieta, odgarniając z czoła mokre włosy.
- Nie mam. Ale tak właśnie kończą się legendy: sprawiedliwą zemstą. - Zapanowała cisza, która wypełniła powietrze dźwiękiem coraz mocniej padającego deszczu. - Tak czy owak żadne samosądy i gusła na nic się nie zdadzą. Idź! Ja zostanę. I nie bój się – dodałem zaraz. – Nie mam z nią nic wspólnego. Mogę jej i wam pomóc.
- W takim razie masz z nią coś wspólnego – odparła Rudowłosa. – Powiem ludziom, że dokonała się sprawiedliwa zemsta i że Kao, wędrowiec, został wezwany przez Bogów, żeby pomóc nam zrozumieć tę prawdę.
Odprowadziłem Rudowłosą wzrokiem, a gdy znikła, zbliżyłem się powoli do Yoanell i objąwszy ją, zaprowadziłem ją do chaty. Świętej pamięci Ertiw (pewnie się już wykrwawił) nie narobił większego bałaganu, niż panował tu wcześniej. Ogarnąłem posłanie, znalazłem czysty koc i okryłem nim dziewczynę. Usiadła, a ja zająłem się wycieraniem jej włosów – choć po chwili zorientowałem się, że nie przejawia objawów zmarznięcia. Przecież jest ożywieńcem! Rozpaliłem ogień i osuszyłem włosy. Gdy upchnąłem rozwalone po podłodze przedmioty w jeden kąt, usiadłem na taborecie naprzeciw czarownicy z morza.
- Yoanell – odezwałem się. Siedziała skulona, opierając się o ścianę.
- Co?
- Co teraz?
- Nie wiem – odpowiedziała spokojnie. Uniosła głowę i spojrzała na mnie dużymi, czarnymi oczami. Miała okrągłą twarz, prosty nos i wyraziste brwi. Wyglądała na około dwadzieścia lat.
- Co ostatnie pamiętasz?
- Jak stoję w wodzie przed wioską.
- A wcześniejsze wspomnienie?
- Worek kamieni ciągnie mnie w dół.
Powoli wypuściłem powietrze. Wstałem i wystawiłem na zewnątrz garnek, by napełnił się wodą deszczową. Wyjąłem z plecaka kawałek chleba i podzieliłem go na dwoje. Yoanell jednak odmówiła. Nie spuszczała ze mnie wzroku.
- Jesteś jakiś inny. – Zmrużyła oczy. – Nie jesteś prawdziwy.
Uniosłem dłoń do twarzy, a gdy ją opuściłem, dziewczyna ujrzała me prawdziwe oblicze. Moja skóra była ciemniejsza niż mieszkańców Hoodaj, uszy i oczy miały inny kształt.
- Też jesteś obcy – uśmiechnęła się, co było naprawdę ładnym widokiem.
- Uważasz, że nie jesteś stąd? – spytałem.
- Nie jestem stąd. Nie wiem skąd jestem. Nie interesuje mnie też to – wskazała miecz leżący na stole, aktualnie owinięty szmatą. – Ale jeśli mówiłeś prawdę, moje zadanie zostało wypełnione, więc muszę wrócić tam, skąd przyszłam.
- Do morza... Lecz najpierw pozwolę sobie napić się wywaru z baju. Potem możemy iść do wsi i pożyczyć łódź. Poradzę sobie z falami.
- Dziękuję.
Zawiesiłem garnek nad ogniem i nasypałem ziół baju do dwóch drewnianych kubków. Yoanell przyglądała mi się. Z jednej strony przejawiała całkowitą obojętność na wszystko – przecież zabiła człowieka! Mało tego! Nie trzęsła się z zimna, nie była głodna. Z drugiej jednak strony zainteresowała się moim osobliwym wyglądem. Zbliżyłem się do niej i przyłożyłem swoją dłoń do jej szyi. Wyczułem puls. Odwróciłem się do niej plecami, podszedłem do stołu i chwyciłem piętkę chleba. Tak raptownie i mocno jak tylko umiałem, obróciłem się i rzuciłem nią w Yoanell. Chleb trafił dziewczynę prosto w czoło.
- Co robisz?! – krzyknęła. Po chwili się uspokoiła. – Mówiłam przecież, że nie jestem głodna.
Zaśmiałem się głośno. Ale sytuacja była poważna. Oto przede mną siedziało stworzenie nie z tego świata. Istota o dwóch twarzach, która potrafiła wykonać ogromny skok i bez zmrużenia oka zabić człowieka, a jednocześnie żywa, inteligentna i posiadająca poczucie humoru. Tutejsi bogowie są zabawni. Prawdopodobnie po dokonaniu zemsty jej nadludzkie moce powoli zanikały. Spodziewałem się, że przed upływem nocy ona sama zniknie. Postanowiła jednak wrócić do głębin morza.
Piliśmy wywar (ja pomagałem sobie chlebem) i słuchaliśmy szumu deszczu.
- Co tu robisz? – usłyszałem pytanie.
- Obserwuję – odparłem. – Podróżuję po świecie w poszukiwaniu ciekawych zjawisk.
- Po co?
- Mój mistrz mnie wysłał – postanowiłem być szczery. – Jest wspaniałym czarodziejem i myślicielem, ale jego trzysta dwadzieścia dwa lata nie pozwalają mu już podróżować. Nie może ruszyć się z domu, dlatego ja oglądam świat za niego, wyszukuję ciekawych rzeczy, które mogłyby poszerzyć jego wiedzę. Łączymy się za pomocą myśli.
- Podoba ci się to? Nie wolałbyś założyć rodziny i żyć normalnym życiem? Czy może twój lud jest tak długowieczny, jak twój mistrz i na wszystko przyjdzie czas?
- Na wszystko przyjdzie czas, Yoanell – uśmiechnąłem się.
- Jak ciebie zwą? – dziewczyna pokazała białe zęby, co wywołało u mnie lekkie ukłucie zazdrości.
- Kao. Po prostu.
- A więc Kao, mój przyjacielu, znajdź mi jakieś ubranie, bo nie chcę drugi raz świecić w wiosce gołym tyłkiem.
Zrobiłem jak prosiła, ale nie odwróciłem się, kiedy zakładała na siebie za dużą bluzę. Spojrzałem na nią wzrokiem królewskiego koniuszego. Jej ciało było idealnie proporcjonalne. Ruchy miała zdecydowane, pewne. Pod skórą poruszały się żelazne mięśnie. Szkoda...
Gdy wyszliśmy, okazało się, że deszcz osłabł, a zanim dotarliśmy do wioski, przestało padać zupełnie. Czerwone promienie zachodzącego słońca przenikały powietrze o zimnym, metalicznym smaku. Hoodaj była zamknięta na cztery spusty. Rudowłosa zaprowadziła nas do łodzi i patrzyła jak odpływamy kilkaset metrów. Fale były niewielkie.
- Wystarczy – powiedziała Yoanell, chwytając mnie za dłoń. – Jeszcze raz ci dziękuję.
Chciałem spytać, czy jest pewna, że chce to zrobić, ale się powstrzymałem. Przyszło mi na myśl, że jej jest obojętne, kim jest. Że ten skok do wody, który zaraz wykona, będzie nie spełnieniem legendy, ale samobójstwem, ucieczką od krzywd, jakich tu doznała. Wraz ze śmiercią Fainsa, stała się najsamotniejszą osobą na świecie. Nie miała nawet wspomnień, do których mogłaby wrócić - tylko te straszne. Nie czekała też na nią żadna przyszłość.
Rozebrała się i wskoczyła do wody. Podpłynęła do burty, by jeszcze raz uścisnąć moją dłoń, po czym powoli zanurzyła się w odmętach morza.
Gdy dobiłem do brzegu, było już całkowicie ciemno. Pożegnałem się z Rudowłosą i ruszyłem do chaty Fainsa. Dopóki nie zmorzył mnie sen, walczyłem z myślami, że cała ta historia mogła się skończyć inaczej. Dlaczego ujęła moją dłoń drugi raz (ujmując także moje serce)? Czy nie był to znak, że mogłem ją uratować?! Gdzie jest to zapisane, że musiała umrzeć? Życie to nie legenda i gdy próbuje się je w nią zamienić, można doprowadzić do nieszczęścia.
Obudziłem się jak zwykle wcześnie. Gdy przygnębiony szedłem do wygódki, spojrzałem na morze. Fale rozbijały się o brzeg drążąc skały, ale nawet one nie potrafiłyby zmyć ze mnie poczucia winy, jakie mną owładnęło. Mój stoicyzm okazał się nieodporny na tragedię Yoanell. Cieszyłem się z tego, gdyż oznaczało to, że nadal mam serce.
Zjadłem śniadanie i wyszykowałem się do drogi. Ruszyłem w dół klifu, lecz po kilku krokach musiałem się zatrzymać, by spojrzeć za siebie. Zobaczyłem ją. Yoanell stała przy chacie Fainsa i patrzyła na mnie. Uśmiechnąłem się do niej i ruszyłem w drogę. Duch to ostatnie stadium ludzkiej istoty, jakie czasami można zobaczyć. Cieszyłem się, że mi się pokazała, do czasu, kiedy usłyszałem za sobą kroki.
Wyłoniła się zza zakrętu, biegnąc do mnie. Jej nagie stopy pluskały o mokre kamienie. Ubrana była w tę samą bluzę co poprzedniego dnia.
- Zaczekaj! – krzyknęła. – Nie widziałeś mnie?
Gdy się przy mnie zatrzymała, dotknąłem jej palcem. Była prawdziwa.
- Myślałem, że mam przywidzenia – powiedziałem.
- Nie masz. Żyję nadal! Ocknęłam się stojąc na plaży, gdzie kiedyś znalazł mnie Fains. O co tu chodzi?! – krzyknęła.
- Na to wygląda, że twoim przeznaczeniem jest żyć. – Oparłem się o pobliską skałę. – Najwyraźniej zabiłaś Ertiwa z zemsty, a nie z powodu jakiejś wyższej sprawiedliwości. Twój cel od początku był inny.
- Ale jaki?! Jeśli nie jestem czarownicą z morza i nie przybyłam tu, by być przykładem sprawiedliwości, to kim jestem? Kim byłam wcześniej?
Jej słowa zawisły w powietrzu. Oddychała raptownie, pod wpływem silnego wzburzenia.
- Byłaś nikim – odezwałem się po chwili. – Nie było ciebie wcześniej, urodziłaś się na plaży... A raczej w głębinach morza.
- W jakim celu? Muszę znać odpowiedź.
- Wszyscy zadajemy sobie to pytanie... Po jaką cholerę tu jesteśmy?! Po to jest życie, by szukać na nie odpowiedzi.
To co powiedziałem nie zadowoliło jej. Rozumiałem to.
- Może jesteśmy do siebie bardziej podobni, niż nam się wydawało? – powiedziałem. – Może Bogowie zamieszkujący dno morza stworzyli ciebie, byś była ich oczami? Żebyś pomogła im zrozumieć świat, który jest dla nich niedostępny?
Zapanowała cisza. Dziewczyna spojrzała na mnie. W jej oczach dostrzegłem aprobatę, ale także wiele znaków zapytania, w tym ten najważniejszy.
- Yoanell – zacząłem. – Podróżuję sam i mam ku temu dobre powody... Ale jakiś czas możemy sobie towarzyszyć, dopóki nie nauczysz się sama poruszać w tym obcym dla ciebie świecie. Co ty na to?
Objęła mnie powoli i wyszeptała: „Dziękuję”.
- Pójdę teraz do wioski i postaram się załatwić ubrania dla ciebie i więcej prowiantu. Poczekaj na mnie w chacie Fainsa.
Ruszyłem szybkim krokiem, by nie marnować dnia. Zastanawiałem się, czy Yoanell jest czuła i bezbronna z natury, czy tylko w stosunku do mnie. Uznałem, że jej stwórcy ożywili ją na nowo lepszą, silniejszą, odporniejszą, by mogła im długo służyć. Jednak pozostawili jej jedną cechę, zdawałoby się niebezpieczną – miłość. Było to uczucie przywiązania i zaufania, którym obdarzyła najpierw Fainsa, a potem mnie. Czyżby w swej nieskończonej mądrości Bogowie uważali je za potężną siłę?
Pewnego dnia nasze drogi się rozejdą, ale do tego czasu, moje życie może być o wiele ciekawsze niż do tej pory. Uśmiechnąłem się na tę myśl.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...