Człowiek z Atlantydy
Nazywam się Borth i – teraz – jestem Irlandczykiem. Ale nie zawsze tak było. Kiedyś mieszkałem w kraju, którego nie ma na mapie. Rządziły w nim czary, a ludzie nie znali takich wynalazków jak muszkiety czy armaty. Każdy spór rozwiązywany był za pomocą miecza. Magia tego miejsca była tak wielka, że rozpleniła się niczym zaraza na cały świat i teraz – jeśli tylko by chciał – każdy mógłby rzucić czar.
Kiedy przyszedłem do portu z tobołkiem na plecach, nie wiedziałem, że już dziś opuszczę kochaną Irlandię... Ale zacznę od początku. A było to tak:..
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Przybyłem do portu w Killybegs z zamiarem zaciągnięcia się do straży przybrzeżnej – miałem pływać przy linii brzegowej Irlandii i patrzeć czy nie dzieje się nic nadzwyczajnego. W porcie był straszny tłok, więc kiedy – popychany po drodze przez każdego marynarza – dotarłem do trapu – nie namyślając się wiele, wsiadłem na statek. Po pewnym czasie, usłyszałem jak ktoś woła, żeby podnieść kotwicę. Ucieszyłem się, że wreszcie wydostanę się ze śmierdzącego rybą portu, więc poszedłem do kapitana, aby zapytać się, kiedy będziemy w porcie przeznaczenia; znaczy: za dwie czy trzy godziny? Kapitan najpierw mnie wyśmiał a następnie z wielce poważną miną powiedział:
- za jakieś trzy do czterech miesięcy! – załamałem się. Pomyślałem, że muszę wyjaśnić, kim jestem, i że chcę zawrócić do portu Killybegs, aby zameldować się u dowódcy straży przybrzeżnej. Kiedy wysunąłem taki wątek, natychmiast spotkałem się z nieoczekiwaną reakcją. Mianowicie – marynarze powiedzieli mi, że ich nie obchodzą prawa ustanowione przez króla, a tym samym nie obchodzi ich straż. Zapytali mnie, dlaczego chciałem wyrwać się na morze. Powiedziałem im, że uprzykrzyło mi się siedzenie w barze i popijanie whisky, pokłóciłem się z dziewczyną, chciałem wystawić twarz na wiatr i pracować przy ulubionych szantach.
Płynęliśmy już dobre dwie godziny, i zdałem sobie sprawę, że to nie port śmierdzi rybą tylko ten statek. Dowiedziałem się, że jest to statek handlowy i płynęliśmy do Nowej Zelandii z przystankiem na Islandii. To na Islandię mieliśmy dowieźć rybny ładunek. Tak przynajmniej twierdził kapitan Joseph, chociaż załoganci (zwłaszcza ci starsi) twierdzili z uporem, że płyniemy tylko i wyłącznie szlakiem „Starych Kliprów”, jak nazywali stare statki handlowe z Anglii.
Udałem się do kapitana, aby zobaczyć, czy uda mi się coś zarobić na tym rejsie. Powiedział, że owszem, ale pod warunkiem, że zgłoszę się do bosmana; niech on powie co mam robić.
Miałem zająć się cerowaniem żagli, myciem pokładu i pomaganiem w kuchni. Słowem: normalne prace na statku. Pracowałem ciężko i przechodziłem najśmielsze oczekiwania; nic w tym dziwnego, w końcu kiedyś już pływałem.
Za moje prace miałem dostać 224 funty – szterlingi. Niestety okazało się, że kapitan próbował sobie ze mnie zakpić i kiedy dopłynęliśmy na Islandię, powiedział, że nic mi nie da. Kiedy zorientowałem się, że przez bite 3 tygodnie pracowałem za darmo, spakowałem się i oświadczyłem , że kapitan jest wredną świnią, i że nie mam zamiaru z nim dłużej pływać. Lista powodów jest bardzo długa; po pierwsze: nie dostałem nic z obiecanych 224 funtów – szterlingów. Po drugie: jedzenie na statku jest przeterminowane, ponieważ kapitan żałował pieniędzy na coś, co będzie ważne dłużej niż dwa dni.
Po wygłoszeniu takiej mowy kapitan tylko zaklął cicho pod nosem i krzyknął na mnie, że jestem łgarzem nie wartym złamanego pensa, więc powinienem być wdzięczny – to mówiąc, rzucił mi pod nogi funta. Odkrzyknąłem mu, żeby się utopił na Cape Horn i poszedłem w stronę najbliższej tawerny. Wewnątrz był jak zwykle wielki gwar, ktoś opowiadał swoją historię. Jedna z tych historii bardzo mi się podobała, wiec powtórzę ją w całości. Jest to historia o nieznanym wybrzeżu, bardzo niedaleko stąd. Wybrzeże to zwane jest zielonym lądem, ponieważ mimo, że znajduje się na północy, jest tam ciepło. To morski prąd gorąca ogrzewał tereny wokół wyspy. Historia brzmiała mniej więcej tak:
„Kiedyś stary Joe zorganizował nabór na statek wielorybniczy. Poszedłem tam bez wahania, bo obiecywał sporą sumkę z połowów. Kiedy staliśmy w porcie, kobiety płakały z synami i córkami, aby jednak nie płynąć w tamte rejony; to jest bardzo niebezpieczne. Niestety Joe ich nie posłuchał i już po chwili łodzie szybko mknęły po otwartym morzu. W oczach przyjaciół błyszczała fortuna. Ale już na początku rejsu, kilku moich przyjaciół wypadło za burtę, do lodowatego morza, i dopiero po kilku tygodniach na morzu z mgły wyłonił się biały, oblodzony ląd. Wtedy już wiedziałem, że dopłynęliśmy do Grenlandii.
Walczyliśmy zacięcie z waleniami o tran, ale mimo, że wygraliśmy, straciliśmy wielu dobrych marynarzy. Ciepły prąd odmienił swój bieg i tam, gdzie kiedyś była zielona wyspa, teraz jest biały grób moich braci. Tak właśnie wygląda legenda o Grenlandii. I moją opowieść zakończę fragmentem piosenki:
Może jest gdzieś daleko, może to nie był on
Może w ogóle nie było go.” (słowa odnoszą się do białego lądu)
Tak właśnie opowiadał to stary marynarz w portowej tawernie.