Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Dar Światła i Ciemności

faile ·

Kto wie kiedy nastaną chwile gdy będziemy czuć się dobrze? Czy to co widzę dookoła jest tym, na co czekałem, jak ptak który chce wylecieć z gniazda by zobaczyć świat? Lecz świat się zmienił... Jest inny, przyjmujący wszystkie wyobrażenia o snach w których jest iskra proroctwa. Nieme ostrzeżenia nieodebrane przez nieświadomy umysł i zapowiadające znaczące wydarzenia. To było, już nie ma nawet promieni tego co nastąpi. Teraz wszystko zamarło, usnęło i nie ma siły by dawać nam znaki swego powrotu. Jesteśmy tak bezradni i zarazem odważni, że udaje nam się jakoś dążyć do celu. Lecz każdy cel jest inny. Bogactwo dąży do upadku a chęć życia... jest wszędzie, lecz budzi się dopiero gdy już jest za późno... Są jednak tacy, których jest ona celem od samego początku, szanuję takich ludzi. Lecz co jest moim celem? Celem tego, co nie może umrzeć? Wiem, że kiedyś mym celem była nadzieja, tak, nadal ją mam, to ona mnie wznosi i daje mi chęć życia...
_-_--Rozdział I ,,Wilczy ślad”--_-_

I znów to samo, wstaję rano, myję się, jem śniadanie i idę rąbać drzewo! Jakbym nie miał nic lepszego do roboty niż użeranie się z kupą na pół spróchniałego drewna. To samo od siedmiu dni. Powoli zaczynam sądzić, że robienie tego głupiego żartu nie było zbyt trafionym pomysłem. Chyba nie w porę się skapnąłem, że może się to tak skończyć. Wszyscy zareagowali śmiechem na zastawienie frontowych drzwi od wewnątrz klockami z drewna, zwłaszcza gdy kilka osób próbowało się dostać do środka. Szkoda, że wśród tych osób był ojciec... no i mam za swoje, a to wcale nie był mój pomysł.
Robi się coraz zimniej, nadchodząca zima daje o sobie znać i niedługo na pewno zacznie padać śnieg. Muszę się spieszyć jeśli chcę zdążyć. Najgorsze jest to, że całe te cholerne drzewo nie jest dla nas, zostanie wywiezione na targ i sprzedane, mam nadzieje po co najmniej przystępnej cenie. To zapewniłoby nam spokojną zimę, na czas której zawsze wynosimy się z tej dżungli. Na szczęście. Już słychać w oddali wycie wilków, ale na północy jest ponoć gorzej... Przez całe trzy pory roku, wiosna, lato i jesień mieszkamy tu... w tym zapomnianym przez wszystko, przeklętym lesie. Sam nie wiem po co, ale ktoś w końcu musi to robić, choćby po to aby ostrzec wioskę przed zagrożeniami które nadchodzą od strony głębokiego lasu, a tam rzadko kto się zapuszcza. Są to zazwyczaj jacyś poszukiwacze przygód lub inni im podobni. Czasem się u nas zatrzymują, na nocleg lub tylko na ciepłą strawę. Do wioski w końcu jest coś około trzydziestu kilometrów, a dalej, las ciągnie się już po prostu bez końca, chyba aż do gór. Ojciec jest myśliwym, to właściwie dlatego przyszło nam tu mieszkać. Mam na imię Johnan i strasznie się cieszę, że niedługo opuszczę to miejsce.

XXX

- Co tu robisz? – usłyszał głos tuż za swoim ramieniem.
- Rąbie drzewo, nie widać?
- Nie boisz się wilków? – nieznajomy był chyba jednym z tych osławionych poszukiwaczy przygód którzy niedawno przyjechali do wioski i opowiadali niestworzone historie o dalekich terenach.
- Nie przyjdą, nigdy nie przychodzą zanim nie spadnie śnieg – zauważył u boku współrozmówcy ozdobną rękojeść miecza, który musiał być dość duży. ,,Ja cię kręcę”- pomyślał.
- Mieszkasz tu? Ale chyba nie zostajecie tu na zimę?
- Nie. Tego byłoby już za wiele.
Nieznajomy uśmiechnął się. Miał nadzwyczaj białe zęby.
- Posłuchaj mnie uważnie.
Spoważniał nagle i nachylił się nad chłopcem. Jego twarz była mocno pokryta zmarszczkami i szramami które zrobiły na Johnanie niemałe wrażenie. Jego oczy miały czarny kolor, zupełnie, tak samo jak jego włosy które były skrzętnie ukrywane pod kapturem, lecz pojedyncze kosmyki już zdały się wymknąć. Były poprzypalane, tak, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Johnana lekko przeraził bliski widok wędrowca. Lecz mężczyzny nie zbiła z tropu przestraszona mina chłopca.
- Dobrze się czujesz? – potrząsnął ramieniem Johnana niby lekko zaniepokojony lecz w każdej chwili gotowy do wybuchu śmiechem. Chłopiec pokiwał potwierdzająco głową.
- Dziś w nocy mogą być tu wilki, stada wilków i może być też coś o wiele gorszego. Zaryglujcie się porządnie w domu a najlepiej wyjedzcie na kilka dni do wsi. Tam będzie bezpieczniej. Słuchaj tego co mówię i zrób to, ja nie rzucam słów na wiatr. Przemyśl to porządnie bo jutro może być za późno. Ze stadem wilków nie ma żartów, zwłaszcza gdy próbują ci się dostać do chałupy, a ja ci mówię to będzie coś o wiele gorszego. Muszę się stąd ja najszybciej oddalić, jak najdalej przed zmierzchem. Przemyśl to sobie.
Kawałek dalej stał jego koń. Hardy wierzchowiec o silnej budowie. Wędrowiec dosiadł go i odjechał. Znów zapanowała samotność w głuszy, przerywana kłótnią rodziców dochodzącą z domu i próbami wtrącenia się do dyskusji jego sióstr, Angeli i Mirry. Johnan nie zapomniał o przestrodze.

XXX

Poprzez drzewa nie było widać zachodzącej tarczy słońca. Zaczynało się robić coraz ciemniej. Nawet przebłyski ostatnich promieni światła zaczęły już ginąć w ogołoconych rozgałęzieniach drzew. Johnanowi ręce zaczęły już opadać z wysiłku. Miał dość. Mimo przenikającego go chłodu, cały był spocony. Jego kasztanowe włosy przypominały mokre błoto. Odłożył siekierę i ruszył w kierunku domu. W głowie ciągle krążyły mu słowa wędrowcy.
W domu trwały już przygotowania do kolacji. Na stole leżał biały obrus na którym znajdowały się już sztućce i talerze. Ten posiłek zawsze był wystawiany, w choć trochę uroczysty sposób. Była to w końcu jedyna chwila podczas całego dnia przy której zawsze cała rodzina była obecna. Wszedł do łazienki i umył się dokładnie. Był cały zmarznięty, z tymi mrozami nie ma żartów, pomyślał. Z wieloma sprawami nie ma żartów, nie wszystko na tym świecie chce się śmiać. Ciepła woda orzeźwiła go trochę, już nie czuł przenikającego chłodu w kościach. Zaczął się robić senny, lecz głód był silniejszy, a obecność przy stole obowiązkowa. Ubrał się w suche, czyste rzeczy i zasiadł do wieczornego posiłku. Na blacie stołu nie leżało wiele potraw. Nie można w końcu przypuszczać, że codziennie stół będzie zupełnie zastawiony wymyślnymi potrawami. Nie gdy mieszka się w środku lasu. Nikt nigdy nie narzekał, wszystko było przyrządzone z sercem i starannością. Mirra, jego młodsza o sześć lat siostra krzątała się jeszcze niezdarnie po kuchni. Reszta rodziny patrzała się za nią niecierpliwie. Wreszcie i ona usiadła do stołu.
Gdy tylko skończyli jeść, Angela zaczęła rozmowę, za co Johnan był jej wdzięczny.
- Kiedy przeniesiemy się do wioski? Zima w tym roku przyjdzie chyba trochę szybciej niż zwykle – zawsze trochę się mądrowała, ale teraz miała rację. Była najstarsza i to często dawało jej przewagę.
- No właśnie – zawtórowała jej Mirra.
- Jeszcze kilka dni, wpierw trzeba zrąbać drzewo – odpowiedział ojciec, patrząc się przy tym uporczywie na Johnana.
- Aradzie, nie moglibyśmy tego już zostawić? – do dyskusji weszła mama.
- Inko kochanie. Nie. Mogę mu najwyżej pomóc. Nie można tu zostawić tyle drewna na zimę, zupełnie zbutwieje. To za około trzy dni będziemy mogli stąd wyjechać.
Zapadła cisza, ta informacja dała wszystkim trochę otuchy. Johnan cieszył się jak głupi, a na twarzy Mirry zagościł mały uśmieszek.
- A co jeśli przyjdą wilki? – Chłopak przerwał dziwne milczenie.
- Jeszcze nie ma nawet śniegu, mały – ścięła go Angela.
- Duży olbrzym się znalazł, tylko dziwne, że dwoje oczu ma, bo ogólnie tacy to chyba tylko po jednym mają.
Nikt z rodziców nie zareagował. Nigdy nie reagowali na ich głupie zaczepki, chyba, że tamci zaczynali przeklinać. To była inna sprawa. Znów zapadła cisza.
- W oddali już słychać ich wycie.
- Nic na to nie poradzimy, że wilki wyją po nocach. Nie możemy wyjechać wcześniej.
- No to może jeszcze Angela nam w tym rąbaniu pomorze – powiedział w odpowiedzi na głupie miny siostry.
- Nie Mamy czasu przy stole na te wasze wygłupy. Wilki nie przyjdą, za trzy dni stąd wyjedziemy. Koniec dyskusji, zwłaszcza waszej.
- Ale dzisiaj przejeżdżał tędy jakiś człowiek. Mówił mi, że dzisiaj w nocy mogą być tu wilki i żebyśmy się tu zaryglowali lub coś podobnego.
Wolał nie mówić o ,,czymś gorszym’’ lub o wyjedzie do wioski, wiedział, że tak będzie lepiej.
- Nie zmyślasz ty przypadkiem? A poza tym jakiś wędrowiec może mieć swoje racje, co nie oznacza, że są one prawdziwe.
- Tato, nie rozumiesz. On był dość dziwny, myślę, że on dobrze wiedział o czym mówi. Jechał w stronę głębokiego lasu, tak po prostu...
- Jesteśmy w domu, nawet gdyby stado wilków przeszło koło naszego domu, zapewne żaden z nich by się nim nie zainteresował. Chyba żeby miał potrzebę opróżnienia pęcherza, ale do tego nie musimy się ryglować. Jestem myśliwym i znam się na rzeczy, możesz mi wierzyć. No to dobranoc wszystkim. Możemy porozmawiać jutro.
Arad wyszedł z jadalni co oznaczało koniec debat na jakikolwiek temat. Johnan spuścił głowę i ukrył ją w dłoniach. Wyraźna odpowiedź ojca uspokoiła go trochę, jednak wciąż czuł niepokój. Człowiek w czerni mówił równie przekonująco co ojciec. Fakt to fakt, pomyślał, nie można się kierować w życiu słowami, które mówi ci, nieoczekiwanie spotkana osoba. I to w środku lasu. Z tymi myślami w głowie powlókł się do pokoju sypialnego.
Gdy przebrał się już w pidżamę, chciał iść jeszcze od łazienki. Gdy mijał przedpokój, zauważył że ojciec robi cos przy drzwiach wyjściowych, zbliżył się, tak, już nie miał wątpliwości. Ojciec zakładał żelazne rygle na drzwi. Ja nigdy nie zrozumiem do końca tego człowieka, pomyślał. Wrócił do swojego pokoju i przykrył się kołdrą. Nie miał zamiaru zasnąć tej nocy, ciągle widział twarz z czarnym oczyma. Deszcz walił o brudne szyby i słychać było przenikliwy wiatr huczący na dworze. Zastanawiał się co robi w tej pogodzie nieznajomy, gdzieś w głębokim lesie.

XXX

Selin siedział pod rozrosłą choinką, która chociaż częściowo chroniła go przed deszczem. Nie mógł znaleźć dla siebie lepszego schronienia, niewiele było widać w takiej ulewie targanej wiatrem. I tak w pobliżu nie było zapewne żadnych jaskiń ani nor. Jednak cieszył się z tego że tej nocy chmury przykrywają całe niebo. Wszędzie dookoła słyszał wycie wilków, nie bał się, wiedział, że nic mu nie zrobią. Z samego rana chciał ruszyć dalej, jego wierzchowiec stał tuż obok niego, jego również nie przerażały bliskie odgłosy wilków. Natomiast pogoda nie podobała mu się o wiele bardziej. Selin oparł głowę o pień i próbował zasnąć, lecz zamiast tego przychodziły myśli, o tym co będzie jutro. Jaka będzie pogoda. To go właśnie martwiło, na nią nie miał wpływu. Wiedział, że jeszcze przed wschodem słońca będzie musiał wyruszyć w dalszą drogę.

XXX

Johnan poczuł promyki słońca na twarzy. Zupełnie lekkie, smagające tak delikatnie jego twarz. Otworzył oczy, przez okno zauważył, że niebo jest zupełnie czyste. Zasnął, a nie miał takiego zamiaru, wszystko było takie spokojne. Wyszedł z pokoju, w salonie siedział ojciec. Gdy przekroczył próg, spojrzenie mężczyzny spoczęło na nim. Na jego ustach był ledwo dostrzegalny uśmiech.
- Witaj. Przygotuj się, za chwilę idziemy rąbać. Nie budziłem cię, było zbyt mokro i tak by nam ta praca w błocie wiele nie dała.
- Przyszły jakieś wilki?
- Żadnych. Jakby się wszystkie pochowały, nawet nie było słychać ich wycia, ale możliwe, że to przez deszcz.
- Widziałem jak ryglowałeś wczoraj drzwi.
- Na wszelki wypadek – ojciec znów się uśmiechnął – Nie możesz traktować słów wszystkich ludzi na poważnie a potem rozpowiadać o tym dalej. Mirra w nocy płakała, bała się. Ten człowiek wczoraj, pewnie robił sobie z ciebie żarty. Masz siedemnaście lat i jeszcze w dodatku wyglądasz na miej, on pewnie myślał, ze się nabierzesz. Tak sądzę.
- Pewnie tak, a ja się dałem.
Nie był sam do końca pewien czy ojciec ma racje, ale to wyjście wydawało mu się najbardziej prawdopodobne. Coraz bardziej nie mógł doczekać się wyjazdu.
Dzień nie był mroźny, ale wiał chłodny wiatr od którego mocno marzły ręce. We dwójkę robota szła o wiele szybciej, można było również z kimś pożartować. Ten dzień minął im bardzo szybko.
Gdy kładł się spać nie myślał już właściwie o niczym. Ojciec dał mu wycisk, już nie mógł robić sobie przerw wedle własnych zachcianek. Ale zrobili dużo. Sen przyszedł bardzo szybko.

XXX
Selin stał obok swego konia. Miał parszywy humor. Gdy jechali po skalistej ścieżce koń potknął się na sypkich kamieniach, miał złamaną nogę. Patrzył się z wyrzutem na leżącego na żwirze ciemnego wierzchowca, nie było już dla niego żadnego ratunku. Selin wyciągnął miecz, szybkim ruchem przeciął koniowi gardło, nie chciał by zwierze się męczyło. Teraz został sam. Wierzchowiec był jedyny w swoim rodzaju. Selin przeklął.

XXX

Obudziło go nagle silne walenie do okna. Coś waliło do wszystkich okien i drzwi. W domu dało się słyszeć głosy, ojciec coś krzyczał. Johnan wybiegł z pokoju, Angela stała pośrodku salonu z długim kijem, Mirra weszła pod stół, a matka próbowała ją stamtąd jakoś wyjąć. Wszyscy mieli przerażone miny, a Johnan czuł, że jego twarz nie wygląda lepiej. Wbiegł do przedpokoju i chwycił siekierę, którą zostawił tam wcześniej z ojcem. Arad ryglował drzwi przez które coś wyraźnie próbowało dostać się do środka. Zewsząd było słychać ujadanie wilków. Wycie, piski, warczenie.
- Wszyscy do salonu!!! – krzyknął ojciec wyjmując z szafy długi, lekko tępawy miecz.
Stanęli w kole, stołem i klockami z drewna zastawili główne drzwi. Łomotanie ze wszystkich stron się wzmagało, tak samo jak wycie które stawało się coraz bardziej przerażające, z każdą minutą. Mirra płakała jak bóbr. Cały obraz przedstawiał się strasznie. Każdy miał w ręku jakąś broń. Matka trzymała w dłoniach dwa tasaki, Angela wymieniła kij na siekierę a przez ramię przewiesiła sobie łuk i kołczan. To samo zrobili Arad i Johnan dzierżąc w swych rękach również miecz i siekierę. Tylko mała Mirra nie wiedziała co ma robić, chwyciła więc miotłę. Stali tak po środku salonu w pidżamach nocnych. Nie mogli już normalnie ze sobą rozmawiać, odgłosy wilków były zbyt głośne.
- Tato!!! Ten człowiek mówił, że z wilkami przyjdzie coś o wiele gorszego!!!
Nie był pewny czy ojciec go usłyszał.
- Słyszysz??!
- Nie wiem co może być gorszego od wilków.
Księżyc jasno oświetlał, podwórze dookoła domu, trochę tego światła wpadało do środka, kilka świeczek które mieli pozapalane by lepiej widzieć, zgasło. Cała odwaga zaczęła ich opuszczać. Ścieśnili się bliżej siebie. Angela z matką zaczęły się modlić.
Nagle wszystkie odgłosy zaczęły cichnąć, lecz napięcie ciągle się wzmagało. Bali się poruszyć. Po chwili dało się usłyszeć tylko ciche warczenie, które jakby roznosiło się między choinkami dokoła domu. Wilki przestały się dobijać. Zaczęli powoli opuszczać broń. Spokojnie, opanowanie, nadal sparaliżowani strachem. Nagle huk, od drzwi frontowych, na pewno. Znowu, tym razem mocniej, wilki zaczynają wyć. Znów huk, trzask łamanego drzewa. Żelazne rygle okazują się wytrzymalsze. I jeszcze raz, za każdym razem mocniej. Wszyscy stoją jak w transie, boją się odezwać. Wycie jest coraz głośniejsze, słychać w nim coraz to więcej gniewu i nienawiści. Może to mi się tylko śni, pomyśleli wszyscy. Lecz to nie był sen. Takich snów nie ma, nie ma nawet takich koszmarów. Uderzenie żelaza o kamienna podłogę...
- Uciekać!!! – Arad krzyczał na całe gardło – To wilkołak!!!!
Wszyscy rzucili się w stronę okna, lepiej do wilków niż wilkołaka... Johnan zaczął panicznie trząść klamką okna, wreszcie puściła. Wszyscy tłocząc się przeskoczyli przez okno, wilków nie było, całe wycie dochodziło z drugiej strony domu. Zaczęli biec w stronę lasu. Głupie psy. Mirra wyraźnie nie nadążała, Arad wziął ją na ręce, przez to sam biegł wolniej. Johnan spojrzał się za nimi, jego wzrok trafił na okno przez które próbował przecisnąć się wilkołak. Stał jakieś sto metrów dalej i nie mógł oderwać od niego oczu. Był cały czarny, z lśniącym futrem, miotał się w ramach okna , odłamki szkła musiały go ranić, ale on jakby nie czuł niczego, zupełnie. Ten widok był straszny. Nagle wilkołak szarpnął się mocniej i przecisnął swe cielsko przez okno, zaczął pędzić w ich stronę. Johnan zaczął uciekać. Jak najszybciej, nie liczyło się nic tylko przerażenie.
Co z Mirrą, przeszło mu przez myśl, co ze wszystkimi. Przed nim biegła Angela, która tez zatrzymała się by zobaczyć wilkołaka. Zostali w tyle. Jego siostra biegła bardzo szybko, skorzystał z okazji gdy złapała go z rękę, we dwójkę biegnie się lżej.
- Nie uciekniemy, na drzewo !!!! – krzyknęła, sapiąc ze zmęczenia.
Wilkołak przyspieszył, jakby usłyszał słowa dziewczyny. Zaczęli szybko i niezdarnie wspinać się po pniu buku. Johnan był w tym lepszy, jak zawsze. Gdy wgramolił się na pierwszą gałąź, złapał Angelę za rękę i zaczął ją podciągać. Ona próbowała znaleźć oparcie nogami w pniu drzewa, lecz panika nie pozwalała jej na to, wilkołak był coraz bliżej. Zaczęli krzyczeć, co chyba tylko bestię rozjuszyło. Johnan złapał się wyższej gałęzi, dzięki temu Angela wreszcie wylądowała obok niego. W ostatniej chwili. Rozpędzony potwór walnął w drzewo z taką sił, że omal nie spadli. Lecz nawet nie spojrzał w górę, zaczął biec dalej. Angeli zaczęły płynąć łzy z oczu. Przytulili się do siebie i patrzeli na wilkołaka który pobiegł dalej. Kawałek dalej, miedzy drzewami dostrzegli jeszcze biegnącego ojca niosącego Mirrę, ona też na pewno płakała. To działo się daleko, ale widzieli jak wilkołak ich dogania, Arada niosącego ich siostrę, jeszcze dziecko, jak się na nich rzuca... Angela ukryła twarz na piersi Johnana, płakała, oboje się trzęśli ze strachu i przerażenia, przytuleni do siebie. Księżyc świecił jasno, dawał potworowi siłę. Usłyszeli krzyk między drzewami, przeraźliwy i przenikliwy, nie mieli wątpliwości, należał do matki. Johnan również zaczął płakać. Czuł jak ciepłe łzy płyną mu po policzku. Mieli wrażenie, że nie ma już niczego. Niczego co mogłoby istnieć w tej chwili. Było cicho, bardzo cicho... przynajmniej mieli takie wrażenie. Niezakłócone do chwili...
Coś z wielką siłą rąbnęło w drzewo, była ona wystarczająca by noga jednego z rodzeństwa poślizgnęła na niepewnej, omszonej korze gałęzi. Johnanowi w ostatniej chwili udało się schwycić konaru, Angela kurczowo zaczepiła się jedną ręką o jego ramię a drugą okręciła wokół jego pasa. Oboje krzyknęli wyrwani z melancholijnej, jakże straszliwej chwili, która miała zwiastować koniec. Koniec wszystkiego. A jednak wilkołak nie zapomniał o nich. Krwiorządna bestia nie miała litości, mimo iż w jej otępiałej podświadomości tlił się płomień ludzkiego rozumowania. Bestia skakała do góry starając się dosięgnąć swą upragnioną zdobycz.
- Nie zostawiaj mnie Johnan. – głos zupełnej paniki wyrwał się z ust dziewczyny.
Nie było czasu na jakiekolwiek myślenie. Zaczęli się kołysać, do tyłu, do przodu, na boki. A pod nimi stwór odprawiał swój taniec śmierci polegający na krótkim rozbiegu i skoku do ruchomego celu. Johnan starł sobie zupełnie skórę na rękach, miał takie wrażenie. Ich ciężar powodował ciągłe, wahadłowe bujanie się. Angela próbowała wspiąć się po bracie lecz jej zdenerwowanie po prosu nie dawało jej na to szans. Tak samo Johnan chciał, lecz właściwie nawet nie mógł spróbować podciągnąć ich na gałąź. Ledwo ich utrzymywał. Zaczęło mu się kręcić w głowie, nie wiedział od czego. Zbierało mu się na wymioty. W pewnej chwili poczuł jak jego ręce ześlizgują się po zmurszałej korze. Nie, nie, proszę nie... nagły pęd powietrza i bolesne uderzenie.
Koniec? Może? Jak?
Pełno błota, księżyc na niebie...
Koniec? Dlaczego?
Zbliża się, powoli, już wie, że nie mają, po prostu nie mają ucieczki...
Dlaczego...
Bo jesteśmy sami, tutaj po środku zdziczałego lasu. Sekundy i skok. Szybki inteligentny unik, szczęśliwy traf... lecz tylko dla niej.
Wilkołak rzucił się na Johnana, do szyi natrafiając tylko na spięte ramię. Krew, moja krew, na jego pysku moja krew...
- Nieeeee!
Angelina zdzieliła bestii kijem centralnie w łeb, nawet nie zauważył, zero reakcji. Johnan przyglądał się zaropiałym czarnym i bez wyrazu oczom. Koniec. Chwila przeciągała się, trwała wieki. Jakim sposobem czas może lecieć tak wolno? Leciał normalnie, wilkołak przyglądał się swej ofierze, nie atakował. Gęsta, czerwonawa ślina leciała mu z pyska. Stał. Angelina cała się trzęsąc cofnęła się pod drzewo i przywarła do niego wbijając boleśnie paznokcie w przemoczoną korę. Oboje patrzeli na monstrum. Czas mijał, mimo iż w tej chwili jakby nie zdawali sobie z tego sprawy. Wilkołak zaczął się cofać, powoli, delikatnie. Posoka z ran na jego grzbiecie małymi kropelkami znaczyła ślad jego odwrotu. Odwrotu koszmaru? Czy oby tylko, może za chwilę się obudzą. Wszystko było jednak zbyt realne. A jednak wilkołak miał zamiar odejść. Przewidzenie? Przecież jeszcze żyją! Bestia obróciła się i pobiegła w jakimś kierunku, nie wiedzieli dokąd. Nie mieli żadnej orientacji ani punktu odniesienia. Ale wiedzieli, że byli ocaleni, cudem.
Las ponownie pogrążył się w nieprzeniknionej ciszy. Stał się na powrót zwykły. Tylko dookoła lśniła intensywną czerwienią krew. Tylko byli sami. Tylko. Wszystko miało zamazany, niewyraźny sens, lub nie miało go wcale. Johnan spojrzał na swoje dłonie, jeszcze go nie piekły, był zbyt oszołomiony. Jak dziecko które nie może znaleźć bijącego serca matki, która już nie żyje. Nie żyje, nie żyje, wypowiedział te słowa głośno i zaczął powtarzać powoli ściszając ton. Poczuł kłucie w ramieniu, spojrzał na nie bez żadnego wyrazu, następnie przeniósł wzrok na siostrę.
- Angela...
Nie stała już pod drzewem, jej pięści były zaciśnięte na kiju tak mocno, że zaczęły bieleć z powolnego braku dopływu krwi. Patrzała się na niego, cała drżąc.
- Angela...
- Nie zbliżaj się do mnie
- Angela... czemu?
- Odsuń się, odsuń
- Pomóż mi...
- TO JUŻ NIE TY – krzyknęła a w jej głosie dało się dosłyszeć nieprzyjemną chrypkę.
Zrobiła kilka kroków do tyłu, jej dłonie i postawa były przygotowane do ...ataku...
Ataku...
Ataku na niego. Wiedział to i nie mógł uwierzyć, mimo tego co widział. Mało tego, czuł strach i nienawiść skierowaną przeciwko jemu samemu. Nigdy nie miał takich uczuć, nigdy nie było tak, tak... dziwnie. Głupie pytania wsuwały mu się do głowy. O co chodzi?
Chodzi o to, że ona cię nienawidzi, naprawdę nienawidzi, bo jesteś przeklęty, podążaj za głosem, podążaj...
Chyba wstrząsnęły nim konwulsje. Coś było przy nim, jakby czuł wilgotny oddech na swej szyi, lecz nie był tego pewien.
- Nie podchodź, nie podchodź, bo, bo cię zabiję!!!
Nieświadomie zaczął poruszać się w kierunku dziewczyny. Co jest nie tak? Co, do diabła!
Ramię zaczęło pulsować, spojrzał się na nie i... Coś zobaczył, zrozumiał. Jakby jakieś światło przeleciało przez jego umysł, uwolniło go, a jednocześnie nałożyło na niego nowe obowiązki i obawy. Przecież został ukąszony przez wilkołaka, stanie się, już stał się nim. Należy do elity. Poczuł dreszcz. Czy te myśli miały być pozytywne?
Ból zaczął się nasilać i obejmować coraz większy obszar jego ciała. Stawało się to tak nagle, szybko, że prawie go ogłuszyło. Usłyszał krzyk, krzyk ostatecznego przerażenia, krzyk Angeliny. Poczuł ten tak mało znaczący kij na swych plecach. Przecież teraz należy do elity.
Podążaj za głosem... podążaj... wiedział, że się uśmiecha. Odpłynąć w bólu, sprawiał mu niemal przyjemność. Zaczął bezwiednie podążać... wstępować do elity.
Stracił przytomność umysłu.

Ona cię nienawidzi, znienawidź ją też. Widział kształt swej ofiary, nie wiedział kim jest. Nie był sam, słyszał tyle głosów w swojej głowie. To one mówiły mu co ma robić, a słuchanie ich było rozkoszą. Czuł się potrzebny i sprostował wszystkim wymaganiom. To było jak narkotyk.
Znienawidź, znienawidź, znienawidź, słuchał, był posłuszny swoim głosom.

XXX
Wszystko było inne niż dotychczas. Przecież miał wszystko czego człowiek mógł zapragnąć. Teraz miał cos zupełnie innego, zwierzęce instynkty i nową rodzinę. Aczkolwiek te aspekty nie pocieszały go w biały dzień, wciąż czuł krew w ustach i wiedział w czyich żyłach płynęła wcześniej. Wciąż bolało go ramię i otarte dłonie. Stał się tym czego bał się przez całe życie. Wypełnił się najgorszy koszmar jego życia...

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...