Dawne czasy
Nagle zauważył nadchodzącą z naprzeciwka młodą kapłankę. Szybko przerwał swoje rozważania i zaczął szukać jakiegoś sposobu uniknięcia spotkania. Najprawdopodobniej po prostu przeszłaby obok, ale lepiej nie ryzykować. Kto wie, co takiej wpadnie do głowy? Po chwili znalazł jakaś boczną uliczkę. Szybko w nią skręcił. Szedł dalej. Nagle drogę zastąpił mu goblin. Niósł jakąś torbę, widocznie niewolnik. Widząc przed sobą drowa zielonoskóry humanoid chciał jak najszybciej usunąć się z trasy. Nie udało mu się to jednak. Ciężko jest uciec mając poderżnięte gardło. Elf schował zakrwawiony miecz. "Ciekawe czy ktoś zauważy?" pomyślał, po czym ruszył dalej swoją drogą. Wkrótce znalazł się u celu swej wędrówki.
Niewielka jaskinia, taka jakich wiele, ale jednak coś ją różniło. Był to sztylet wbity w drzwi. Umówiony znak. Wszedł do środka. Wewnątrz było pusto. A raczej tak to wyglądało. Mógł się założyć, że wystarczy jeden fałszywy ruch, a znikąd pojawi się grupa elfów dość liczna, aby skończyć z nim w kilka sekund. Wziął głęboki oddech. Wystarczyło nie dawać im powodów. Przeszedł przez kolejne drzwi. Poczuł jakby jakaś przechodził przez jakąś maź. Nie lubił tego uczucia. Ale musiał. Inaczej nie mógłby się z nim spotkać. Gdy przyzwyczaił już swój wzrok do światła jakie panowało w nowym pomieszczeniu ujrzał jego.
Nie lubił tego kapelusza. Ale tamten nigdy się z nim nie rozstawał. Szeroki kapelusz z rondem i zatkniętym piórkiem. Spod kapelusza spoglądały dwa czerwone ślepia. Jak zawsze rozbawione, ale zarazem czujne i chytre. Na jego dłoniach, na szyi, nawet na ubraniu widać było mnóstwo biżuterii. Zapewne magicznych. Nie... na pewno magicznych.
- Wiesz po co tu jestem - odezwał się do niego.
- Ależ oczywiście - mówiąc to tamten wyjął coś z płaszcza, jakaś butelkę, po czym położył ją na swoim biurku. - Jak zwykle nikt o niczym nie wie. Słuchaj... wiem że już pytałem, ale ja nie rezygnuję łatwo. Może jednak się przyłączysz.
- Nie - odparł niemal automatycznie. Wziął do ręki butelkę. Niemal poczuł znajdującą się w niej krew. Krew jakiejś drowki. Nie lubił tego. Nie lubił gdy raz do roku zmieniał się w mordercę który zabijał każdego. Wystarczyło że zasmakował krwi tej osoby. Jeszcze nigdy go nic nie powstrzymało. Ale nie lubił tego. Dziwnie się wtedy czuł. Stawał się niemal niepokonany i wiedział o tym, ale napawało go to też strachem. Niestety... nie miał wyjścia. Albo to zrobi, albo zginie. A chciał żyć. Schował butelkę do płaszcza po czym odwrócił się.
- Nie zostaniesz pogadać?
- Nie ma o czym - odpowiedział i wyszedł.
Znów znalazł się na zewnątrz. Miał jeszcze jedną rzecz do zrobienia, zanim będzie mógł wrócić do domu. Musiał się udać w kierunku wierzy magów. Jego ojciec wezwał go do siebie. Czego mógł od niego chcieć. Od kiedy otrzymał od niego ten magiczny tatuaż (tu spojrzał na wijący się na jego ramieniu wizerunek węża) w ogóle się nie widzieli. A teraz... jakoś tak nagle zapragnął go widzieć. "Coś się pewnie za tym kryje, tylko co?" - pomyślał. Ale nie miało to znaczenia. Był zbyt młody, by móc się sprzeciwić. Powoli i z niechęcią skierował swoje kroki w stronę wieży magii. Miał czas. Nie powiedziano mu o której ma się stawić. A wcale mu się nie spieszyło.
W końcu znalazł się na miejscu. Wszedł do środka i szybko poszedł na górę. Nie lubił znajdować się w korytarzach tego budynku. Magowie zawsze dziwnie patrzyli na wojowników kręcących się po wieży. A on nie lubił tego ich spojrzenia. Po kilku minutach wszedł do jednego z pomieszczeń. Był to duży gabinet. Nawet bardzo. Większy niż powinien się mieścić, ale to przecież nie było niczym dziwnym. Usiadł na jednym z krzeseł. Jego ojca widocznie nie było w środku. Będzie musiał zaczekać. Oby niezbyt długo. Zamknął oczy i zaczął nasłuchiwać. Nie słyszał nic. Pewnie był tu jakiś czar nie przepuszczający dźwięków z i na zewnątrz. Pozostało czekać.
Po chwili drzwi otworzyły się, po czym do środka wpadła błyskawica zrzucając młodego elfa z krzesła. Następna rzuciła nim o ścianę. Do pomieszczenia wszedł drow ubrany w szaty maga. Twarz miał zasłoniętą kapturem, jego ręce świeciły się... szykował się do następnego zaklęcia. Młody elf wyciągnął szybko swoje ostrza, po czym zaczął biec w stronę przeciwnika. Ale po chwili z rąk tamtego wyleciało kilka świecących pocisków. Próbował ich uniknąć, ale one zmieniły tylko tor lotu i uderzyły go w pierś po raz kolejny umieszczając go pod ścianą. Szybko podniósł się jednak na nogi. Wiedział, że w ten sposób nie ma szans. Przywołał więc do siebie swoje wrodzone moce i zalał cały gabinet nieprzeniknionym mrokiem. Zaczął krążyć po pokoju, najciszej jak potrafił. Tamten też się pewnie gdzieś przemieścił. Sytuacja robiła się patowa. Nagle gdzieś w rogu usłyszał cichy szmer. Ktoś wypowiadał inkantację. Wyjął z rękawa sztylet po czym rzucił nim w tamtym kierunku. Usłyszał cichy jęk. Odwołał ciemność, po czym spojrzał w tamtą stronę. Jego przeciwnik opierał się jedną ręką o ścianę, drugą otwierał jakąś butelkę. "Pewnie mikstura lecząca... o nie... możesz pomarzyć" pomyślał, po czym rzucił się na niego. Szybko pobiegł w jego stronę. Tamten próbował jeszcze coś zrobić, ale po chwili padł na ziemię z mieczem w gardle.
Po chwili przeszukiwań znalazł w płaszczu tamtego list.
„Obawiam się, ze twój on staje się dla mnie dość sporym zagrożeniem. Może jeszcze nie teraz, ale wiem, że to tylko kwestia czasu. Nie mogę ryzykować. Albo pozbędziesz się go, albo ja pozbędę się ciebie. Wybór jest chyba oczywisty. Musisz zabić swojego syna”
W głowie kołatało mu słowo „syna”. Zdjął tamtemu kaptur z głowy. Znał tę twarz. To był jego ojciec. Ale kto kazał mu go zabić. Jeżeli jednak groził jego ojcu, musiał być to ktoś potężny. A to oznaczało, ze nie będzie miał tu łatwego życia...
Spojrzał jeszcze raz na Mezoberanzan... w zasadzie nie było nic, za czym mógłby tęsknić. Ale wiedział, że choć to miasto jest miejscem, w którym ciągle trzeba martwić się o swoje życie, to tam, gdzie się udaje jest jeszcze gorzej. Podmrok nie jest przyjazną krainką... ale nie miał wyjścia... tu czekała go pewna śmierć... w zasadzie to to samo czekało go w Podmroku... ale tu będzie miał przynajmniej więcej czasu... „Czasu na co?” – pomyślał. „Nie wiadomo. Ale zawsze będzie go więcej” – natychmiast sobie odpowiedział. Odwrócił wzrok od miasta, po czym ruszył przed siebie... w wieczny mrok...