Dawne czasy II
Mięso jadł na surowo. Nigdy nie rozpalał ognia. W Podmroku była to pewna śmierć. Ale przyzwyczaił się. Piętnaście lat, jakie tu spędził w samotności wiele go nauczyło. Na przykład tego żeby zawsze być czujnym. Nigdy nie dać się zaskoczyć. Gdy do jaskini weszła jakaś grupa humanoidalnych istot on był już gotowy. Stał przy wejściu z ostrzami gotowymi do ataku. Jednak nie uderzył pierwszy. Nie skorzystał z elementu zaskoczenia. Stojące przed nią istoty były drowami. Takimi jak on. I co dziwniejsze, nie zdziwił ich fakt, że go tu spotkali.
- Ah... Morn Draug, Czarny Wilk! Nie wiem czemu nigdy nie poznałem twojego prawdziwego imienia. Ale... to i tak bez różnicy. Wiesz, szukaliśmy cię – powiedział jeden z nich. Znał go. Byli w jednej klasie w szkole wojowników. Nigdy go nie lubił, nigdy mu nie ufał. Nigdy nikomu nie ufał, ale jemu już szczególnie.
- Czemu mnie szukaliście? – dziwił się, że jeszcze umiał mówić tym językiem.
- Ktoś nam kazał. Mamy cię sprowadzić z powrotem – na twarzy przybysza zagościł demoniczny uśmiech.
Wyciągnęli miecze. Szykowali się do ataku. Ale on też był gotów. „Pięciu na jednego... marne mam szanse. Ale przynajmniej zabiorę kilku ze sobą” – pomyślał. Starał się wejść w róg jaskini. Nie udało mu się. Nie pozwolili mu na to. Niemal jednocześnie się na niego rzucili. Błyskawiczna wymiana ciosów. Po chwili tamci wrócili na swoje pozycje. Ten, którego znano jako Czarnego Wilka trzymał się jedną ręką za bok. Miał tam wbity sztylet. Nic, czym należałoby się przejmować. Musiał teraz coś wymyślić. I to szybko. Upadł na kolano. „Cholera, co się dzieje, przecież nie jestem poważnie ranny” – pomyślał. Po chwili zrozumiał. Ten sztylet... był magiczny. Wysysał z niego siły życiowe. Zaczęło mu się robić ciemno przed oczami. Chciał wyciągnąć przeklętą broń, ale nie był w stanie. Zobaczył jeszcze kilka niewyraźnych sylwetek zbliżających się do niego. Padł bez sił na ziemię.
***
Powoli zaczął odzyskiwać przytomność. Widział stojące nad nim postacie. Usłyszał jakieś głosy. Melodyjne słowa. Modlitwę... Poczuł, że leży na czymś twardym i zimnym... zobaczył dłoń trzymającą sztylet, tuż nad jego piersią. Jego rozszczepione ostrze z wyglądu przypominało odnóża pająka. Rękojeść była zakończona czaszką z adamantytu. Broń gwałtownie opadła. Przeszył go straszliwy ból. Poczuł jak jego ciało powoli rozpada się, staje niematerialne, po czym spada w jakąś czeluść.
***
Otworzył oczy. Był przykuty łańcuchem do skały. Wszędzie widać były demony. Oglądały go. Były ciekawe. Ale żaden nie podszedł. Czekały. Chciał się wyrwać, uwolnić, ale nie był w stanie. Był bezsilny. W końcu, po kilku godzinach, demony się doczekały. Pojawił się Ballor. Stanął tuż przed nim. Czuł jego śmierdzący siarką oddech.
- Czeka nas dużo dobrej zabawy. Mam nadzieje, że docenisz fakt, iż zajmuję się tobą osobiście... – powiedział, a raczej wywarczał potwór.
Podniósł zakrwawioną głowę. Otworzył oczy. Spojrzał na swoje ciało. Wyglądało jak jedna, wielka rana. Czuł się tak, jakby miał umrzeć. Ale wiedział, że to nie możliwe. Przecież już nie żył. Inaczej nie byłby tu przez piętnaście lat. Piętnaście lat niemal nieustannych tortur. Znów zwiesił głowę. „Czym sobie zasłużyłem na taki los... dlaczego...?” To pytanie zadawał sobie niemal zawsze gdy odzyskiwał przytomność. Po chwili, jak zawsze gdy drow się budził, pojawił się jakiś demon. Niósł butelkę z kwasem i kilka rozgrzanych do białości metalowych przedmiotów. „Znowu... Ile jeszcze... Jak długo mam tak cierpieć...?” Zacisnął zęby. Usłyszał śmiech. – Będziesz tu mój drogi, aż upadnie królestwo demonów – odpowiedział tamten tak, jakby słyszał jego myśli. Po chwili podszedł do niego wymachując płonącym, metalowym mieczem. – Tylko mi tu nie zemdlej za szybko. Jeśli popsujesz mi zabawę to będę bardzo zły...
Odzyskał przytomność. Słyszał jakąś rozmowę w języku, którego nie rozumiał. Otworzył powoli oczy. Nie widział wyraźnie. Przed nim stały dwie postacie. Jedna z nich była duża, masywna. Miała wielkie, błoniaste skrzydła. Jej skóra byłą czerwona. Więcej szczegółów nie był w stanie ujrzeć. Nie zwracał na nią uwagi. Natomiast ta druga... była drobnej budowy, chyba kobieta... miała srebrne włosy. Stała na jakimś ciemnym tle... Przynajmniej tak z początku myślał. Gdy zaczął rozróżniać szczegóły zrozumiał, że ten cień za jej plecami, to były jej skrzydła. Tak jakby były wykonane z mroku. Kim była? Czego od niego chciała? Przed jego twarzą pojawił się jakiś pomniejszy demon – Co? Już doszedłeś do siebie? To dobrze - Ciało drowa przeszyła olbrzymia dawka ładunku elektrycznego. Jego mięśnie napięły się gwałtownie pod wpływem impulsu. Gdy ból zaczął mijać znowu w jego ciało uderzyła błyskawica. Nawet nie krzyczał. Wiedział, że to zaledwie wstęp. Choć jego oczy zachodziły mgłą to nie robił sobie nadziei, że zemdleje szybko. Już oni się o to postarają.
***
Obudził się w jakimś miejscu, którego nie potrafił określić ani nazwać. Wszędzie było czarno. Widział siebie, swoje ciało. A raczej to co niegdyś nim było. Teraz bardziej przypominało to strzęp mięsa. Myślał, że fakt iż nie jest przykuty do ściany w Otchłani to następna sztuczka tych demonów. Już wiele razy tak robili. Dawali mu nadzieję na wolność, a potem chwytali i zaczynali torturowanie od nowa. Nienawidził tego. Nawet bardziej niż bólu fizycznego. Ale tym razem było inaczej. Nie wiedział skąd, ale wiedział. Coś wewnątrz niego mówiło mu, że teraz nie pojawi się żaden demon aby go dręczyć. Usiadł na czymś, co chyba było podłogą i czekał. Coś się musi stać. Po chwili zobaczył przeraźliwie jasny błysk. Bał się, że wypali mu oczy, ale niemal natychmiast ustał. Spojrzał przed siebie. Stała tam jakaś kobieta. Miała długie, czarne włosy, bladą cerę, czarne szaty. Była niesamowicie piękna. Czuć było od niej niewyobrażalną siłę. Ale ta siła w jakiś sposób przerażała. Wstał, nie wiedząc co robić. Bał się odezwać pierwszy.
- Witaj – jej głos był dźwięczny, melodyjny, ale zarazem pusty, bez emocji - Uwolniłam Cię z Piekielnej Otchłani i twojego cierpienia. I mogę przywrócić Cię twojemu światu. Mogę dać Ci drugą szansę. A jednocześnie potęgę, której mało kto będzie się mógł oprzeć. To wszystko będzie twoje – uśmiechnęła się - Wystarczy, że będziesz mi służyć.
Nie wiedział co odpowiedzieć. Czuł strach, ale także wdzięczność, radość i pragnienie siły. Próbował wyksztusić z siebie choć słowo, ale nie mógł. Po chwili wahania uklęknął przed nią i pochylił głowę.
- Moja Pani... czy mogę poznać twe imię?
- Motris.
Wyciągnęła do niego rękę. Powoli wstał, podszedł do niej. Położyła dłoń na jego policzku. Zbliżyła swoją twarz do jego twarzy. Nie wiedział czemu, ale nie czuł jej oddechu. Jej wargi powoli zbliżały się do jego ust. Pocałowała go. Otworzył szeroko oczy. Czuł jak wraz z tym pocałunkiem coś z niego ucieka. Czuł, że jego dusza opuszcza ciało, choć świadomość wciąż w nim pozostaje. Ale w zamian zyskał siłę. Czuł jak moc wypełnia jego ciało. Jego rany zaczęły się gwałtownie goić. Po kilku chwilach wszystkie znikły. Jego ciało wyglądało tak jak dawniej. Po chwili odsunęła się od niego.
- Wybrałam Cię, ponieważ w twoich żyłach płynie krew demona. Wraz z moją mocą będziesz niezwyciężony. Ja decyduję o tym, kto ma umrzeć. Tak długo, jak długo jesteś moim sługą nie musisz się obawiać śmierci. Jedynie sztylet, którym złożono Cię w ofierze może być dla Ciebie zagrożeniem. Tylko on może odesłać Cię tam, skąd Cię zabrałam. Ale myślę, że poradzisz sobie z jego odzyskaniem.
Obok niego pojawił się portal. Wiedział, że prowadzi on do Mezoberanzan, jego miasta. Uśmiechnął się na myśl o zemście. Przeszedł przez teleport. Stał na jakiejś półce skalnej nad miastem. Spojrzał na siebie. Miał na sobie czarną koszulę i spodnie. Na ramiona zarzucony ciemny płaszcz z licznymi kieszeniami. Uśmiechnął się. Zamknął oczy, skoncentrował się. Czuł jak biją serca mieszkańców. Już dawniej to potrafił. Ale teraz czuł je o wiele wyraźniej. Nie zlewały się ze sobą tworząc szum, jak kiedyś. Każde serce czuł wyraźnie. Drowy, gobliny, koboldy i inne... czuł serce każdego żywego stworzenia w mieście. W końcu znalazł te, którego szukał. Nie wiedział dlaczego, ale potrafił rozpoznać jak bije to, które należy do jego dawnego „przyjaciela”. Teraz czas na zemstę. Z jego pleców wyszły niematerialne wstęgi czarniejsze niż noc, powoli zaczęły formować się w skrzydła. Dawniej nie były one dość silne, by go unieść. Tym razem będzie inaczej. Skoczył w dół i poleciał wprost do jednego z domów. Zaczął szybko i cicho przemykać korytarzami. Czując każdego ze strażników zdołał niezauważony dostać się do części mieszkalnej. Wszedł do jednego z pokoi. On tam był. Ten sam, który odnalazł go w Podmroku. Zanim tamten zdążył zareagować wstęgi skrzydeł Czarnego Wilka oplotły się wokół jego ciała i przygwoździły go do ściany. Chwilę później poczuł jak ręka niedawno jeszcze martwego drowa zaciska się na jego szyi. Próbował się wyrwać, gdy to mu się nie udało wbił w napastnika sztylet. Ale to także nie przyniosło radnych efektów. Poza śmiechem.
- Przecież ja nie żyję. Sam sprowadziłeś mnie do tego miasta i pewnie widziałeś, jak składają mnie w ofierze. Nie możesz mnie zabić. A teraz mów, kto ci to zlecił, a może szybko umrzesz.
- Twoja... matka... – strach zmusił go do odpowiedzi zanim przemyślał konsekwencje tego czynu. Po chwili poczuł jak dłoń Czarnego Wilka miażdży mu krtań. Otworzył szerzej oczy, po czym padł martwy na podłogę.
Sługa Mortis wyleciał przez okno, powoli szybując w stronę swego pierwszego domu. Teraz już nie obchodziło go, czy zabije kogoś więcej czy nie. Ale musiał zdobyć sztylet. Po chwili był na miejscu. Zaczął szybko biec w stronę komnaty ofiarnej nie usiłując nawet unikać kontaktu z domownikami. Na drodze stanęło mu kilku strażników. Nie byli dla niego żadnym zagrożeniem. Rozerwał ich na strzępy gołymi rękami. Wszedł do środka. Na wielkim kamieniu leżał jego cel. Wiedział, że znalazł to czego szukał – ofiarny sztylet. Szybko pochwycił znienawidzoną broń. Gdy tylko to uczynił obok niego pojawił się portal. Po drugiej stronie wyczuwał obecność swej Pani. Spojrzał na ołtarz. Czarne wstęgi wychodzące z jego pleców wniknęły w twardy kamień, po czym rozsadziły go na drobne kawałki. Bez wahania przeszedł przez na drugą stronę portalu.
- Brawo mój wierny sługo. Teraz czas na twoją misję. Pójdziesz na powierzchnię i przygotujesz żyjące tam istoty na moje nadejście – podała mu dwa długie miecze, zrobione z czarnej stali, o rękojeściach zakończonych czaszkami z czarnego kryształu. Były niezwykle lekkie, i poręczne. I widać było, że są bardzo ostre – Nie rozpadną się pod wpływem światła słonecznego tak jak broń twoich pobratymców. A teraz idź – kolejne magiczne przejście pojawiło się obok niego. Przeszedł przez nie, jak tylko przypiął sobie miecze do pasa.
Gdy tylko znalazł się na powierzchni ujrzał rozświetlone gwiazdami niebo. Ich blask sprawiał ból jego oczom, nawykłym do niemal całkowitego mroku. Ale po tym, co przeżył w Piekle ten ból był dla niego niemal niezauważalny. Rozejrzał się po okolicy. Był na jakiejś łące, w oddali widać było światła miasta. Ruszył w tamtą stronę. W pewnej chwili usłyszał jakieś głosy, dobiegające z okolicy. Pobiegł w tamtą stronę. Zobaczył wielkiego, brunatnego niedźwiedzia i stojącego naprzeciw niego szarego wilka. Szykowali się do walki. Nie wiedząc czemu pobiegł w stronę zwierząt i wbił niedźwiedziowi miecz w plecy. Nie wiedział, dlaczego nie umieścił ostra w jego szyi. Nie wiedział po co w ogóle się wtrącał. Tak czy inaczej niedźwiedź uciekł w las. Wilk spojrzał na drowa, warknął raz i drugi, po czym się uspokoił.
- Jest Ci wdzięczny, uratowałeś go tak jak i jego rodzinę – głos wydobywający się zza pleców drowa sprawił, że ten odruchowo odskoczył i przybrał pozycję obronną. Spojrzał na postać, która wzięła się znikąd. Był to dobrze zbudowany mężczyzna, całkiem wysoki o kasztanowych włosach. Był ubrany w szaty, które wyglądały jakby były zrobione z liści. W ręku trzymał kostur.
- Jakim cudem ja cię rozumiem. I kim jesteś.
- Ha... to ty znasz wspólną mowę, ty powinieneś wiedzieć dlaczego. A co do mojej osoby... zwą mnie Szary Wilk i jestem druidem.
- Czego ode mnie chcesz?
- Podziękować. Uratowałeś mojego podopiecznego – wskazał głową na przypatrującego się im wilka – mam coś dla ciebie. Niedaleko, przy tamtym wzgórzu jest pewien dom, opuszczony od lat. Mi nie jest potrzebny, a tobie... czemu nie. A... i jeszcze to... nie pytaj, czemu ci to daję. Sam nie wiem – podał mu mały, fioletowy kwiatek – daj go komuś, jeżeli ten ktoś poczuje jego zapach natychmiast zaśnie. I żegnaj, obyśmy się więcej nie spotkali.
Druid odszedł zanim drow zdążył cokolwiek powiedzieć. Słychać było tylko jego słowa, skierowane do gwiazd... albo do tego co tam się znajdowało: „Czemu kazałaś mi, abym mu to dał...? Tak, wiem, miałaś powód... jak zawsze... Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiem” Mroczny elf spojrzał na kwiat, wzruszył ramionami, schował go do płaszcza, poszedł w stronę owego opuszczonego domu. Czemu miałby się tam nie zatrzymać. Gdzieś musiał. Miał dość niewygodnego życia. A czekała go długa misja. Jego Pani przybędzie, a ludzie musieli być gotowi na jej nadejście.