Demonolog II - Spotkanie
Ale przecież ja nie mogłem mieć kaca.
Mimo to czułem pulsujący ból w głowie. Co się stało? Po chwili zacząłem sobie przypominać. Snorrsorg, gospoda... wędrowiec!
Szybko otworzyłem oczy i zerwałem się na nogi. Rozejrzawszy się wokół stwierdziłem, że nie jestem już ani w gospodzie, ani na ulicy ani nawet na powierzchni ziemi.
Jaskinia była rozległa. O dziwo nie była jednak wykuta w skale, a jedynie wykopana pod ziemią. Głęboko pod ziemią, sądząc z temperatury w jej wnętrzu. Na pierwszy rzut oka prowadził do niej tylko jeden tunel, wiodący w górę, lecz przy dokładniejszych oględzinach spostrzegłem szarawe, zapewne stare, drewniane drzwi z prostą, mosiężną klamką. Czasem jednak fajnie jest być Demonem, przynajmniej widzisz w ciemności i nie wyrżniesz w ziemię potykając się o jakiś natrętny korzeń.
W pierwszej chwili chciałem uciekać. Nadal czułem obecność mojego prześladowcy. Zwyciężyła jednak chęć poznania jego tożsamości i sposobu, w jaki z dziecinną łatwością pozbawił mnie przytomności.
Skradając się po cichu w ciemności zbliżyłem się do drzwi. Może i jestem przewrażliwiony, ale lepiej być ostrożnym. Jeszcze tylko metr.
Chwyciłem za klamkę.
Drzwi z zadziwiająco znajomym skrzypem otworzyły się lekko. Może wszystkie stare drzwi tak skrzypią? Za drzwiami znajdowały się schody. Świetnie.
Pamięć to zdumiewająca istota. W moim przypadku jest niczym płomień świecy. Zapalany.
Zdmuchiwany.
Czasami mam wrażenie, że pamiętam. Odzyskałem każdy obraz, każdy dźwięk i zapach. Wszystkie portrety znajomych postaci. Ale to tylko złudzenie. Wywołane chwilą uniesienia, która towarzyszy mi za każdym razem, gdy udaje mi się przywołać jakiś fakt z poprzedniego życia. Niektóre z tych wizji są zaskakujące, niekiedy wręcz intrygujące. Niektóre są gorszące, inne wzruszające. Inne zaś... Przynoszą ból.
Ból, którego nie rozumiem.
Jak to możliwe, by cierpieć patrząc na śmierć bezimiennej kobiety, odzianej w prostą brązową suknię, której twarz niczego mi nie mówi, z niczym się nie kojarzy. Nie wiem kim jest, a raczej – kim była.
Ale cierpię.
Dlaczego?
Pokonując ostatni kręty zakręt i schodząc z ostatniego stopnia natrafiłem na kolejne drzwi. Tym razem bez zbędnych zabiegów otworzyłem je na oścież.
Pomieszczenie, do którego trafiłem przypominało celę. Z jednej ze ścian zwisały potężne, żelazne łańcuchy, do których przykuty był chudy niczym szkielet mężczyzna, o długich, kruczoczarnych włosach. Jego głowa zwisała bezwładnie na ramionach, a ciało sprawiało wrażenie uschłego. Wprost idealny wzór więźnia.
Zdecydowałem się podejść bliżej, by bliżej mu się przyjrzeć, gdy jego udręczoną twarz rozjaśnił obłąkańczy uśmiech, a z gardła wydobył się drwiący śmiech.
- Znów tu przylazłeś plugawy świętoszku? – spytał, najwyraźniej biorąc mnie za kogoś
innego. – Kolejna sesja, czy tak po prostu przyszedłeś popatrzeć?
- Nie znam cię człowieku i nie mam wobec ciebie wrogich zamiarów – odparłem siląc
się na spokój.
- Nie próbuj się ze mną bawić parszywy odszczepieńcu! – więzień gwałtownie odrzucił
do tyłu głowę i utkwił we mnie swoje doskonale czarne oczy, bez śladu białka – Zgnijesz, jeśli nie zaspokoisz głodu, wiesz o tym!
Ciało nieznajomego zaczęły przebiegać silne dreszcze. Dygotał cały, wykrzykując wyzwiska. Spojrzałem mu prosto w oczy, z których wyzierała ciemność, przerażająca, bezdenna otchłań. Poczułem, że słabnę pod wpływem jego spojrzenia. Osunąłem się na podłogę, nie mogąc oderwać spojrzenia od jego hipnotycznego spojrzenia.
- GIŃ! – wykrzyknął nagle i zaczął wypowiadać zaklęcie. W tej samej chwili coś
dziwnego stało się z łańcuchami więżącymi szaleńca. Zesztywniały, krępując w zupełności jego ruchy i rozjarzyły się niebieskim światłem, tak silnym, że musiałem przymknąć powieki.
Nieznajomy wrzeszczał i miotał się niczym trawiony płomieniami, gdy nagle jego ciało zwiotczało, łańcuchy opadły a niebieska łuna zniknęła.
Więzień dyszał ciężko, z trudem łapiąc oddech. Ja natomiast, uwolniony od jego mocy, powoli wstałem czując się tak, jakbym wpadł pod rozpędzony powóz.
Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, ze prócz nieznajomego i mnie w pomieszczeniu znajdował się ktoś jeszcze.
Wędrowiec.
Wyglądał tak samo, jak wtedy na drodze. Znów poczułem siłę, bijącą od jego postaci, lecz tym razem, nie było w nim pewności siebie. Stał nieruchomo opierając się o ścianę. Jego twarz przysłaniał kaptur brązowej szaty.
– Straciłem kolejnego – wyszeptał głosem pełnym bólu, wpatrując się w dymiące ciało szaleńca, którego chrapliwy oddech ustał na dobre.
W pierwszej chwili chciałem go spytać kim jest, dlaczego mnie tu sprowadził i co tutaj właściwie robię. Słowa jednak uwięzły mi w gardle. Zamiast tego poczułem głód. Piekielny ogień, trawiący moje wnętrzności. Chciałem go zabić, sprawić by cierpiał. Wiedziałem, że to zaspokoi mojego Demona. I wtedy odwrócił się do mnie.
Spojrzał mi prosto w oczy, jakby świadomy moich morderczych intencji. Nie próbował mnie skrępować, unieszkodliwić, spalić. Nic. Po prostu patrzył.
- Atakując mnie, niczego nie zyskasz. – powiedział Wędrowiec czystym, silnym głosem – Wiesz dobrze, że nie stanowisz dla mnie wyzwania. To próba rozumu, Upadły. Zaraz zobaczymy, czy został w tobie chociaż cień człowieczeństwa.
Czułem narastający we mnie gniew. Nie jestem wyzwaniem, myślałem, zaraz się przekonamy głupcze. Szukałem w pamięci formuł co bardziej morderczych zaklęć, lecz zamiast rzucić któreś z nich, spytałem tylko:
- Jak mnie nazwałeś?
- Upadły – Wędrowiec uśmiechnął się nieznacznie – Chodź. Poznasz kilka odpowiedzi.
Przez chwile mierzył mnie wzrokiem, po czym odwrócił się i podszedł do jednej ze ścian komnaty. Przez chwile gładził wypolerowane kamienie.
- Otwórz się – powiedział po prostu.
Jakby na zawołanie kamienie rozstąpiły się tworząc okrągły portal.