Dorado
- Lupusie, tyle razy już to przerabialiśmy. – rzekł Sculptor. – Nikt nie ma prawa zapuszczać się na tamte tereny. I ty dobrze o tym wiesz.
- Wiem, wiem. ”Ten, kto przekroczy Święty Mur żywy nie powróci…” Znam to na pamięć! – dodał gniewnie
- Posłuchaj uważnie tego, co ci powiem, a mówię to po raz ostatni: zabraniam ci nawet myśleć o tej wyprawie. Wielu lepszych od ciebie próbowało. Żaden nam o tym nie opowiedział.
Lupus wzruszył ramionami. – Zrobię, jak zechcesz, wodzu – odburknął.
Musiało to zabrzmieć mało przekonywująco. Sculptor przyglądał mu się przez dłuższą chwilę w milczeniu.
- Dobranoc, Lupusie. Idź, może sen Ci rozum wróci.
- Nie łudź się. Dobranoc.
Następnego dnia, o dziwo, znowu wzeszło słońce, i to na dodatek na wschodzie… co to się z tym światem porobiło… ale zaraz! Wybiegnijmy myślą wstecz do owej nocy, od której się ta historia zaczyna. Lupus wcale nie poszedł spać. Nawet mu to do głowy nie przyszło. Nocne godziny spędził na pracowitych przygotowaniach do podróży. Rano okazało się, że w osadzie nie ma…
Lupus. Żaden z niego bohater. Ot tak sobie, ciekawy świata chłopak. Liczył sobie 19 wiosen, był wysoki i chudy. Dziewczyny z jego plemienia twierdziły, że wcale nie jest przystojny. Miał krótkie, ciemne włosy, długi, hakowaty nos oraz lekko wystającą dolna szczękę. Świadczyło to o jego silnej osobowości i zaciętości. Jego bystrość i inteligencja szły w parze z opanowaniem i odwagą. Jego oczy były stalowo-szare. Nie wyrażały praktycznie żadnych uczuć. No, chyba że lód można nazwać uczuciem. Zawsze, kiedy nad czymś intensywnie myślał, na jego wysokim czole pojawiała się ostro zarysowana zmarszczka. Wśród rówieśników Lupus pełnił rolę niby-wodza. Choć nigdy takie wybory nie miały miejsca, wszyscy czuli to podświadomie. Chłopak posiadał ogromną charyzmę i „kobiecą” intuicję. Zagrożenie wyczuwał szóstym zmysłem.
Tak więc wyruszył na wyprawę życia. Nie wiedział co go czeka. Nie wiedział, czy przeżyje.
Słońce już stało wysoko, kiedy współplemieńcy zorientowali się, że kogoś brakuje. Słońce stało jeszcze wyżej, kiedy Lupus wreszcie dotarł do Świętego Muru.
- Mur jak mur. Co to dla mnie. – pomyślał Lupus, pewny siebie. Mur faktycznie wyglądał jak każdy inny: kamienie, cement, mech i narośla…
Lupus podszedł bliżej. Kamienna ściana sięgał mu do nosa.
- Hm… lekko nie będzie. – Położył na nim dłonie, podźwignął się i podkurczył nogi pod siebie. Po chwili pewnie stanął na szczycie. Przez chwilę obserwował cały widnokrąg. Przed nim rozciągał się dość monotonny krajobraz. Jedyne co widział - oprócz morza traw - cienką kreskę lasu w miejscu, gdzie niebo powinno spotykać się z ziemią. Napiął mięśnie i gładko wylądował. Na lewym udzie poczuł chłód metalowego przedmiotu. Był to pistolet typu VIS. Lupus odruchowo sięgnął po niego ręką. Chcąc nie chcąc przypomniał sobie regułkę, którą wędrowny handlarz powtarzał za każdym razem, kiedy prezentował owa broń: „Przeznaczony do zwalczania celów z bliska, zazwyczaj nagle się pojawiających (…).”
- Duża celność plus wygoda obsługi… tak, to jest moja ulubiona broń. – pomyślał. – Zaraz po mieczu, oczywiście. Skorygował położenie skórzanego pasa, który utrzymywał pochwę wraz z mieczem ściśle przy plecach.
Miecz niczym się nie wyróżniał od innych – obosieczny, jednoręczny, srebrnoszary. Wyjątek stanowiła rękojeść. Trzon obwinięty był czarną, miękką lecz wytrzymałą skórą, która zapobiegała ślizganiu się dłoni. Na głowicę składały się misternie zdobione złote „płatki”, z których środkowy był największy, a pozostałe, wraz z oddalaniem się od głównego – malały. Jelec był w kształcie dwóch węży, których głowy były pod takim kątem, iż mogło się zdawać, że cały czas obserwują przeciwnika. Taszka wyobrażała ludzką czaszkę, z krwisto czerwonymi oczami i groźnie wyszczerzonymi zębami.
- No, - powiedział sam do siebie - komu w drogę, temu wio. – Z początku wszystko szło po jego myśli. W sumie to nie było niczego, co by po jego myśli iść nie mogło. Co prawda nie miał jakiegoś ściśle sprecyzowanego planu.
– Chciałem przejść przez Mur-no to jestem.-pomyślał. Spojrzał na słońce i odruchowo zmrużył oczy. – Teraz mogę iść już tylko przed siebie. Ciekawe czy zdążę dojść do lasu przed zmrokiem… - Jego wzrok ponownie powędrował w stronę cienkiej smugi na horyzoncie. – Hmm… - zamyślił się – na oko, to będzie jakieś sto pięćdziesiąt sążni – wykalkulował. Chłopak nie wziął ze sobą zbyt dużo prowiantu – trochę suszonego mięsa, bochenek chleba i bukłak wody. Liczył na to, że w Obcej Krainie będzie się żywił upolowana zwierzyną.
Dalsza podróż minęła bez niespodzianek. Tylko parę razy widział, lub zdawało mu się że widzi coś, jakby cień wiszący nad lasem. Jednak po paru szybkich wdechach, w których zdążył wykonać jeden tylko ruch (a mianowicie: przetrzeć oczy), zjawa znikała.
- Oj, kolego. Źle z tobą. To dopiero początek, a ty już masz zwidy – bąknął pod nosem. O zmroku chłopak przekroczył granicę lasu. Noc była ciepła , na niebie wisiały miliony gwiazd. W powietrzu czuć było wiosnę. Lupus usiadł pod pierwszym lepszym drzewem po czym zdjął z siebie ekwipunek. W chwilę potem dało się słyszeć cichy, równy oddech…
Wstawał kolejny dzień. Ciszę poranka przeszyło świdrujące świergolenie ptaków. Lupus zdążył otworzyć oczy, kiedy usłyszał trzask gałązki, tuż za plecami. Jego reakcja była błyskawiczna; doskoczył do swoich manatków, prawą ręką sięgnął po miecz, który gładko wysunął się z pochwy. Jednocześnie lewą szukał pistoletu. Nagle jego ręka natrafiła na chłodny metal. Chłopak odetchnął z ulgą. W ułamku sekundy był już na nogach. Wtem dostrzegł to, co było powodem tej uroczej pobudki. Jego oczom ukazał się nieoczekiwany widok: na skraju polany stało pięciu orków.
- Tylko spokojnie – szepnął gorączkowo. – Najlepiej byłoby je czymś zastraszyć… - chłopak chwilę myślał intensywnie. Poczym wypalił ze zdaniem, które słyszał już dziesiątki razy. – Czyż to nie cudowny dzień na umieranie? – a w duchu pomyślał: „O matko, jaki oklepany tekst, weź wymyśl coś lepszego!” - To który pierwszy chce obejrzeć kwiatki od spodu? – „Brawo… normalnie powinieneś być z siebie dumny… eh…”
Pomimo wątpliwości, jakie wylęgły się w jego głowie, ostrzeżenie zabrzmiało naprawdę groźnie. Lupus zyskał to, co w walce jest najbardziej przydatne – czas. Orkowie stali bezmyślnie w jednym miejscu. Jakoś żadnemu się nie paliło na „tamten świat”. W oka mgnieniu chłopak znalazł się między nimi. Wystarczył jeden celny strzał. Martwe ciało padło na ziemię, po drodze zgniatając Bogu ducha winnego krzaczka. Dla pozostałych był to jakby sygnał do ataku. Krok za krokiem zaczęli go okrążać. Lupusowi tylko o to chodziło. Bez zbędnych kroków., bez piruetów, salt, i innych takich bajerów zaczął zabijać. Palec u lewej ręki delikatnie napierał na spust. W tej samym czasie podchodził zamaszystym krokiem, z opuszczonym mieczem, do pierwszego po jego prawej stronie. Rozległ się huk. Ork jeszcze chwilę temu stojący po lewej, padł martwy. Chłopak nie miał czasu (ani ochoty) podziwiać trupa; w końcu walka nie była rozstrzygnięta. Ork, do którego się zbliżał, dał się nabrać na najstarszą sztuczkę na świecie – zaatakował potężnym cięciem zza głowy. Z jego trzewi wydobył się przeraźliwy okrzyk zwycięzcy. Nieoczekiwanie okrzyk ten przerodził się w potępieńczy ryk, który mogła wydawać tylko osoba (osoba?), która właśnie ma podcinaną tętnicę szyjną. Lada moment ucichła na wieki. W chwili, kiedy Ork unosił miecz, Lupus zadał śmiertelny cios. Jemu czasu nie zabierał bezmyślny nawyk wrzeszczenia podczas walki. On kochał ciszę…
Pozostali odskoczyli. Raptem spojrzeli na siebie, potem znowu na chudego chłopaka. Stali od siebie jakieś pięć kroków. Lupus nigdy nie lubił się bawić w kotka i myszkę. Jego palec wskazujący delikatnie naciskał na spust. Kolejny przeciwnik padł jak rażony piorunem.
- Spokojnie… - chłopak sam siebie uspokajał. – Wdech i wydech… - Teraz został tylko jeden
w miarę sprawny do walki. Reszta była… powiedzmy: niedysponowana.
Chłopak obiecał sobie, że już nie zmarnuje więcej kul. Przecież musi czymś zabić zwierzynę. Jakoś wizja jego samego latającego z mieczem za sarną zdawała się dziwnie niekusząca.
Pewnym, sprężystym krokiem podszedł do przeciwnika. Chciał tego również złapać na starą sztuczkę. Podchodził z opuszczonym mieczem. Ale ten Ork potrafił się uczyć na błędach innych. Zatoczył nad sobą szerokiego młyńca. Lupus, spostrzegłwszły to, wymyślił inny plan działania. Błyskawicznie zmienił położenie miecza, którego sztych skierowany był teraz ku górze. Ork również przyjął postawę wyjściową. Chłopak schował pistolet do specjalnej kieszeni na biodrze. Teraz całą swą uwagę skupił na broni przeciwnika. Nagle ork zaatakował. Jego ciosy zostały z łatwością odparte. Po chwili sam musiał zastosować całą serię uników. Lupus poczuł się pewnie. Zbyt pewnie. Chwila nieuwagi. Źle przeniesiony punkt ciężkości… i znalazł się o czwartą część kroku za blisko. Ork zrobił półobrót i z całej siły jaką z niego uzyskał ciął mieczem w nogę chłopaka. Lupus nie zdążył odpowiednio zareagować. Jedyne co zrobił – odruchowo zasłonił się mieczem. Nie miał jednak wystarczająco miejsca, aby cofnąć nogę. Zamortyzował uderzenie, ale było ono tak potężne, że zranił się własnym mieczem odbitym od miecza orka. Chłopak stwierdził, że nie będzie zgrywał bohatera. Błyskawicznym ruchem wyciągnął pistolet i nacisnął spust. Kulka trafiła idealnie w czoło przeciwnika. Ostatni ork padł dokładnie na ten sam krzaczek (wystarczająco już zmasakrowany), co pierwszy ork. Walka była skończona.
- Cholera, ale cieknie – powiedział zirytowanym głosem.
Lupus otworzył oczy. Promienie słoneczne delikatnie głaskały czubki drzew. Lekki, wiosenny wietrzyk zatańczył pomiędzy źdźbłami trawy. Chłopak gwałtownie wciągnął powietrze. Dźwignął się na rękach… i syknął z bólu. Jego wzrok powędrował w stronę prawej nogi. Czarny pasek materiału (w którym rozpoznał rękaw swojej bluzy), ciasno oplatał jego udo.
- A więc to nie był sen – pomyślał z roztargnieniem. Delikatnie dotknął opatrunku. – Miną tygodnie zanim się zagoi. – zasmucił się. – Cud że zatamowałem…. Cooo?! Przecież …t… to nie możliwe… ale jak… – nie był w sanie przypomnieć sobie, co zaszło od wczorajszego pojedynku. – Zaraz, po kolei. – Wolną ręką zaczął szukać miecza i pistoletu. Po chwili ręka natrafiła na zimny metal. – Dobra, przynajmniej broń na miejscu. Tylko skąd się wziął ten opatrunek?! – zajęty własnymi myślami, nie dostrzegł zbliżającej się postaci.
- Widzę, że już się obudziłeś – powiedziała melodyjnym głosem. – Jak się czujesz? Mocno krwawi? – dodała, lekko przechylając głowę.
- Nie, dziękuję wszystko w po…- zająknął się – Kim ty w ogóle jesteś? Dlaczego mi pomogłaś?! Skąd się tu wzięłaś?! – poczuł, że kręci mu się w głowie. Bezwładny opadł na koce. „ Człowieku, opanuj się. Gdyby chciała cię zabić, to by zrobiła to już tysiąc razy.” – uspokajał się
- Spokojnie – rzekła cicho – straciłeś sporo krwi. Podejrzewam, że teraz nie zaśniesz, więc pozwól, że ci wszystko wytłumaczę. – podeszła bliżej i usiadła naprzeciw niego. Ale ostrzegam: zanudzisz się na śmierć.
- Śmierć ostatnio chyba zmieniła plany. Opowiadaj. – sam nie wiedziała skąd w nim tyle cierpliwości. Normalnie chwyciłby za którąś z broni przyłożył do szyi i żądał wyjaśnień. Ale teraz? „ Coś dziwnego jest w tej kobiecie…” – a na głos powiedział – Zamieniam się w słuch.
- Hm… po prostu przechodziłam niedaleko, kiedy usłyszałam ten okropny ryk. Podejrzewa, że to plugastwo – ruchem podbródka wskazała na trupy orków – tak się darło w niebogłosy. Przybiegłam więc, ale nie chciałam się mieszać do walki. Obserwowałam. Kiedy zostałeś ranny, pomyślałam, że w obecnym stanie nie był byś w stanie mi zrobić krzywdy. I faktycznie, chwilę potem straciłeś przytomność. – w zadumie pokiwała głową. – Przespałeś całą noc i połowę tego pięknego dnia, śpiochu – uśmiechnęła się do niego. Lupus nie odwzajemnił uśmiechu. – Teraz – ciągnęła dalej – możesz podziwiać efekt moich starań – wskazała na nogę. – Przynajmniej już tak mocno nie krwawisz.
Lupus ze zdumieniem stwierdził, że wcale nie uwierzył w tę historyjkę. „Opatrzyłaś mi nogę - dobra” – myślał w duchu – „ale przechodziłam niedaleko? Co robisz w Obcej Krainie? Kim jesteś?” – pytania kłębiły mu się w głowie. Kobieta spojrzała na niego. Jej twarz wykrzywił ironiczny uśmiech. Znikł szybciej, niż się pojawił.