Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Dorado II

serpens ·

Lupus, odrobinę uspokojony, zasnął ponownie. Obudził go żar bijący z ogniska. W głowie ciągle mu szumiało, a w nodze czuł otępiający ból. Po plecach przebiegł mu nieprzyjemny, chłodny dreszcz. Uniósł się na rękach i spojrzał na kobietę siedzącą po drugiej stronie paleniska.

- Czy ty nigdy nie odpoczywasz? - Zapytał słabym głosem. Dziewczyna spojrzała na niego bystro. Chłopak, widząc, że nie doczeka się odpowiedzi, mówił dalej.

- Dziękuję ci za wszystko co dla mnie zrobiłaś. Zastanawia mnie tylko jedno: dlaczego mi pomagasz? Chcesz czegoś w zamian? – Już otworzyła usta, żeby mu przerwać. On jednak nie zwracał na nią uwagi.

- Jeśli tak, to nie oczekuj zbyt wiele. Pieniędzy nie mam. – Kobieta zdawała się go nie słuchać. Bawiła się cienką gałązką. – Mam swoją misją do wypełnienia i … - wreszcie udało jej się mu przerwać.

- Nie wierzysz w bezinteresowność, prawda? - Ogień z sykiem zajął kolejną gałąź. – Nie rozumiesz, że ktoś po prostu nie może przejść obok potrzebującego obojętnie?

- Wyobraź sobie, że… - Chłopak sięgnął po kubek z ciepłą wodą. Jednak teraz ona nie dała sobie przerwać.

- Mam dla ciebie pewną propozycję – spojrzała na niego bystro. – Myślę, że od teraz powinniśmy podróżować razem – powiedziała jednym tchem, jakby chciała z siebie to szybko wyrzucić. Naczynie bezszelestnie wysunęło mu się z ręki i opadło na koce, przy okazji oblewając właściciela wodą. Lupus zdawał się tego nie zauważyć. Tępo gapił się w, od obecnej chwili, towarzyszkę. Ona za to udawała, że coś ją niezmiernie zainteresowało w jasno błyszczących gwiazdach nad jej głową. Nagle spojrzała mu głęboko w oczy.

- Słuchaj, tak będzie lepiej… i bezpieczniej. Tym bardziej, że jesteś ranny. – gałązką wskazała na jego nogę. Chłopak milczał. Widząc, że jest nieprzekonany, mówiła dalej.

- Po pierwsze, - wyliczała na palcach - gdybym chciała ciebie zabić, uwierz, dawno bym już to zrobiła. Po drugie, potrzebujesz opieki. Po trzecie, o czym już mówiłam, tak będzie bezpieczniej. I dla ciebie i dla mnie. – dodała po chwili namysłu.

- Niech ci będzie. – rzekł spokojnie – Mogę Ci zadać jedno pytanie?

- Już to zrobiłeś.

- Co robisz w Obcej Krainie? – zlekceważył jej żart.

- To samo co wszyscy – powiedziała spokojnym głosem. – Jestem tu przez zwykłą
ciekawość. – Obydwoje chwilę milczeli. Wreszcie ona przerwała ciszę i spytała niewinnym tonem.

– Jak się czujesz?

- Dzięki, już lepiej. – odparł – Myślę, że już jutro będę mógł wstać.

- Na pewno – posłała mu szeroki uśmiech. Podeszła do niego. – Czyli od teraz jesteśmy druhami? – wyciągnęła do niego rękę. Spojrzał jej w oczy.

- Hm… na to wygląda. Zobaczymy co z tego wyniknie. Mam na imię Lupus – uścisnął jej dłoń.

- Dorado.

Noc okazała się bardzo chłodna. Dziewczyna uparła się, żeby jeszcze dzisiaj nie wystawiać warty. Twierdziła, że najlepszy dla niego jest teraz odpoczynek. Kiedy już wreszcie usnął, Dorado wstała bezszelestnie ze swojego posłania i równie bezgłośnie podeszła do śpiącego. Chwilę głaskała jego ranną nogę. Jej rękę otoczyła jakby bladoniebieska aureola światła. W miejscu, gdzie rana była najszersza blask jaśniał. W chwilę potem usiadła przy ognisku i czuwała przez całą noc.

Rano, kiedy się obudził, ze zdumieniem odkrył, że noga już tak dotkliwie mu nie dokucza. Przez moment nawet zapomniał, że coś go bolało. Poczuł przypływ nowych sił. Wstał i przeszedł parę kroków. Z ulgą wypuścił powietrze, wziął głęboki wdech i przebiegł na drugi koniec polany. Odwrócił się do dziewczyny, która, zaspana, właśnie wygrzebywała się z posłania. Spojrzała na niego z wyrzutem. To z jego powodu musiała przerwać błogi stan snu.

- Spójrz! Już nic mi nie jest! – zawołał uradowany. – Nic mnie już nie boli. To chyba jakiś cud. Albo… albo czary. – Dodał już nie tak pewnym głosem. Przez cały ten czas bacznie obserwował reakcję Dorado. Spostrzegł zmieszanie w jej oczach, który nagle ustąpił miejsca dziwnemu błyskowi.

- Nic z tych rzeczy – uśmiechnęła się – w nocy, kiedy spałeś, przyłożyłam ci do rany liście Vertonitisu.

- Czego?! – wykrzyknął zdumiony

- Vertonitisu, nieuku – klepnęła go po przyjacielsku w plecy. – To taka roślina, która ma silne właściwości lecznicze. Skutki sam odczuwasz – teraz z kolei poklepała go po nodze.

- Aha… fajnie. – odparł obojętnym tonem. Po chwili wstał i zaczął zgarniać wszystkie swoje rzeczy to torby. – No nic, ważne, że mogę normalnie funkcjonować. – Przez plecy przerzucił sobie skórzane pasy i pochwę wraz z mieczem. – Nie wiem, jakie masz plany, ale ja mam pewną misję do spełnienia. Chcę dotrzeć na druga strony Obcej Krainy, a nawet, jeśli trzeba będzie, to przejdę ją i wszerz – mam zamiar poznać jej tajemnice. – Odwrócił się placami do dziewczyny i zaczął ładować broń. – Jeśli mamy to zrobić przed upływem jesieni, to proponuję wyruszyć bez dalszej zwłoki. Więc bądź tak łaskawa i … - odwrócił się. Spojrzał na Dorado, która, już spakowana, gasiła ognisko. - … i spakuj się? – wytrzeszczył na nią oczy. Poczuł, że szczęka mimowolnie opada coraz niżej. Szybko jednak doszedł do siebie.

- Znakomicie. I mam jedną prośbę.

- Tak?

- Nie klep mnie więcej.

Chłopak przez ostatnie godziny był bardziej zajęty rozmyślaniem, czy w ogóle będzie dalej to ciągnął. Lecz teraz, kiedy mógł normalnie ruszać nogą, podjął decyzję. „Muszę za wszelką cenę kontynuować podróż. Potem bym pewnie żałował, że nie spróbowałem. A teraz może nawet mam większe szanse? Mam przeczucie, że można jej zaufać. A przeczucie moje jeszcze nigdy mnie nie zawiodło. Zresztą, ona ma rację - razem będziemy bezpieczniejsi.” Lupus dopiero teraz dokładnie przyjrzał się Dorado. Dziewczyna, czy może raczej kobieta mogła mieć równie dobrze 20 jak i 40 wiosen na karku. Lupus postanowił nie pytać. Wyglądem przypominała leśną driadę, ale jedno się nie zgadzało: kolor skóry, a nie włosy (które, swoją droga miała ciemnobrązowe), zdawał się mienić jasnozielonym kolorem. W jej ruchach można było dostrzec zdecydowanie i wdzięk. Miała trójkątną twarz, w której tkwiło dwoje, czarnych jak węgiel oczu. Ubrana była w krótką suknię, która nie krępowała ruchów. Uszyta ona była z płatów skóry, które wcześniej były ufarbowane na kolor ciemnozielony. Jej talię okalał czarny, skórzany pas, dodawając jej wdzięku. Jednakże pełnił również inną funkcję: utrzymywał pochwę z mieczem wzdłuż lewego biodra. Na rękach i na szyi nie miała żadnych ozdób, oprócz brązowego rzemienia zawiązanego na nadgarstku. Na lewe ramię przerzuciła sobie torbę, a przez prawe przewiesiła łuk wraz z kołczanem pełnym strzał. Na nogach nosiła wysokie, skórzane buty. Z jednego wystawała srebrnoszara rękojeść sztyletu.

- Idziemy? – zapytała, figlarnie przekrzywiając głowę.

- Eee… tak, tak – z trudem oderwał od niej wzrok. – Idziemy.

Początkowo szli ramię w ramię. Później to Dorado wysunęła się naprzód. Lupus uświadomił sobie, że to ona będzie tu „przewodnikiem”. Las stawał się coraz gęstszy. Niekiedy mogli iść swobodnie obok siebie i rozmawiać, ale czasem napotykali na swej drodze gęste chaszcze – wtedy musieli iść gęsiego. Podróż mijała bez niespodzianek. Co jakiś czas, wśród drzew przebiegł jakieś leśne zwierzę. Wędrowcy nie zwracali nań uwagi – zbyt byli zajęci rozmową. Poznawali się coraz lepiej dzięki czemu stawali się sobie coraz bliżsi. Po południu, kiedy właśnie chcieli zarządzić odpoczynek , drogę niespodziewanie przeciął dorodny jeleń. Wszystko stało się w ciągu jednego oddechu. Niewiele myśląc, Dorado sięgnęła po łuk. Naciągnęła cięciwę i wypuściła strzałę. W tym samym czasie Lupus sięgnął po broń i oddał jeden, jedyny strzał. Huk pistoletu zagłuszył cichy syk strzały. Pocisk trafił w bok zwierzęcia, raniąc go śmiertelnie. Całości dopełnił metalowy grot, który z trzaskiem gruchotanej kości utkwił w głowie rogacza. Jeleń padł na ziemię. Ostatnimi skurczami mięśni nóg wyrywał mech z ziemi. Kiedy do niego doszli – już nie żył.

- Niezły strzał – pochwalił dziewczynę.

- Ty trafiłeś niezgorzej tą swoją piekielną machiną.

Uklęknęła nad ciałem i chwilę przypatrywała się martwym oczom zwierzęcia. Wspólnymi siłami ściągnęli skórę i podzielili mięso na porcje, które przytroczyli do manatków. Część zostawili – nie byliby w stanie wszystkiego unieść.

Wędrowali aż do zmierzchu. Im dalej zapuszczali się w Obcą Krainę, tym lepiej się poznawali. Okazało się, że mają wiele wspólnych tematów. Nawet nie spostrzegli, kiedy zostali dobrymi przyjaciółmi. Dyskusje toczyły się do późnej nocy. Rano, odrobinę niewyspani, ruszali dalej.

Tak mijały im dni. Nie spotkali już na swej drodze ani jeleni, ani innych zwierząt nadających się do zjedzenia. Lupus ze zdziwieniem spostrzegł, że nawet ptaki jakby ucichły.


- Nie wiem czy zauważyłaś, moja droga - powiedział pewnego dnia. – ale mięso nam się kończy. Dobrze by było coś upolować – dodał z nadzieją w głosie.

- Dochodzimy do serca lasu, mój drogi. – bezbłędnie wyczuła ironię w jego słowach – Podejrzewam, że nie zdołamy tak szybko czegoś upolować. Póki co, musimy ograniczyć racje żywieniowe. – Chłopak przyzwyczaił się do jej ogromnej wiedzy na temat tej krainy, jak również do jej pokrętnych odpowiedzi. Czasami czuł się tak, jakby jego najbliższy przyjaciel chciał mu coś ważnego powiedzieć, ale z pewnych względów – nie mógł. „ To pewnie moja chora wyobraźnia” – uspokajał się.
Tak jak to przepowiedziała Dorado – wieczorem dotarli do serca lasu. Im oczom ukazał się dość nietypowy widok. Na soczyście zielonej trawie stały parami wąskie, szare, kamienne głazy. Na każdej „parze” leżał trzeci, tworząc razem zwarty prostokąt. Wszystkie razem układały się w kształt koła.

- Kto był na tyle silny, aby poukładać te głazy w taki sposób?! – prawie wykrzyczał zdumiony Lupus.

- Nie wiem kto, ale wiem na pewno, że zrobił to na długo przed moimi narodzinami. – odparła dziewczyna.

- Czuję jakieś dziwne mrowienie na karku… i w ogóle cały… stałem się jakby lżejszy – ni to pytał, ni to stwierdzał zachwycony chłopak. – Ty też to czujesz?

- Tak, to typowy objaw wpływu silnej magii. – podążyła z wyjaśnieniami Dorado. – Całe to miejsce otoczone jest dobrą aurą. – zamyśliła się.

Na ziemię sprowadził ją cichy głos przyjaciela.

- Myślę, że możemy tu gdzieś w pobliżu rozłożyć obóz. – mówiąc to, jednocześnie rozglądał się za dogodnym miejscem. – Chciałbym to jeszcze kiedyś wrócić… - dodał z rozmarzeniem.

- Masz jedyną okazję. – odpowiedziała dziewczyna.

- Okazję na co?

- Na możliwość zapamiętania.

- A dlaczego jedyną?

- Rzadko kto ponownie wraca w to miejsce. Jak już mówiłam, jest ono równie magiczne, co tajemnicze.

- Ech… ciągle mówisz zagadkami. – chłopak udał rozdrażnienie. – Kiedyś cię rozpracuję – posłał jej promienny uśmiech.

- Nie mogę się doczekać – odesłała mu równie szeroki uśmiech.

Po wielu dniach wędrówki popadli w rutynę. Codziennie wstawali jednocześnie, jedli śniadanie i wyruszali. Około południa przystawali na odpoczynek. Potem znowu szli, szli…
Nastawał wieczór. Rozpalali ognisko, znowu coś jedli i kładli się spać. Cały dzień wypełniały im rozmowy. Tylko one się zmieniały w tym jednostajnym krajobrazie. Raz były to żarty, innym razem gadali o byle czym, a niekiedy były one pełne zadumy i refleksji.

Pewnego dnia, kiedy zmęczeni po całodziennej wędrówce udawali się na spoczynek, Dorado nie chciała rozmawiać. Pod pretekstem, ze źle się czuje, poszła wcześniej spać. Niepokój udzielił się również Lupusowi. Chłopak nie mógł zasnąć. A kiedy choć na chwilkę zapadał w drzemkę, to szybko się budził i sprawdzał, czy dziewczyna śpi obok. Następny dzień miał przynieść rozwiązanie owej zagadki…

Ranek był ciepły i słoneczny. Lato zapanowało już w pełni. Ptaki na pobliskich drzewach dawały pokaz, na ile stać ich małe gardełka. Gdy się zbudzili, instynktownie czuli, że coś jest nie tak. Przede wszystkim zarejestrowali zniknięcie łuku i pistoletu. Oba miecze leżały nagie obok siebie. Na zwalonym pniu drzewa, tuż przed nimi siedziała zakapturzona postać. Mężczyzna miał na sobie, pomimo pięknej pogody, szary płaszcz. Kaptur naciągnięty miał na głowę tak, że nie było widać twarzy tajemniczego przybysza. Obcy, ujrzawszy, że już się obudzili, wstał i zrzucił płaszcz. Cała trójka długo się sobie przyglądała. Lupus zauważył, że mężczyzna miał całkiem przeciętną twarz. Jego mętne, brązowe oczy zdawały się obserwować wszystko naokoło. Osobnik był wysoki i potężny. Z pewnością był również silny. Jego beżowa bluza ciasno opinała jego klatkę piersiową. Widoczne, drobne kółeczka zdradzały skrywaną pod koszulą kolczatkę, która brzęczała przy każdym ruchu. Dziwny typ trzymał w swej potężnej dłoni wielki, dwuręczny, stalowy miecz. Lupus opanował się w jednej chwili. Pierwszy się też odezwał.

- Kim jesteś? – zapytał mężczyznę.

- Nic ci do tego, smarkaczu – odburknął obcy. – Mam tu pewna sprawę do … załatwienia, z twoją… hm… przyjaciółką – na jego twarzy wykwitł obleśny uśmiech. Głosu nie miał o wiele lepszego – przywodził na myśl okrutne rzeczy. Do tego denerwująco przedłużał sylaby, co jeszcze bardziej potęgowało owo wrażenie. Reakcja Dorado była dla chłopaka zgoła nieoczekiwana.

- Wiedziałam, że w końcu kogoś do mnie przyślą. – powiedziała melodyjnym głosem, w którym nie doszukałbyś się strachu. – Będziemy tak stać, czy weźmiesz się do roboty, morderco? – powiedziała z ironią w głosie.

- Tym razem zginiesz, jaszczurko! – Obcy rzucił się na nią. Ona wyprzedzała go o jeden ruch. Wywinęła się spod gradu ciosów. Miecz z sykiem ciął powietrze. Lupus stał jak skamieniały. Nie wiedział co się tak właściwie dokoła niego dzieje. W ostatniej chwili jednak opamiętał się. Doskoczył do mieczy. Jeden rzucił dziewczynie. Ona z gracją, chwyciła broń w locie. Mocno odbiła się od ziemi, zrobiła salto w powietrzu i gładko wylądowała 3 kroki od napastnika. Chłopak podchodził zbira od tyłu. Jednak nie był to pierwszy lepszy zabijaka. Był to sławny Torror z Pamfil – płatny zabójca. Wielu marzyło o jego usługach. Wielu nie było nie stać. Lupus jednak nie zdawał sobie sprawy z tego, kim jest ów człowiek. Lecz po kilku chwilach wymiany ciosów był już pewny, że osobnik jest o niebo lepszy od niego we władaniu bronią. Mężczyzna wymachiwał ciężkim mieczem tak, jakby to była jakaś gałązka. Do tego był niesamowicie szybki. Przy jego masie i budowie ciała było to coś nienaturalnego. Co i rusz rozlegał się głuchy brzęk stykających się mieczy. Lupus nawet nie śmiał atakować, bo to równałoby się z utratą obrony, która właśnie teraz ratowała go przed śmiercią. Wiedział, że i tak nie ma z nim szans. Jedyne co mógł robić, to bronić się przed gradem ciosów przeciwnika. Morderca nie próżnował. Wyczuł swoja przewagę nad chłopakiem. Mógł go w każdej chwili zabić. Jednak nie robił tego.

- Do ciebie nic nie mam, młokosie – jego niski baryton zagłuszał dźwięk uderzeń mieczy. – Mam zlecenie. O tobie nie ma w nim mowy. Z łaski swojej, stan więc sobie z boku i nie przeszkadzaj. – dodał z drwiną w głosie, ani na moment nie zwalniając tempa zadawania ciosów. Wreszcie, kiedy się zorientował, że to ostatnia rzecz jaką chłopak by teraz zrobił, ciął potężnie z ukosa, od góry. Lupus zasłonił się mieczem, ale siła uderzenia zwaliła go z nóg. Chłopak bezbronnie podparł się obiema rękami, chroniąc ciało przed upadkiem. W tym samym czasie oprawca zbliżył się i poprawił silnym kopnięciem w brzuch. Leżący jęknął i zwinął się z bólu. Morderca nie docenił jednak swojej drugiej ofiary. W momencie, kiedy zajęty był chłopakiem, ona odszukała swój łuk. Błyskawicznie nałożyła strzałę, i napięła cięciwę. Strzała z sykiem przecięła powietrze. Mężczyzna usłyszawszy za plecami śmiercionośny odgłos, odwrócił się i jak gdyby nigdy nic odbił strzałę płazem. Dorado próbowała po trzykroć. Za każdym razem morderca był szybszy. Dziewczyna szybko oceniła sytuację. „ Z Lupus chwilowo pożytku nie będzie” – jakby na potwierdzenie owej myśli rozległ się donośny jęk. – „Łuk na nic się tu zda. Z tej jego pukawki strzelać nie potrafię.” Mężczyzna w tym czasie zbliżał się równym, wydłużonym krokiem. Czuł, że zwyciężył. Kolczuga dźwięcznie grała przy każdym kroku. Dziewczyna obserwowała nogi zbira. W zależności od tego, jak je ustawi, tak ona będzie albo atakować, albo się bronić. Nagle Torrero zatrzymał się i z odległości 5 kroków zaatakował długim wypadem. Dorado z wdziękiem zrobiła półobrót i z metalicznym brzękiem odbiła ostrze przeciwnika. Mężczyzna atakował błyskawicznymi ruchami. Ona mogła się tylko cofać. Był o wiele silniejszy od niej. Dorado jednak przewyższała go szybkością – teraz to właśnie ona utrzymywała ją przy życiu. Kiedy tylko widziała lukę w jego ciosach, atakowała, po czym szybko odskakiwała. Każdy atak opłacony był serią śmiertelnych ciosów ze strony przeciwnika. Po którejś z kolei wymianie ciosów dziewczynie wreszcie udało się zburzyć spokój przeciwnika. Zostawiła mu na pamiątkę śliczną ranę ciętą na policzku. Morderca ryknął na cały głos. Ptaki na okolicznych drzewach przestraszone, poderwały się do lotu z głośnym łopotem skrzydeł. Torrero poczuł przypływ adrenaliny. I złości. Już dawno nikt go nie zranił. Sam uważał się za nietykalnego. Teraz we wszystkie ciosy wkładał całą swoją siłę. Starał się być jeszcze szybszy niż zazwyczaj. Jego miecz zdawał się być srebrnoszarą, rozmazaną smugą. Kiedy dziewczyna zasłaniała się mieczem, od uderzenia aż szły iskry. Twarz Torrera wykrzywił demoniczny uśmiech. „Już jesteś moja, słonko”

- Wybacz – nieoczekiwanie odezwała się Dorado. – ale nie pozostawiasz mi wyboru. – miękko odskoczyła od mordercy. Wyrównała oddech, zamknęła oczy. Nagle otoczyła ją jasnozielona aura, niemal całkowicie ją zasłaniając. Lupus i Torrero gapili się na nią z szeroko otwartymi oczami. Morderca wiedział, co się dzieje. Był ostrzeżony, ze może do tego dojść. Powiedziano mu też, żeby podczas Przemiany lepiej do niej nie podchodzić. Lupus natomiast był kompletnie ogłupiony. Zapomniał o nawet o bólu.

Wszystko to działo się w idealnej ciszy.

Jej dotychczasowe kształty zamazywały się. Z pleców wyrastały jakby dwa, potężne skrzydła. Dłonie zmieniały się w szpony, zakończone ostrymi pazurami. Szyja nienaturalnie zaczęła się wydłużać. Aura stawał się coraz większa i jaśniejsza. Wkrótce blask stał się tak oślepiający,
że nie sposób było na niego patrzeć. Obydwoje zamknęli oczy. Cała przyroda zdawała się obserwować przebieg wydarzeń. Po chwili olśniewające światło poczęło stopniowo gasnąć. Nie było już dziewczyny podobnej do leśnej driady. Na jej miejscu stał wspaniały, ciemnozielony smok, a raczej smoczyca. Miękkim, elastycznym krokiem podeszła do płatnego zabójcy. W jego głowie rozległ się czysty, dźwięczny głos.

- Tym razem daruję ci życie, Torrorze z Pamfil. Wiem, kto ciebie wynajął. Idź do Niego i przekaż mu, że nigdy nie uda mu się mnie zabić. Nie będzie robił swoich ukochanych eksperymentów na mnie. Idź, i nie wracaj. A jeśli powrócisz – zabiję cię. – Torror nie przestraszył się przemowy. O tym też został poinformowany. Dorado, widząc że nie wywarło to nim pożądanego wrażenia podeszła do niego i umykającym oczom ruchem potężnej łapy przygwoździła mordercę do ziemi.

- Widzę, że życie nie jest ci miłe. – rozległ się głos w jego głowie.

- Stokroć bardziej wolę być zabity przez smoka, niż wrócić bez ciebie do tego pokręconego dziada. – powiedziała ze smutkiem w głosie.

- A gdybym cię puściła wolno? Nie musiałbyś przecież do niego wracać.

- Nadal próbowałbym ciebie zabić. Wybacz. – ostatnie słowo powiedział ze szczerym żalem.

– Jesteś pięknym stworzeniem. Nie chcę ciebie zabić. Ale zrozum… taki jest mój zawód… i moje życie. Płacą mi za zabijanie takich jak ty. Nigdy nie przestanę.

- W takim razie – nie mam wyjścia – z kolei ona się odezwała z żalem – Żegnaj smutny człowieku. Może gdzie indziej odnajdziesz swoje miejsce.

– Żegnaj smoku – spojrzał w jej mądre, czarne oczy. – wbrew pozorom, miło było cię poznać

- Ciebie również.

Dorado uniosła łapę ponad jego głową i jednym pazurem odcięła mu ją. Lupus przyglądał się, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. On nie słyszał tej rozmowy. Nie rozumiał co się stało z

Dorado. Już sam nie wiedział, co ma powiedzieć.

- Co to miało znaczyć? – wykrztusił z trudem – Ty jesteś smokiem… - ciągle nie mógł uwierzyć. – Dlaczego mi nic nie powiedziałaś? – dodał z wyrzutem.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...