Dzieci Księżyca: Prolog - Ucieczka
Gdy ziemia pogrąży się w słońcu
Ona przybędzie na rogatym wierzchowcu
Rozlewając mrok nocy
I pozwoli Dzieciom Księżyca
By narodziły się ponownie
- Zostaw ją! – krzyknął Veretas lekko drżącym głosem. Przysadzisty, krótko ostrzyżony mężczyzna trzymający dziewczynkę jakby na złość przycisnął mocniej do siebie. Dziecko krzyknęło z bólu.
Arena, jak i widownia były puste. Nienaturalnie długie rzędy ław spowite były ciemnością, w przeciwieństwie do mocno oświetlonego placu. Veretas ledwo widział na oczy.
Cisza. Napięcie. Tylko dwóch ludzi nieustannie patrzących na siebie i dziewczynka, którą jeden z nich brutalnie przytrzymywał. Błąd. Tylko jeden z nich był człowiekiem. Drugi był vesemitą.
Veretas zrobił kilka kroków do przodu, przeciwnik wyciągnął długi, ostry jak brzytwa sztylet przytknął dziewczynce do szyi.
- Nie radzę – powiedział bezwzględnym, basowym tonem.
- Puść ja! – odpowiedział Vesemita – nie krzywdź jej…
- To twoja córka? – przerwał mężczyzna ostro. Odpowiedzi nie było – mów, parszywy umarlaku!
- Tak – odpowiedział vesemita głosem tak spokojnym, jaki był w stanie w tej sytuacji z siebie wydobyć. – Nie zabijaj jej...
- Dlaczego mam niby tego nie robić? – odpowiedział mężczyzna z szyderczym uśmiechem na twarzy.
- Ja...-
- Chcesz powiedzieć, że ją kochasz? – uśmiech znikł z jego twarzy, pozostawiając agresywnie zwężone wargi – Bzdura – skwitował ostro – vesemici nie kochają.
- Nie! – krzyknął rozpaczliwie Veretas, ale było już za późno. Krew z rozciętej krtani dziewczynki buchnęła mu na twarz. Z jej ust wydobył się niemy krzyk. Vesemita upadł na kolana
- Nie...- dodał szeptem
Łza spłynęła mu po policzku..
Nie żyje, pomyślał rozpaczliwie. Moja córeczka nie żyje...
Obraz powoli tracił ostrość. Oczy zalała mu czerń. Pozostała tylko rozpacz.
Deszcz głośno tłukł o dach. Vesemita otworzył oczy, woda kapała mu na pierś. Błyskawicznie poderwał się do góry.
Był w celi. Tej samej od 5 miesięcy.
To tylko sen, pomyślał. Tylko kolejny koszmar.
Obrócił się na bok tak, aby krople zamiast na niego spadały na niewygodna, sznurkową pryczę. Zamknął oczy. Ale nie zasypiał. Nie chciał znów zobaczyć tego samego okropnego snu, nie chciał znów oglądać jak ktoś morduje jego dziecko.
Nic ci nie zrobili, czekasz tam na mnie, mówił w myślach do dziewczynki, jednocześnie zapewniając sam siebie.. Ale sam sobie nie wierzył. Pozostała mu tylko nadzieja.
Po podłodze przebiegł karaluch.
Jutro stad wyjdę... a jeśli się nie uda? Jeśli Lexerus mnie okłamał? Mimowolnie rzuciło mu się na myśl. Jeśli cały ten wielki plan, cała ta ucieczka to tylko wytwór jego wyobraźni?
To zostaniesz tutaj, podpowiedział mu cichy głosik.
Nie zostanę. Za długo tu siedziałem. Albo stad ucieknę, albo zginę. Innej drogi nie ma. Muszę ją zobaczyć. Muszę się dowiedzieć, czy nic się jej nie stało. Muszę znów ją przytulić...
Tej nocy już więcej nie zasnął. Wciąż wracały te same myśli. Wciąż wracały wspomnienia...
Nieprzenikniony mrok celi ustąpił szarości poranka. Mróz, dużo bardziej dociekliwy pod ziemią, niż na powierzchni, zniknął zastąpiony przez zwykły, piwniczny chłód. Dla niektórych skazańców, zważając na ich pochodzenie, nawet przyjemny.. Nieśmiałe, sporadyczne odgłosy przechodniów dobiegające z góry szybko zmieniły się w głośny, miejski gwar.
Więźniowie powoli zaczęli się budzić. Panowała cisza. Tylko nieliczne słowa, czy szepty, co jakiś czas mąciły wszechobecne milczenie. Ale taka była ich natura. Vesemici nie rozmawiali o błahostkach.
Czas niemiłosiernie się dłużył. Veretas odliczał każdą minutę, każdą godzinę. Czuł strach. Arena. Kilku bezbronnych więźniów wpuszczonych na plac, oświetlony oślepiającymi vesemickie oko światłami pochodni. Dobrze uzbrojeni, bez skrupułów i litości, przewyższający liczebnością ludzie. To zawsze kończyło się tak samo. Krzyki, odgłosy rozszarpywanych ciał, krew. Ale ludzie lubili na to patrzeć. Lubili jak ci, których się bali, zamknięci w ciasnym kręgu publiczności zostawali zabijani przez „bohaterów” ludzkości.
Ale tym razem miało być inaczej. Tym razem wszystko było zaplanowane. A przynajmniej tak się zdawało. Mogli tylko wierzyć słowom Lexerusa. Dowodów nie mieli. Żadnych.
W końcu dobiegł wieczór.
- Cela druga, ósma – rozległ się basowy głos.
Vesemita spojrzał na cyfrę wybitą w górnej części kraty. Niewątpliwie wskazywała numer drugi. Jakiś masywny, wysoki mężczyzna podszedł do krat, włożył duży, żelazny klucz do zamka i przekręcił z chrzęstem.
- Wyłazić śmiecie! – powiedział ostro.
Vesemici jeden po drugim w milczeniu opuścili cele. Żadne wskazówki nie były potrzebne. Sami skierowali się w stronę wyjścia z więzienia, a jednocześnie wejścia na arenę. Veretas poczuł, że ręce zaczynają mu się trząść. Jeszcze nigdy nie był pow wpływem takiego stresu.. Jeszcze nigdy nie walczył. A przynajmniej w taki sposób.
Strażnicy patrzyli na nich odraza i nienawiścią. Niektórzy pluli za nimi, inni wykrzykiwali obelgi. Minąwszy stróżówkę doszli do wyjścia. Delikatne światło przeciskało się przez szparę miedzy skrzydłami wrót. Słychać było głosy ludzi przybyłych na widowisko.
Wrota za nimi, bliźniacze do wyjściowych, zatrzasnęły się z łoskotem.
Odcinają wyjście, pomyślał Veretas. Nie ma już powrotu.
W tym samym momencie, spokojni do tej pory vesemici, ożywili się. Dwóch przywarło do wrót, starając się wypatrzyć cokolwiek przez wąskie prześwity. Reszta zgromadziła się przy siwowłosym, ostrzyżonym na krótko, wysokim mężczyźnie. Teraz, gdy niepowołane osoby nie mogły nic usłyszeć, Lexerus mógł im przedstawić plan ucieczki.
- Gdy otworzą wrota, biegnijcie ile sił w nogach przed siebie – przemówił donośnym głosem – Kiedy dobiegniecie do końca areny, zgasną pochodnie.
A wiec mamy sprzymierzeńców na trybunach, pomyślał Veretas. Ciekawe, jak...
– Do tego momentu starajcie się znaleźć jak najbliżej wyjścia z areny – kontynuował mężczyzna - Powinno zostać otwarte. Później... – chwilę zawiesił głos – Później każdy radzi sobie na własną rękę.
Zapadła chwila ciszy.
- Jest ich około dwudziestu, może dwudziestu dwóch – przerwał milczenie jeden z mężczyzn stojących przy wrotach.
- Uważajcie, jeden ma łańcuch... – dalsze słowa drugiego mężczyzny zagłuszyły bębny, których dudnienie rozchodziło się teraz po całym stadionie, przywodząc na myśl lawinę kamieni. Serce Veretasa, jakby wtórując bębnom, uderzało coraz głośniej i szybciej. Za chwilę mógł zginąć. Być może za moment łańcuch, o którym wspominał jeden z jego towarzyszy zmiażdży mu kości lub czaszkę.
Nie myśl o tym, powtarzał sobie w duchu. Ale za nic nie mógł przestać.
Wrota targnęły się gwałtownie do przodu, zeskakując z progu, po czym otworzył się powoli. Od razu oślepiło go światło, ledwo widział ludzi naprzeciw nich, o końcu areny już nie wspomniawszy.
Musisz biec, rzuciło mu się na myśl. Mocno odepchnął się od ściany i ruszył do przodu.
Świst, Veretas błyskawicznie odchylił się w bok, w ostatniej chwili unikając masywnego, dwuręcznego miecza. Wciąż ledwo widział to, co było obok niego. Kolejny unik, żelazny łańcuch uderzył w ziemię.Za chwile następny, topór prawie otarł mu się o pierś. Biegł dalej. Usłyszał za sobą krzyk, nie odwrócił się. Ale wiedział, ze jeden z jego kompanów właśnie pożegnał się z życiem.
Dobiegał do końca placu. Wzrok przyzwyczaił mu się do światłą na tyle, by mógł zorientować się w sytuacji. Niech zgaszą te pieprzone pochodnie, pomyślał gorączkowo. Miał chwilę, aby się lepiej rozejrzeć. Plac otoczony był kilkumetrowej wysokości murem, na którym zarazem siedzieli pierwsi obserwatorzy walki. Dalej w górę ciągnęły się kolejne ławy, ostatnie ginęły w mroku.
Zupełnie jak w moim śnie, pomyślał.
Jakiś ciemniejszy kształt zamajaczył na ścianie trybuny. Veretas przyjrzał się bliżej, teraz już nie miał wątpliwości, to był miecz. Widok zdziwił vesemite, ale po chwili zauważył, ze trochę innej broni także wisi w kilku różnych miejscach. Podbiegł do wiszącego najbliżej topora. Jednak w momencie, gdy go chwycił, już wiedział, że nie będzie w stanie nim walczyć. Topór był zbyt ciężki.
Kolejnych trzech vesemitów dołączyło do Veretasa. Reszta już nie żyła. Zakuci w zbroję ludzie ruszyli w ich stronę.
Nie mamy szans, pomyślał panicznie Veretas. Wytłuką nas jak kaczki. Zgaście te pochodnie, powtórzył sobie w myślach.
Jakby na życzenie, z kilku miejsc naraz usłyszał krótkie chlupnięcia, po czym na arenie zapadł zmrok. Vesemitom błyskawicznie wyostrzył się wzrok, ludzie wręcz przeciwnie, stali zaskoczeni na środku placu wybałuszając oczy.
Brama, przypomniał sobie Veretas.
Rozejrzał się, drewniane wrota prowadzące na trybuny były kilkanaście metrów on niego. Jego kompani widocznie wcześniej zorientowali się sytuacji, bo już biegli w ich stronę. Ruszył.
Nie otwierają, pomyślał gorączkowo.
Usłyszał gwizd z góry, podniósł głowę, ale to nie było już potrzebne. Koniec liny spadł dokładnie przed nim. Błyskawicznie rzucił się na nią. Po chwili już znajdował się na samej górze.
- Dzięki – rzucił mimowolnie do Vesemity, który mu pomógł.
- Nie ma za... – zaczął odpowiedź mężczyzna, ale nie dokończył. Wypiął się do przodu na ostrzu miecza, po czym głowa bezwładnie opadła mu na ramię, a on sam osunął się na ziemię.
- Koło bramy! – usłyszał ochrypły głos człowieka, który zabiwszy jego wybawcę podążał teraz w jego kierunku. Veretas zrobił krok do tyłu, lecz zaczepił się i upadł, uderzając potylicą w ławkę.
- Jesteś mój – szepnął śmiejąc się mężczyzna. Wszystko wirowało vesemicie wokół głowy, ledwo widział na oczy. Człowiek podniósł miecz do góry.
A wiec teraz zginie. Teraz, kiedy już udało mu się dostać na trybuny, kiedy już prawie był w mieście. Zginie. Obraz zniknął mu z oczu. Śmierć nie wydawała się już taka straszna, wszystko odchodziło. Gdzieś z oddali usłyszał ochrypły, krzyk. Ale nie był to okrzyk zwycięstwa. To był okrzyk bólu. Już nic nie słyszał. Przestał czuć. Została tylko ciemność i pustka.