Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Dziedziczka

sidhe ·

Jest ciemno… Bardzo ciemno… i cicho…
Kiedy się obudziłam, nie wiedziałam gdzie jestem i co tu robię. Ciemność, która otulała mnie jak płaszczem była dla mnie osłoną, ale była tak nieprzenikniona, że stawała się zagrożeniem. Nie widziałam nic w zasięgu metra. Cisza, która panowała dookoła sprawiała wrażenie, że jest się w pustej przestrzeni… Dookoła nie ma nic…Przynajmniej nic, co mogłabym usłyszeć…
***
Za oknem słychać śpiew ptaków, a promienie porannego słońca pieszczą moją twarz…Kocham za to wieś. Za te poranki i za wieczory głośne od brzmienia chrząszczy…To wszystko jest tak piękne, że chce się żyć…
Mieszkałam na wsi od dziecka. Wychowywali mnie dziadkowie. Nauczyłam się tu szanować i kochać piękno przyrody. To tutaj, na wsi, jest najbardziej dziewicza, niezwykła, niezgadniona…Chyba to właśnie mnie w niej pociąga…
Ale Wienna jak na wieś jest bardzo nowoczesna, jest tu szkoła, kościół, są sklepy, autobusy.
Tu chodziłam do szkoły podstawowej i tu mieszkają moi przyjaciele. Tu był mój dom…
***
-Nie mam ochoty o tym gadać.- odpowiedziałam koleżance na odczepne. Naprawdę nie lubiłam rozmawiać o moim byłym chłopaku. Bardzo zraniły mnie jego słowa, kiedy mnie zostawiał: ”odstąpiłem ją koledze”. Nie wiem, czy kiedyś będę w stanie mu to wybaczyć.
Jestem jeszcze zbyt rozgoryczona, by o tym teraz myśleć. Nie chcę już słuchać, jak wszystkim jest przykro i jak mi współczują, więc idę do brata. Otek nie jest moim rodzonym bratem, tylko kolegą z klasy równoległej, ale kocham go jakby był nim naprawdę, bo jest wspaniałym człowiekiem. I nigdy o nic nie pyta, sam też ma dużo problemów, ale wiem, że zawsze mnie przytuli, jeśli będę tego potrzebować…A teraz potrzebuję go jak nigdy…
***
W swoim życiu spotkałam wielu ciekawych, czasem dziwnych, a czasem cudownych ludzi. Przede wszystkim mojego braciszka, stryjka i Wojtka. Kochałam ich wszystkich nad własne życie, choć każdego inaczej. Otek i Wojtek chodzili do tej samej klasy, stryjek był dużo starszy. Przynajmniej tym razem.
***
Od dziecka byłam inna niż moi rówieśnicy. Dla wszystkich wokół mnie wszystko było proste i jasne. Dla mnie nie koniecznie. Widziałam więcej i rozumiałam więcej, ale zauważałam także rzeczy, których inni nie dostrzegali, a ja nie potrafiłam ich pojąć, doznawałam uczuć przeznaczonych dla wybrańców. Zawsze czułam, że mam coś do zrobienia, inaczej po co było mi to wszystko? Nie potrafiłam być szczęśliwa widząc to wszystko, czując nieugaszalne pragnienie sama nie wiedziałam czego. Coś mnie ciągło, wołało, ale ja to ignorowałam, jak długo potrafiłam.
***
Ta opowieść nie ma początku, ja zacznę od swojego udziału w tej historii, która trwała zanim powstał świat i skończy się długo po nim. Jest to opowieść niezwykła, o rzeczach niezwykłych i niewyobrażalnych dla zwykłych ludzi. Może dla Ciebie nie.
***
Była już późna noc, ale ja nie spałam. Nie pamiętam już co robiłam, kiedy w swoim pokoju zobaczyłam postać, a raczej kształt. Cień, który zbliżał się, mówił do mnie, chciał mnie dotknąć. Ogarnęła mnie panika. Nie mogłam się ruszyć, krzyczeć, poruszyć się. Niewidzialne ramiona trzymały mnie mocno, mój umysł przesłaniał coraz gęstniejsza mgła…Głos…Dobrze znajomy głos…
Ocknęłam się w pokoju obok. Z mojej sypialni dobiegał teraz odgłos rozmowy.
-No chłopaki, wiecie po co tu jesteśmy. Znajdźmy teraz naszą kandydatkę. Można wyczuć jeszcze magię w tym pomieszczeniu. Musiała teleportować się niedawno. Swoją drogą, to dziwne, że już potrafi korzystać z Mocy. Wie ktoś gdzie jesteśmy? -od razu poznałam głos braciszka. -Hej, Snake, co Ci? –kiedy zajrzałam po cichutku przez podchylone drzwi zobaczyłam, że mówi do stryjka siedzącego na moim łózku z głową ukrytą w opartych o kolana dłoniach.
-Jaszczur, to Ci się nie spodoba…-Wojtek?! Tutaj? Z nimi? Tego już nie mogłam zrozumieć.
Kiedy wypowiedział te słowa podał mojemu bratu zdjęcie zdjęte z biblioteczki. Moje zdjęcie.
-To musi być jakaś pomyłka…To jest niemożliwe… -słyszałam szept stryjka.
-Ty ją znasz?
-Tak, dlatego to niemożliwe. Nam nie wolno znać dziewcząt, a tym bardziej być z nimi związanymi emocjonalnie…
-No to świetnie. Jest jakaś przepowiednia mówiąca o takim wypadku? –Wojtek nie był zachwycony ostatnimi wydarzeniami.
-Uspokój się. Lepiej ją najpierw znajdźmy, zanim sobie coś zrobi. Nie możemy przewidzieć co w tej sytuacji może jej grozić.
Kiedy weszłam do pokoju, zobaczyłam ich oczach ulgę, rozczarowanie, smutek i troskę.
-Ubierz się. Szybko.
***
-Może mi ktoś wytłumaczyć, o co tu biega? –siedziałam już na tylnym siedzeniu samochodu, a nadal nie wiedziałam co jest grane.
-Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie. – głos Snake’a zdradzał jego zdenerwowanie.
-Mała, spokojnie, wszystko opowiemy ci na miejscu. – Otek starał się mnie pocieszyć i uspokoić.
-Ale gdzie do jasnej cholery jedziemy?!
-To jest dobre pytanie.
Wtedy już nic nie rozumiałam.
Następne piętnaście minut milczeliśmy. Wszyscy jednakowo zaskoczeni przebiegiem zdarzeń. Ciszę przerwał Otek:
-I co teraz? Ma ktoś jakiś pomysł?
-Jedziemy do domu. –kiedy Paweł wymawiał te słowa byłam przekonana, że nie ma na myśli mojego domu.
***
-Może mi ktoś łaskawie wytłumaczyć gdzie my jesteśmy?!
-Uspokój się. Przyzwyczajaj się do tego miejsca. Od dziś to Twój dom.
-Jaskinia?! Pogięło was?!
-Powoli, wszystko w swoim czasie. Na razie nie marudź, tylko wchodź.
Głos brata brzmiał spokojnie i pewnie. Czułam, że na razie mogę mu zaufać. A co dalej, to się okaże…
Dalej, w głąb jaskini było przejście. Ciasny, ciemny korytarz, z wieloma odgałęziami. Niektóre z nich były zatkane gruzami. Szłam przygarbiona za Snake’iem i dziwiłam się w jaki sposób ze swoim wzrostem radzi sobie tak świetnie w tym ciasnym korytarzu. Wszyscy trzej byli mniej więcej takiego samego wzrostu: około 180cm, szczupli. Ja byłam o wiele niższa, zaledwie 160 cm, a i tak miałam spore problemy. Ale tej nocy już niewiele mogło mnie zdziwić. Nawet ślepy zaułek, do którego zaprowadzili mnie chłopcy.
-I co teraz?
-Mała, odrobinę zaufania.
W tym momencie Paweł położył rękę na ciężkim kamieniu, a ten bez większego sprzeciwu ustąpił.
-Heh, fajnie. – sapnęłam wchodząc do ciemnego pomieszczenia. Pod nogami nie czuło się już twardych kamieni, tylko coś płaskiego, puszystego, miękkiego…Coś jakby dywan…
Jeszcze przez chwilę po zapaleniu światła moje oczy nie mogły się przyzwyczaić do oślepiającego blasku. Wdziałam kontury czegoś jakby… mebli. Pomieszczenie było urządzone stylu XIX wiecznym.
- Super. Po prostu świetnie. Powie mi ktoś wreszcie co tu robimy?
-Nie spiesz się tak. Wierz mi, że wolałabyś nie wiedzieć. –byłam skłonna uwierzyć Wojtkowi.
-Hej, Snake, bierzmy się do roboty. Najpierw sprawdźmy, co to wszystko znaczy. Pogrzeb w tych swoich przepowiedniach, a my zajmiemy się naszym gościem.
- To nie ona jest naszym gościem, tylko my jej. – sprostował Paweł.
-Dobra, dobra.
Przeszliśmy do pomieszczenia obok. Było urządzone na kształt sypialni. Naprzeciw sporej szafy stały cztery wąskie łóżka. Wojtek i Otek usiedli na jednym z nich, wskazując mi ręką drugie. Nie miałam zamiaru się sprzeciwiać, więc usiadłam posłusznie. Pierwszy zaczął mój braciszek:
-To, co od dziś będziesz miała okazję oglądać nie jest przeznaczona dla oczu ani uszu innych, zapamiętaj to raz na zawsze. Dziś dowiesz się tylko kilku rzeczy niezbędnych do ogarnięcia tego wszystkiego jako całość, ale i tak wiele nie zrozumiesz. Posłuchaj uważnie.
***
-Świat, jaki widzisz, jest tylko obrazem tego co chcesz zobaczyć oraz tego, co inni pozwalają ci widzieć. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale to, co pozwalają ci zobaczyć oczy, to tylko część tego, co jest naprawdę. Poza tym wymiarem, który jest dla ludzi widoczny istnieje drugi: wymiar, w którym żyją istoty niepodobne do niczego, co miałaś kiedykolwiek okazję zobaczyć. Są o wiele inteligentniejsze od ludzi, znają magię i potrafią się nią biegle posługiwać. Większości z nich wystarcza ich własny świat, ale jest jeden, który pragnie władzy nad wszystkimi wymiarami. Ma w ręku ogromną armię i dar odradzania się. Dlatego co kilkaset lat rodzi się wśród ludzi Dziedziczka, która jest w stanie go zabić. A my mamy za zadanie nauczyć ją wszystkiego, co powinna umieć.
-Acha, czyli co kilkaset lat rodzi się dziewczyna, która ma go zabić?
-Niekoniecznie. Każda z Dziedziczek ma inne zadanie.
-A co się stanie, kiedy je wykona?
-Nie wiem. Jeszcze żadnej nie udało się przeżyć.
Poczułam, jak kręci mi się w głowie. To, co mówił mój brat było dla mnie całkiem niezrozumiałe.
-A dlaczego nazywacie je Dziedziczkami? To była jedyna rzecz, o którą miałam odwagę spytać. Kiedy uzyskałam odpowiedź, pożałowałam swojej odwagi.
***
-Każdy z nas ma jakąś określoną moc, którą ma za zadanie Ci przekazać. Istnieje jedna siła, która nas stworzyła, nas i ciebie. Jest to Moc. Z biegiem czasu nauczysz się z niej korzystać.
Nie byłam w stanie odpowiedzieć ani słowa, więc ciągnął dalej:
-Mamy swoje imiona, które pewnie już zdążyłaś poznać. –coś świtało mi w głowie…Snake, Jaszczur i …czekaj…a jak miał na nazywali Wojtka? Chyba jeszcze nie miałam okazji się przekonać…
-Wilk.
-Co Wilk?
-Taka jest odpowiedź na Twoje pytanie. –czułam, że zbladłam.
-Ale ja nie zadałam żadnego pytania…
-Ale pomyślałaś.
-Dobra, nie męcz jej już, na dziś ma dość. –Wojtek nie odzywał się do tej pory, ale teraz jego słowa wydały mi się zbawieniem.
-Dobra, siostra, idziemy. Może Snake już coś ma.
Kiedy wychodziliśmy z sypialni, nic nie było jaśniejsze, niż jak tam wchodziliśmy.
-Mam kilka ciekawych rzeczy… -rzucił Snake – Ale nic o takim wypadku. Zostało mi jeszcze sporo do przeszukania. Miejmy nadzieję, że coś się znajdzie.
-Więc teraz zabierzemy Natalię na dwór.
Po chwili znaleźliśmy się w na polanie jasnej od blasku księżyca i gwiazd.
-To jest niemożliwe… To jest całkiem bez sensu…
-Stało się coś? –spytał troskliwie mój brat.
-Przecież…Czekaj(...) nie dłużej niż 2 godziny, a w promieniu 200 km od mojego domu nie ma tak rozległego lasu jak ten wokół nas…
-Pamiętaj, że jesteś już w innym wymiarze. Dla nas nie ma czasu, przestrzeni. Możemy siłą swojego umysłu stworzyć wszystko, co chcemy zobaczyć. Łącznie z miejscami.
Obiecałam sobie, że już nic mnie nie zaskoczy.
-Obejrzyj się. – zgodnie z poleceniem Wilka odwróciłam się w stronę jaskini, z której przed chwilą wyszliśmy. Ale jej tam nie było. Obejrzałam dokładnie wszystko dookoła, ale nie znalazłam nic, poza długimi cieniami szczupłych sosen wokół polany zalanej powodzią srebrnego blasku gwiazd…Nic…
-Przestań, Wilk, miej dla niej trochę litości. –Otek uśmiechnął się do przyjaciela, a ten odwzajemnił mu się i przed moimi oczami znów stanęła ów szukana jaskinia.
-Nie patrz oczami. Patrz duszą. Ludzkie zmysły Cię zwodzą, ale Twoja dusza widzi prawdziwie. Lekcja numer jeden.
Nagle w ich oczach zobaczyłam iskrę niepokoju…
- Idź do Pawła i nie wychodź dopóki nie wrócimy.
-Ale…
-Idź!
Nie potrafiłam się sprzeciwić Jaszczurowi, więc posłusznie weszłam do jaskini i ,co jeszcze wczoraj zdziwiłoby mnie, wiedziałam którędy mam iść.
Po chwili do pokoju weszli chłopcy. Snake podniósł głowę znad zwojów i spytał co jest grane.
-Cienie. Znalazły nas szybciej niż myśleliśmy. Było ich kilka. Miejmy nadzieję, że to był przypadek.
-Cienie? O co chodzi? To te istoty, o których opowiadałeś?
-Tak. Ale nie bój się. Tutaj nie maja wstępu. Jaskini bronią zaklęcia rzucone bardzo dawno temu. Nie potrafią ich złamać. Nie przejmuj się. Tylko nie wychodź sama na dwór, dobrze?
-Dobrze… -nie miałam zamiaru z nimi się kłócić ani protestować. W końcu chcą dla mnie dobrze…
-Teraz się kładź, już późno. Jutro czeka cię ciężki dzień.


***
Obudziły mnie głosy dobiegające z sąsiedniego pokoju. Nie słyszałam, jak chłopcy wychodzą z sypialni, musiałam mocno spać. Ale rozpoznałam głos brata, gdy prawie krzyczał do Pawła:
-To chyba jakieś kpiny! Zwariowałeś?! Gdzieś ty to przeczytał?!
-Ucisz się. Sam przeczytaj.
Nastała chwila ciszy, tylko kroki odbijały się echem w pokoju.
-Ale to jest bez sensu…
-To będzie miało sens. Jeśli spojrzeć na to z drugiej strony, to Dziedziczki są zbyt słabe…Ale jeśli…
-Przecież nam nie wolno…
-Ten wypadek jest inny.
-Wilk, a ty co o tym myślisz?
-Nie podejmujmy pochopnych decyzji. Trzeba przeszukać resztę zwojów. Może tam będzie coś jaśniej…
-Ale tu jest jasno powiedziane! –Otek był bardzo zdenerwowany.
-Chłopcy, cicho.
Nastała chwila ciszy…Powietrze drgało od zdenerwowania i napięcia…
-Kto? – nie byłam w stanie określić dokładnie, kto rzucił to krótkie pytanie.
-To już jej decyzja.
Później dobiegły mnie tylko kroki zbliżające się do sypialni…
***
Świt wstawał nad horyzontem, taki spokojny, jakby nieświadomy rozgrywającej się pod jego płaszczem gry…Taki cichy…
***
-No, moja pani, rozejrzyj się.
-Całkiem tu ładnie.
-Cieszę się. Zamknij oczy. Tylko nie podglądaj! Gdzie stoi Wilk?
-Naprzeciw mnie.
-Dobrze. A gdzie stoi Jaszczur?
-Za mną.
-Skoro tak uważasz, to dobrze. A gdzie ja stoję?
-Stoisz…zaraz…hej, oszukujesz!
-Ja oszukuję?
-Miałeś stać a Ty się poruszasz…
-Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Słyszysz moje kroki?
-Nie, czuję Cię za mną, potem przede mną…
-I dobrze. Wyciągnij teraz rękę w moim kierunku. I spróbuj prowadzić ją za mną… Świetnie.
Bardzo dobrze. A teraz w kierunku Wojtka… Dobrze. Szybko się uczysz. Teraz zawiążę Ci oczy. W porządku? Oki. No i teraz spróbuj powiedzieć, kto za tobą stoi?
-Nie wiem.
-Wiesz. Nie patrz oczami. Kto za Tobą stoi?
-Otek.
-Bardzo dobrze. Na razie dość, ściągnij przepaskę. Poczułam w powietrzu drgania, potem jakby obecność kogoś jeszcze…
-Natalia, wejdź do jaskini. I nie wychodź. –głos brata był stanowczy, ale pełen troski.
-Nie mogę…
-Wejdź! –usłyszałam, ale jakby z dali…Nadal miałam zamknięte oczy…
-Natalia!
-Mała!
Głosy dobiegały gdzieś z dali… Czułam, że mdleję… Odpłynęłam gdzieś daleko… Coraz wyraźniej słyszałam szept… dziwny szept… mówił do mnie… do mnie…
Potem widziałam siebie, jakby z poza swojego ciała. Widziałam, jak w moich rękach materializuje się jakiś przedmiot… Na wprost mnie stoi Cień… Czułam, że wydaje mojemu ciału rozkazy, a ja tylko patrzyłam na swoje puste oczy i nie mogłam zareagować, kiedy unosiłam ostrze w górę, nad głowę mojego brata…
***
-Tego się nie spodziewałem. –Snake był jeszcze zdenerwowany, ale wyglądał na zadowolonego. –Sytuacja wymknęła się nam spod kontroli. Nie mam pojęcia, skąd Cień wziął się tutaj, ale poradziłaś sobie z nim pierwszorzędnie.
Otek nadal mocno trzymał mnie w ramionach…
-Siostrzyczko, myślałem, że Cię straciłem… -a ja myślałam, że mogłam zabić swojego brata…
-Wybacz mi…Proszę…
-Siostrzyczko, kocham cię, tak bardzo cię kocham…
-Ja…ja nie chciałam… On miał władzę nad moim ciałem…
-Ale sprzeciwiłaś się mu. Podziwiam cię za to. Nie poddałaś się. Jestem z ciebie dumny…
-Ale co się z nim stało?
-Niestety, Cienie są nieśmiertelne, więc nie zabiłaś go pozbawiając do głowy. Ale przegnałaś go na długo.
-Cieszę się, że już po wszystkim…
-Ja też… - brat patrzył na mnie czule… -ale to dopiero koniec początku…
***
Później kontynuowaliśmy trening. Snake twierdził, że zrobiłam ogromne postępy. Cieszyło to całą naszą czwórkę. Wieczorem, kiedy siedzieliśmy już w sypialni rozmawialiśmy o tym, czego jeszcze się muszę nauczyć. Przede mną jeszcze długa droga, zanim przyjdzie właściwy czas… Ale na co? Tego nie wiedzieliśmy. A przynajmniej nie chcieli mi powiedzieć.
Siedziałam na fotelu, a Snake opowiadał mi trochę o tym, czego się domyślają. Chłopcy myślą, że tym razem to już koniec. Na reszcie ma się to wszystko rozstrzygnąć: walka Mocy i Cieni o świat ludzi. Jeszcze dokładnie nie wiedzieliśmy, co należało zrobić, więc musiałam się przygotować na każdą okoliczność. Snake stwierdził, że może tym razem oni też będą musieli walczyć, choć do tej pory mogli tylko patrzeć… Stać i patrzeć…
Wspomnienia chłopców były dla mnie tajemnicą. Miałam do nich wiele pytań. Tego dnia byli skłonni odpowiedzieć mi na wiele z nich. Więc pytałam.
-Właściwie, to który z was jest najstarszy?
-Właściwie, to nie mamy wieku. W tym wymiarze nie mierzy się czasu.
-Ale Snake urodził się dużo wcześniej.
-W tym wypadku tak, ale wcześniej bywało różnie. Tylko nigdy nie było takiej różnicy, w końcu 13 lat to długo. Ale Moc tak wybrała, więc pewnie miała ku temu powody.
Kiedy Snake wypowiadał te słowa, wszyscy trzej patrzyli tępo na ścianę. Nie miałam pojęcia czemu. Jaszczur był odwrócony do mnie plecami, nie widziałam jego twarzy. Jedyne, co zdradzało jego zdenerwowanie to drżące dłonie trzymające szklankę. Coś było nie tak, ale nie wiedziałam co. Odłożył szklankę na leżący przed nim stolik i nie powiedział nic.
-Jaszczur…
Brak odpowiedzi.
Swoją drogą ciekawe…
-Dlaczego właściwie Jaszczur?
Zamiast odpowiedzi Otek odwrócił głowę. Spojrzały na mnie bystre, zatroskane, żółte oczy…
***
Czuję krew spływającą po moich plecach… i ból…ogromny ból…
***
-I co dalej? Powie mi ktoś?
-Na razie się kładź. Na dziś dość wrażeń. Jutro przejdziemy do dalszej części treningu.
-Czyli?
-Poćwiczymy walkę wręcz. Co prawda masz predyspozycje, by zostać magiem, ale za wszelki wypadek lepiej, żebyś umiała władać mieczem, to się przydaje. –Snake pogłaskał mnie pieszczotliwie po głowie i wyszedł z sypialni. Mieli jeszcze coś dziś do zrobienia. Beze mnie, oczywiście. Byłam zmęczona, usnęłam. Już dawno nie spałam tak spokojnie. Z nimi, wbrew wszystkiemu, czułam się bezpiecznie.
Jedyne, czego było mi żal, to tego, że nie są ludźmi. Że Wojtek nie jest… I tego, że ja już też nie będę. Przede mną pół roku treningu, może mniej. Chyba, że Moc będzie chciała inaczej. To się okaże, jak mówił mój brat. Okaże…
***
Znów straciłam przytomność… Gdzie ja jestem? Co się stało? Krew… Mam na dłoniach krew… Moją?
***
Kolejny dzień był niezwykły, jak wszystkie inne spędzone w Jasnym Lesie. Chłopcy pozwolili mi tak nazywać to miejsce, bo podobno nikt wcześniej nie nadał mu imienia. Długo zastanawiałam się czemu nie było w tym lesie zwierząt, ani innych ludzi. Potem nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.
Trening walki wręcz miałam z bratem. Zdążyłam już, przez te kilka dni pobytu w Lesie zauważyć, że każdy ma swoją specjalizację. Snake uczył mnie wykorzystywać moc mojego umysłu, korzystać z informacji, podstaw starożytnego języka. Jaszczur przekazał mi swoje umiejętności w walce wręcz i wielu innych przydatnych dziedzinach. Z Wilkiem miałam lekcje dopiero później, kiedy w pełni panowałam już nad swoim ciałem i umysłem. Uczył mnie magii.
-I ja mam się nauczyć tych wszystkich zaklęć? –byłam przerażona ilością materiału, jaki miałam do opanowania.
-Spokojnie, to jest naprawdę proste. Trochę poćwiczysz i będzie dobrze. Bierzmy się do pracy. Mamy mało czasu.
Ćwiczyłam długo. Cały miesiąc, bez przerwy. Czasem byłam już bardzo zmęczona, ale nie mogłam przestawać ćwiczyć. Ciągle, bez przerwy… Za dużo wszystkiego naraz. Ale udało mi się. Z pomocą chłopaków udało mi się. Jedyne, co mnie niepokoiło, to strach w ich oczach, kiedy pytałam, jakie jest moje zadanie.
-Snake, jeszcze nikt nie zabił Cienia, prawda?
-Tak. –odparł podnosząc głowę znad zwojów.
-I to już ostatnia misja jaką wykonacie, więc…
-Nie, nie będziesz musiała go zabić.
-Więc o co chodzi?
-Nie wiem…Nie wiem, czy będzie nam dane wiedzieć…
Przytuliłam się do niego mocno.
-Boję się…
-Ja też…
***
Byłam sama na łące, nagle zrobiło się ciemno… widziałam tylko odbijające się w blasku pochodni oczy… były pełne zła i rozgoryczenia…pragnęły czegoś mocno… czegoś, co mogłam im dać… pragnęły krwi… nie mojej krwi… ja pragnęłam… w prawej ręce miałam miecz… koło mnie…koło mnie stał Snake… mówił do mnie… patrzył na mnie… jego krwi… jeden szybki ruch… krew… bezwładne ciało opada na ziemię, w piach… przesiąka krwią… jego krwią… moją krwią?
-Wstawaj, Mała, dość tego leniuchowania. –dobrze znany głos ocucił mnie z dziwnego snu.
***
Szliśmy wszyscy całą czwórką przez las. Był taki piękny poranek… Czerwone słońce wychylało się powoli i beztrosko znad horyzontu… Ten kolor kojarzył mi się już tylko z krwią, niby moją, niby nie… czyją? Nie wiedziałam. Tyle jeszcze mamy do zrobienia. Pozostało nam jeszcze tylko jakieś pięć miesięcy, a ja jeszcze nic nie umiałam. Chłopcy starali się jak mogli, ja też się starałam… ale to było za mało. Musiałam starać się bardziej.
-Dokąd idziemy?
-Cierpliwości, moja panno, wszystko w swoim czasie. –Jaszczur był dziś w dobrym humorze, podobnie jak Snake. Czułam, ze nic mi nie grozi. Chciałam tak się czuć…
-Dziś nauczysz się wielu nowych rzeczy. Pamiętaj, że nie idziesz na wycieczkę.
-Dobrze, Paweł. Będę pamiętać.
Kiedy doszliśmy na miejsce, słońce już całe wynurzyło się znad linii drzew i spoglądało przyjaźnie na wzgórze, na którym staliśmy. Wiedziałam, że to dobry znak.
-No, Mała, łap za miecz. – Otek był wyraźnie podekscytowany.
-Czemu?
-Łap a nie pytaj czemu.
W mojej prawej dłoni zmaterializował się długi, zgrabny miecz, ze zdobioną rękojeścią.
-Widzisz tę dolinę, u stóp zbocza?
-Tak.
-Biegnij.
-Co?!
-Biegnij!
Ufałam bratu, ale nie rozumiałam, dlaczego najpierw wytaszczyli mnie na sam szczyt wzgórza, a teraz każą biegnąć powrotem w dół. Zrozumiałam to szybko.
Obok mnie pojawiło się jakieś stworzenie. Doskonale wyczuwałam magię Wilka, z pewnością to on je przywołał. Jedno szybkie cięcie i… z drugiej strony pojawia się drugie. Znów biorę zamach, miecz pada wprost na głowę stworzenia, które znika.
-Jak dobiegniesz na dół, przynieś czerwoną flagę.
-Ej, wy świry! –krzyknęłam.
Nie czułam wściekłości, wręcz przeciwnie, rozbawienie. Ciekawe pomysły mają Ci moi nauczyciele. Biegłam, wymachując ostrzem, wykorzystując wszystko, czego nauczył mnie brat. Kiedy weszłam w dolinę, wszystkie stworzenia zniknęły. Jakieś 20 kroków ode mnie wbita w ziemie była biała flaga.
-Przecież miałam przynieść czerwoną! –zaśmiałam się z dowcipu i poszłam po flagę. Przeszłam kilka kroków i stwierdziłam, że cel jest oddalony nadal o 20 kroków. Spróbowałam jeszcze raz.
-Dranie.
Skoncentrowałam się na fladze i podeszłam klika kroków. Odniosło to pożądany skutek, więc kontynuowałam dalej. Potem było jeszcze gorzej. W powietrzu dało się wyczuć magię Wilka i Snake’a. Skoncentrowałam się jeszcze mocniej. Znowu zbliżyłam się do flagi. Zostało mi zaledwie parę metrów, gdy odwróciłam się i wróciłam znów w miejsce, z którego wyruszyłam. To nie był żart. Tu gdzieś musiała być czerwona flaga…”nie patrz oczami…”
Jeszcze raz mocno się skupiłam i w ręce zmaterializowała mi się czerwona flaga. Ta, którą widziałam wcześniej, gdy zbiegałam na dół. Zrozumiałam aluzję chłopców. To, czego szukamy, jest bliżej nas, niż sądzimy, a podążamy za czymś całkiem bezużytecznym, wkładając w to nieraz ogromny trud. Bardzo życiowa lekcja. A czerwona flaga była ciągle za moimi plecami. Musieli mieć tam na górze niezły ubaw.
Wróciłam pospiesznie na górę.
-No ładnie. Co prawda dopiero za trzecim razem, ale lepiej późno niż wcale.
-Jakieś jeszcze rewelacyjne pomysły dziś?
-Jeszcze wcześnie. Mamy jeszcze sporo pomysłów.
-Czyli?
-Spróbuj złapać Wilka.
-A co w tym trudnego?
-Patrz.
Przede mną stanęło nagle czterech Wojtków.
-Spróbuj złapać właściwego. –Snake był wyraźnie rozbawiony.
-Super. No po prostu świetnie.
-Biegnij, a nie marudź. –poganiał mnie brat.
Z magią było o tyle przerąbane, że nie dało się zbyt odróżnić maga, od jego wytworu. Szczególnie, jeśli był to dobry mag. Aura była zawsze łudząco podobna. W tym wypadku także. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to że Wojtek się sklonował. Więc użył magii. Jeśli ja użyłabym zaklęcia rozpraszającego na wyższym poziomie, to choć przez ułamek sekundy wytwory powinny zniknąć. Wtedy miałabym szansę zobaczyć tylko prawdziwego Wojtka. O ile zdążę. Kiedy krzyknęłam zaklęcie, wszystkie cztery wilki zniknęły, a za mną pojawił się na ułamek sekundy prawdziwy Wojtek. Ten drań! Kazał mi gonić za swoimi klonami, podczas gdy sam stał się niewidzialny. Miałam ochotę go zagryźć, ale zaczęłam się śmiać. Kolejna dobra lekcja. Na dziś mam już dość iluzji.
-No moja droga, cudownie. –Wojtek nigdy mnie nie chwalił, a przynajmniej bardzo rzadko, więc jego słowa wydały mi się dziwne i obce.
-To było bardzo proste.
-Owszem. Ale od czegoś trzeba zacząć.
-Dobra, wracamy do domu. Tam też mamy klika rzeczy do zrobienia. –słowa stryjka oderwały moje oczy od Wojtka.
-Wracajmy. –zgodziłam się.
-Nie tak szybko, moja droga. Każdy wraca sam.
Uśmiechnęłam się do Wilka i także teleportowałam się do domu.
***
Mam nadzieję, że zaraz odzyskam siły. W takim stanie nie dam rady rzucić żadnego zaklęcia… Jest tak ciemno…cicho… w powietrzu nie unoszą się żadne dźwięki… tylko zapach… zapach świeżej krwi…
***
Obudziły mnie głosy. Chłopcy znowu rozmawiają beze mnie w sąsiednim pokoju.
-Za cztery miesiące podejmiemy decyzję. –Snake był spokojny, ale stanowczy.
-Może masz rację. Skończyłeś czytać te przepowiednie? Masz coś nowego?
-Jaszczur, dobrze wiesz, że czytałem dwa razy. Wiemy już co z nich wynika.
-Ale to jest bez sensu! Niby kto miałby to zrobić?! Po co my w ogóle uczymy ją tego wszystkiego, skoro macie już rozwiązanie?!
-Wojtek, uspokój się, obudzisz ją.
-My nie możemy podjąć takiej decyzji bez stu procentowej pewności. Wiesz, że możemy przy tym zginąć, my i ona.
-Ona nie może zginąć…Po prostu nie może! Przecież też ją kochacie…Nie możecie pozwolić jej umrzeć…
-Wilk, gdzie idziesz?!
Trzask drzwi…
-Nie śpisz? –na twarzy Snake’a malowało się zdziwienie i wstyd, kiedy weszłam do pokoju. Nie chcieli, żebym to usłyszała.
-Dokąd idziesz…
-Zaraz wrócę.
Wybiegłam na dwór. Polana była jasna, jak zawsze. Na środku stał Wilk.
-Wojtek… -wyszeptałam. Kiedy się odwrócił, spojrzałam w jego niebieskie oczy… ukochane oczy…Jego śnieżnobiała sierść lśniła w blasku księżyca…
***
Kocham go…Tak bardzo go kocham… Nie wiem gdzie jestem, nie wiem gdzie on jest… Czy jeszcze żyje? Nie wiem… Została mi po nim krew…jego krew?...moja?
***
-Szukałem was.
-Jaszczur…
-On ma racje, wracajmy… -Wojtek wypuścił mnie ze swoich ramion i poszedł do jaskini.
-Siostra, nie angażuj się tak… Nam nie wolno… To jest…
-Braciszku, spokojnie. Wiem. Ale ty też mnie czasem przytulasz.
-Ty nie rozumiesz…A ja nie mogę Ci wytłumaczyć…
-Brat, jak mówię, że jest w porządku to tak jest. Nie martw się tak o mnie. Poradzę sobie.
-Czeka cię ciężkie zadanie. Jeśli się zakochasz w Wojtku, tylko ci to utrudni. Ja chcę dla Ciebie dobrze.
-Ja wiem. Chodźmy już.
***
-Wstawać panowie! Świt na dworze!
-Tego jeszcze nie grali, żeby ona nas budziła. –zaśmiali się serdecznie.
-A co? Niemożliwe, żebym wstała wcześniej od was?
-Dobra, dobra. Już nie mądruj tyle. Daj nam pięć minut i jesteśmy ubrani.
-Dobra, dobra. Czekam na dworze.
Dzień zapowiadał się piękny. Jedyne czego mi brakowało to śpiewu ptaków. Przypominałam sobie ten radosny świergot po oknem, kiedy… Przed moimi oczami pojawił się nagle słowik.
Byłam mocno zdziwiona, ale nie tak bardzo, jak zachwycona. Przez tę krótką chwilę czułam się szczęśliwa… Śpiew słowika… Ukochane ramiona obejmujące mnie…
-Wojtek, tak dobrze, że jesteś…
-Podoba się?
-Bardzo…
-To ja się bardzo cieszę. Zanim zacznie się kolejny ciężki dzień, chciałem sprawić ci przyjemność.
-Udało ci się. A gdzie chłopcy?
-Przygotowywują kolejny trening. Ja właściwie przyszedłem po Ciebie.
-To nie ćwiczymy dziś na dworze?
-Niestety nie. Chodź.
***
-Co dziś ćwiczymy?
-Powoli, sama zgadnij. Masz dziś trochę do pogłówkowania. –Snake miał dziś dobry humor, co nie wróżyło nic łatwego.
-A konkretnie?
-A konkretnie logikę, siostra, logikę.
-Fajnie. Więc co mam zrobić?
-Nie tak szybko. Trochę cierpliwości. Pamiętaj, ze cierpliwość to cnota.
-Tak, tak. No więc?
-Hmm, no więc…zacznijmy od czegoś prostego. Wyobraź sobie sytuację: stajesz na rozstaju dróg. Jedna z nich prowadzi do domu, druga jest pewną śmiercią. Na tym samym rozstaju stoi dwóch braci: rycerz i kłamca. Rycerz zawsze mówi prawdę, a kłamca zawsze kłamie. Możesz zadać jedno pytanie jednemu z nich, ale nie wiesz z kim rozmawiasz. Jakie zadasz pytanie, aby trafić do domu?
-Kpisz? Nudzi ci się? Mieliśmy trenować, a nie bawić się w zagadki.
-To jest trening. Twojego umysłu. Pomyśl. Jak znajdziesz odpowiedź, to powiedz. Możesz pomyśleć na dworze.
-Wariaci.
Wcale ta zagadka nie wydała mi się prosta. Ale gdyby nad tym pomyśleć…No trzeba by się nad tym zastanowić. Zdaje się, że im szybciej to zrobię, tym lepiej.
Po pół godziny wpadłam do domu i krzyknęłam:
-Mam!
-Co?
-Mam rozwiązanie.
-No więc?
-Którą drogę wskazałby mi twój brat.
-Świetnie. Jestem z Ciebie dumny.
-Uff, ja też się cieszę, że mam to już za sobą…
-Za sobą? To dopiero początek…
-Żartujesz?!
-Nie.
Następne pół dnia spędziłam na rozwiązywaniu zagadek.
***
Ciemność… Cisza… Zapach wokół mnie… Zapach krwi… Gdzie ja jestem? Nie mogę znaleźć drogi, nie wiem, co mam pod stopami… piach… piach przesiąknięty krwią… mokry, ciepły… krew, która jest na mojej bluzce i na piasku jest ciepła… świeża… znowu straciłam przytomność? A może nie… nie wiem… nic nie wiem… boję się… kogo? Nie pamiętam…
***
-Hej, Natalia.
-Miło cię widzieć.
-Szukasz czegoś?
-Wojtka. Ma coś, co muszę przynieść Snake’owi.
-Acha, to już nie przeszkadzam.
-A może ty wiesz, gdzie on jest?
-Czekaj, czekaj, jak to było… Wojtek ma wyciągnięte ręce w prawo i lewo. Obie jego ręce wskazują południe… Tak?
-Tak.
-Pomyśl, to proste. Tylko się pospiesz, bo zmarznie.
Kiedy mój brat odchodził, do głowy przyszło mi rozwiązanie. No jasne! Takie proste!
Pobiegłam nad dobrze znane mi jeziorko, gdzie czekał na mnie Wojtek.
-No nareszcie. Już się stęskniłem! Trafiłaś tu przypadkiem, czy zgadłaś?
-Wybacz, że tak długo. Ale teraz już wiem. Biegun północny. A to jeziorko sama nazwałam Północne, bo księżyc w pełni tak ślicznie się w nim odbija…
-No widzisz…
Patrzyliśmy sobie w oczy… Kochałam te oczy… Kocham…
-Weź ten naszyjnik i biegnij do Snake’a.
-A, no…Już biegnę. Idziesz ze mną?
-Nie, ja zaraz przyjdę. Chcę jeszcze sobie tu posiedzieć, przemyśleć kilka rzeczy.
-Jak uważasz. Pa.
Kiedy odwróciłam się czułam jego spojrzenie. Pełne miłości, uczucia, troski i…strachu…
***
Kolejne dni przebiegały dle na treningach, ćwiczeniach, ciężkiej pracy. Kilka chwil odpoczynku i znowu to samo. A wszystko co robiłam wymagało ode mnie wiele siły i wytrwałości. Ale byli obok mnie trzej najkochańsi faceci, jakich znam. I było mi z tym dobrze.
Powoli przyzwyczaiłam się do takiego życia. Wydawało mi się, ze można tak żyć wiecznie, tutaj, w Jasnym Lesie. Jedyne, co nie dawało mi spokoju, to misja, którą miałam wykonać. Jaka? Nie wiedziałam. Teraz już wiem...
***
-Gdzie biegniesz??- usłyszałam za plecami znajomy głos.
-Muszę przynieść Wilkowi jakieś zioła, czy coś.
-Acha. Jak będziesz miała trochę czasu, to przyjdź pogadać.
-Stało się coś??
-Nie. - powiedział Otek.- Jeszcze nie.- usłyszałam jego myśli...
Byłam trochę zaniepokojona, ale nie miałam wyboru. Musiałam z tym poczekać to wieczora. Resztę dnia miałam spędzić z Wojtkiem. I jak tylko znalazłam potrzebną roślinę, wróciłąm do jaskini.
-O, jesteś. Cieszę się. Daj te zioła i patrz.
-Co ty z tym zrobisz??
-Patrz. Zagotujemy to wszystko i to, co przyniosłaś wcześniej.
-Po co?? Miałam uczyć się magii, a ie gotować obiad.
-Ależ właśnie się uczysz. To jest mikstura. Kiedy ją wypijesz, Twoje oczy przystosują, się do widzenia w ciemności. Efekt trwa jakieś trzy godziny.
-Acha. No to może ja posiedzę cichutko i popatrzę.
też myślę, że tak będzie lepiej. Tylko jeszcze posłuchaj.
I tak przez następne kilka godzin słuchałam wykładu, ile możliwości daje nam przyroda, a ludzie nauczyli się ją tylko marnować. Nie było to zbyt ciekawe, ale nigdy nie uważałam czasu spędzonego z Wojtkiem za stracony.
***
Muszę wstać... Nie mogę... Nie mam siły... Całe ciało odmówiło mi posłuszeństwa... Tylko ten zapach krwi nie ozwala mi zemdleć znów...
***
-Kończy się nam czas.
-Wiem. Ale nie mogę jej tego powiedzieć.
-Musisz. - znajome głosy wybudziły mnie ze snu. Chyba już się przyzwyczaiłam.
-Ale... jak?
-Nie wiem. Ale musisz to zrobić. Jutro.
-Wilk, a ty co myślisz?
W odpowiedzi Otek usłyszał tylko ciszę...
-Nie mamy wyboru. Kto to zrobi, ty czy ja?
-Jak wolisz. Dla każdego z nas będzie to równie nieprzyjemne.
-Więc zrobimy to razem.
Nie zauważyli, kiedy weszłam do pokoju.
-Co zrobicie?
-Ale... co ty...A z resztą, to dobrze ze jesteś. Nie odkładajmy tego na później.- w głosie Otka dało się wyczuć zdenerwowanie i napięcie.
-Ale czego? Niech mi ktoś wtłumaczy o co chodzi.
-Siadaj.
-Stryjku...
-Siadaj.
Nie miałam zamairu się im sprzeciwiać. Byli dziś bardzo dziwni.
-A teraz posłuchaj.
***
W nocy nie spałam. Płakałam. I byłam w sypialni sama. Chłopcy uznali, ze należy mi się teraz spokój. To, czego się dowiedziałam, było dla mnie szokiem. Nie mogłam na nich patrzeć. Nie wiedziałam, co mam robić...
***
-Witaj.
-Cześć.- pierwszy raz wstałam rano i nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Wiem, że zraniłam tym najbliższych mojemy sercu, ale nie potrafiłam inaczej. Dali mi za mało czasu.
-Wybacz, że nalegam, ale nie mamy czasu. Przepraszam, ale podjęłaś jakąś decyzję?
-Braciszku, przecież decyzja została już podjęta.
-Nie o to chodzi. Bo widzisz, to jest dość trudne...
-Wiem. Muszę teraz wybrać. Ale może Moc wybierze za mnie? Ja nie chcę tego robić.
-Zdaje się, że Moc nie będzie ci niczego narzucać. Apodpowiedź już dała.
-Co masz na myśli?
-Widzisz, chodzi mi o wiek każdego z nas. Myślę, ze to miała być wskazówka...Bo myślę...Nie wiem...Siostrzyczko, nie wiem...
-Ja też nie. - ospowiedziałam twardo i wyszłam z pokoju.
Na polanie nie było nikogo.Usiadłam na trwie i spojrzałam w niebo. Więc tak? Moc daje mi wskazówki? Ale ja chyba nie potrafię, nie mogłabym tego zrobić. Więc co dalej? Muszę podjąć decyzję. Ale jaką? Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Nic już nie chcę wiedzieć. To był mój najgorszy dzień na tej polanie.
***
Zapadał wiecór, kiedy postanowiłam pogadać ze Snake'iem. Tyle mi zostało. Nie miałam innego wyboru. Z kimś musiałam o tym pogadać.
-Stryjku...- wyszeptałam przez łzy.
-Wejdź.
-Ja chyba nie umiem, nie potrafię...
-Ja wiem, ze to trudne, rozumiem. Wszyscy rozumiemy. I zaakceptujemy kazdą twoją decyzję. Nikt nie będzie chował urazy. Powiedz tylko jedno słowo.
-Nie chcę... A jeśli już wszystko się skończy, zrobię to, to nie wiem, czy będę potrafiła go potem poświęcić. To będzie moje dziecko...
Snake nic nie odpowiedział. Przytulił mnie tylko mocno.
***
Księżyc odbijał się w doskonałej tafli jeziora. Wiatr szumiał spoojnie wśród drzew. A ja siedziałam za polanie i przyglądałam się gwiazdom. Wokół tylko cisza, spokój... Jaszczur i Snake siedzą pewnie nad zwojami i nie wyjdą. Taka była umowa. Jest ciepło...Zapach świeżych kwiatów unosi się w powietrzu. Zamknęłam oczy. Poczułam dłoń na swoim policzku, szyi...
-Wojtek...
W odpowiedzi pocałował mnie, przytulił a potem odszedł...
***
Może to głupie, ale było mi wstyd wracać. Nie chciałam na nich patrzeć, nie byłam pewna, czy spojarzałabym im w oczy. Czy spojrzałabym Wojtkowi...
***
Gdzie ja jestem? Przeszłam może klikaset kroków i chyba znów straciłam przytomność... Czuję ból... To chyba dobrze... to znaczy, że jeszcze żyję... Tylko ten zapach... Ten ostry, duszący zapach świeżej krwi...
***
-Nareszcie Cię znalazłem. Martwiliśmy się o ciebie...o was...- mówiąc to Otek położył ciepłą dłoń na moim brzuchu, jego oczy było ciepłe, pełne troski i miłości... - Jak się czujesz?
-Dobrze, dziękuję. Braciszku, wracajmy...Ja chcę do domu...
***
Kolacja czekała już na stole. W pokoju unosił się zapach jedzenia. Snake na mój widok uśmiechnął się przyjaźnie i troskliwie przytulił mnie na powotanie. Czułam się tu dobrze. Brakowało mi jednak czegoś...Kogoś...
-Natalia...
-Wojtek...
Stał w progu, oparty o framugę drzwi, uśmiechał się do mnie i patrzył na mnie tak czule...
-Jak się czujesz?
-Dobrze.
Podszedł do mnie i przytulił mnie delikatnie, ale z miłością.
-Kocham cię... - szepnął mi do ucha. Słyszałam to chyba tylko ja, chłopcy byli zajęci rozmową.
-Ja ciebie też...
***
Minęło sporo czasu, zanim oswoiłam się z tym, że noszę pod sercem nasze dziecko. Było to dla mnie abstrakcją. ale bardzo miłą. Jedyną myślą, jakiej nie dopuszczałam do siebie było to, że kiedyś mój syn zginie za mnie i za świat... Ten świat, w którym jest tyle nienawiści i zła... i moje niewinne dziecko za to zginie...
Dni mijały spokojnie, jeden po drugim, zapowiadało się na to, że mamy dość czasu. I ja miałam go dość. Skończyły się treningi, ćwiczenia, męczarnie. Teraz moim zadaniem było urodzić dziecko. Syna. Mojego syna. Naszego... A to wszystko przez jedną przepowiednię, która mówiła o nim. Syn Dziedziczki, syn jednego z Duchów, zrodzony z miłści i dobra. Będzie w nim płynęła krew Cieni i krew Duchów. Będzie miał ogroną siłę , wiedzę magiczną i inteligencję. Będzie mogł zabić Cień. Zrodził się z niego po to, by go zniszczyć. Przez setki lat dziewczęta, w żyłach któych płynęła krew Cieni, walczyły z Nim. Były Dziedziczkami. Dziedziczkami jego mocy. Byłu jego córkami...A teraz jedna z nich urodzi syna, cudowne dziecko, które będzie miało nieskończone możliwości, bo będzie władać siłami Zła i Dobra. Pokona Cień. Miejmy nadzieję...
***

-Na razie my mamy sporo roboty. - czułam żal, kiedy Jaszczur odchodził. Kiedy wszyscy odchodzili...
-Nie możemy dopuścić, by Cień zdążył się przygotować, aby zebrał siłę. On tak samo jak my chce przetrwać i wie o wszystkim. Szykuje wojnę. Musimy mu przeszkodzić.
-Kiedy wrócicie?
-Kiedy przyjdzie czas. - Snake nie miał wtedy na myśli czasu, który miał przyjsć niebawem.
-Ja nie wiem, czy dam radę sama...Boję się...
-Nie bój się. Tu nic wam nie grozi. Na razie Łukasz jest malutki, ale szybko dorośnie. A wtedy wrócimy po was. Trzymajcie się mocno.
Snake i Jaszczur pożegnali się ze mną i wyszli. Wojtek jeszcze został.
-Wojtek...
-Nic nie mów, proszę...
Podszedł do łóżeczka, pogłaskał Łukasza po główce, potem pocałował mnie i wyszedł. Zatrzymał się w progu. Nie odwrócił się jednak. Powiedział tylko:
-Kocham cię.
I wyszedł. Kiedy zamknęły się drzwi zrozumiałam, ze od teraz jestem sama. Z Łukaszem. Niewinnym maluczkim dzieciaczkiem, który śmiał sie do mnie... Zostaliśmy we dwoje.
***
-Mamo, mamo! Paatrz czego się nauczyłem!
-No ślicznie kochanie. Ale uważaj z tym mieczem. Chciałam Ci przypomnieć, że jest ostry...
-Ale mamo, ja już jestem duży!
-Tak kochanie, jesteś.
Pogłaskałam go po kudłatej czuprynce. Minęło zaledwie klika miesiący, a Łukasz wyglądał na czterolatka.
-Mamo, a kiedy tata wróci?
-Już niedługo, skarbie. - sama nie wiedziałam, czy chciałabym żeby wrócili. Cieszyłabym się, oczywiście, ale zabarli by Łukasza...
-Mamo, o czym myślisz?
-O niczym ważnym kochanie. O niczym ważnym...
***
Dalej jest ciemno... Leżę tu już chyba kilka godzin... Nie odczuwam pragnienia, ani głodu... Jest mi tylko zimno, a spływająca po plecach krew potęguje to uczucie...Cisza...Taka przytłaczająca, głucha cisza... I krew...zapach krwi...krwe na moich plecach, bluzce, dłoniach...Moja krew? Jego? ...Nasza...??
***
-Mamo, wstań. Już ranek. Chodź, zrobiłem śniadanie. - kochany, pełny miłości i czułości, ale zarazem niski, spokojny głos wybudził mnie ze snu.
-Cześć kochanie.
-Chodź.
Kiedy patrzyłam na tego chłopca wydawało mi się, ze jest niewiele młodszy ode mnie. Miał spokojne, niebieskie oczy, włosy zaczesane na przedziałek i ścięte na wysokości ucha, głos prawie męski, ale spokojny, ztonowany...i to pełne troski i miłości spojrzenie...Ja skądś je już znam...Wojtek tak na mnie patrzył...Tak samo...
-No nad czym się jeszcze zastanawiasz? Chodź, bo wystygnie.
-No idę, już idę.
Kiedy weszłam do salonu, po pokoju rozlała się woń kawy...
-Kochany jesteś.
-Po kimś to mam.- uśmiechnął się do mnie.
Nagle oboje wyczuliśmy dziwną atmosferę. Jakby obecność kogoś jeszcze...Kliku osób...Tak dobrze znana obecność...Dobrze znane aury...
-Mamo, ktoś obcy...Ale tak jakoś dziwnie...
-Kochanie, pamiętasz o czym ci opowiadałam? Ze przyjdzie czas?
-Pamiętam.
-Właśnie przyszedł...
***
Kiedy do pokoju wszedł Jaszczur miałam już łzy w oczach.
-Braciszku...Jak ja ise za tobą stęskniłam...- szepnęłam rzucając mu się na szyję. Przytulił mnie równie mocno i powiedział:
-Ja za tobą też. A kto to jest? Łukasz? No proszę!
-A ty to kto? - zapytał chłopiec z mieczem w ręce.
-Jaszczur. Nie spodziewałem się, że tak szybko wyrośniesz, no proszę.Ale odłóż ten miecz, nic ci nie grozi.
Łukasz posłusznie odłożył miecz, ale natychmiast go zerwał z miejsca.
-Ktoś idzie.
-Łukasz, to przyjaciele. Otek to mój brat...
-Ciii...Ktoś idzie. Mamo, idź do sąsiedniego pokoju.
-Łukasz, nie rozumiesz...
Nie zdążyłam dokończyć, bo wypadł z domu. Spotkał po drodze Wilka.
-Stój, nie zbliżaj się!
-Kto ty...Łukasz?
-Nie ruszaj się powiedziałem!- krzyknął chłopak celując w ojca mieczem, z iskrą nieustępliwości w oczach....
-Łukasz! - zawołałam. - Wojtek?!- rzuciłam się mu na szyję. Przytulił mnie mocno, bardzo mocno i zaśmiał się.
-Własny syn by mnie zabił. Łukasz, spokojnie, nie zrobimy ci krzywdy.
-Tata?
-Tak, synku. Nie poznałem cię. Nie sądziłem, ze wyrośniesz na...mężczyznę...
Widziałam w oczach Wojtka łzy. Łukasz podszedł do niego niepewnie, spojrzał na niego z niedowierzaniem w oczach i wyszeptał:
-Tato...Potem uściskał go serdecznie, a do jego niebieskich oczu napłynęły czyste, perliste łzy...
-A gdzie Snake? - spytałam.
-Zaraz przyjdzie, siostra. Pewnie się zamyślił przed wejściem. poszukam go.
-Wejdźcie, proszę.
***
-A więc nadszedł czas...- wyszeptałam podając gorącą herbatę Snake'owi.
-Tak...Balimy się, ze zastaniemy cię tu z niemowlęciem, a tu proszę. Tego się nie spodziewaliśmy.
-Moc jednak wie, co robi.
-Dawaj tę herbatę siostra, bo się nie mogę doczekać.
-No już, już. Gdzie się pali?
-Na razie nigdzie. Ale za niedługo może.- Snake posmutniał i spoważniał.
-Co się stało? - spytałam zaniepkojona.
-Będzie wojna. Najwyżej za dwa dni. Przyjechaliśmy po was.
-Ale..
-Jeszcze dziś wyruszamy.
-Wszyscy. - dodał Otek.
Usiadłam na krześle i zaczęłam płakać.
-Ale nie teraz, czemu, jak, gdzie? Dlaczego akurat teraz? Łukasz to jeszcze dziecko.Ja nie wiem, cy dam radę, czymy damy...
-Ale ty nie jedziesz.
-Jak to nie? Nie zapominaj czyja to misja.
-Nie zapominam. Łukasza. Ty swoje już zrobiłaś.
-Ale...
-Żadnego ale. To jest wojna. Najstraszniejsza wojna, jaką widział świat. Nie będziesz ryzykować. - głos Wilka brzmiał pewnie i nieugięcie, a w jego oczach zapalił się blask stanowczości.
-Ja wiem, co będę robić, a czego nie. Nie ma takiej możliwości. Nie zostanę tu. Te stworzenia chcą zabić moje dziecko, a ja mam czekać i patrzeć co będzie dalej? Nie ma mowy.
-Ale mamo, możesz zginąć...
-Wszyscy możecie. Ja cię nie zostawię...
-Dobra. Jedziemy więc wszyscy. - brat stanął po mojej stronie. - Chociaż lepiej by było, żebyś została...
-Dla kogo lepiej? Wy będziecie tam, walczyć, narażać życie, a ja mam tu siedzieć? Nie ma mowy.
-To twoja decyzja. Więc jedziemy wszyscy.
-Tylko wpijemy herbatę.
-Właśnie.
***
Muszę go znaleźć...Gdzie on jest...? Nie mogę... Nie mogę nawet wstać... Zaraz odzyskam siły... Muszę... Nie mam czasu... Ale w takim stanie nie rzucę żadnego zalkęcia...Krew...Na mojej twarzy... Zapach krwi...Mojej??
***
-Wszyscy są? W porządku. No więc jesteśmy na placu Shadowplace, w krainie cieni. Przed nami jest zamek, do którego musimy się dostać. Najlepiej nie zauważeni.
-A po co? - czułam się totalnie zdezorientowana.
-W środku jest Cień. To jest centrum dowodzenia calą armią.
-Straży jest mało, większość wojska jest na wojnie. Mamy mało czasu, przez tę wojnę giną ludzie. Idziemy.
Przeszliśmy, a raczej przekradliśmy się przez plac, używając zaklęcia niewykrywlności. Dzieki niemu cienie nie wyczują naszej aury.
Pod murami budynku musieliśmy zdecydować, w którą stronę iść. Poszliśmy na północ, do bramy bocznej. Byliśmy może o 150 kroków od celu, kiedy wypadli z niej jeźdźcy. Mieliśmy wiele szczęścia. Zdążyliśmy schować się w nawie, wgłębienu w ścianie. Było okropnie ciemno i zimno...Bardzo zimno...
***
Chłód przeszywa na wskroś całe ciało, przejmuje, ogarnia....I ta ciemność... Nic nie widzę... nic nie czuję... Powietrze drga od zimna i ciszy...i od zapachu krwi... świeżej przecież krwi... Tego pragnęliśmy?? Krwi?? Jego?? Mojej??
***
-Słuchajcie, posłańcy mówią, że Cień jest na polu bitwy...Tu go nie znajdziemy.
-Skąd wiesz?
-Mam z nimi kontakt telepatyczny. - Wojtek nadal wydawał się zasłuchany w dalekie głosy.
-Więc co zrobimy?
-Jak to co? Idziemy tam. W niebezpieczeństwie są wszystkie żywe istoty. On szuka nas. Musimy tam iść.
-Dobra, ale gdzie to jest.
-Tam. - rzucił Łukasz. Dopiero teraz spostrzegliśmy, że przez dłuższy czas stał odrwócony twarzą na zachód.
-Więc idziemy.
I tak zrobiliśmy.
Przeszliśmy niespełna 2 km i spostrzegliśmy zozgrywającą się u stó wzgórza bitwę. Setki tysięcy cienie i tyle samo duchów. Bitwa niewyobrażalnie okrutna i krwawa. I zapach...Zapach śmierci unoszący się w powietrzu...
***
Ledwo nadążałam parować ciosy, o ataku nie było mowy. Na rzucanie zaklęć było zbyt mało czasu, musiałam się bronić sama, nikt nie mógł mi pomóc, bo nie byli w lepszej sytuacji. Nikt...Nawet Łukasz... Szczególnie Łukasz.... Gdzie on teraz jest? Szuka Cienia? Znalazł? On znalazł jego? Żyje jeszcze? i Setki podobnych pytań plątało mi się po głowie.
W oddali widziałam sylwetkę Jaszczura tnącego na wszystki srtony, radził sobie doskonale, a ja prawie tak jak on...
te kilka zadrapań mi nie zaszkodzi...Z drugiej strony widzę Wilka. Rzuca po kilka zaklęć naraz. Nie wiem, jak długo wytrzyma osłaniać Łukasza...Jak długo ja dam radę... Jak długo chłopcy dadzą... Nie wiem. MAm nadzieję, ze jak najdłuże, bo inaczej Łukasz nie ma szans. Gdzie on jest? Gdzie on się podział? Żyje? Chyba tak. I sto innych, podobnych myśli kołatało mi się po głowie, gdy wznosiłam swój miecz i opuszczałam nad głową jakiegoś stworzenia, skmlącego pod moimi stopami...
***
Bitwa trwała długo, a Łukasz nie mógł znaleźć cienia. Wiedziałam, ze im dłużej, tym gorzej, bo mójsyn jest już zmęczony. I nagle wszystko wokoło zniknęło. Na pustym polu bitwy zostały tylko duchy, chłopcy i ja. Po chwili duchy też znknęły. Rozejrzałam się dokoła.
-Gdzie jest Łukasz?!
-Nie wiem, nie widzę go!- Otek był tak samo zdezorientowany jak ja.
-Boże! - usłyszałam niby znajomy głos, ale tak dziwnie zmieniony przed zdenerwowanie...
-Wojtek! Gdzie jest Łukasz?!
-Tam...- wyszeptał patrząc tępo na wzgórze. Wszyscy obejrzeliśmy się w to miejsce.
A na szczycie wzgórza stał ogromny Cież, na czarnym jak nieprzenikniona blaskiem żadnych gwiazd noc koniu, a naprzeciw niego stał chłopiec. Mój syn...
Byliśmy najkrwawszej i najokrutnijszej walki, gdzie przed siłami całego zła zjednoczonego w jednej postaci stanął jeden chłopiec. Nikt nie mógł mu pomóc. To była jego walka.
-Błagam, zróbcie coś, on go zabije!- krzyczałam rozpaczliwie, płacząc i łkając, dusząc się...
-Nie da się. Wytworzyli za mocne pole. Nie jesteśmy w stanie się nawet zbliżyć, czary też nie przenikną.
-Błagam, do jasnej cholery, niech ktoś coś zrobi!!
W tym momencie zobaczyłam swoje dziecko upadające pod udeżeniem ciężkiej rękawicy... I widziałam Wilka, który w furii i gniewie, zapomnieniu wdarł jakimś cudem na pole pojedynku, by zasłonić swoje dziecko przed uderzeniem lodowego pocisku...zdążył...upadł...
-Nie!!!
A ja stałam i patrzy łam...i krzyczałam...z mieczem w ręcę...
I potem Łukasz wstał. I krzyknął a zaklęcie, a potem upadł jeszcze raz... stracił przytomność...Cień zachwiał się, a na jego piersi ukazała się dziura w zbroi. Wystraczy jeden ruch...stałam z mieczem w ręce...jeden ruch...z mieczem...
Nie zastanawiałam się. Tam był mój syn. Zginie, jeśli teraz nie wykorzystamy szansy i nie zniszczymy Cień. Może się uda...Kiedy biegłam, nie zastanawiałam się nad tym. Nie miałam wyjścia. Pobiegłam... pchnęłam... jeden ruch... wystraczy jeden ruch...krew...czarna krew...nieludzki krzyk, wrzask...nie do wytrzymania dla ludzkiego ucha... i ciemność...uderzył mnie jeszcze?
***
Wstałam, chyba się pozbieram. Ale gdzie ja jestem? Nie wiem. Zapach krwi...Mojej krwi...Wojtka krwi...Łukasza krwi...czarnej krwi...ostatnim wysiłkiem woli teleportuję się na pole pojedynku...
***
-Natalia, obudź się.
-Gdzie ja jestem? - spytałam. Próbowałam wstać, ale nie dałam rady. Całe ciało mnie boli i nie słucha...- Gdzie jest Łukasz?
-Jestem, mamo...
-Nic ci nie jest? Kochanie, tak dobrze, że nic ci nie jest...
-Czuję się dobrze.Tylko tata...
-Co tata, też czuje się całkiem nieźle- usłyszałam najpiękniejszy dzwięk w swoim życiu, głos Wojtka...
-Tylko troszke zchorowany. Ale żyje.
-Więc wszyscy cali? - spytałam.
-Na to wygląda. - zaśmiał się Snake.
Poczułam cudowne i błogosławione uczucie ulgi.
-Nawet nie wiesz, jak się cieszę.- uśmiechnęłam się - co się ze mną działo?
-Uderzył Cię zaklęciem przeniesienia, tylko na tyle miał siły. Zamknął cię w portalu, ale udało się nam cię wyciągnąć. I jesteś z nami.
-Dobrze. - szepnęłam i usnęłam. Wiedziałam, że są na łóżkach obok mnie.Byłam szczęśliwa...
***
Kiedy spałam chłopcy wyszli do salonu.
-Na szczęście jest dobrze.
-Kiedy powiemy jej prawdę? Że Cień nie zginął?
-W swoim czasie.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...