Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Dzieje Ellenwood

amelia ·

Dzieje Ellenwood
Amelia (www.amelia1508@wp.pl)

Część I. Ostatnie dni z życia Wiedźmy Sae

Wzrok półelfki spacerującej po samotnym pagórku spoczął na czymś, leżało pod jej stopami. Upuściła chwilę temu podrzucany kamień i spojrzała pod nogi ze wstrętem. Źrenice rozszerzyły jej się nieznacznie, a usta wygiął cierpki grymas, często zresztą ostatnio na nich widoczny, gdy sens tego, co zobaczyła powoli docierał do jej świadomości.
Ludzkie kości.
Odgarnęła pasmo rudych włosów i zniesmaczona rzuciła ostatnie spojrzenie na przecinające niebo chmary pyłu. Usiadła pod najbliższym drzewem, przyglądając się milczeniu wzbijającym się w powietrze kluczom padlinożernych ptaków, spłoszonych przez przemierzający dolinę cień.
Ta cisza nie wróżyła dobrze. Szczerze powiedziawszy, ostatnimi czasy rzadko zdarzały się tak spokojne popołudnia.
Gorące powietrze przynoszące ostry zapach siarki zadrżało wkradając się w płuca.
Towarzysz sapnął ciężko zmożony wyczerpującą wędrówką.
- Pusto? - spytała, odganiając od siebie chmarę żarłocznego robactwa przywiedzionego zapachem świeżej krwi. Ciemna posoka, sącząca się z głębokiego nacięcia na lewym ramieniu, przesiąkała powoli uciskającą ranę kraciastą chustę.
- Garstka włóczęgów, pół mili na północny-zachód za najbliższym wzgórzem. – odrzekł.
Westchnęła smętnie i spuściła nogi dyndające beztrosko poza krawędzią niskiego, piaszczystego klifu. – Znasz dowódcę?
Wilkołak ziewnął przeciągle obnażając błyszczące kły, ubabrane gdzieniegdzie zakrzepłą ludzką krwią, zwlekając z odpowiedzią.
- Elf, kolejny opozycjonista i niepoprawny marzyciel. Kolejnemu marzy się, że wyzwoli kraj spod władzy Saurona, jak słychać we wsiach. – rzekł po ciągnącej się chwili.
Młodą twarz wykrzywił cierpki, znajomy ironiczny grymas nadając jej sędziwości i brzydoty.
- Ilu ich jest?
- Koło siedmiu, wszyscy dosyć pokiereszowani. Pewno natknęli się na patrol. Zdechną szybko.
Dziewczyna milczała, ważąc w myślach drogę, jaka mieli obrać. Nie, nie było w jej naturze komukolwiek pomagać, przeciwnie: czy sens miało nadkładać drogi dla kilku kołczanów?
Zacisnęła spoconą dłoń na dębowym łuku, stąpając po szczątkach Ellenwood, stanowiących setki wystających z suchej ziemi podpalonych kikutów.
- Jak daleko jest najbliższa osada?
- Godzinę drogi za granicą Cienia, ale wciąż się przesuwa.– odparł olbrzym i rozłożył się w cieniu wzniesienia. Powietrze śmierdziało skażeniem.
Dziewczyna otarła z czoła ciężkie krople potu i związała rzemykiem burzę splątanych loków.
- Spadamy stąd. – powiedziała i zeskoczyła z wydmy.

***

Popołudnie tamtego dnia było gorące.
Elf zdjął trzewiki i wytrzepał zalegający piach i sierść. Wstrząsnął nim kaszel; pomyślał, że długo już nie pożyje, jeżeli szybko nie dotrze do jakiejś wsi. Podczołgał się pod najbliższe drzewo i oparł, podtrzymując ręką zawieszony na pasie sztylet. Promyki słońca przebijały się rozpaczliwie poprzez brudne, zapylone gęstwiny.
Wyjść. Wyjść stąd jak najprędzej. – pomyślał rozglądając się nerwowo. Nie chciał ryzykować spotkania, przestraszył już jakieś dzieciaki.
Kruk usiadł na gałęzi wysoko nad nim i zaśmiał się.
Sid Srebrnogłowy zarzucił na głowę kaptur kryjąc porastające twarz futro i ruszył powoli w głąb puszczy podpierając się o kolejne próchna.

***

Gospoda była położona pół godziny marszu na wschód od głównego gościńca.
Gościniec natomiast kluczył pomiędzy licznymi wyżynami Sarnii, począwszy od zarzeckich granic, przemierzając Szkarłatny Gród, aż do przeklętego Ellenwood, gdzie nie zapuszczał się nikt. Kupieckie wozy skrzętnie omijały te okolice, bacząc na wstęp do Cienia; Błędny Las, z którego z rzadka kto wracał żywy. Dziś każdy dbał wyłącznie o siebie; przynajmniej Klucz zachowywał pozory, że robi więcej niż musi.
Czym więc był Cień?
Siwy kantyniarz siedział zgarbiony patrząc na puste palenisko. Siedział sam w pustej tawernie sącząc powoli piwo. Na jego czole wykwitła duża zmarszczka, pojawiająca się, ilekroć pogrążony był w niewesołych rozmyślaniach. Łysina odbijała się zniekształcona w wzburzonej tafli trunku. Jak wielu, myślał o dziewusze, która wstrząsnęła stabilnym fundamentem tego spokojnego świata, a którą zwano Wiedźmą Sae. Może Cień zatrzymałby się, gdyby nie zwiała.
Z nagła wstrząsnęła nim choroba i zakasłał donośnie. Odstawił gliniany kubek, podtrzymując się drewnianego kontuaru i chwycił za serce. Nie, to niemożliwe, żeby znowu miał napad, pomyślał, zanim zmarł.


***

- Jeszcze świeży – powiedziała półdziewczyna i kopnęła głowę, która potoczyła się po słomianej podłodze, bryzgając wszystko wokół krwią.
Wilkołak powąchał ją i odszedł w stronę małego zaplecza, węsząc za czymś zdatnym do spożycia.
Sae klnąc pod nosem otworzyła drzwi do spiżarni i spojrzała po wszystkich półkach.|
Znowu pusto.- pomyślała przemierzając kilkoma susami zimną izbę.
Usiadła na kontuarze wsłuchując się spokojnie w chrupnięcia kolejnych kręgów; pewno jej przyjaciel zaciągnął w cień korpus tego starca i zaczął konsumpcję. Zakręciła się nerwowo w kółko i wypadła na tylne podwórze.
Pod wysoką topolą stały usypane z kamieni i piachu kopce. Wrony zaskrzeczały głośno, gdy się zbliżyła i obeszła wokoło dwa grobowiska.
Pewno żona i dziecko – przemknęło jej przez myśl. Oparła się pokusie rozgrzebania małej świątyni i znalezienia kilku bazarowych błyskotek, dochodząc do wniosku, że Sid z przyjemnością to zrobi.
Przeszła więc kolejne kilkanaście kroków, znajdując się w małym lasku, w niezłym jak na te czasy stanie. Uśmiechnęła się nawet, ale szybko przypomniała sobie po co tu przyszła.
Złośnica Sae zawróciła więc do stajni, marszcząc nos z powodu panującego tam niezbyt zachęcającego zapachu. Ominęła końskie szczątki, zastanawiając się, dlaczego ten staruch nie wyjechał, ale skazał się na głodową śmierć. Opieka nad zgniłymi, trupimi duszyczkami zwyczajnie nie przyszła jej do głowy; nie znała czegoś takiego. Wspięła się na wyższą kondygnację stwierdzając, że nie grozi zawaleniem i nadaje się do w miarę bezpiecznego przenocowania. Problemem pozostawał jednak wciąż doskwierający głód. Pocieszyła się ironiczną myślą, że już niebawem weźmie przykład, z braku lepszego określenia, przyjaciela i spożywanie trupów nie będzie napawało ją wstrętem.
Rankiem kolejnego dnia obudził ją lęk. Zeszła z poddasza i stanęła na ziemi bosymi stopami.
Podłoże zadrżało lekko, zdradzając pędzące w tę stronę wierzchowce. Sae wyciągnęła przed siebie ręce aż chrupnęły kościane nadgarstki i otrzepała rude włosy z pojedynczych źdźbeł siwego siana.
Sid leżał z na wpół przymkniętymi oczami i nasłuchiwał. Sae uspokojona tym, że nie wykazuje większych aniżeli te oznak niepokoju zarzuciła na ramię płaszcz i powoli ruszyła w kierunku wychodzącego na gościniec podwórza.
Siedmiu jeźdźców podążało niemal zatartym, wytyczonym dawno temu, zapomnianym szlakiem.
Sae usiadła na ziemię i z ciekawością znudzonego dziecka, cierpliwie wpatrywała się w gościniec znikający za horyzontem pagórków.
Jeźdźcy nie byli orkami, bez wątpliwości, jednak nie byli tylko ludźmi. Nie, takiego zapachu Sae nie znała. Był intensywny i pachniał ziołami, jakich w Sarnii nie uświadczysz.
Nie-ludzie byli więc z Klucza.
Zerwał się wicher szarpiąc błękitnymi sztandarami.
- Ktoś ty? – spytała druidka jadąca na przedzie. Twarz zasłaniała przyłbica, a spod hełmu po szczupłych ramionach spływały siwe włosy.
- To pytanie mogę zadać i tobie, moja droga. – odparła półelfka zuchwale, patrząc na przybyłych spode łba, jednak z uśmieszkiem wykrzywiającym jej wąskie wargi. Ze spokojem wciągała na nogi zniszczone buty. – Zwą mnie Złośnicą lub Wiedźmą Sae, chociaż magią się nie param, jeśli musisz to wiedzieć.
- Wiesz w ogóle do kogo mówisz, prostaczku? – zapytała szczerze i z pogardą ta z Klucza.
- Niewiele mi to robi różnicy, widać jednak mało wiesz o świecie, dziewczynko, skoro moje imię nie budzi w tobie żadnych emocji. – rzekła Sae wstając z nutą ironii w głosie. – Zapraszam więc do środka.
Jasnowłosa zeskoczyła z konia i pewnym krokiem podążyła piaskową ścieżką w stronę chaty. Towarzyszący jej czworo z dziesięciu uzbrojonych po zęby mężczyzn poszło za nią.
Sae, która weszła jako ostatnia usiadła na pierwszym krześle i oparła chude nogi na zdewastowanym stoliku.
- Co przywiało szanowne zbiorowisko w te strony? – zapytała grzecznie Sae skupiając się na wykazaniu umiarkowanej ciekawości.
Nikt z Klucza nie spieszył z odpowiedzią, i z góry należało zakładać, że się jej nie otrzyma. Irytującym było to, że Sae została, przez dziewczynę czy też może kobietę, prosto mówiąc zignorowana.
Czworo Kluczników stało nieruchomo wpatrując się zaciekle białymi ślepiami w prawie-elfkę. Starała się nie pokazywać po sobie najmniejszego zdenerwowania, choć słusznie odczytywała pewne znaki.
- Cóż to, czyżby klasztorne powietrze zrobiło swoje? – rzuciła w przestrzeń kolejne pytanie, nie spuszczając oczu z kosmyków wijących się po plecach nowej znajomej. Coś-niecoś słyszała o tych mędrcach z Gór, chociaż równie dobrze jak prawdą, wszystko mogło być wiejskim łgarstwem. Tylko co do cholery było z ich włosami?!
Sara, bo tak było przybyłej, przechadzała się po chałupie ścierając palcem, ukrytym w srebrnej rękawiczce, kurz zalegający na blatach i sprzętach.
Ogarnąwszy wzrokiem całe pomieszczenie skinęła na kompanów i rzekła: - Spalić.
Właściwie nie było o co walczyć; byłoby to głupotą, jednak nadszarpnięty spokój Sae nie pozwolił gościom odejść, a przynajmniej nie w całości.
- Tak mi się odwdzięczasz za życzliwość? – warknęła patrząc w cienkie kreski kluczniczych źrenic.
Sara zręcznie uniknęła tego wzroku i z twarzą nie wyrażającą żadnych emocji ruszyła do wyjścia. Sae szarpnęła za silną rękę próbując zmiażdżyć kruche kostki rozpaczliwie, żeby pokazać jej kim jest.
Cholera, to nie jest człowiek – pomyślała Sae, przeklinając ją w duchu, a jej usta rozszerzyły się po raz pierwszy w akcie czystego strachu i zaskoczenia.
- Odejdź, bo cię zabiję, wieśniaczko. – powiedziała Sara i szarpnęła Sae, rzucając jej niemal bezwładne ciało na ceglaną ścianę.
Ktoś z nich szepnął wiązankę zaklęć i słomiany dach zajął się zielonymi językami ognia.
Klucznicy w lekkim popłochu opuścili domostwo, a jednak Sae siedziała pod ścianą uśmiechnięta. Oblizała strużkę krwi płynącą z czoła, po zapadniętym policzku, aż po brodę i pomyślała z radością, że Sid, kochany „brat”, nie da im tak po prostu odjechać. Zaczęła wygrzebywać się spod spadającego gruzu. Ktoś jednak uprzedził ją i schwycił za włosy ciągnąc po gruzie i palącej się słomie opadającej z dachu. Było jej gorąco, tak, że nie mogła opanować drgawek. Zaczęła rzucać się w chorobie i przeraźliwie krzyczeć.
Powietrze Ellenwood i okolic przeszył złowieszczy świt.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...