Dziesiąty Smok - rozdział I
- Witaj Larkanie – rzekł cień sylwetki postaci, która nie była dostrzegalna przy zaledwie jednej zapalonej, żarzącej się świecy. Zapalonej przez matkę, by chroniła ukochanego synka przed strachem, jaki wzbudzała w nim ciemność. Taki duży chłopiec i boi się ciemności – nieraz słyszał od matki, żartobliwie przypominającej mu o lęku. A teraz, w dosłownie jednej chwili, mgnieniu oka, dziecinne koszmary wtargnęły przez uchylone okno, chcąc zawładnąć duszą chłopca.
- Nie mogłem się doczekać spotkania z Tobą – poczuł rękę na ramieniu, rozumiejąc już, gdzie stoi tajemniczy ktoś... Dotyk dłoni, dotyk skórzanych rękawic. Normalnie sprawiający nieopisaną radość, w tych okolicznościach, napawał zgrozą. Lerkan zamknął oczy. Zawsze tak czynił, gdy się bał. Zamykał oczy i myślał o radości ostatnich dni, o szczęśliwych chwilach, jakie ostatnio przeżył. Narodziny Ilis, małej siostrzyczki, tak podobnej do niego. Jakież to wspaniałe. Mieć rodzeństwo, podobne do siebie. Krew z krwi. Nagle źrenice jego wielkich, zielonych oczu rozszerzyły się, a ciało spoczęło wiecznym snem, na wygodnym i ciepłym łożu. Nie poczuł nawet, jak kark został skręcony. Nawet nie zabolało. Ostatnią rzeczą, daną mu słyszeć nie był płacz, czy szlochanie, lecz trzask łamanych kości.
...25 lat wcześniej...
Radość mieszkańców Tyrii nie miała granic, gdy pierwsze oddziały wkroczyły do stolicy. Dzielni wojownicy, dopiero, co wracający z boju, mieli nie zastygłą krew wrogów na swych rękach. Wielkie zwycięstwo, jakie odnieśli nad Cermejczykami, zwiastowało rychłe zakończenie krwawego konfliktu. Teraz kroczyli dumnie, brukowaną ulicą Trzech Światów, prowadząc ich wprost do górnego zamku, gdzie triumfalny przemarsz znajdzie swój koniec. Całej zjednoczonej armii Tyryiiskich klanów, przewodziły ciężkie pułki kawalerii. Przywdziane w czerwone i czarne barwy ogiery, ze spiczastym żelaznym rogiem, wyglądały iście, jak masywne jednorożce, dosiadane przez kwiat Tyryiiskiego rycerstwa. Dalej posuwały się pułki piechoty, zmęczonych, jednak radosnych żołnierzy, walczących w obronie zagrożonej ojczyzny. Jednak dumą księstwa nie byli żelaźni jeźdźcy, ani też piechota, lecz lekkie bataliony jazdy, słynące z okrucieństwa i błyskawicznych uderzeń. Uderzeń, pustoszących okolicę, będących zwiastunem śmierci i mordów. Legendy – tylko tyle zostaje po ich ataku. Straszne historie, opowiadane przez bardów w nocy, przy palącym się ognisku. Właśnie bataliony „Gahad” zamykały pochód zwycięzców. Gahadom przewodził Kaduf K Vantar, z srebrną owalną tarczą w lewej dłoni. W drugiej zaś dzierżył długą włócznię z czarnym proporcem, będącą swoistym symbolem lekkich oddziałów. Kaduf, myślami był już przy małżonce Elmere. Nie mógł doczekać się spotkania z ukochaną. Jednak dobrze wiedział, że przed rodzinnym spotkaniem, czeka go jeszcze jedno... Rada Klanów...