Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Dziewicobrońcy

awiarte ·

Poranne promienie przeskakiwały z lubością przez okna, co pogłębiało ogólne upodlenie tego wszystkiego. Bo świat stawał się z minuty na minutę coraz bardziej podły. Przynajmniej tak sądził Angus Fioreu i, z tego, a nie innego powodu, spoczywał w ramionach poznanej zeszłego wieczora dziewczyny. Ten fakt był dla niego najgorszy, przecież tak naprawdę wcale mu na niej nie zależało. Wolałby, gdyby choć trochę przypominała Carnie... Bo odkąd się z nią rozstał, na każdy możliwy sposób próbował zapomnieć, niemniej próby mu wcale nie wychodziły. I tak bezustannie wracał do punktu wyjścia.
Dość tego, powiedział sobie w końcu. Wyślizgnąwszy się delikatnie z objęć dziewczyny, wstał. Ubrał się niedbale i, nie odwracając się już więcej za siebie, otworzył balkon. Zejście z drugiego piętra po winobluszczu nie stanowiło żadnego problemu, zwłaszcza dla studenta czarnoksięstwa. Bezboleśnie wylądował na ziemi, no prawie bezboleśnie... Nie wiedzieć czemu wyczuwał między łopatkami kłujący ból.

- Elfy i hybrydy trzymają się razem. -ozwał się ochrypły głos- Ale na twoim miejscu nie pokazywałbym się tutaj, kruku.

- Wolne żarty- prychnął Fioreu- jeżeli tu jesteś Verdemittimus...

- Nie, nieprawda. Tu nie jest bezpiecznie, a zwłaszcza tam skąd zszedłeś.
Angus odwrócił się gwałtownie. Verdemittimus był półsmokiem, hybrydą... Miał typowo ludzkie proporcje ciała, jednak od typowego człowieka odróżniały go ukryte pod płaszczem błoniaste skrzydła oraz dwie skośne szparki w miejscu nosa. Zwykle nie narażał się na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Dlaczego miałby robić wyjątek?

- Ki czort cię tu przywiał?

- Przyszedłem ci przekazać kilka pism.- Verdemittimus wręczył mu kilka kopert- W Instytucie się niepokoją, bo przestałeś pisać raporty. Co z tobą?

- Nic.- warknął ze złością

- No przecież widzę...

- Dawaj te listy i zostaw mnie w spokoju! Nie będę tu sterczał pół dnia dla twojego
widzimisię.....!

Verdemittimus mierzył go ironicznym spojrzeniem, szparki jego nosa zadrgały dziwnie.

- Dam ci dwie rady, kruku. Nie użalaj się nad sobą, bo nic tym nie zmienisz. I nie zadawaj się z nieznajomymi dziewicami... Nic dobrego ci z tego nie przyjdzie.

**
Okrągły stół w ciemnym pomieszczeniu oświetlał jedynie wątły płomień, tańczący pod szklanym kloszem. Za stołem, a dokładnie jego połową, siedziało niecodzienne zgromadzenie. Istoty okryte złotymi płaszczami w pełnym słowa tego znaczeniu były smokami. Przed każdym z nich namalowano na stole podobiznę młodego mężczyzny o prezencji romansidłowego lowelasa. Co mogli mieć wspólnego ze Smokami? Smocze łuski połyskiwały tysiącami refleksów barwnych, czyniąc ciemność ciekawszą dla oka. Każdy połysk odbijał się na ścianie wypełnionej lustrami różnej wielkości w ozdobnie ukutych, metalowych ramach. Nagle na środku stołu z hukiem wylądował Verdmittimus. Smoki spojrzały na niego z niekłamanym wyczekiwaniem.

- I co? Wiesz już kto chce do nas dołączyć?- zapytał gardłowym głosem smok siedzący po środku

- Tak.

- To dobrze, teraz tylko musimy znaleźć sposób, by dostarczyć mu eliksir....

- Ale to...

- Czy jeszcze czegoś nam nie powiedziałeś?

Verdemittimus skinął głową, smoki słuchały z uwagą.

- Chodzi o to, że moglibyśmy mu dać jeszcze jedną szansę. W końcu liczba dziewic, które...
Smoki wyraziły natychmiast całkowitą dezaprobatę wściekłym pomrukiem, jeden nawet puścił z nosa wątły strumień żarzących się różnokolorowych iskierek.

- Chyba pamiętasz cel naszego zgromadzenia?- zapytał z ironią smok o czerwonym pysku-Jeżeli nie, pozwól, że przypomnę, dlaczego wszyscy tu siedzimy...

- Pamiętam to... Doskonale pamiętam...

- Skoro tak....
Gęstniejącą atmosferę mógł uspokoić tylko Najstarszy. Laska uderzyła kilkakrotnie w drewnianą podłogę na znak, że przemówi.

- Właściwie raz możemy odpuścić. Ale jeśli kolejna dziewica zostanie pozbawiona cnoty przez obiekt naszych poszukiwań, to będziemy musieli powziąć środki..... Niech lepiej w ogóle trzyma się od nich z daleka!

**
Czerwone usta Madeliny przywarły do karku Angusa. Alabastrowe ciało nagiej dziewczyny kontrastowało z czernią szczątkowej garderoby pana Fioreu. Przytulne mieszkanko rodziców panny Madeliny zdobiły porozrzucane wszędzie ubrania. Szanowni rodziciele nie pochwalaliby zapewne tego, co robi ich córka, która najdalej za tydzień miał się zaręczyć z wpływowym bankierem. Przez wysokie drzwi balkonowe wpadały szczątkowe światła magicznych latarni i gwar oberży. Ręka Madeliny wędrowała w okolice prawie rozpiętych spodni “gościa”, gdy nagle coś się stało.
Drzwi balkonowe otwarły się z hukiem. Furkot olbrzymich błoniastych skrzydeł zmącił ciszę. Na podłodze wylądowała osobliwa hybryda człowieka i smoka. Madelina jęknęła histerycznie i zemdlała.

- Czego znowu chcesz, Verdemittimus?!- wrzasnął Angus wściekły nie na żarty- Instytut ma teraz za zadanie przerywać swoim pracownikom każde spotkanie z kobietą?!

- Spotkanie?!- prychnął Verdemittimus- Nie za dużo ostatnio tych spotkań?

- Nie twój interes! Do kroćset diabłów, o czym pogawędzimy tym razem? Może o niehumanitarnych trutkach na gobliny w kopalniach ratalskich?

- Nie czas na....

- Co, może mam się na chłopców przerzucić?!?!?

- Przestań się zgrywać. Ubieraj się, bo zaraz będzie za późno!

- Po cóż niby...?!

- Choć raz w życiu zamknij się i posłuchaj, co do ciebie mówię!

Fioreu, nieco nadąsany, wciągnął na siebie całą rozrzuconą garderobę. Dlaczego jak się skarżę, to mnie nikt nie słucha?!?! Niestety za późno. Olbrzymi smok o perłowo-złotych skrzydłach i tęczowych łuskach wpadł do pokoju, rozbijając okno balkonowe. Zaopatrzone w długie pazury łapy schwyciły obu panów. Madelina, której w międzyczasie udało się ocknąć, wrzasnęła raz jeszcze i ponownie zemdlała.

**

- Serdeczne dzięki,- syknął obrażony Angus- zawsze chciałem się tak wpakować! A ty oczywiście mi pomogłeś!

Ciasny składzik, wypchany po brzegi dziwacznymi urządzeniami służącymi do transmutacji alchemicznej, przypominał koszmar chorych na klaustrofobię. Miejsca nie było w nim wcale, lecz mimo to nie przeszkadzało w upchnięciu na wiszącej pod samym sufitem półce Angusa. Nie czułby się tam tak źle gdyby nie wysoki wzrost i ciężkie kajdany z diwmerytu. Najchętniej też zamurowałby okratowane okienko w drzwiach, przez które rozmawiał z nim Verdemittimus.

- Nosił wilk razy kilka.- pół-smok wzruszył ramionami- Ja wiedziałem, że tak będzie... Ale ty nikogo nie słuchasz.

- Daj już spokój! Doceń, że robię teraz wyjątek specjalnie dla ciebie.

- Doprawdy, cóż za wyróżnienie...

- Spytam się grzecznie....- tu zmarszczył się nieprzyjemnie dla oka- Czego ode mnie chcą, do stu tysięcy czarcich jaszczurów?!?!?!

- Chcą cię ukarać.

- Wyobraź sobie, że jeszcze na to nie wpadłem! Siedzę sobie tutaj dla przyjemności, prawda?!?!

- Dobrze, wytłumaczę ci od początku. Tylko słuchaj i nie przerywaj.
Na zagraconej ścianie pojawiła się projekcja, na oko tkwiła tutaj od dobrych kilku stuleci. Przedstawiała księżniczkę w smoczej pieczarze robiącą na drutach i podśpiewującą coś. Zielony gad, zwinąwszy się w kłębek jak najprawdziwszy kociak, przyglądał jej się z radosnym błyskiem w oku. Obraz przeczył średniowiecznym legendom, a wręcz narażał je na śmieszność. Verdemittimus zaczął opowieść.

- Tak, to prawda. Władcy oddawali często swoje córki pod opiekę smoków, aby przed ślubem nie straciły dziewictwa. Rycerze wcale nie walczyli ze smokami, ale z księżniczkami, które nie chciały, wbrew woli ojców, tracić cnoty. I stąd te stosy trupów pod smoczymi pieczarami...- uśmiechnął się z wyższością- Wtedy też pewien alchemik wymyślił miksturę przemieniającą popędliwych kawalerów w smoki. Uspokajało to zapał każdego rycerza, bo nikt nie chciał się przemienić. Tak też powstała nowa rasa smoków, a zwie się ją Przemieńcami. Dzięki temu smocza populacja rosła z roku na rok w olbrzymią siłę. Smoki czystej krwi postanowiły zatem złożyć na barki Przemieńców swój stary obowiązek. Tak powołano do życia Dziewicobrońców, którym służę....
Fioreu przypatrywał się obrazom zmieniającym się obrazom z opowieści. Gdy projekcja zniknęła, rozejrzał się po swoim małym więzieniu. Liczne przybory alchemików świadczyły o tym, ze Dziewicobrońcy nie do końca pogodzili się ze smoczą postacią. Wręcz przeciwnie, próbowali ze wszystkich sił się jej pozbyć. Głupcy, uśmiechnął się w myślach, pewnie nie potrafili przeliterować własnego imienia. W przeciwnym razie doszliby do tego, jak się odczarować.

- To znaczy,- podsumował opowieść pół-smoka- że mnie też chcą zmienić w takiego niby-smoka?

- Dokładnie, kruku. Bo widzisz ostatnimi czasy wielu Przemieńców umarło....

- A gdyby udało mi się przewrócić im pierwotną postać?

- Nie sądzę, by było to możliwe....

- Bynajmniej masz rację.- pokręcił przecząco głową

- Nie uwierzę, że tyle pokoleń nie wpadłoby na rozwiązanie, mimo tak znacznych środków.
Angus uśmiechnął się krzywo, wiedział przecież, co robi. Miał tylko drobny szereg myśli zupełnie nie związanych z tematem....

- Tak zupełnie pro forma jedno drobne pytanko... Jak to jest z umaszczeniem smoczych łusek? Jakim ja byłbym smokiem? To nic zoobowiązujacego...

- Na pewno wrednym i ognistym.- ironizował Verdemittimus- A umaszczenie... Skoro jesteś elfem i masz czarne włosy... hmmm.... Pewnie różowym....

- Różowym?!- wyjątkowe oburzenie pojawiło się natychmiast na jego twarzy- Różowym, powiedziałeś?!
To musiałoby być okropne. Zmienić się w jakiegoś wielkiego stwora, któremu z pyska bucha nieprzewidywalny ogień. Na dodatek opiekować się niekoniecznie grzeczną smarkulą, spać w pieczarze... I ta cudowna wizja, kiedy lata sobie po niebie potwornie różowy, a wieśniacy uciekają przez pola, lasy... Czasami rzucając dla urozmaicenia widłami.... Ze względu ma własne dobro trzeba pomóc odzyskać smokom ich pierwotną postać....

- Zrób mi przysługę -Fioreu zniżył głos- zajrzyj do mojego mieszkania i weź kilka słoiczków z zielonego kredensu....

**
Najstarszy z Dziewicobrońców stuknął w podłogę laską, po czym uniósł swój pomarszczony zielony łeb, łypiąc na zebranych żółtymi oczyma. Za okrągłym stołem zebrało się dziesięciu takich, jak on. W mroku ledwie uwidaczniały się zarysy postaci.

- Powiadasz zatem, że potrafisz nam przywrócić ludzką postać?- mówił z powątpiewaniem- Nie jestem pewien, czy nas nie zwodzisz...

- Jaki miałbym w tym cel?- Angus nie dawał za wygraną- W mojej sytuacji nikt nie chciałby się pogrążać.

Smoki roześmiały się chóralnie, z ich paszczy wzlatywały kolorowe iskierki. Fioreu spojrzał na nich potępieńczym wzrokiem tak, iż natychmiast ucichły.

- Nie mam w zwyczaju żartować.-wycedził przez zęby- Nie w takich sprawach.

- Powiedzmy, że ci uwierzymy- zielony smok z grzebieniem na głowie powstał, wspierając się na łapach- Uwierzymy ci, i co? Przecież z powodzeniem możesz nas otruć, w końcu studenci czarnoksięstwa....

- To banda rozpuszczonych smarkaczy, po których wszystkiego można się spodziewać?

- Nie chciałem, by tak to zabrzmiało, lecz takie słyszy się pogłoski...

- Proponowałbym szczerość tak na przyszłość. Czy mogę...?

Najstarszy kiwnął głową w niemym przyzwoleniu.

Tymczasem rozstawione na połowie okrągłego stołu alchemiczne maszyny zaczęły działać. Kolorowe płyny i proszki przepływały krętym systemem rurek, potem zaś odparowywały, destylując się w czystą ciecz. Ciecz ta ulegała zamrożeniu oraz ponownemu rozkruszeniu, stawała się czerwonym gazem, aż wreszcie ulegała gwałtownej resublimacji w bezbarwne kryształki. Końcowy produkt przypominał świeżo wydobytą sól.
Angus przetarł czoło otwartą dłonią, odgarnąwszy rozczochrane kosmyki włosów. Miał szczerą nadzieję, że sztuka, poznana podczas wizyty w Krainie Wiecznych Piasków u przydrożnego magika, pomoże mu się stąd wymknąć.
Rozlał do dziesięciu kielichów zawartość kryształowej karafki, a potem powrzucał do nich drobne kryształki. Rozległ się donośny syk musowania. Napój był już gotowy.

- Teraz udowodnię swoje dobre chęci,- Fioreu otworzył usta i połknął kryształek, popijając resztą napoju z karafki- w końcu nie każdy czarnoksiężnik musi być zły.

Nic mu się nie stało. W zaufaniu smoki pochwyciły łapczywie pucharki, donośnie mlaskając podczas konsumpcji ich zawartości. Mikstura zaczęła działać gwałtownie. Smocze skóry pękały z hukiem, a wylewająca się spod nich bezkształtna, galaretowata masa formowała się powoli w ludzkie kształty. Proces nie trwał długo. Transmutacja zakończyła się powodzeniem, choć zarówno Fioreu jak i obecny przy tym Verdemittimus nadal widzieli smoki. Różnicę dostrzegli w tym, iż, spoglądając w lustro, wszyscy Dziewicobrońcy wręcz skaczą z zachwytu. Obaj postawili jednak na przezorność i, na wypadek gdyby coś wyszło nie tak, wskoczyli w migający na ścianie teleport.

**

Wylądowali w klombie różanym, który pod względem wygody nie mógł się równać nawet z rochybotanym taboretem. Chyba, że ów taboret zostałby nabity gwoździami... Wyplątawszy się z kolczastych macek róży, przystąpili do podziwiania ogrodu... Wyglądał jak typowe ogrody szlacheckich pałacyków, najeżone kwiatami, rzeźbami i fontannami w całej słodkiej przesadzie.

- Dlaczego my widzimy ich jako smoki, co kruku?- Verdemitimus otrząsnął skrzydła z resztek kwiatów- Czyżby mikstura nie zadziałała?

- Zawsze będziemy widzieć ich jako smoki, bo pamiętamy ich w tamtej postaci. Inni zobaczą normalnych ludzi.- mówił Fioreu rozglądając się gorączkowo, jakby trafił w miejsce, którego przypadkowo nie zna...- Czy ty mnie uważasz za partacza tak a propos?!?!?!

- Nie.... Oczywiście za profesjonalistę.- skinął głową z uznaniem pół-smok- A każdy profesjonalista kontroluje swoją moc, zwłaszcza teleportację

- Widzisz- policzki zaczerwieniły mu się ze wstydu- ciągle się uczę, jak każdy profesjonalista....
Verdemitimus potrząsnął czarnoksiężnikiem.

- Chcesz mi powiedzieć, że nie wiesz?!

- No.... właściwie... Na sesji dostałem tylko satysfakcjonujący....
Verdemittimus żachnął się nie na żarty, w końcu niecodziennie ląduje sobie na niewygodnym krzaku róży w cudzym ogrodzie razem kimś, kto naraził cię na niepotrzebne nadstawianie karku... Tylko dlaczego Fioreu się tym wcale nie przejmuje?
Niespecjalnie artykułowane mruknięcie nad ich głowami chwilowo rozluźniło sytuację. Potężny, nie znający się na żartach strażnik pałacowy zdawał się być, delikatnie mówiąc, zaintrygowany ich obecnością w ogrodzie.

- Waszmość panowie do kogo?

- Tak tylko- Angus zachwycał się głosem nawiedzonego artysty- podziwiamy kunszt ogrodników....

- To może inaczej... którędy weszliście, złodziejaszki?!?!

- Ehm...

Czarnoksiężnik nie mógł niczego więcej wymyślić, czuł, że znaleźli się w dość głupim położeniu

- Pewnego dnia ktoś cię zabije, kruku...- powiedział półgłosem Verdemitimus

- I to możesz być ty? Nie zdziwiłbym się nawet.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...