Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Dziwny ogród

siladhiel ·

Kobieta mieszkająca samotnie w olbrzymim, starym domu w sporej odległości od miasta przeważnie wzbudza zainteresowanie. Najczęściej zostaje ona ochrzczona wariatką i staje się obiektem kpin, a w najlepszym wypadku otrzymuje miano niegroźnej dziwaczki, którą straszy się dzieci. Kobieta taka przez pewien czas jest głównym tematem rozmów, bo przecież bliźni jest istotą najbardziej interesującą. Żadna poważna matrona w szacownym wieku (niezbyt skutecznie ukrywanym pod tonami makijażu) nie mogłaby powstrzymać się od wyrażenia swojej opinii na temat dowolny, byle tylko mieć okazję do wygłaszania tonem autorytatywnym i z niezachwianą pewnością siebie sądów, nie zawsze zgodnych z prawdą i sprawiedliwych, aczkolwiek mających uchodzić za takie. Z czasem jednak jej osoba ginie w gąszczu miejskich ploteczek i skandali, tym samym zdając się na łaskę Zapomnienia, które łaskawie rozkłada swe ramiona, chroniąc ją od wszelkich uszczypliwości dochodzących z zewnątrz. Nikt nie wspomina już o niej w opowieściach, a jeśli od czasu do czasu pomyśli o losie biedaczki, to zawsze z jednakowa wdzięcznością dla Niebios, że nikogo z jego rodziny nie spotkało takie nieszczęście. Oczywiście, nie było nigdy mowy o żadnym szczególnie wstrząsającym wydarzeniu, ale któż o zdrowych zmysłach mieszkałby na odludziu bez powodu? Przyczyna była więc zapewne okropna, straszna, mroczna i kompromitująca, a zatem skrywana przed światem. A świat, jakby na to nie patrzeć, zainteresowany nie był wnikaniem w osobiste dramaty poszczególnych osobników.
Tymczasem mieszkanka owianego tajemnicą miejsca żyje w spokoju, odcięta od świata, samotna, opuszczona przez przyjaciół... I szczęśliwa. Tak, dobrze widzicie, drodzy czytelnicy: nasza bohaterka daleka była od użalania się nad swoim losem, który przecież przyjęła dobrowolnie. Bowiem do opuszczenia miasta nie skłoniło ją ani nieszczęście, ani osobista tragedia. Ot, po prostu uznała, że czas choć raz zrobić coś spontanicznie. Kupiła więc dom. Piękny, stary, wręcz zabytkowy. Wspominać chyba nie trzeba o otaczającej go dzikiej przyrodzie, lasach, górach widniejących w oddali. Jedynie na południu rysował się ponury profil miasta z jedną, szarą, długą ręką drogi wyciągniętą ku jego murom. Ale czym była jedna, podkreślam – jedna, droga w porównaniu z pozostawionym za sobą gwarem, piskiem opon, smrodem spalin i ogólnym nieprzyjaznym zamknięciem w sobie tej niby nie tak wielkiej mieściny, a jednak wystarczająco dużej, by odciąć się od przyrody i zasmucić swą szarością istoty spragnione czegoś tak niewyszukanego, jak, dla przykładu zapach lasu czy też śpiew ptaków? Ucieczka stamtąd była konieczna. I wypadła całkiem skutecznie.
Felicja (bo tak nazywa się nasza bohaterka) nie uważała się za dziwaczkę, ani tym bardziej wariatkę. Ponadto, zdanie otaczających ją mas nigdy nie było wskaźnikiem jej postępowania. Żyła właśnie tak, jak zawsze pragnęła. A jeśli czasami, w późne wieczory, przerażała ją pustka naokoło, przejmowało strachem wolne miejsce w sercu, to uczucia te szybko ginęły w poczuciu spełnienia. Kochała malować. Malowała więc. Uwielbiała koty. Zatem cały jej dom pełen był Mruczków. Każdy kąt urządziła sama, wedle stworzonego sobie w głowie projektu, co przecież nie każdemu jest dane! Pochłaniała wręcz książki, stopniowo oddalając się od rzeczywistości. Czy było to złe? Być może. Jednak Felicja nie postrzegała tego w ten sposób, prawdę mówiąc nie zastanawiała się nad swoim postępowaniem. I nie miała ochoty się zastanawiać.

***
Przy domu znajdował się olbrzymi ogród. Kobieta codziennie wychodziła rankiem, by wśród pierwszych promieni słońca spacerować, rozmyślać oraz szukać natchnienia. Tak więc i tego lipcowego poranka opuściła dom, kierując się ku starej, żelaznej furtce, która zagradzała wejście. Dzień był wyjątkowo piękny. Niebo, bezchmurne i nieprawdopodobnie wręcz błękitne, zdawało się w swym złudnym spokoju kryć jakąś tajemnicę. Płatki kwiatów błyszczały w słońcu, kropelki rosy, jak diamenty, przyciągały wzrok, a liście i trawy zachwycały zielenią. Ptaki, które tak niedawno swymi pieśniami zbudziły słońce, teraz zdobyły się na bis i napełniały świat zapomnianymi, przedwiecznymi nutami. Felicja, oczarowana, przycupnęła wśród krzewów. Przechyliła głowę i kontemplując otoczenie popadła w dziwny, melancholijny nastrój.
Dopiero po kilku minutach zorientowała się, że nie wszystko jest takie same, jak jeszcze przed chwilą. Spojrzała za siebie, z jej ust wydobyło się speszone „och”, a na twarzy odmalowało zdziwienie. Powód był prosty. Tuz za nią, na kamieniu (należącym do skalniaka) siedział chłopczyk, na oko ośmioletni. Jasne, dość długie włosy okalały jego twarzyczkę o dużych, ciemnych oczach, patrzących ze zrozumieniem i jakąś dziwną, niezwykłą dla dziecka mądrością. Ubrany był skąpo, przewiewnie i dziwnie... staromodnie? Nie, raczej – antycznie... Zresztą, strój ten trudno było jasno zakwalifikować. Felicja odniosła wrażenie, że chłopczyk wyszedł właśnie z próby jakiegoś przedstawienia, że przypadkiem znalazł się w jej ogrodzie... Ale to przecież nie było możliwe, jej dom znajdował się zbyt daleko od miasta. Nie mogło być mowy o przypadku. A więc... Dlaczego? Dziecko, jakby odgadując jej myśli odezwało się.
- Jesteś bardzo samotna, prawda?
Kobieta omal nie krzyknęła z wrażenia, skarciła się jednak w duchu i jakby nigdy nic zapytała:
- Co tutaj robisz? Zabłądziłeś?
- Nie – jasnowłosy pokręcił przecząco głową – Nie chcę, byś była sama.
Felicja postanowiła nie okazywać zdziwienia i zaskoczenia. To przecież musiał być głupi żart, nic więcej...
- A twoja mama nie martwi się, że tak długo nie wracasz?
- Przecież ja wiem, że ty się boisz... I dlatego tu jestem.
- Rodzice będą się denerwować... – spróbowała jeszcze raz, bez przekonania. To musiał być jakiś zły sen...
- Nie śnisz. Jestem naprawdę – powiedział, podszedł do niej i z ufnością chwycił za rękę. – chodź... Pokażę Ci...
I nagle wszystko stało się takie, jakie być powinno od zawsze. Zniknęły granice między tym, co prawdziwe, a fantastycznym i niewykonalnym. Uczucie niezwykłości, jakie winno towarzyszyć zjawiskom rozgrywającym się wokoło również umknęło gdzieś daleko. Podążała za swym małym przewodnikiem, który prowadził ją w coraz to nowe miejsca, wskazując to, co warto było zobaczyć i z uśmiechem zachęcając do zrywania kwiecia. Wzdłuż ich ścieżki, po obu jej stronach, rosły kępami piękne, wielobarwne kwiaty zdające się być jak dywany puszyste i miękkie. A może były to właśnie dywany, piękne i wielobarwne jak kwiaty? Jasnowłosy chłopczyk idąc plótł wianek, by po chwili podnieść go w górę i złączyć z pachnącym kobiercem. Krocząc do przodu rozwijał kwiecistą nić, która miękko opadała na trawę, stając się na powrót roślinami. Cóż z tego, że było to niemożliwe? Czyż ona, Felicja, nie widziała tego na własne oczy?
Nad ich głowami splatały się gałęzie jabłoni. Owoców było wiele, pod ich ciężarem uginały się drzewa, obniżając tym samym zielony dach. Przez „okienka” na ścieżkę padały rozedrgane promienie słońca, tworząc zaskakującą swą głębią mozaikę, urozmaiconą gdzieniegdzie jasną główką mlecza czy stokrotki. Nad głową Felicji latały motyle i ważki, zadziwiająco duże i jednocześnie przesycone barwą i życiem, jak żadne inne zwierzęta, we śnie czy na jawie.
Kobieta zdała sobie nagle sprawę, że ma na sobie długą, granatową suknię, opadającą ku dołowi kaskadą falban. Na jej ciemnych włosach spoczywał kapelusz z szerokim rondem, kolorem pasujący do reszty stroju. Roześmiała się melodyjnie, a jej śmiech zdawał się odbijać od drzew i krążyć w powietrzu. Dostrzegłszy różany krzew pochyliła się, zerwała różę i wetknęła ją między falbany. Kwiat zastygł i „przyrósł” do sukni, stając się jej częścią. Płatki ściemniały i po chwili nie było różnicy pomiędzy nimi, a granatowym materiałem. Felicja ponownie wybuchnęła śmiechem i radośnie kontynuowała wędrówkę.
- Teraz mi wierzysz? – zapytał chłopczyk, zatrzymując się nagle.
- Wierzę, wierzę, wierzę!! – krzyknęła Felicja, która czuła się szczęśliwa jak nigdy.
- A więc mogę cię tam zaprowadzić...
- Zaprowadzić mnie? Gdzie?
- Tam, gdzie zrozumiesz... – odpowiedział tajemniczo i znów ruszył przed siebie.
Szli długo, jednak kobieta nie czuła zmęczenia. Trwała w dziwnej euforii, właściwej tylko pięknym snom. Ale sny są tylko snami i kończą się szybko; w tej jednakże chwili wszystko zdawało się być tak materialne jak ona sama, a więc zarazem trwałe. Choć ulotne, jak każde uczucie, wrażenie i stan. Mimo pozorów jedno nie wyklucza drugiego.
Celem wędrówki okazało się olbrzymie jezioro, lśniące w promieniach słońca i falujące - kusząco, delikatnie – pod wpływem powiewów ciepłego wiatru. Powietrze przesycone było wonią wody i drzew, tą jedyną kompozycją, która od zawsze budziła zachwyt. W pomarszczonej nieznacznie tafli odbijały się drzewa, niebo i chmury, a także coś jeszcze, co zdawało się tworzyć odbicie całego świata, każdej chwili z osobna, chociaż zarazem wszystkich naraz. Wbrew wrażeniu chaosu cała „układanka” była harmonijna, idealnie wtopiona w odbicie tego właśnie momentu. Felicji zdawało się, że patrząc na jezioro przenika jednocześnie do odległych miejsc, zamierzchłych czasów, czując jednocześnie wszechogarniający smutek. Nie rozumiała jeszcze, dlaczego tak się dzieje, zwróciła więc spojrzenie na chłopczyka, który był teraz dla niej niczym wyrocznia. Tak jak sądziła, pojął w lot jej pytanie.
- Spójrz tam. Co widzisz? –zapytał, wskazując na mały fragment jeziora. Kobieta zwróciła wzrok w tamto miejsce i nagle jej oczom ukazała się cała scena. Dom, rodzina siedząca przy stole... Każdy zajęty swoimi sprawami, nie interesujący się nawet w najmniejszym stopniu osobą siedzącą obok. Jak obcy.
- Rodzinną kolację – odparła, niezbyt pewnie.
- Czy tak wygląda rodzina?
Milczała.
- A z drugiej strony? Opowiedz, co tam dostrzegasz.
Znów wyraźny obraz, jak fragment filmu, szczegółowy i czysty. Dziewczyna, stojąca w pewnym oddaleniu od reszty młodzieży, wpatrująca się z uwagą w okno. Sama, odizolowana od świata. Nikt nie poświęcał jej nawet spojrzenia.
- Po co mi to pokazujesz?
- Musisz wiedzieć. Musisz zrozumieć. Twierdzisz, że nigdy nie byłaś samotna. A ci ludzie, których widziałaś? Oni też nie są samotni?
- Zawsze ktoś jest obok...
- Można być tuż przy kimś, a jednak dalej niż na drugim końcu świata.
- Nigdy nie potrzebowałam nikogo! – prawie krzyknęła, czując pojawiające się w jej oczach łzy. Teraz cała jej radość uleciała, nie chciała już dłużej słuchać chłopczyka, który wyciągał na wierzch dawno już ukryte głęboko wątpliwości.
- Nie można żyć samemu. Drugi człowiek jest potrzebny, odcinanie się od innych nie może przynieść z sobą nic dobrego.
- Jestem szczęśliwa!
- Nie myśl tylko o sobie. Myśl też o innych...
Coś kazało jej spojrzeć ponownie na jezioro. Tym razem ujrzała dziecko, z buzią w podkówkę, siedzące samotnie na ławce w parku.
- Może gdzieś jest ktoś, kto potrzebuje właśnie ciebie?
Nie chciała odpowiadać. Chłopczyk uśmiechnął się tylko, złapał ją za rękę i poprowadził ponownie z dala od jeziora. Stopniowo zaczynała wracać do niej tak niedawno porzucona pogoda ducha, myśli przestały być poplątane, a w głowie utworzył się jasny, prosty wniosek. Zrozumiała.
Nim minęło kilkanaście minut znów ze śmiechem zwiedzała kolejne miejsca, wesołe i piękne. Jej przewodnik nie mówił już nic, zachęcał tylko do korzystania z tego pięknego dnia, który już powoli dogasał. Czas minął szybko, wręcz zbyt szybko i z pewnością nie był zmarnowany.
Felicja pochyliła się, znów zrywając kwiaty. Śmiała się głośno, nie wiedząc do końca czemu. Nagle ktoś chwycił ją za ramie i mocno nią potrząsnął. Chłopczyk uśmiechnął się i zniknął, a wraz z nim cały niezwykły świat, który się przed kobietą tak niedawno otworzył.
- Felicjo! Felicjo! – szepnął ktoś z przestrachem...
***
Dzień się kończył. Niebo przybrało brudnoszarą barwę, a słońce schyliło się nisko. Blaski jeszcze trwały, wciąż równie żywe, lecz z czasem i one ulec musiały ogarniającym wszystko szarościom. Przyćmione, odchodziły w zapomnienie, podczas gdy lasy szykowały godne przyjęcie dla nocy. Drzewa spoważniały, opuszczone liście drgały na wietrze, a świerszcze żegnały odchodzący dzień przejmującym koncertem, wkradającym się do najskrytszych zakamarków duszy...
Droga, dotychczas pusta, gościła na swej szarej wstędze dwie postacie. Zbliżały się wolno do jaśniejących skupisk ludzkich, znaczących pierwsze, nie do końca zabudowane obszary, objęte opiekuńczymi ramionami miasta. W końcu dotarły do celu i kolejne żółte oko rozwarło nagle powieki. Wielkie monstrum budziło się po długim odpoczynku, otwierało tysiące ślepii, mruczało zgodnie brzdękiem sztućców, monotonną paplaniną radioodbiorników i telewizorów, oraz chórem zmęczonych, dyskutujących przy kolacji głosów.
Maria posadziła Felicję na krześle, a sama zakrzątnęła się w kuchni. Po chwili wróciła do swojego gościa, niosąc wazę z gorącą zupą i dwa talerze. Postawiła to wszystko na stole i zachęciła młodą kobietę do jedzenia.
- Jesteś cała zziębnięta, dziecko. Jedź.
Felicja spojrzała na staruszkę, której małe, błękitne oczka patrzyły z sympatią i troską spod puszystej, siwej czupryny.
- Dalej nie rozumiem, dlaczego pani mnie tu ściągnęła...
- Miałabyś w nocy wracać do siebie? Przez las?
- Nieraz tamtędy chodziłam – odparła niechętnie Felicja – Zresztą, jeszcze nie jest późno.
- Twoja matka przewróciłaby się w grobie wiedząc, jakie rzeczy wygadujesz. Sądzisz, że ja mogłabym puścić cię samą? – załamała ręce, nalewając zupy i podsuwając talerz pod nos brunetki. Kobieta milczała. Maria jeszcze raz przeanalizowała w myśli ich spotkanie. Coś złego działo się z tym dzieckiem. Chodziła po lesie, biegała, śmiała się i rozmawiała sama ze sobą. „Może to jedynie zmęczenie?” – przemknęło jej przez myśl,. Trudno byłoby pogodzić się z myślą, że Felicji naprawdę coś dolega. Była przecież wciąż tak młoda! Całe życie przed nią! Tyle, że ostatnie miesiące spędziła sama, odcięta od świata... Ale przecież musiała się z kimś spotykać! Nikt nie wytrzymałby tak sługo we własnym tylko towarzystwie!
Staruszka zamyśliła się. Znała Felicję od dziecka, zawsze różniła się ona czymś od rówieśników. Zamknięta w sobie, mało komu pozwalała się do siebie zbliżyć. Chyba nigdy nie miała przyjaciółki czy choćby dobrej, bliskiej koleżanki... Po skończeniu szkoły oddała się swoim pasjom, nie starczało czasu na spotkania towarzyskie. Ale ona zdawała się za nimi nie tęsknić. Może i była to prawda... Lecz teraz chyba coś się w niej złamało...
Nagle Felicja drgnęła, jej wzrok powędrował ku przeciwległej ścianie. Spoglądała tam chwilę, a na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech.
- A więc jesteś ze mną i tu... – szepnęła. W jej oczach wręcz błyszczało szczęście.
Staruszka podążyła za spojrzeniem kobiety, wyrywając się jednocześnie ze wspomnień. Nie zobaczyła nic, jedynie drgający cień rzucany przez lampę. Zwróciła wzrok na Felicję, która zdawała się być nieobecna duchem. Śmiała się do kogoś tylko jej widocznego, kogoś, kogo znała i kochała. Maria uśmiechnęła się smutno.
- Śnij, dziecko, śnij... – powiedziała, a może jedynie pomyślała. Cichutko wstała i wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Nie musiała. Świat, w którym znajdowała się teraz Felicja i tak pozostawał dla niej zamknięty.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...