Dzwon - cd. Nowy dźwięk i Zasadzka bilatów
* * *
Siedział na pękniętym jakby po trzęsieniu ziemi stopniu schodów jakiegoś zawalonego, wielkiego pałacu, i otulał się płaszczem. Tej nocy było cieplej niż ostatnio, ale i tak zimno. Mężczyzna podpalił pozostałości po wozie i grzał się przy palenisku. Podjadł także udo zabitego przezeń zwierzęcia, które mu zostało. Nie było zbyt smaczne.
Patrzył na pięknie rozgwieżdżone niebo i wielki, biały księżyc. Noc była spokojna, bez wiatru, ale i tak mroźna. Człowiek zrobił się śpiący. Miał spokój od krwiożerczych zwierząt – może bały się ludzkich murów – więc położył się na boku i zasnął. Tej nocy śnił. A śniło mu się, że przemierza pustynię. W tym śnie ciągnął za sobą coś ciężkiego i czuł wielki gniew. Szedł szybko i w ogóle się nie męczył. W końcu dotarł do miejsca, skąd zobaczył wielki tłum ludzi. Podszedł na odległość dwustu kroków przed nimi i stanął, upuszczając ciągnący bagaż. Nie popatrzył na niego ani razu. Cały czas spoglądał na stojącą na wielkiej wydmie watahę ludzkich postaci i się nie poruszał. Gdy jacyś trzej jeźdźcy zaczęli się do niego zbliżać, spuścił wzrok, jakby ze zmęczenia. Im owe postacie były bliżej, tym bardziej narastał w nim gniew i niechęć do nich. Czuł, jak zaciska pięści i jak jedna z dłoni krwawi – coś rozcinało mu skórę. Znał to aż zbyt dobrze i nie musiał sprawdzać, co to jest. Jeźdźcy podjechali do niego i zatrzymali się. Jeden z nich coś powiedział, ale tak cicho i niewyraźnie, że nie dało się go zrozumieć. Potem nachylił się nisko i jeszcze raz się odezwał.
Nagle zrobiło się ciemno i sen nic już nie ukazywał. Po chwili przez mrok zaczęły przedzierać się niewyraźne wrzaski i wrogie okrzyki. Śniący człowiek słyszał także gromy i świst wiatru, prawie odczuwalnego na skórze. Dało się słyszeć coś jeszcze… – dzwony. Coraz głośniejsze bicie dzwonów. Obraz nadal był ciemny, a dźwięk niewyraźny – jak to we śnie. Nagle jednak ciemności odeszły i ukazały znajomy widok – setki martwych ludzi na zakrwawionej pustynnej ziemi. Znał te pole śmierci. Widział wcześniej te ciała. Teraz, we śnie, widział jak dziobią je sępy i zjawiają się czworonogie, zagłodzone zwierzęta, które go ganiały. Zobaczył także powolnie kroczącą, potężną, szaroskórą bestię, ciągnącą pozrywane łańcuchy, owijające jej szyję i kończyny. Widział, jak się ściemnia i robi zimno.
W końcu zobaczył siebie – nagiego szczupłego, ale dobrze zbudowanego mężczyznę w długich do piersi, atramentowych włosach i z poparzonym lewym bokiem…
Wtedy się obudził. Dzień ledwie się zaczął, a wyglądające do połowy zza grzbietów gór słońce grzało już całą siłą. Oślepiało go, przeciskając swoje promienie między zawalonymi budynkami i wielkimi wieżami. Człowiek wyspał się i czuł w pełni sił. Był tylko spragniony. Napił się skromnie z niewiele zawierającego już bukłaka i stanął na równe nogi. Z myślami o obecnym i czekającym go pragnieniu podszedł do pustej studni w nadziei, że okaże się ona pełna.
Nie okazała się…
Trochę żałował, że nie próbował napełnić bukłaka, kiedy zdawało się to możliwe. Teraz by to zrobił. Jakiś czas tkwił pochylony nad studnią i czekał na cud. Nawet wyciągnął rękę w jej głąb, ale nic się nie stało – nie poczuł ni pierwiastka wilgoci…
Samotny człowiek, stojący w centrum wymarłego miasta, nie mógł widzieć, jak stado dzikich, czworonogich zwierząt, wraz z nastaniem świtu, przekracza podniszczoną bramę…
Zrezygnowany podszedł do jednej z licznych w mieście wież dzwonowych i dotknął jej. Kiedy to zrobił, natychmiast odskoczył do tyłu, padając plecami na piasek. Usłyszał bowiem wyraźne uderzenie w dzwon – potężne Dong!!!… Dźwięk natychmiast się urwał, gdy ten oderwał rękę od wieży, jakby rodził się jedynie w jego wyobraźni.
Zdumiony mężczyzna wstał i postanowił ponownie dotknąć budowli. Tym razem się trochę zawahał, ale ostatecznie dotknął na sekundę kamienną powierzchnię wieży całą dłonią i sytuacja się powtórzyła: człowiek posłyszał uderzenie w dzwon, które w momencie odebrania ręki kompletnie ucichło.
Po krótkim zastanowieniu, podszedł do kolejnej wieży i także ją dotkną. I tak, jak to było z poprzednimi przypadkami, usłyszał dzwonowy gong.
Sprawdził tak sześć dzwonów, a dokładniej wież, kiedy nagle doszedł go odgłos raptownego zrywu stada sępów. W górę poszło ponad pięć par skrzydeł i zatrzepotało niespokojnie. Mężczyzna nastawił uszu. Po krótkiej, a jednak ciągnącej się niemal w nieskończoność chwili, usłyszał to, czego się najbardziej obawiał – lakoniczne, niskie popiskiwania.
Jego prześladowcy byli w mieście.
Wyglądając chyłkiem zza jednej z wież, po kilku minutach czekania, zobaczył ich – całą ósemkę… Ruszył gdzieś w głąb zabudowań. Najpierw między dalsze wieże dzwonów, a potem na wielki plac najmniej ucierpianych budynków. Przebiegając za jakimś wielkim, zburzonym do połowy pałacem, stanął na środku rozległego, marmurowego placu. Przystanął tam na chwilę i zaczął nasłuchiwać i zastanawiać się, co robić dalej… Zbadał wzrokiem plac i zobaczył na nim coś dziwnego… – krył on w sobie jakieś lochy, których wcześniej nie zauważył. Człowiek musiał przejść wcześniej po ich obłych kratach, na co nie zwrócił jednak większej uwagi; mierzyły one około sześć stóp wzdłuż i cztery wszerz. Mężczyzna wolał nie zaglądać do środka. Nie przejąłby się nimi gdyby nie to, że poczuł wydobywającego się spod nich niezwykle palącego zimna, które wywoływało w nim nieopisane dreszcze skrajnego strachu… Wreszcie człowiek zmusił się do zajrzenia w głębię „lochu”. Niczego nie mógł jednak dojrzeć. Uwięzione tam mrok i zimno zdawały się jednak mieć duszę. Wydawało się bowiem, że coś tam na dole zaczyna gromić nagle, coraz głośniej, jak burza. Coś mistycznego i tak groźnego, że jedynie ciemność się go nie bała, siedziało w podziemnym areszcie. Kraty były grube, z mocnej stali; czarne jak smoła, acz lekko połyskujące.
Człowiek wyraźnie czuł obecność czegoś dużego i żywego na dole. Miał przeczucie, że pod jego stopami, w ciemnym lochu, coś się przebudziło i wyczuło ludzką obecność. Wiedział, że miało oddech i czuł, że jest głodne. Kiedy zaczął oddalać się od owych krat, zauważył, że był przez nie otoczony. Tworzyły wielki kwadrat, a on stał w jego centrum, w bezpiecznym od nich miejscu, na brukowanym placyku, który z kolei zawierał pokaźny, finezyjny rysunek – ciężko było go jednak całego objąć wzrokiem.
Bał się przejść po kratach. Bał się, że coś złapie go za kostki. Obawiał się nawet przechodzenia po odstępach między kratami. Nie mógł jednak tak stać i czekać, aż znajdą go te pustynne stworzenia…
Stał. Stał i nasłuchiwał w strachu. Podziemne więzienie przepełniło się ruchem. Coś szarżowało po jego wąskich tunelach. W kółko, a raczej w kwadrat. Było szalone i rozgniewane. Mijając kraty, sprawiało, że zaczynały się kurczyć i wydawać przy tym, drażniące ucho i mrożące krew, niskie pomruki. Po jakimś czasie to coś znalazło się już gdzieś niedaleko mężczyzny.
Człowiek zląkł się jeszcze bardziej, gdy usłyszał krzątającą się niedaleko ósemkę głodnych drapieżników. Musiały podążać jego zapachem.
Otworzył szerzej oczy i zadrżał, kiedy pojął, że zostawił swoje ostrzę przy studni. Był bezbronny wobec nadchodzącego zagrożenia…
Zwierzęta bardzo szybko go znalazły. Zbliżył się wtedy do krat na parę stóp. Stworzenia dreptały bardzo powoli; przyglądały się z radością w oczach na zamurowaną strachem ludzką postać. Z niezwykłym zgraniem rozproszyły się i zaczęły go otaczać. Żadne z nich jeszcze nie weszło na okratowanie. Zaślepione żądzą pożarcia mężczyzny, nie zwracały na nie jednak żadnej uwagi.
W końcu jedno z nich przekroczyło ich linię. Człowiek usłyszał ruch „więźnia” i poczuł nagły zryw lodowatego powietrza. Cokolwiek było po drugiej stronie krat, wyczuło zwierzę i ruszyło w jego stronę. Przemknęło lewą, krótszą stroną. Błyskawicznie znalazło się pod ofiarą i chwyciło za jej wychudzoną tylną łapę. Zwierzę momentalnie zanurzyło się po zad w nieprzeniknionych ciemnościach lochu, przeciskając na razie tylko nogi. Zdążyło wrzasnąć jeszcze ze strachu i bólu łamania kości, kiedy zaczęło być wciągane jeszcze głębiej. Nie mieszcząc się przez luki krat, było przez nie miażdżone. Reszta zwierząt podskoczyła ze strachu i przyglądała się tępo, jak ich brat zostaje pochłonięty pod ziemię… jednak tylko do połowy – kręgosłup pękł i zostawił górną część ciała bez całej reszty.
Nastała krótka cisza; następnie rozległ się kolejny stłumiony dźwięk łamania kości. Po sekundzie spokoju, z lochu wydobył się niski ryk.
Mężczyzna nigdy nie czuł takiego przerażenia, jak w owej godzinie. Niedługą chwilę potem, kraty rozwarły się z niskim pogwarem, i spod ich poziomu wyłoniła się namacalna ciemność o półludzkim kształcie. Podniosła się do poziomu klatki piersiowej, po czym wyskoczyła jakby do lotu i ostatecznie stanęła na placu tuż przed drżącym człowiekiem.
To coś było potężne na ponad osiem stóp i płonęło żywym cieniem. Miało małe, czerwonawe ślepia na dość niewielkiej, zlewającej się z resztą ciała głowie. Było poza tym przygarbione i posiadało długie palce u dłoni, zakończone równie długimi, niejakimi szponami. Cała ta postać posiadała więc posturę człowieka i dodatkowo kształt jakby peleryny na sobie, która ciągnęła się jeszcze daleko w tył.
Mężczyzna stał jak wryty przed owym ucieleśnieniem mroku i pogrążał się w jeszcze większym niż dotąd strachu.
Pozostałe psy pustynne dały o sobie znać, kwicząc z przerażenia. Tajemnicza postać, która najwyraźniej chyba ich wcześniej nie dostrzegła, rzuciła się na nie, podrzynając gardła i wyrywając serca razem z płucami.
Człowiek rzucił się do ucieczki.
Gnał jak najszybciej potrafił, zbliżając się do znajomej studni i miejsca, gdzie porzucił swoją klingę. Kiedy tam dotarł, czarna bestia już go dogoniła. Chwycił czym prędzej za miecz, i kiedy tylko zamachnął się na wroga, totalnie znieruchomiał i zesztywniał. Jego oczy rozszerzyły się, a oddech zamarł. Stojąca przed nim ciemność odezwała się bowiem – a głos jej był mocniejszy niż trąba czy huk walących się gór:
– BĘDZIESZ MÓJ! I ZAWIEZIESZ MNIE TAM, GDZIEKOLWIEK JA, O WŁASNYCH NOGACH, NIE BĘDĘ MÓGŁ PODĄŻYĆ. BĘDZIESZ MI SŁUGĄ, A I DOMEM MOIM DO CZASU BĘDZIESZ. DOPÓKI NIE NADEJDZIE CZAS, I PORA, I MOC!!!
Istota rozcięła człowiekowi brzuch swoimi czarnymi pazurami i wskoczyła do jego środka, gdzie znikła bez śladu. Rana błyskawicznie się zamknęła i pozostawiła po sobie grubą, ciemną, poziomą bliznę. Mężczyzna padł na kolana i upuścił miecz. Później runął na twarz i stracił przytomność.
* * *
Obudziły go częste, miarowe gongi. Wszystkie dzwony biły na cały swój głos i trzęsły przestrzenią. Ranny mężczyzna ledwo zdołał podnieść się na kolana. Z niezwykłym zmęczeniem przyjrzał się swojej koszuli i stwierdził, że cały koszmar, jaki tkwił teraz w jego pamięci, nie przyśnił mu się – koszula była rozcięta w okolicach pępka. Wymacał tam także pokaźną bliznę.
Oddychał ciężko i przymykał oczy ze znużenia. Dzwony biły coraz mocniej i głośniej; w jednym tempie – wolnym i jakby żałobnym. Zatykał obolałe uszy całymi dłońmi, lecz nie mógł pozbyć się ich echa. W pewnej chwili, aż wrzasnął w niebogłosy z narastającego w nim gniewu do otaczającego go świata. Wstał na równe nogi, podniósł zakrwawiony miecz i przeciął kilkakrotnie powietrze. Z miękkimi nogami zaczął biegać w kółko i machać niezgrabnie połamanym mieczem, krzycząc i wyjąc w nagłym szaleństwie. W końcu padł z powrotem na kolana, upuścił wzrok i miecz.
Już nic nie słyszał – żadnych gongów. Jedyne, co dudniło w jego uszach, to jego głośny oddech i szybkie bicie silnego serca.
Wtem zatrząsł się pod nim grunt. Przewrócił się przy tym aż na łokcie. Podniósł się i ponownie poczuł wstrząs. Zatoczył się na bok i przewrócił na czworaka. Podniósł leżącą pod nim klingę, owijając ją kawałkiem szmaty, i natychmiast wstał. Ostrzę i tak raniło mu, ledwo zabliźnioną jeszcze, dłoń. Nic tu po mnie – pomyślał i zwrócił się do bram miasta. Kiedy szedł, ziemia trzęsła się nieco słabiej, ale w dłuższych fazach i z coraz krótszymi przerwami.
Przekroczył bramy i wkroczył na pustkowie. Bolała go blizna na brzuchu. Chwytając się zań, pobiegł przed siebie – oby dalej od tych murów. Trzęsienie ziemi nasiliło się jeszcze bardziej, kiedy mijał nieznaną mu dotąd część znajomego już lasu. Wtedy także spotkało go niezwykle dziwne zdarzenie – z nieba spadała biel. Człowiek chwycił lecące z góry maleńkie drobiny tego czegoś i poczuł, że są wilgotne i chłodne. Nigdy wcześniej nie widział śniegu. Powiał zimny wiatr, ziemia w lesie niezwykle szybko pokryła się niewielką warstwą śniegu, który, o dziwo, wcale nie topniał. Człowiek, gnając tak bez opamiętania, nie zwrócił najmniejszej uwagi na rozstępujące się przed nim drzewa – rozchylały się na boki, a niektóre, aż łamały z trzaskiem. On wcale tego nie zauważał, nie zwracał uwagi… Przeczuwał coś – coś strasznego, niebezpiecznego. I nie było to tylko trzęsienie ziemi…
Wbiegł na kolejną pustynię i tu zgubił śnieg. Nie obejrzał się ani razu. Kilka minut później przystanął przy gigantycznym głazie, o który oparł się jedną ręką, drugą ściskając obolały brzuch. Ziemia uspokoiła się.
Nagle owy głaz zatrząsł się sam z siebie, a człowiek oderwał odeń rękę. Gdy przyglądał mu się dokładniej, zobaczył, że zaczyna parować, jakby lekko zwęglać się i w końcu płonąć. Oddalił się na dwadzieścia kroków i spostrzegł, że podobnych głazów jest dalej dużo więcej – gdyby potrafił wznieść się ponad ich wysokość, mógłby zliczyć ich dosłownie tysiące… Jak kiedyś stał na polu pełnym ludzkich ciał, teraz znalazł się na terenie obłożonym setkami przeogromnych kamieni; każdy jeden wielkości czwartej części opuszczonego miasta, które niedawno opuścił.
Podchodził do reszty niezliczonych głazów, a te, jedno po drugim, tak jak to pierwsze, zaczęły się rozgrzewać i płonąć żywym ogniem. Ziemia raptownie zatrzęsła się z taką siłą, że rozkołysała aż owe głazy; mężczyzna jednak nie utracił większej równowagi. Błękitne niebo, nienaturalnie szybko, najpierw rozchyliło rzadkie jak mleko chmury, po czym samo się rozcięło i otworzyło, ukazując ślepą ciemność. Rozwierając swój błękit niczym gardziel, wydało z siebie okropny dźwięk pękającego powietrza i atmosfery. Wszystkie głazy wkoło, jak jeden, zaczęły trząść się i gnieść ziemię, żeby zaraz potem zapłonąć jeszcze mocniej, zwracając płomienie dokładnie ku odsłoniętej na niebie ciemności. Widząc to, mężczyzna zerwał się do szaleńczej ucieczki przed nieznanym jeszcze zagrożeniem.
Między całe roje wielkich kamieni sunęła malutka jak pchła postać samotnego człowieka, chwytającego się za otwierającą się nagle ranę. I kiedy tak biegł, otaczające go głazy nagle zaczęły ulatywać pojedynczo w powietrze. Tulące ich ognie tworzyły wielkie ogony płomieni, które w dalszym ciągu wyciągały się w górę, a nie w stronę ziemi – jak powinno się stać przy takim pędzie… Rozcięte niebo wsysało je całymi dziesiątkami, a ranny mężczyzna mknął przed siebie i ciągle potykał się przy mocniejszym zatrzęsieniu się pod nim gruntu. W pewnej chwili, kiedy jeszcze nie wszystkie głazy pochłonęło niebo, przystanął na moment, by przyjrzeć się tajemniczo zmieniającej przed nim wygląd ziemi.
Stawała się wilgotna.
Zobaczył nagle, że spod maleńkich drobinek piasku wynurza się raptownie znajoma błękitna substancja. Woda wyrastała spod ziemi tysiącem kropelek, i od razu zaczęła tworzyć podłużne szlaczki przyszłej rzeki.
Człowiek bez zastanowienia ruszył dalej, gdy usłyszał za sobą kolejne pomruki głazów, lecz już po paru krokach stanął rozchylając ręce i łapiąc równowagę, kiedy znienacka wyrosło przed nim, i pod nim, coś twardego. Skały wynurzały się z prawa i lewa, a zaraz potem obrastały sypkim piaskiem, później grubą glebą, a nawet suchą trawą. Mężczyzna skakał z jednego rosnącego wybrzuszenia na drugie i zbliżał się na szczyt nowego lądu, który się pod nim tworzył, i który nadal piął się w górę. W końcu, stając na bezpiecznym nowoutworzonym obszarze, stwierdził, że się on zatrzymuje i osiada w miejscu. Mężczyzna, z przodu i z tyłu, ograniczony został wysokimi urwiskami.
Ląd, na którym stał, wyglądał więc jak ściana; tworzył przez to jakby tamę dla rosnącej z południa w szaleńczym tempie rzeki… czy też morza… Nie wiedząc do końca, co począć, mężczyzna zaczął biec wzdłuż urwiska i wypatrywać możliwości zejścia z niego na druga stronę.
Nagle stanął i znieruchomiał.
Sięgając wzrokiem na północ dostrzegł coś tak przerażającego, że aż upuścił swój miecz. Niedaleko na horyzoncie, zabrudzone czarnymi chmurami niebo zaczęło łączyć się z zacienioną ziemią. Chmury skręciły się w spirale, po czym utworzyły kilka ciemnych słupów powietrza i stanęły na żwirze. Otyłe trąby powietrzne zaczęły gnać na południe i zbliżać się w jego stronę.
Stał i patrzył, jak z przodu nadciąga wirujące zagrożenie… a jednocześnie z tyłu wyrasta piekielnie głęboka woda…
Wtedy właśnie, tkwiąc tak w bezruchu, zobaczył ją. Była niewielką plamką na odległej ziemi, ale szybko zbliżała się na swojej brunatnej karawanie, uciekając przed stadem tornad… Opatulona po uszy w szpakowate szaty, odsłaniała tylko niewidoczne z daleka, brązowe oczy i nieznaczną część długich, ciemnych włosów. Poganiała dwa zmęczone konie, karcąc je lejcami i głośnymi okrzykami. W końcu zatrzymała się i jak najszybciej odcumowała wóz, wsiadając na jednego z koni, poganiając drugiego uderzeniem w zad.
Patrzył to na nią, to na goniące ją trąby powietrzne. Za plecami poczuł nagły chłód słonej wody i zrywającego się wichru. W tym momencie ostatni raz spojrzał na kobietę, która jakby nagle odwzajemniła spojrzenie… Nie trwało to długo, albowiem mężczyzna odwrócił się do tyłu i zobaczył przed sobą ogromną, narastającą falę, sunącą prosto na niego…
Pionowa ściana wody zalała widok bezradnemu człowiekowi i, po głębokim błękicie, ukazała bezkresną ciemność…
Rozdział III
Zasadzka Bilatów
Nad grzbietami chmur, między białym a czarnym,
Szczyt Świata – Echolia – parę kochanków gości.
Dniem i nocą, po kresy Ziemi,
Dźwiękami Raad, w uczuciu połączeni…
Zabił Dzwon!…
Wątłe chmury rozrzedziły się jeszcze mocniej i przypominały teraz bardziej poziomą bagnistą mgłę; niczym wydarte szaty, otulały góry Goba zostawiając jedynie nagi, spiczasty szczyt… Echolię – dom Opiekunów. Bezgwiezdna, zimna noc oblała Echolię nienaturalnie głębokim mrokiem, zanurzając jej mieszkańców w bezpiecznym śnie, a okrągły, gigantyczny księżyc wdzierał się nachalnie na pierwszy plan, zasłaniając sedno nastającej godziny. Oddech nocy niósł bowiem ze sobą jeszcze mroczniejszy zapach…
Bilaci.
Było ich ośmiu; może dziesięciu… Poruszali się szybko i bezszelestnie. Z niezwykłą sprawnością pokonywali kolejne metry wysokości Echolii i zbliżali się do uśpionej, niczego nie spodziewającej się pary. Porozumiewali się gestem i szeptem. Oczy ich były puste i bez wyrazu, lecz ruchy płynne i dynamiczne. Niewyraźne, blade twarze przesłaniały szare, brudne włosy, a ich nozdrza i usta nie roniły śladu wydychanego powietrza. Szare liny owijające ich ciała – „zdobiące” nadgarstki i kneblujące usta – powiewały z lekkim, lodowatym wiatrem.
W tle dało się słyszeć nieustanne, stłumione, wręcz ledwie słyszalne, bicia Dzwonów.
Przodem wspinało się czterech najszybszych i najlżejszych z nich, osłaniając i prowadząc resztę – a zwłaszcza szóstkę z wyjątkowym pakunkiem na plecach… Było ciężkie i przeszkadzało w ruchu; owinięte brudnym materiałem, dla zagłuszenia jakiegokolwiek hałasu. A kute było z mocnego, ciemnego żelaza; długie i ostre miejscami, obdarzone w haki i kolce; w kształt łańcucha, owijając barki bilatów, zwisały za nimi jeszcze daleko na dół… głęboko w ślepą przepaść… Owych tajemniczych bagaży było dwa, a każdy jeden niosła trójka. Łączyło ich ciała. Trzymali się dosyć blisko siebie i starali iść jak najostrożniej, by nie upuścić cennej własności lub samemu nie upaść.
Zadanie okazało się jednak zbyt trudne…
Jeden z niosących, środkowy, nie miał szczęścia – skała skruszyła się pod stawianym krokiem i odebrała mu równowagę. Spadające odłamki zastukały niespokojnie… Poleciał w dół na niecałe pół metra, kiedy najbliższy wydarzenia kompan, wspinający się tuż obok, błyskawicznie wyciągnął ku niemu rękę – ratujący się bilat w ostatniej chwili zdążył chwycić za jego przedramię. Zwisał chwilę bezwładnie, poprawiając cenny ciężar, którego tak pilnował, by się nie ześlizgnął. Gdy zaczął szukać oparcia dla stóp, ratujący go bilat, niewiele myśląc, puścił go i jednocześnie chwycił za ów tajemniczy łańcuch.
Wymienili spojrzenia: jedno – zimne, trzeźwe i bezwzględne; drugie zaś – spanikowane, wystraszone i błagalne… Nie trwało to sekundę, kiedy szarpana, zmęczona ręka zmuszona była puścić…
Spadając w mrok, nie wydał z siebie żadnego odgłosu. Tylko niepogodzone z losem, wytrzeszczone oczy krzyczały o ratunek…
Bilat zarzucił zabrany bagaż i począł ponownie się wspinać. Reszta niosących poczekała chwilę na niego i także ruszyła dalej. Sunęli po cichu wzwyż i zbliżali się do obranego celu.
Dotarli w końcu na półkę skalną niezwykle pokaźnych rozmiarów, a przed nimi rósł już tylko owy wysoki, spiczasty szczyt – oto właśnie Echolia. Jej czarny kontur na tle wielkiego księżyca został zniekształcony – sławną Echolię otulała, ogromna na jej całą wielkość, mistyczna postać Największego z Wielkich…
Początkowo grupa bilatów nie rozpoznała w kształtach Bestora. Do każdego szczegółu zlewał się z ciemnoszarą twardą skałą, której uczepił się do snu – wbił weń mocarne szpony i otulił potężnymi skrzydłami. Nie poruszał się i nie ukazywał swej niemal ludzkiej twarzy oraz powiek. To wszystko sprawiało, że Bestor, obrońca i strażnik Dzwonów, stanowił jakby składnik Echolii; po części ją tworzył. Dzięki niemu szczyt zdawał się jeszcze większy niż był naprawdę. I to z tego powodu zrodziły się mity o Żywym Szczycie – spokojnym i uśpionym za dnia, a budzącym się i stojącym na straży samych Strażników w nocy.
Warry zaś w ogóle nie było widać. Kamiennoskóry, skrzydlaty żeński twór Jasnych Sióstr, mierzący czwartą część wieży Raadu, zanurzył się w nocnym obowiązku gdzieś, gdzie jak dotąd nie można było jej dostrzec. Strażniczka ludzkich Daarów leżała nieruchoma w swojej gigantycznej skalnej norze, kopanej dokładnie pod Echolię.
Najeźdźcy stali chwilę, oceniając sytuację i podziwiając zadziwiające wymiary słynnej skały. Spoglądali także w niebo – na zbierające się burzowe chmury.
Po chwili ruszyli.
Przemykali bezszelestnie i błyskawicznie; niczym cienie. Sześć niewyraźnych w nocy postaci doskoczyło do wielkiej skały; pozostałe cztery, niezauważone, wsunęły się w ów potwornie głęboką jamę.
Szóstka bilatów ostrożnie wdrapywała się ku śpiącemu. Troje z nich – z tajemniczym ciężarem. Powoli, omijając skrzydła i łapy potwora, zbliżyli się do poziomu jego głowy i właśnie wtedy zachwiał nimi mroźny podmuch. Zatrzymali się, łapiąc równowagę. Jeden z nich zasygnalizował rozkaz o ciszy… Wchodząc wyżej i skręcając w stronę twarzy potężnego stworzenia, nie zobaczyli nic. W totalnym zdziwieniu, zamarli w impasie.
Bestora już nie było… Najwidoczniej potrafił się on poruszać równie bezszelestnie jak oni.
Wiatr zawiał znacznie mocniej niż wcześniej… Teraz za to zdawał się mieć oczy. Niebo błysnęło – na razie bezgłośnie. Po krótkiej chwili zabrzmiał nieco stłumiony trzask.
Z otworu w skale wydobył się długi, przeraźliwy ryk; zatrząsł Gobą i zmącił noc. Warra wyłoniła się raptownie ze swojej skalnej sypialni i, jakby w nieudanej próbie lotu, zwaliła się z hukiem na pierś, wydając kolejny skrzywdzony dźwięk. Trójka bilatów stała na potworze jak jeźdźcy na rydwanie i rwała metalowe lejce. Łańcuchy owijały jej szyję, rozcinały kąciki ust i nozdrzy wielkimi, zakręconymi w tył hakami, oraz rwały brwi wbitymi weń mosiężnymi, zardzewiałymi kolcami. Tkwiły nawet w policzkach i powiekach; rozwierały jej z natury małe oczy. Stworzenie nie mogło się szamotać. Gdy zaskoczone we śnie zdążyło jeszcze przegryźć w pół jednego z bilatów, przestało już walczyć – pułapka została założona.
Przy każdym mimowolnym ruchu Warry, bilaci odpowiadali bolesnym szarpnięciem. Potwór był bezradny.
Zaczęło kropić.
Nagle wicher szarpnął tak mocno, że niemal zwiał jednego z ujeżdżających Warrę. Ciemne chmury błysnęły dwukrotnie i raptownie zalały scenę ulewą. Długie, rzęsiste krople deszczu cięły skały, a silny wilgotny wiatr gwizdał w uszach. Wtem przestrzeń rozdarła koścista, łamana błyskawica, uderzająca przerażająco blisko, oraz towarzyszący jej potężny grzmot. Całkowicie zagłuszył wydobywający się z mroku straszliwy ryk gniewu, ale ukazał jego właściciela. Oświetlona nagle, nadlatującą postać gigantycznego stworzenia ustała w locie z rozpostartymi skrzydłami i szeroko rozwartą paszczą. Bestor, przez tą krótką chwilę, wyglądał jak kamienna rzeźba zawieszona w powietrzu.
Trwało to zaledwie ułamek sekundy.
Gdy tylko powróciła ciemność, Bestor zaatakował. Przez mroczną kurtynę nocy przebił się niewyraźny odgłos łamania kręgosłupa oraz wrzasku czegoś ogromnego i rozwścieczonego. Echolię i panujące na niej szaleństwo mordu oświetlały tylko błyszczące krople i częste, gwałtowne uderzenia piorunów.
Warra, z jednym już bilatem na plecach i łzami w oczach, czołgała się, jęcząc z bólu, podczas gdy jej miły walczył z wrogami. Zabił już jednego z nich. Silnym uderzeniem długiego ogona w Echolię zwalił z niej dwóch bilatów, miażdżąc i uśmiercając przy tym kolejnego. Zrzuceni z Warry dwaj bilaci zaatakowali go. Wskoczyli mu na plecy i na skrzydło – jedno jego machnięcie posłało bilata daleko w nieprzeniknioną ciemność. Pozostała czwórka, uczepiona Echolii, skoczyła w jego stronę, zarzucając wielkie łańcuchowe lejce. Bestor zdążył zasłonić twarz swoimi potężnymi rękoma – mosiężne haki z niewielkim trudem wbiły się w ich twardą skórę. Potwór ryknął i machnął nimi na boki, krusząc przez przypadek skałę.
Cała szóstka bilatów była już na nim: dwóch na jego barkach, jeden na kamiennych plecach i jeden na twarzy. Zaczęli zakładać uprząż. Bilat zaczepiający w pośpiechu haki na jego ustach został pożarty. Bestor wyrwał przygwożdżoną do twarzy dłoń i wrzasnął z bólu rwanej skóry. Błyski ukazały chlapniętą na mokrą skałę krew. Karmazynowy płyn spływał razem z deszczowymi kałużami po nierównym terenie. I wtedy, przy otwartej paszczy Bestora, reszta napastników zaczepiła nań metalowy łańcuch.
Po krótkim czasie szarpaniny, bilatom udało się założyć całą uprząż. Tak jak u Warry, haki tkwiły w brwiach, kącikach ust, powiekach i policzkach, a u Bestora nawet w uszach. Stwór próbował dorwać w dłoń jednego z bilatów, ale tylko zadrapał powierzchnię swoich twardych jak głaz pleców.
Bilaci poskramiali rozzłoszczone stworzenie wielkości czwartej części Daaru, szarpiąc raniące go haki, wyginając jego łeb do tyłu i zwalając go na kolana.
Bestor najpierw chwytał się za twarz i próbował zdjąć to coś. Później zaś, w niewyobrażalnym cierpieniu, rozkładał tylko ramiona i zaciskał pięści. Jego ciągnący się krzyk gniewu – i rozpaczy jednocześnie – zaczynał powoli przebijać się przez odgłosy szalejącej burzy. W pewnym momencie runął do przodu podpierając się rękoma i spuszczając w zmęczeniu chwiejną głowę. Zdążył raz odetchnąć głęboko i spojrzeć na cierpiącą ukochaną. Widział, jak ciężko oddycha i poddaje się krzywdzącym ją dziwnym ludziom. Patrzył, jak kolejni bilaci wskakują jej na plecy i pomagają w ujarzmieniu jej. Ale ona wcale się nie rwała, nie walczyła – ból, jaki zadawała jej smycz, był nie do wytrzymania… Zobaczył, jak z jej zaciśniętych oczu wypływa łza i, spływając po policzku, miesza się z deszczem. Otworzyła oczy, powoli i bez nadziei. Patrzyli na siebie prze chwilę.
Wszystko było jasne.
Co chwilę zapalające się niebo ukazywało niewyraźnie całe wydarzenie. Migające światła rozszalałej burzy odkrywały dramat dwójki uskrzydlonych kochanków – Wielcy Strażnicy, Najwięksi z Wielkich, Młodzi i Piękni, Silni i Niezniszczalni – Bestor i Warra – para obrońców Miri i Jasnych Dźwięków, została schwytana i osiodłana. Przerażający ból odebrał im siłę…
Warra została poderwana do lotu przez dwójkę bilatów – wstała z jękiem cierpienia i żalu na czworaka, i wzbiła się błyskawicznie w powietrze, znikając ze sztywnego spojrzenia swego umiłowanego.
Bestor, szarpany do góry, z wrzaskiem uleciał wysoko – gdzieś w przesłonięte nocną zasłoną niebo…
Burza się uspokajała – jakby wiedziała, że już nic nie zdziała. Wiatr powoli zelżał i grzmiało już znacznie ciszej, niepewnie. Niebo ani trochę nie rozrzedziło ciemnych chmur, ale przestało płakać; pozostawało teraz w cichej żałobie. Spływająca wodą i czymś jeszcze Echolia, poszarzała, niby zasmucona. Czas stanął w miejscu i zamilkł…##edit_bysclavia 2007-01-22 20:53:35##ed_end##