Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Dzwon - Na ziemiach Owdowiałych i Młody Kroy

levael ·

Rozdział IV

Na Ziemiach Owdowiałych

U skraju Furruf, na lądzie Mir Fariah,
Zapłakały Ziemie, w żałobie pogrążone.
Gdzie zastygła, senna roślinność, co wiatrem nie stargana,
A która z powietrza w ziemię rośnie, nie odwrotnie...
Krzyczą!
Wyją, Ziemie Owdowiałe!
Lasem krzyży, co błyszczy w słońcu,
A ostrym jak klinga i mocnym jak stal.


Stał i patrzył gdzieś w otaczającą go ciemność – rozglądając się widział tylko przerażająco gęsty mrok. Słyszał jedynie swój głęboki oddech i lodowate pomruki burzowych chmur. Uniósł ku nim wzrok – błyskały miarowo i grzmiały na rychłą ulewę. Wiatr był zaś niezwykle spokojny i cichy. W pewnej chwili niebo zalśniło jaśniej i wystrzeliło tnący ciszę i przestrzeń piorun. Nagłe światło burzowego zjawiska ukazało dwa ogromne cienie, rzucane na tajemniczy grunt. Serce aż zadrżało – błyskawica uderzyła dokładnie przed jedną z dwóch wielkich wież. Były ciemniejsze niż noc i potężniejsze niż cokolwiek innego dającego się wyobrazić; grube na ponad tysiąc stóp średnicy i wysokie aż do chmur. Rosły jakieś pięćdziesiąt kroków na wprost przed nim. Błyskawica nie puszczała ziemi i wiła się jak wąż, łamiąc i gnąc się na boki. Nie wydawała już żadnego dźwięku. Jej migający w ruchu blask oświetlał przerażające oblicze ziemi – pokrywała ją niezliczona liczba ludzkich ciał, na których, najprawdopodobniej, On teraz stał. Spoglądało na niego tysiące par oczu; wszystkie połyskujące w świetle pioruna i przez to jakby żywe.
Po krótkim czasie w ziemię wbił się kolejny elektryczny bicz, zatrzymując się tuż przed drugą wieżą i oświetlając ją dokładnie.
Wtedy czas i brzmienie jakby ustały na chwilę. On nadal tkwił w miejscu i jedynie się rozglądał – jakby nie potrafił ruszyć nogami i wyrwać się biegiem. W końcu głuchą ciszę przerwał dźwięk tak przerażający i mocny, że zdawał się mrozić krew w żyłach i zatrzymywać serce.
Potężne Dong zabrzmiało i wstrząsnęło powietrzem...


Zabił Dzwon!...

Obudził się, otwierając raptownie oczy i chwytając się za pierś. Przed oczyma stanęła mu młoda twarz klęczącej nad nim kobiety. Na tle górującego w zenicie słońca była niewyraźna i rozmazana – mężczyzna więc przesłonił je dłonią. Miała duże, ciemne oczy i lekko zarumienioną twarz z małymi, pełnymi ustami i jeszcze mniejszym nosem. Zaczesane do tyłu włosy zostały spięte w krągły kok i odsłoniły gładkie, przyjemne czoło. Przymknęła lekko otwartą z zaskoczenia buzię i uśmiechnęła się szczerze.
Wystraszony dziwnym snem mężczyzna leżał na ziemi bez ruchu jak skamieniały. Po chwili zerwał się i usiadł, podpierając rękoma. Dziewczyna cofnęła głowę i ukryła uśmiech w zdziwieniu. Mężczyzna poczuł palcami swoje zimne ostrze – leżało tuż obok. Patrząc na nie, zwrócił uwagę na siwe włosy okalające jego ramiona – podróż przez pustynię i koszmar tego, co na niej widział, sprawiły, że kompletnie osiwiał.
Skierował wzrok na dziewczynę tak szybko i raptownie, że aż się go zlękła. Przez krótką chwilę tkwił w bezruchu i mrużył oczy, badając jej piękną twarz. Dziewczyna nie odzywała się i jakby posmutniała.
Siwowłosy mężczyzna wstał i zachwiał się – na moment zrobiło mu się ciemno przed oczami. Zatoczył się lekko do tyłu i szybko złapał równowagę. Stanął w miejscu i popatrzył na wyraźnie zmartwioną kobietę. Rozglądając się dookoła, poczuł, jak uderza weń piorun osłupienia, gdy nagle dociera do niego fakt, tego co zobaczył...
Najbliżej rozciągający się wokół niego płaski obszar, prócz kilkoma niewielkimi sztukami drzew, porastał wieloma tysiącami powbijanych w ziemię mieczy. Były duże i lśniące; większość z opartą o nie tarczą, a nawet całą zbroją... ale nie wszystkie. Tworzyły one jakby imitacje krzyży na cmentarzu. Gdzieniegdzie stały także dość spore, acz niezwykle stare i wręcz sypiące się pomniki i posągi jakichś półludzkich postaci, jak również kilka kamiennych sarkofagów – równie niezadbanych i starych; wyraźnie nie pasujących do mieczy... Niedaleko na wschód wyrastały duże góry, otoczone licznymi drzewami i krzakami, a zachód ukazywał jedynie zamglony, płaski horyzont.
To chyba zmęczenie stłumiło w nim jakąkolwiek reakcję zewnętrzną na tak niespodziewany widok; niemniej jednak niedawno, acz w pełni rozbudzony człowiek stał nieruchomo i zupełnie spokojnie, z beznamiętnym wzrokiem błądzącym po dziwacznym miejscu, przypominającym cmentarz... lecz bez kopców i z mieczami w miejsce krzyży.

W żadnym wypadku jednak siwowłosy młodzieniec nie mógł dojrzeć samotnego pustelnika, kryjącego się na skarpach najbliższych gór, który teraz przyglądał się jemu oraz pięknej kobiecie...

Starał się przypomnieć sobie ostatnią rzecz, jaką pamięta – zanim się tu znalazł i zanim nie przyśnił mu się ten straszny sen. Wspomniał trzęsienie ziemi, huragan... trąbę powietrzną i... Falę. Potężną falę wodną nacierającą prosto na niego.
Otrzepał swoje suche do cna ubranie i nie wiedział, co myśleć. Patrząc na żwir pod stopami, spostrzegł krew. Spoglądając dalej, zobaczył przerywany, czerwony ślad, prowadzący na zachód. Idąc nim kilkanaście kroków, zatrzymał się przy nagłej przepaści. Nie zaobserwował jej wcześniej. Była nieskończenie głęboka, a jej „dno” porastało czarnym jak smoła, gęstym, poziomym dymem. Patrząc na wprost, nie widział reszty urwanej nagle ziemi. Widział tylko nieprzeniknioną, ruchomą mgłę... w której dało się wyczuć jakąś dziwną nicość – zdecydowanie silniej niż w zwykłej mgle...
Kobieta podeszła do niego i stanęła obok, zachowując dystans i przyglądając się ze zdziwieniem.
Jego rozcięta dłoń przestawała już krwawić. Nie musiał się zastanawiać, czyje były to ślady. Pomyślał tylko, jak mógł je zostawić – zmierzały przecież prosto w ślepą przepaść...
Nagle wyczuł czyjąś obecność. Mógłby przysiąc, że coś przemknęło gdzieś niedaleko za jego plecami. Odwrócił się, ale nic nie zobaczył. Przeszedł parę kroków i nadstawił uszu. Z prawej strony wyczuł ruch. Po chwili poczuł to samo z lewej... Pomyślał o pustynnych drapieżnikach, ale chwilę potem zdawało mu się, że usłyszał szelest tkaniny; potem drugi i trzeci... Przemykając nerwowo między imitacjami krzyży, wytężał wzrok i nasłuchiwał kroków. Nic – nikogo nie zobaczył. Wśród niskich drzew gęstego lasu mieczy nie łatwo byłoby się ukryć przed zaalarmowanym wzrokiem, jednak siwowłosy mężczyzna nikogo nie dostrzegał. To tylko wzmogło jego niepokój – na co zdecydowanie nie potrafił nic poradzić. Sięgnął za pas i, kiedy nie wyczuł rękoma miecza, odruchowo spojrzał na miejsce, gdzie ostatnio leżał...
Miecz zniknął!
Podbiegł, jakby w nadziei, że jednak znajdzie ostrze gdzieś niedaleko. Nie znalazł. Poważne przeczucie niebezpieczeństwa cofnęło go o dwa kroki i nakazało wypatrywać zagrożenia; a także dobrać broni... Bez dłuższego namysłu sięgnął po najbliższy z tysięcy obsadzonych wokoło mieczy... jednak tuż przed momentem, w którym miał chwycić za rękojeść, coś go przed tym powstrzymało. Człowiek zmarszczył czoło w zaskoczeniu. Pojawił się bowiem jakiś niezrozumiały opór w jego głowie, który, z niewiadomych powodów, zabraniał mu dobrać miecza... Spróbował ponownie, ale – już zanim wyciągnął dłoń – zrezygnował, bezsilny przeciw wewnętrznemu sprzeciwowi... Wyciągnięta dłoń wyraźnie się trzęsła. Zacisnął palce w pięść, by stłumić owe drżenie.
Popatrzył na coraz bardziej zmieszaną kobietę. Miała jasną, lekką sukienkę z falbankami i wyglądała cudnie. Uszy zdobiły malutkie, połyskujące kolczyki, a szyję – gruby, złoty naszyjnik z malutkim dzwoneczkiem. Zauważył, że trzymała coś na rękach...
...To była jego klinga.
Odetchnął głęboko, przymykając przy tym oczy. Podszedł do kobiety, która wyciągnęła do niego podniszczoną broń. Przelotnie popatrzyli sobie w oczy. Mężczyzna przejął miecz na swoje dłonie, spojrzał nań i pomyślał, że nie chce łapać za jego ostrze... W tym czasie niewiasta przyglądała mu się niemal błagalnymi oczami, i prawie przez łzy powiedziała:
– Level...
Mężczyzna raptownie podniósł wzrok. Zajrzał w jej mokre, pytające oczy i zmarszczył brwi. „Level”? Czy ona powiedziała „Level”?...
Niespodziewanie, spoglądając przez ramię kobiety, zobaczył, jak z owej niezmierzonej przepaści wyłania się postać zbyt dobrze znanego mu pustynnego zwierzęcia. Wdrapało się, stanęło na nogi i zawarczało. Chwilę po nim nadeszły jeszcze cztery sztuki i zaczęły się powoli zbliżać.
Wystraszona kobieta cofnęła się o kilka kroków. Level stał z gniewem w oczach i gotował się do walki – nawet nie zauważył, kiedy dobrał klingi.
Stworzenia skoczyły do niego. Jedno z nich od razu w locie pozbawił szczęki; przed resztą uskoczył. Nie czekał na dalszy atak, tylko natychmiast ruszył na całą czwórkę. Dość szybko zabił kolejnego i poranił pozostałych. Jeden z rannych zwierzaków spróbował capnąć uciekającą dziewczynę, ale zdołał jedynie zaczepić długim kłem o jej sukienkę. Level doskoczył do niego, kopnął na ziemię i uśmiercił szybkim pchnięciem miecza. Pozostałe dwa psy jęknęły równocześnie i rozbiegły się na boki. Nie poddały się jednak do końca. Obserwowały ludzi i odpoczywały. Level spoglądał to na jednego to na drugiego. W końcu rzucił się na stojącego po prawej. Zaskoczony zwierzak z dotkliwie uszkodzoną łapą zdążył tylko poderwać się nieznacznie do tyłu, kiedy otrzymał śmiertelne cięcie.
Drugie zwierzę rzuciło się do ucieczki.
Nie uciekło jednak daleko – po chwili dało się słyszeć jego ostatni jęk rozpaczy. Level i kobieta patrzyli, jak pada martwe pod wpływem zadanego mu znikąd ciosu. A więc był tu jednak ktoś jeszcze...
Do siwowłosego mężczyzny i niewiasty o zachwycających oczach podeszła grupa zakapturzonych postaci.
Levela ogarnęło zaskoczenie i lęk – jakim cudem mógł ich wcześniej nie dojrzeć! Wiedział teraz, że przez cały czas byli blisko; przemykali między gąszczem mieczy, a on nie zauważył żadnego z nich. Czuł jednak już wcześniej czyjąś obecność; i nie była to obecność drapieżców z pustyni, których teraz miał już wszelako z głowy.
Piątka tajemniczych postaci kroczyła ku owej parze. Levelowi zaczęło się wydawać, że ich niewidoczne pod kapturami twarze wsysały światło, załamując je i powodując dziwny omam wzrokowy... Mieli poza tym długie, obcisłe jak pończochy, czarne rękawiczki, a ich stopy były w pełni zakryte.
– Dziękujemy wam za pomoc. Zaatakowały nas znienacka... – powiedziała ze spokojem kobieta swym miodowym głosem, zwracając się do tajemniczych ludzi. – Najdziwniejsze jest to, że wypełzły prosto z Furruf. Nigdy wcześniej nie widziałam Hramm, ale... – przerwała nagle. – Cóż robicie?... Jesteście mnichami Ahtanaram, czyż nie?... Dlaczego nic nie mówicie? – zatrwożyła się, gdy cała piątka nie przestawała zbliżać się powolnym, podejrzanym krokiem. W pewnej chwili dobyli spod swych ciemnych szat nienaturalnie długie włócznie, które normalnie nie mogłyby się tam zmieścić. Wszystkie były czarne jak węgiel i przewyższały swoich właścicieli; każda z łukowatym ostrzem, przypominającym górny sierp księżyca – prawie jak żeleźce kos, tylko znacznie mniejszy i bardziej zakręcony.
Dziewczyna cofnęła się o dwa kroki w nagłym szoku i przycisnęła dłoń do otwierających się mimowolnie ust.
Wszyscy mnisi nastawili ku nim włócznie... Level nie myślał rozmawiać. Ruszając na wrogów, machał ostrzem w obronie przed dużym zasięgiem ich broni; wszedł między piątkę pik, wytrącając je na boki, i spróbował zranić jednego z ich właścicieli – machnął klingą na wysokości jego pasa. Przeciwnik, uginając jedynie kolana, błyskawicznie odchylił się przed ostrzem do tyłu, tak mocno i nierzeczywiście, że jego plecy wyrównały poziom z ziemią, po czym szybko powstał. Międzyczasie w mgnieniu oka cała reszta mnichów rozproszyła się i otoczyła z trzech stron pojedynczego przeciwnika. Level natychmiastowo wymierzył kolejne cięcie, jednak wróg go uprzedził, uderzając go końcówką kija w nos. Level zatoczył się do tyłu i dzięki temu nie pozwolił zamknąć okręgu, który powoli tworzyła wokół niego piątka. Nie tracąc czasu, ponownie ruszył biegiem do ataku, zachodząc mnichów łukiem od prawej. Najbliższy zakonnik wykonał pchnięcie swoją dzidą, lecz chybił celu. Wtedy samotny mężczyzna spróbował urąbać jego drewnianą broń w połowie, jednak mnich błyskawicznie ją odebrał, łapiąc włócznię tuż przy jej grocie, i zaraz potem machną jej tylną stroną, łojąc go boleśnie po ramieniu. Przedłużył włócznię z powrotem w przód, jak powinna być prawidłowo, i powtórzył cios, tym razem przednią częścią. Level odpowiedział blokiem miecza, jednocześnie zbliżając się do mnicha, i wymierzając silne kopnięcie w brzuch... Zakonnik ani drgnął, gdy jego habit wklęsł się do środka, a noga mężczyzny nie znalazła tam dla siebie żadnego oporu.
Mnich prostym pchnięciem uderzył Levela środkiem swej piki. Cios był naprawdę silny i posłał mężczyznę na kilka kroków w tył – Level, upadając, zatoczył się raz przez głowę i przejechał plecami po piasku. Leżał chwilę na ziemi, gdy cała piątka zaczęła się zbliżać. Jeden podszedł szybciej i, kiedy stanął nad nim, zadał pchnięcie. Level z łatwością odturlał się od ciosu, po czym chwycił za długi drzewiec dzidy i użył go jako poręczy pomocnej przy powstaniu – słusznie przewidując, że mnich jej nie puści. Od razu się zamachnął i przeciął ją, celując przy tym w palce mnicha, który zdążył je niestety odebrać, zanim zostałby ich pozbawiony.
Level, trzymając wolną od miecza ręką włócznię odwrotnym chwytem, machnął nią na prawo i zaczepił jej łukowatą głownię o kaptur wroga, przy czym szarpnął dodatkowo. Zakonnik nie zdążył się przed tym obronić... Cały habit mnicha bezwładnie poleciał za zaczepionym ostrzem dzidy i upadł na ziemię... Level nie mógł uwierzyć, ale mnich zwyczajnie zniknął, pozostawiając jedynie swoje odzienie...
Czwórka natarła majestatycznym krokiem na osamotnionego wojownika. Level z niezwykłą szybkością zmieniał mieczem tor ruchu ich dźgnięć i cofał się przy tym pod leżące szaty mnisie. Gdy na nie nastąpił, wypełniły się i stanęły w ludzkiej postawie. Mnich objął jednorącz odwróconego doń człowieka za pas, pochylił się i przerzucił go przez siebie; Levelowi jednak udało się jeszcze wystarczająco okręcić w locie i samemu przewalić wroga, niby profesjonalny zapaśnik. Gdy tylko to zrobił, nie puszczając za habit, zadał proste pchnięcie i przebił go na wylot.
Rozległ się nadludzki świdrujący krzyk i mnich ponownie się zdematerializował. Pozostała czwórka zatrzymała się i cofnęła o parę kroków.

Level odwrócił się powoli, stanął w lekkim rozkroku i postawił ostrze przed twarz, przyjmując postawę pełną siły i pewności siebie. Mnisi zastygli na chwilę w miejscu... po czym raptem równocześnie upuścili broń... Zaraz potem każdy chwycił za jeden z najbliżej powbijanych w ziemię mieczy, których było tu tysiące.
Niewiasta w bieli zrobiła krok do tyłu i wymamrotała:
– O Boże...
Mnisi pierwsi wystrzelili do ataku – dopiero teraz nabrali prawdziwej szybkości...
– Level! – krzyknęła kobieta.
Czwórka zakapturzonych nakładała tyle cięć naraz i tak szybkich, że Level musiał dawać z siebie dosłownie wszystko, żeby je odeprzeć. Nie przypuszczał z kolei, że potrafi być aż tak szybki... W te parę minut szalonego fechtunku przewinął się grad uderzeń kling, nieprzerwanie nadciągających w każde miejsce i z każdej strony na niezliczone bloki pojedynczego mężczyzny; sypiąc setki rozszalałych iskier i przelewając dziesiątki kropel potu...
Nadszedł wreszcie moment, w którym zwiększył się dystans między przeciwnikami i starcie przystanęło o ułamek sekundy... Od razu potem wszyscy czterej mnisi naraz wznieśli ostrza w górę do pionowego cięcia na mężczyznę... W sytuacji Levela pozostawało mu jedynie zablokować wszystkie cztery miecze i upaść pod wpływem ich rozpędzonego ciężaru oraz wyczerpania, upuszczając również swoje ostrze, które o dziwo pozostało całe...

Mnisi powoli zbliżyli się do wycieńczonego przeciwnika i wyciągnęli ostrza ku jego twarzy. Jeden z nich powiedział coś w dziwnym języku, a jego głos zdawał się być jedynie niewyraźnym, niskim echem czyjegoś głosu.
Nieszczęśliwa kobieta poczęła szlochać i biec powoli w stronę agresorów, wykrzykując w płaczu imię leżącego mężczyzny.
Krótko po recytacji owego zakonnika, jego słowa zaczęła powtarzać reszta. Jednak zanim jeszcze skończyli, Level poczuł lekki ból w brzuchu, i właśnie wtedy z jego wnętrza wyskoczył owy czarny demon, który zaatakował go w martwym mieście o dziesięciu dzwonach. Wielka ciemna postać wystrzeliła w górę i błyskawicznie rzuciła się na piątkę mnichów.
Kobieta zatrzymała się i potknęła nieznacznie.
Bestia mroku wręcz rozszarpała habit pierwszego mnicha, który nagle okazał się być pusty. Pozostała trójka zaatakowała stwora, kiedy ten stał do nich tyłem. Żadne z cięć, choć zdawałoby się, iż z całą pewnością dosięgły celu, nie zrobiło mu jednak najmniejszej krzywdy – jakby jego czarne ciało było równie namacalne jak cienie na polnej trawie. Demon odwrócił się do wrogów i ryknął z wściekłością. Niespodziewanie dla mnichów, zaatakował rozpędzony; chwycił pazurami za szaty jednego z nieprzyjaciół i, kiedy straciły nagle ich właściciela, zaczął machać nimi na boki, jakby chciał z nich coś wytrzepać. Ostatecznie odrzucił mnisie odzienie daleko na bok – tak, że trafiły one tuż pod nogi niewiasty.
Kobieta, stojąc dość blisko nieskończonej przepaści, do której prowadziły ślady krwi Levela, wystraszyła się, że habit wkrótce wypełni się na powrót i mnich ją zaatakuje...
Level począł powoli wstawać – przychodziło mu to jednak z trudem. Podczas gdy demon natarł na kolejnego mnicha, kobieta w bieli bez zastanowienia kopnęła pusty habit tak, że wpadł on do owej przepaści. Podeszła do jej krawędzi i ujrzała, jak w spadającym locie zakonne szaty zapełniają się znienacka ciałem i machają rękawami.
Demon z cienia puścił się biegiem do jednego z zakonników i nagle, zmniejszając swe rozmiary w locie, zanurkował do wnętrza jego kaptura – mnich w jednej chwili zniknął, pozostawiając naturalnie swój przyodziewek, a demon, przywracając sobie swe naturalne kształty, rozdarł pozostawiony habit od środka i, w szale gniewu, zapłonął ciemnością. Ostatni mnich, choć nie wyglądał na wzruszonego, postanowił się poddać – mechanicznie wbił miecz z powrotem w ziemię, tam gdzie jego miejsce, i rozpuścił organizm w powietrzu, zostawiając swój pusty habit.

Level powstał i przyjrzał się rozwścieczonej bestii, której ciało pokryte było czernią. Spojrzała na niego. Ruszyła w jego stronę i, kiedy była wystarczająco blisko, skoczyła nurem w kierunku jego krwawiącej rany na brzuchu. Level jednak nie pozwolił się usidlić i, odskakując na bok, zadał cięcie.
Twarz demona mroku została przyozdobiona w płonącą bliznę. Potwór rozwarł paszczę tak mocno, że złączyła się z otwarta raną i zapłonęła jak ona; wydał przy tym przerażający ryk gniewu i w mgnieniu oka uderzył mężczyznę, posyłając go daleko na dziesięć kroków do tyłu. Zanim Level zdążył wstać, demon podbiegł do niego, uniósł nad ziemię i cisną nim prosto pod nogi niewiasty, która zapłakana od razu i padła przy człowieku w trosce na kolana. Chciała coś powiedzieć, ale zdołała jedynie zapłakać. Nie minęła sekunda, kiedy stwór z mroku doskoczył do nich i powiedział swoim mocnym jak skały głosem:
– CHODŹ TU DO MNIE!
Kiedy kobieta stanęła mu na drodze do mężczyzny, potwór złapał ją, zacisną dłoń na jej szyi i spojrzał prosto w przerażone oczy. To spojrzenie pozbawiło ją przytomności. Demon odrzucił niewiastę na bok tak mocno, że, niby szmaciana lalka, odleciała na całe dwadzieścia kroków.
Widząc to wszystko, Level zaczął się podnosić i zwolna krzyczeć z niepohamowanej złości; jednak już zanim wstał, demon zanurzył się w jego wnętrzu...
Mężczyzna legł na plecy z wycieńczenia.


Szybko zmusił się do wstania. Pobiegł z pomocą do dziewczyny, która wyglądała już na martwą. Jej nieskazitelnie białą suknię splamiła krew z jej rozciętej brwi i rany na głowie; jej podrapane ramiona pobladły. Level próbował ją ocucić, lecz nie dawała znaku życia. Połowa jej twarzy spływała krwią – otarł ją i zatamował krwotok z głowy, szmatą zdjętą z jego miecza. Sam miecz położył na ziemi.
Nie wiedział, co dalej czynić. Spojrzał na swój brzuch – rana już się zabliźniła.
Wtedy posłyszał za sobą kroki; odwrócił się i ujrzał starszego, siwowłosego człowieka z długim kijem, służącym za oparcie. Level dobył broni, jednak zaraz potem odstąpił jej widząc, że człowiek nie ma złych zamiarów.
– Nie jest jeszcze za późno – powiedział nieznajomy z zimną krwią, acz wprost zadyszany z przejęcia, i natychmiast zaczął pomagać poszkodowanej.
Starszy mężczyzna przez chwilę badał stan nieprzytomnej kobiety, a Level odsunął się trochę dalej, usiadł i złożył twarz w dłoniach. Kiedy potwór uderzył niewiastę, poczuł większy ból niż wówczas, gdy to on był bity. To coś tkwiło teraz w nim – w jego brzuchu... Kiedy o tym myślał nabierał wrażenia, iż coś wierci się w jego żołądku i jelitach. Przejąć się
– Kręgosłup jest w porządku. Obrażenia ciała o dziwo są niewielkie... – zwrócił się do Levela nieznajomy starzec. Wyglądał na niewymownie poruszonego... – Martwi mnie jednak coś innego... Nie ma czasu do stracenia. Nie mogę jej pomóc... Jej ran nie sposób dostrzec zwykłymi oczyma. Jej śmierć może nadchodzić z bardziej tajemnej, nieznanej mi strony... Potrzebny tu jest uzdrowiciel z Kyremy lub z Barsadur. Ja jestem bezsilny...
Wyjął z sakwy dwa małe, okrągłe liście i przyłożył do ust poszkodowanej – przylepiły się i powoli zabarwiły na czerwono. Nieznajomy zaczął ją podnosić. Level pomógł mu i wziął dziewczę na własne ręce.
– Chodź za mną – powiedział pustelnik, idąc w stronę niedalekich skał, zza których zaraz potem wyprowadził dwa brązowe konie. Przerzucił część juków z prowiantem z jednego, mniejszego, na drugiego, większego i silniejszego konia. Niedaleko za nim stały dwa wysokie na co najmniej dwanaście łokci, białe pionowe kolumny. Jedna nieco niższa od drugiej. Obie za to z nieokreślonego, pięknie lśniącego kamienia...
– Trzeba natychmiast zawieść ją w odpowiednie ręce. Jestem stary i chory, a ty, mimo iż twoje włosy pomalował czas i strach, jak mniemam, wyglądasz na młodego i silnego.
Kazał Levelowi posadzić kobietę na większego konia i potem samemu nań wsiąść, a następnie rzekł:
– Trzy dni drogi stąd na wschód jest najbliższe miasto, Młody Kroy. Jedź tam i odnajdź Nowubisa, uzdrowiciela z Apporue [Apori] lub Mosefuna, królewskiego radcę i mędrca. Jedynie oni znają tajemne sztuki naprawiania życia, które mogą uratować tę niewiastę. Nie trać chwili młody człowieku... Jej czas jest ograniczony.
Wydobył z sakwy dwie szklane manierki i podał je Levelowi.
– Co jakiś czas delikatnie polewaj jej usta miksturą z tej zielonej – polecił, wykonując delikatny ruch ręką, masując poziomo powietrze. – Gdy będziesz już w mieście, lecz nie wcześniej!... napój ją tą z białej manierki.
Nieco skołowany tak szybkim przebiegiem sytuacji Level skinął głową i przyjął mikstury. Oczy nieznajomego bystro patrzyły nań spod rozczochranych, siwiejących brwi.
– Kiedy będziesz już w Młodym Mieście, a dziewczyna będzie bezpieczna, poproś o spotkanie z królem Larchandem. Przekażesz mu moją wiadomość – powiedział dobrze trzymający się starzec, podając Levelowi mały zwój papieru. – To bardzo ważne i król nie może tego zlekceważyć. Zależy od tego życie wielu ludzi. Może nawet zdrowie całej Ziemi...
Level zerknął na trzymany w dłoni kawałek papieru i przez moment myślał o wszystkim, tylko nie o nim. Zaraz powrócił do rzeczywistości i wygłosił ze szczerą wdzięcznością:
– Możesz na mnie liczyć... Dzięki ci, dobry człowieku. Wielkie dzięki... – Jego twarz wyrażała swego rodzaju zakłopotanie, jak gdy rozmawia się z kamieniem, który nagle okazał się mówić, choć nadal się w to nie wierzy. – Kim jesteś?
– Zwykli zwać mnie Molarius, pustelnik. Pędź co tchu, młody przyjacielu, i zatrzymuj się tylko wtedy, gdy będzie to niezbędne. W jukach masz strawę i picie.
Level zamknął od jakiegoś czasu otwarte nieświadomie usta i przytaknął.

– Niech Bóg będzie z tobą! – krzyknął pustelnik, kiedy koń z mężczyzną i poranioną kobietą, gnając na wschód, przekroczył granicę dwóch białych kolumn, odzwierciedlających Daar i Raad.
Odprowadzając ich wzrokiem, Molariusowi nie dawały spokoju pewne myśli: Czarny Demon... Ten człowiek wiezie w sobie jakiegoś Czarnego Demona. I na dodatek jego miecz...
– Niech to szlag! – zaklął, kiedy uświadomił sobie, że połamane ostrze pojechało razem z nimi.

Rozdział V

Młody Kroy

Dniem i nocą, w Życia Rytmie,
Niezłomna pieśń Ziemię Ludzi oblewa.
Na wielkich wieżach, co bielą oślepiają,
Biją Dzwony Daar i Raad, świętą nowinę obwieszczając.
Kochanka Narodów i Matka Matek,
Niosą wieść życia, w miłości ze światem.

Zabił Dzwon!...

Rozciągające się wkoło suche pustkowia zdawały się nie mieć końca – jadącemu już pół dnia w jadowitych oparach słońca siwowłosemu młodzieńcowi o imieniu Level wschodni horyzont ukazywał jedynie niekończącą się nagą równinę. Nawet wysokie pasmo górskie, które widział na ziemi obsianej mieczami, i które przez jakiś czas mu towarzyszyło, wykręciło gdzieś na północ i znikło kompletnie z oczu.
W trakcie jazdy Level słyszał w uszach dziwny, stały szum. W pewnej chwili zorientował się ze zdziwieniem, że to nic innego jak... bicie dzwonów – jakże znajome mu dźwięki. Zdał sobie również sprawę z tego, że słyszał je już wcześniej – już na cmentarzu mieczy. Wtedy chyba po prostu nie zwracał na nie uwagi. Uderzenia były mocarne jak grzmoty piorunów, acz jednocześnie bardzo przytłumione. Poza tym z całą pewnością musiały pochodzić z więcej niż jednego dzwonu.
Po dłuższym doświadczaniu odbierania owych gongów, człowiek zdołał stwierdzić, iż ich donośność w dużej mierze zależy od samego poziomu wsłuchania się...

Dalsza wędrówka słońca, w nadal pełnym galopie jeźdźca, przykryła niebo błękitnym kobiercem nocy, którego z minuty na minutę dziurawiły prześwity milionów bladych gwiazd. Zanim jeszcze jednak noc w pełni się przebudziła, przed Levelem zaczął nagle dorastać step. Kiedy świat stanął w szczytowych ciemnościach nocy, Level przemierzał już w pełni bogatą sawannę.

Przez dwa dni, jakie potrzebował na dotarcie do najbliższego miasta, Level zatrzymał się i rozpalił ognisko tylko raz – owej pierwszej, wyjątkowo srogiej nocy. Kobieta była wówczas nadal nieprzytomna, ale z zimna aż drżała. Przykrył ją kocami, jakie miał od Molariusa. Tej nocy także posilił się do syta chlebem i owocami, jakie znalazł w podarowanym bagażu, by w dalszej drodze nie martwić się o głód.
Znalazł czas na odrobinę rozmyślania... Zastanawiał się, kim była kobieta, którą wiózł, i skąd mogła go znać? Była dla niego całkiem obca i bliska jednocześnie. Level czół się jak najbardziej odpowiedzialny za jej życie i winny jego zagrożenia... To nie był jednak jedyny powód, dla którego jej pomagał. Teraz, kiedy mógł o tym pomyśleć, doszedł do wniosku, że niewiasta wiele dla niego znaczy. Ona jako pierwsza się do niego odezwała, okazała mu zainteresowanie i poniekąd czułość... Sytuacja, w jakiej się spotkali, nie dała im szans na rozmowę... Level czół się z tego powodu podle...
Drugiego dnia jechał znacznie dłużej – ruszył od razu o brzasku, kiedy zaczęło się robić cieplej. Już wtedy ujrzał na horyzoncie jaśniejący kontur jakiejś wielkiej wieży, który wytłumaczył obecność owych gongów i od razu przywołał wspomnienie dzwonów widzianych w opustoszałym mieście. Kontur był idealnie biały i prawie zlewał się z błękitnym niebem oraz widniejącymi nań rzadkimi chmurami. Sądząc po rozmiarach wieży, możliwe, że była ona widoczna już znacznie wcześniej, przy czym Level miał pełne prawo nie zdołać jej spostrzec.
Stosując się do zaleceń starego pustelnika o imieniu Molarius, które nakazywały co jakiś czas polewać usta rannej kobiety miksturą z podarowanej zielonej manierki, Level czynił to w trakcie jazdy – nie robiąc już żadnych przystanków. Pędził tak cały dzień i całą noc, dbając, by duch niewiasty nie uleciał mu czasem przed nosem. Kiedy wstawał nowy dzień, daleko na widnokręgu zobaczył oznaki osady.
Uradowało się jego serce...
Koń tymczasem zaczynał zwalniać i wyraźnie słabnąć...

Level odwrócił się, spojrzał na padającą klacz i szczerze jej pożałował. Widział tylko, jak zwierzę bezwolnie upada z kolan na bok i sztywnieje. Zostawił wszelkie bagaże z pozostałościami prowiantu. Nie zatrzymywał się. Kobieta była lekka, więc mógł pozwolić sobie na trucht. Była stale nieprzytomna, a jej oddech był nierówny i ochrypły; biło z niej za to miłe ciepło krążącej weń krwi. Mężczyzna w biegu zaczął się nagle zastanawiać, czy te czerwone listki na jej ustach nie przeszkadzają jej przypadkiem w oddychaniu...
Już bardzo niedaleko przed sobą widział zabudowania, a jakąś dodatkową milę dalej, w głębi widocznych już stąd jasnych murów kolejnego miasta, owy biały kontur, który jak się okazał był konturem dwóch, a nie jednej wieży.
Przez cały czas towarzyszyły mu głośne, acz stłumione jednocześnie bicia dzwonów, do których zdążył się mimo wszystko przyzwyczaić.
Dotarł do pierwszych chat i od razu zwrócił się do pierwszych napotkanych ludzi. Mówił z wielkim trudem, jakiego nie przewidział – był wyczerpany. Pierwsze słowa, jakie cisnęły mu się na usta, brzmiały: „Wody. Jeść”, jednak zamiast tego szeptał ledwie: „Kroy... Nowubis, Mosefun...”. Początkowo nikt nie chciał go słuchać, jednak po pewnym czasie dojrzała ich kobieta o imieniu Jalisa, która bez słowa zaprowadziła Levela do swojej niewielkiej chaty i tam podarowała mu wodę oraz oznajmiła, że zajmie się dziewczyną.
– Wyglądacie strasznie, mości panie. Musieliście nic nie jeść i nie zatrzymywać się w drodze skoro mówicie, że przybywacie aż z Ziem Owdowiałych i jechaliście jedynie dwa dni – powiedziała Jalisa, rozwijając w pośpiechu nasączony krwią, niechlujnie założony opatrunek na głowie nieprzytomnej kobiety.
– „Ziem Owdowiałych”? – zdziwił się Level.
– ...Setki mieczy, o których mości pan wspominał. To właśnie na Ziemiach Owdowiałych, na Lotapanie, jest Cmentarz Furruf i ów wielki las mieczy. O innym podobnym miejscu nie dane mi było słyszeć. – Kobieta, zabierając się za badanie poszkodowanej, wskazała Levelowi stojący na środku pomieszczenia stół, na którym leżał teraz parujący drewniany półmisek, i powiedziała: – Proszę, niech mości pan odpocznie i posili się zupą.
Level ani myślał jeść, choć głód doskwierał mu już od wielu godzin. Ważne, że ugasił pragnienie i odsapnął – zaczynał już czuć się lepiej. Teraz musiał zaprowadzić ranną niewiastę do niejakiego Mosefuna, lub Nowubisa, którzy jako jedyni, według słów pustelnika, potrafiliby jej pomóc.
– Jak ma na imię ta piękna dama? – spytała kobieta, przyglądając się badawczo bladej twarzy owej piękności. Była nieporównywalnie spokojniejsza od Levela.
Rozgorączkowany Level zastanowił się chwilę, i kiedy nie przypomniał sobie, żeby niewiasta mu się przedstawiała, powiedział, że nie wie.
– Dziwne – powiedziała sama do siebie. – Skąd ja ją znam?... A co to?! – mówiąc to, zdjęła z ust dziewczyny dwa małe, czerwone listki i odłożyła je na bok. Poszkodowana miała teraz totalnie wyblakłe wargi, jakby owe liście odebrały im ich pierwotną barwę.
– Mosefun... Nowubis... Muszę... – Level nie wiedział od czego zacząć. – Proszę, muszę natychmiast zaprowadzić tę kobietę do jednego z tych dwóch tutejszych uzdrowicieli. Tylko oni...
Jalisa niespodziewanie podskoczyła na równe nogi i, nadal w skupieniu wpatrując się w nieprzytomną kobietę, oznajmiła z zaskoczeniem:
– Nektala!... To księżna Nektala z Młodego Kroy’u. Córka króla Larchanda!!!

Kiedy Jalisa wyprowadzała Levela ze swojej ubogiej chałupy, zachowywała się dokładnie odwrotnie niż wtedy, gdy go przyjmowała – była wroga i niemiła. Wpadła w szał; cały czas wrzeszczała i wymachiwała rękoma. Ślady „królewskiej krwi” w jej domu nie mogły być „zwiastunem niczego dobrego”. Zaczęła mówić kompletnie od rzeczy: oskarżała mężczyznę, że pragnie jej zguby, skoro postanowił zmuszać ją do próby uzdrowienia księżnej i ryzyka niepowodzenia. Krzyczała, że za to zawisłaby na stryczku. Level był zszokowany! Kobieta na koniec podarowała mu swego jedynego konia – starą szkapę po zmarłym mężu.
Ponaglała ręką, by już odjeżdżał, i wskazując stronę miasta Młody Kroy, krzyczała skrzeczącym głosem:
– Dałam wam konia, niczego więcej ode mnie nie żądajcie, bo niczego nie mam! Nie jestem znachorką! Nie możecie ode mnie niczego więcej żądać!... Młody Kroy jest tam!...
Level pomyślał, że kobieta przesadzała. Była taka miła, ale zaraz, jak rozpoznała w dziewczynie córkę króla, zaczęła panikować i spacerować niespokojnie po izbie, myśląc na głos, co to może się jej przytrafić, jeśli Nektala umrze przy jej opiece. Później podeszła z powrotem do poszkodowanej, niecierpliwie zbadała jej oddech, tętno, i zajrzała pod powieki. Po tym wszystkim raptownie zaczęła wariować i wrzeszczeć na Levela.
Level, zanim ruszył, napoił Nektalę miksturą z białej manierki. Jalisa kazała jechać niecałą mile na wschód – pod mury Kroy’u.
Jak się okazało sama osada mierzyła ponad milę długości, a mury miasta Kroy oddzielały odeń jeszcze całe trzy następne mile, prowadzące po osamotnionym kamiennym trakcie, pociągniętym przez jałową równinę.

Wielomilowy zachodni mur Młodego Kroy’u był jasnozłocisty, ogromny na trzydzieści łokci i lekko nachylony do wewnątrz. Daleko za nim jaśniały dwie gigantyczne wieże z nieustannie bijącymi dzwonami. Wejścia do miasta broniła potężna drewniana brama o dziwacznym układzie – zamykała się już przed osiągnięciem linii prostej, tworząc dość niewielki, acz znaczący, rozwarty kąt między jej dwoma furtami i krzyżując przy tym grube, umyślnie wystające, poziome bele. Sprawiało to chyba, iż dużo ciężej byłoby ją wywarzyć – pomyślał siwowłosy mężczyzna...
Przed bramą – jak i nad nią – stała czwórka strażników. Wszyscy lekko uzbrojeni, z halabardami i krótkimi mieczami w pochwie.
– Stać tam! – wystąpił jeden z żołnierzy. – Nie można wejść; wynocha stąd, wieśniaku! Bramy jak zwykle otwieramy dopiero w południe. Jak śmiesz?! Nie wolno zjawiać się przy murach Młodego Kroy’u przed...
– Potrzebuję rozmawiać z królem Larchandem! – przerwał Level. – Jego córka, Nektala, jest ciężko ranna! Przywożę ją aż z Ziem Owdowiałych. Nie może czekać.
– Dobry Boże! – zawył jeden ze strażników. – Otwierać bramy! Otwierać bramy!!! Księżna Nektala została odnaleziona! Natychmiast otwierać bramy!!!
Kiedy brama się otworzyła, strażnik ściągnął Nektalę z konia, zanosząc ją na drugą stronę bramy, gdzie przygotowywano już dlań rydwan. Zbrojni z zewnątrz od razu rzucili się na Levela – nakazali zejść z wierzchowca, po czym okopali i obezwładnili go, krępując z tyłu ręce i grożąc śmiercią od miecza.
– Muszę się widzieć z Larchandem... mam dla niego wiadomość od Molariusa, pustelnika! – mówił z trudem Level. Pomachał trzymanym w związanych rękach zwojem papieru.
– Staniesz przed królem Larchandem, czy chcesz tego, czy nie... Zapłacisz za to, co uczyniłeś – odparł jeden ze strażników, który zaraz po zawiązaniu mu rąk, chwycił za jego połamaną klingę tkwiącą za pasem. Z trudem ją stamtąd wyjął, a i tak się pokaleczył. Drugi strażnik wziął od Levela wiadomość.
Od tej chwili Nektala znikła Levelowi z oczu.


<<ciąg dalszy rozdziału nastąpi>>

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...