Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Dzwony Kaledonii

arcus ·

Dzwony Kaledonii.

Jarvel ocknął sie nagle, z głębokiego snu, z silnym poczuciem zagrożenia. Chwilę leżał bez ruchu, nie otwierając oczu, analizując odgłosy nocnego życia lasu. Ciche, miękkie pacnięcia spadających kropel deszczu, daleki łopot skrzydeł nocnego ptaka czy szelest poszycia pod łapami drobnego gryzonia raczej go nie obudziły. Więc co? Otworzył oczy. Głęboka ciemność spowijała las. Do świtu musiało zostać jeszcze kilka godzin i jak na razie, nic nie zapowiadało nadejścia dnia.
Wczoraj bardzo starannie wybrał miejsce na nocleg. Rozłożył posłanie pod stojącą samotnie, na środku niewielkiej polany, starą sosną, której nisko zwisające gałęzie okrywały go przed niepowołanym wzrokiem. Jednocześnie otwarty teren polany uniemożliwiał, potencjalnemu wrogowi, atak z zaskoczenia.
Powoli zaczynał rozróżniać nieco ciemniejszy pas drzew i krzewów na skraju polany. Nadal nic, żadnego niepokojącego ruchu czy odgłosu. Bezgłośnie przesunął dłoń zaciskając ją na rękojeści miecza, wyjętego przed snem z pochwy. Wiedział, że wydobycie ostrza to ułamek sekundy, który może decydować o życiu. Długoletni trening i nabyte doświadczenie nauczyły go też ufać swoim przeczuciom. Delikatnie odsunął nasiąkniętą wodą, okrywającą go derkę, zgiął nogi w kolanach by być gotowym do skoku i czekał. Był bardzo cierpliwy. W końcu, mniej więcej po kwadransie, usłyszał cichutki trzask łamanej pod czyimś ciężarem gałązki. Odgłos dobiegł go ze skraju polany, z odległości jakiś czterech metrów, nieco powyżej i na prawo. Jarvel mocniej ścisnął miecz i nie czyniąc nawet najmniejszego hałasu przesunął się, przyjmując bardziej dogodną do ataku pozycjęI Wtedy ich zobaczył. Trzy poruszające się prawie bezgłośnie, zgarbione cienie, zbliżające się ostrożnie do miejsca w którym leżał. Nadal czekał. Kiedy jedna z ciemnych postaci znalazła się na wyciągnięcie ręki przetoczył się gwałtownie w prawo jednocześnie szerokim łukiem wyprowadzając cięcie. Wrzask bólu, łoskot padającego ciała i świst zadającego kolejne cięcie miecza, zlały się w jedno. Drugi przeciwnik, tym razem nie wydając nawet jęku, ciężko osunął się na ziemię. Jakaś ciepła ciecz ochlapała twarz Jarvela, który rzucił się w przód, wykonując przy tym przewrót i stając za plecami ostatniego napastnika. Ten zaskoczony próbował niezdarnej osłony. Tym razem Jarvel zadał precyzyjne pchnięcie i było po walce, od początku której upłynęło może dziesięć sekund. Trzy nieruchome ciała leżały na polance. W lesie zapanowała kompletna cisza, przerywana jedynie monotonnym szmerem deszczu. Skulony Jarvel podbiegł na skraj lasu i przyczaił się pod rozłożystym krzakiem. Nie zaryzykował nawet powrotu po derkę.W ciemnościach mogło czaić się więcej napastników. Czekała go jeszcze jedna bezsenna noc w chłodzie i wilgoci, ale ciągle żył między innymi dzięki temu,że był bardzo ostrożny. Ostrożny i cierpliwy. Był przecież Dzwonnikiem.

Ułożył się specjalnie w niewygodnej pozycji żeby nie zasnąć. Po wczorajszym forsownym marszu i dźwiganiu ciężkiego plecaka z dobytkiem, bolały go wszystkie mięśnie. Kiedy układał się do snu obiecywał sobie tym razem porządnie wypocząć. Wędrował już trzeci tydzień, a do celu, kopalń Muurin , zostało jeszcze,jak obliczał około stu mil. A prawdziwe wezwanie czekało go dopiero tam. Miał naleźć chryzolin! Na wpół legendarny metal, którego nikt nie widział od przynajmniej trzech wieków. Od czasu kiedy pojawili się Ufowie. Nie wiadomo skąd przybyłe istoty, które w krótkim czasie podbiły wyspę, pustosząc miasta, zabijając ludzi, a większość z tych, którzy przeżyli zamieniając w niewolników. Skąd się wzięli Ufowie tak naprawdę chyba nikt nie wiedział. Jedni twierdzili, że przybyli ognistymi statkami z nieba, inni, że przypłynęli zza morza,jeszcze inni, że wyszli z wnętrza ziemi z głębokich jaskiń, leżących ponoć gdzieś w górach w centrum wyspy. Chociaż teoria\"ognistych statków\" wydawała się najbardziej fantastyczna miała najwięcej zwolenników. Jarvel słyszał też od Nauczycieli, że ponoć ludzie też kiedyś potrafili latać,jak ptaki, a nawet widział w rozpadającej się ze starości księdze obrazek latającej maszyny. Niestety,strona na której znajdowało się zdjęcie była częściowo zniszczona. Podpis pod ilustracją głosił, że latająca maszyna nazywa się \'\'molot\'\'.
Ufowie byli w zasadzie podobni do ludzi, chociaż o znacznie słabszej budowie. Odróżniała ich też blada skóra, duża, bezwłosa, pozbawiona uszu głowa o ogromnych niepokojąco czarnych oczach, krótkich płaskich nosach i długie, ruchliwe palce dłoni. Wzrostem nie przewyższali ludzi. Ubierali się w jednoczęściowe, seledynowo lśniące kombinezony.I nikt nigdy nie słyszał, żeby wydawali jakieś dźwięki, chociaż mieli wąskie, blade usta. W jaki sposób kontaktowali się ze sobą pozostawało ich tajemnicą.

Na pierwszy rzut oka byli bezbronni. Na pierwszy rzut oka. Jarvel kilkakrotnie widział jak zabijali ludzi z krótkich kijów, z których bezgłośnie wydobywały się białe promienie i, z odległości kilkudziesięciu metrów, przecinały ciała jak ostrym mieczem. Widział też, jak samym spojrzeniem, Ufowie zmuszali ludzi do uległości. Widział, jak całe rodziny rzucały się w przepaść, jak mordowali się nawzajem najlepsi przyjaciele. Ale Ufów dało się zabić mieczem lub z łuku. Tylko trzeba było podejść na odpowiednią odległość, a to wcale nie było łatwe. Początkowo myślał, że właśnie do tego go szkolono. Że jego powołaniem jest walka z najeźdźcami albo z armią którą stworzyli z ludzi. Bo nie wszystkich zabijali. Część została w jakiś sposób wyszkolona. Ci byli wykorzystywani głównie do ochrony miast i do polowań na ludzi, którzy ukrywali się jeszcze w górach i lasach wyspy. Inni wykonywali niezliczone prace w miastach.Jednak nigdy, nikogo nie udało się uwolnić spod wpływu Ufów. Kto raz został ich niewolnikiem, umierał jako ich niewolnik.
Kiedyś podczas polowania Jarvela i jego trzech towarzyszy zaskoczyło dwóch Ufów z oddziałkiem żołnierzy. Żołnierze zabili jednego z nich, drugiego, Grasha, obezwładnili i wzięli do niewoli. Jarvel z przyjacielem w jakimś wąwozie zorganizowali zasadzkę. Zrzucili wtedy na głowy przeciwników lawinę kamieni i wykorzystując zamieszanie resztę niedobitków wystrzelali z łuków.Udało im się zabić Ufów i żołnierzy i uwolnić Grasha, który...już nie był sobą. Niewiele brakowało by Jarvel stracił wtedy życie, bo Grash rzucił się na niego z mieczem odebranym jakiemuś martwemu żołnierzowi. Tylko zimnej krwi swojego przyjaciela Ashiego i jego celnemu ciosowi Jarvel zawdzięcza, że wyszedł z tej przygody cało. Zdobyli też wtedy dwa\"ogniste kije\", których jednak nigdy nikomu nie udało się uruchomić. Zresztą podobnie jak tych, które zdobywali wcześniej lub później. Nauczyciele podejrzewali, że kijów mogą używać jedynie ich właściciele.

Jarvel drgnął. Tuż nad nim głośno zaświergotał pierwszy ptak zwiastując nadejście dnia. Deszcz przestał padać, jednak z nasiąkniętych wilgocią gałęzi wciąż sączyły się krople wody. Niebo nad polanką poszarzało. Początkowo dało się rozróżnić jedynie kontury drzew, a po chwili już ich pojedyncze konary. Ściółka parowała, wokół unosił się zapach wilgotnych liści, trawy i żywicy. Jarvel nadal leżał nieruchomo czekając aż rozwidni się całkowicie. Coraz więcej ptaków przyłączało się do pojedynczych początkowo świergotów. Jeszcze chwila i niebo przyjęło barwę jasnego błękitu. Teraz widoczne mógł już dostrzec również szczegóły. Wszyscy martwi żołnierze byli ubrani w ciemnozielone mundury tropicieli. I to było niepokojące. Nawet bardzo niepokojące. Po pierwsze jeśli tropiciele nie znaleźli się tu przez przypadek, a sądząc po ich zachowaniu było to raczej nieprawdopodobne, znaczyło by, że Ufowie posłali ich jego śladem.Czyli coś wiedzieli o wyprawie. A po drugie, i to wydawało się akurat w tym momencie znacznie ważniejsze, oddział tropicieli zawsze składał się z pięciu ludzi. Więc gdzieś musiało czaić się jeszcze dwóch! Jarvel intensywnie wpatrywał się w las starając się wyłapać nawet najmniejszą oznakę życia czy jakikolwiek ruch. I zobaczył. Po przeciwnej stronie polany leciutko drgnęła gałązka krzewu. Spłoszone owady uniosły się nad nią niewielką, ruchliwą chmurką, złoto połyskującą w promieniu przebijającego się między drzewami słońca. Znacznie gorzej było ze zlokalizowaniem drugiego przeciwnika. Znalazł go wreszcie nie dalej jak dziesięć metrów od siebie. Pod zwisającym ku ziemi konarem dużego świerka cień wydawał się nieco głębszy niż powinien być. Jarvel odłożył miecz nieprzydatny w walce do której się przygotowywał. Odczekał jeszcze chwilę starając się wyregulować oddech i rozluźnić mięśnie, po czym centymetr po centymetrze zaczął wycofywać się spod krzaka. Wcześniej za sobą wypatrzył drzewo o dostatecznie grubym pniu, aby ukryć go przed wzrokiem przeciwników. Kiedy dotarł do celu pot zalewał mu oczy, a zmęczone mięśnie reagowały falą przejmującego bólu na każde poruszenie. Ponownie odpoczął kilka minut. Wolno sięgnął do pasa wyjmując długi, o zwężającej się klindze sztylet. Rozpoczął powolną wędrówkę ku znajdującemu się bliżej pzeciwnikowi. Czołgał się między pniami drzew omijając większe, leżące na ziemi gałęzie, a mniejsze odkładając na bok. Po około trzech kwadransach dotarł do świerka,pod którym czaił się pierwszy z przeciwników. Już widział podeszwy jego butów wykonanych z miękkiej skóry, do której przylgnęły fragmenty zeschniętych liści i drobne gałązki. Powoli zaczął się podnosić pilnując aby pień zasłaniał go przed wzrokiem drugiego z tropicieli. I wtedy rękawem bluzy delikatnie zahaczył o korę drzewa. Rozległ się cichutki szelest ale to wystarczyło. Tropiciel przed nim gwałtownie przetoczył się na bok wyszarpując przy tym tkwiący u pasa nóż. Jarvel nie miał wyboru, musiał zaatakować. Skoczył starając się przygnieść sobą przeciwnika, a kiedy tylko znalazł się na nim, raptownie zsunął się na bok jednocześnie szarpiąc żołnierza w górę i wykorzystując jego ciało jako osłonę przed drugim wrogiem. W tym momencie rozległ się wizg strzały. Żołnierz pod nim wydał krótki, urywany okrzyk i znieruchomiał. Jarvel nie czekał na drugi strzał. Wyrwał spod bezwładnego ciała łuk, drugą dłonią złapał rozłożone obok kilka strzał, gubiąc przy tym swój sztylet. Kątem oka zauważył jeszcze wbite głęboko w oczodół żołnierza opierzone drzewce i zanurkował w pobliskie zarośla. Następna strzała utkwiła w pniu drzewa tuż nad nim, strząsając przy tym kaskadę wody na głowę Dzwonnika. Kolejna po dwóch sekundach niegroźnie bzyknęła daleko w las ścinając po drodze nieco liści, które wolno wirując opadały na ziemię. Jarvel chwycił leżącą w pobliżu uschniętą gałąź. Cisnął ją daleko w krzaki i nie dbając o zachowanie ostrożności runął głową naprzódw drugą stronę. Poczuł jak jakiś sterczący konar chłoszcze go policzek. Udało mu się wylądować w miarę bezboleśnie w miękkim poszyciu. Natychmiast przesunął się w bok. Starając się nisko trzymać głowę rozpoczął powolną i ostrożną wędrówkę w kierunku miejsca, w którym widział ostatniego z tropicieli. Strzała, która śmignęła mu nagle koło głowy kompletnie go zaskoczyła, ale między drzewami na skraju lasu, zauważył lekko drgający konar drzewa. Nawet nie celując strzelił w tamtym kierunku. Chwilę nie działo się nic. Nagle, na skąpaną już teraz w ostrym słońcu polanę, chwiejnym krokiem wyszedł ostatni z przeciwników zaciskając obie dłonie na sterczącym z klatki piersiowej drzewcu. Kilka sekund stał bez ruchu po czym zwalił się ciężko twarzą ku ziemi. Jarvel, z napiętym łukiem, ostrożnie podszedł do nieruchomej postaci. Wciąż celując do przeciwnika nogą przewrócił go na plecy.I wtedy ,spod kaptura wysunęła się fala długich, jasnych włosów, miękkim całunem okrywając dziewczęcą twarz. Duże, ocienione długimi rzęsami, błękitne oczy martwo patrzyły w niebo. Dziewczyna mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat. Lekko rozchylone usta odsłaniały białe,równe zęby. Kształtny nos i dość wysoko ustawione kości policzkowe, drobne uszy. Była piękna. Jarvelovi zrobiło się słabo. Ze zdrętwiałych rąk wypuścił łuk i osunął się na kolana. Jeszcze nigdy nie zabił kobiety! Zresztą zabijanie nie sprawiało mu przyjemności. Robił to, bo musiał przeżyć. Odwrócił głowę dziewczyny nieco na bok i delikatnie, znad ucha, odsunął włosy. Tuż nad małżowiną znalazł półokrągłą bliznę, pod którą opuszkami palców wyczuł niewielkie zgrubienie. Więc miała wszczepiony implant. Jarvel wiedział, że Ufowie niektórym ludziom wszczepiali implanty, by ich lepiej kontrolować na duże odległości. Więc nie miał czasu! Jeśli któryś z tropicieli z którymi rozprawił się wcześniej miał również implant, Ufowie mogli pojawić się w każdej chwili.

Szybko odnalazł pozostałe ciała i nerwowo je przebadał. Na swoje szczęście u nikogo więcej nie odkrył blizny. Wrócił jeszcze raz do dziewczyny. Kiedy rozpinał płaszcz tropicielki, by przykryć jej twarz,spod rozchylonej pod szyją bluzy wysunął się niewielki, zawieszony na rzemyku srebrny wisiorek w kształcie krzyża, na którym była rozpięta jakaś postać. Jarvel nigdy nie widział takiej ozdoby, jeśli to była ozdoba. Myślał chwilę, po czym przeciął rzemyk i schował naszyjnik do wiszącej przy pasie sakiewki. Nie tracąc czasu spakował swoje rzeczy. Wodą z bukłaków martwych żołnierzy obmył z krwi twarz i dłonie. Rozcięcie na policzku wciąż krwawiło. Odnalazł więc w trawie porastającej polanę liście babki,zgniótł je na miazgę i obłożył nimi ranę. Po chwili krwawienie ustąpiło, a sama rana przestała go piec. Przypasał miecz, odnalazł swój łuk,strzały i sztylet. Zdążył już porządnie wygłodnieć, więc zanim zarzucił plecak na ramiona z jego bocznej kieszeni wygrzebał suchara i pogryzając go ruszył w drogę. Suchar i parę łyków wody musiały mu wystarczyć za cały poranny posiłek. Nie było to może zbyt pożywne danie, ale mięso z królika którego przed tygodniem upolował,już dawno się skończyło. Na dłuższe polowanie nie miał czasu. Do przesilenia letniego został niecały miesiśc, a przecież musiał jeszcze skończyć dzwon. Właściwie dzwon już był. Pracował nad nim przez ostatnie cztery lata w starannie wybranej jaskini,w pobliżu największego miasta wyspy, którym teraz władali Ufowie. Wszystkie czynności wymagające użycia ognia wykonywał nocami, chociaż przemyślny system wentylacyjny wyprowadzał dym daleko w lesie, w miejscu niewidocznym z miasta. W trakcie pracy towarzyszyło mu zawsze kilku ludzi mających służyć pomocą przy robotach,z którymi sam by sobie nie poradził. Ale przede wszystkim mieli ochraniać go przed Ufami i żołnierzami i zapewnić spokój konieczny do pracy.
Dzwon był duży, miał około półtora metra wysokości. Samo przygotowanie formy ze specjalnego piasku, odpowiednie ubicie go i ukształtowanie zajęło kilka miesięcy. Później piasek polewało się grubo woskiem i ponownie, milimetr po milimetrze nadawało kształt. Wcześniej wykonał wielką, metalową formę nieco większą od formy piaskowej, ale idealnie odwzorowującą jej kształt. Następnie należało zamocować metalową konstrukcję nad piaskową i w szczelinę między nimi wlać roztopiony metal. Poem wystarczyło usunąć formy i rozpoczynał się najważniejszy etap,czyli szlifowanie dzwonu, będące jednocześnie jego strojeniem.
Praca trwała tak długo również dlatego, że wszystkie materiały, łącznie z opałem trzeba było dostarczać na własnych grzbietach. Z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Ale udało się, dzwon był. Tyle, że niemy, bez najważniejszej części-bez serca. A do wykonania serca Jarvelowi był potrzebny właśnie chryzolin. Błękitny metal, który do tej pory widział jedynie na ilustracjach w książce.
Z zamyślenia wyrwał go, na razie odległy, grzmot nadciągającej burzy. Duszne, nieruchome powietrze sprawiało ,że pocił się obficie. Nawet najlżejsze tchnienie nie poruszało liści drzew. Od pewnego czasu nie było słychać ptaków, natomiast owady stawały się coraz bardziej dokuczliwe. Co chwilę niecierpliwym uderzeniem zabijał co bardziej beszczelnego komara. Teren dotychczas równy, stawał się pagórkowaty. Pojawiało się też coraz więcej wapiennych skał, jasno lśniących we wciąż intensywnym słońcu. Ich biel ostro kontrastowała z głęboką zielenią lasu. Na niektórych rosły rachityczne, fantastycznie powykręcane drzewa, w jakiś niepojęty sposób wciąż trzymające się niegościnnego podłoża. Niektóre przypominały postacie wędrowców, którzy zgarbieni mozolnie pięli się na szczyt. Kępy traw gnieżdżące się w licznych szczelinach,urozmaicały nieco surową biel kamieni.
Pod jedną ze skał Jarvel znalazł źródełko. W niewielkiej niecce, utworzonej przez naturę u podnóża skały, zebrała się krystalicznie czysta woda, która wypływając przez brzeg zbiornika wiła się wzdłuż zbocza leniwym strumykiem kończącym bieg w leśnym poszyciu. Z uczuciem niewymownej ulgi Jarvel wysupłał się z pasów plecaka. Ochlapał twarz zimną wodą, zmył z przeciętego policzka zeschniętą już warstwę ziela. Rana nie bolała za bardzo, trochę tylko piekła kiedy poruszał ustami. Napełnił świeżą wodą bukłak. W pobliżu znalazł trochę jagód. Kiedy je zbierał wypatrzał krzaczek pospieszyny. Jej korzeń działał pobudzająco, a nocna walka, forsowny marsz i przedburzowa duchota sprawiały,że czuł coraz większe zmęczenie. Wyszarpnął roślinkę, odciął korzeń i starannie wypłukał go w źródełku z resztek ziemi, po czym wepchnął do ust i zaczął żuć. Usiadł opierając się o plecak i na chwilę zamknął oczy. Kwaskowato-cierpki i jakby z lekka słonawy smak rzeczywiście orzeźwiał. Już po chwili poczuł przypływ energii. Umocował plecak na ramionach i z ciężkim westchnieniem wstał. Chciał dzisiaj oddalić się jak najdalej od miejsca potyczki. Ocenił, że do zachodu słońca zostało jeszcze około dwóch godzin więc o ile się dało jeszcze przyspieszył. Nie poruszał się utartymi szlakami kierując się jedynie wciąż na południowy zachód. Do centrum wyspy, gdzie ukryty w górach miał znajdować się chryzolin.
Kiedy pod wieczór zatrzymał się na nocleg ,rozkładając posłanie na szerokiej, skalnej półce, wypogodziło się zupełnie. Ze skały miał rozległy widok na las. Burza przeszła gdzieś bokiem, a krwawo zachodzące słońce barwiło szkarłatem resztę zanikających na zachodzie chmur. Wyciągnął z sakiewki naszyjnik tropicielki. Przyjrzał mu się dokładnie. Był wykonany ze srebra. Misternie wyrzeźbiona, prawie naga postać rozpiętego na krzyżu mężczyzny z krótką brodą. Zwieszona na ramię, okolona jakby kolczastą opaską głowa. Całośc zrobiła Dzwonniku duże wrażenie. W wizerunku było cierpienie, ale był też jakiś spokój. Jarvel wrócił myślami do zabitej dziewczyny. Kim była? Czy urodziła się w niewoli, czy kiedyś myślała samodzielnie jak on i ta garstka wolnych ludzi, która jeszcze została? Czy kiedyś potrafiła zachwycić się zachodem słońca, tęczą, śpiewem ptaka?
Wiedział, że musiał zabić, bo ona bez wahania zabiła by jego,ale po raz pierwszy w życiu pomyślał o cierpieniu jakie zadawał. Przecież w innych warunkach, w jakiejś innej rzeczywistości mógłby pokochać tą dziewczynę. A ci ,którzy dzisiaj zginęli z jego ręki mogliby być jego przyjaciółmi. I wtedy zdał sobie sprawę, że właśnie o to walczył. Dlatego został Dzwonnikiem, przeszedł dwudziestoletnie, mordercze szkolenie grzebiąc po drodze kilkunastu towarzyszy, którzy okazali się nie dość silni, odporni, lub mieli po prostu mniej szczęścia. Po to ten dzwon i ta wyprawa. Musi zadzwonić w jednym z miast Ufów, tak jak inni Dzwonnicy zadzwonią w innych miastach. Żeby dziewczyny mogły kochać, a nie musiały zabijać. Żeby ludzie mogli znowu mieszkać w miastach, a nie gnieździć się w lasach i jaskiniach w ciągłym strachu przed najeźdżcami.
Jeszcze chwilę wpatrywał się w naszyjnik. Po czym ścisnął go mocno w dłoni i zawiesił na piersi.
Tej nocy długo nie mógł zasnąć. Rozgwieżdżone niebo granatową, migotliwą kopułą otulało gadający swoimi głosami las. W głowie Jarvela kłębiły się myśli. Wróciły wspomnienia. Znowu był przerażonym, pięcioletnim chłopcem, ze skraju lasu bezradnie obserwującym masakrę jaką urządzili Ufowie i ich żołnierze mieszkańcom wioski, zdawałoby się bezpiecznie ukrytej. Chwilę wcześniej Jarvel, ze starszą o dwa lata siostrą, bawili się w chowanego. I on ukrył się tak dobrze, że znudzona poszukiwaniami dziewczynka wróciła do domu. Atak Ufów nastąpił w momencie gdy wchodziła na ganek. Widział śmierć rodziców i siostry. Pamiętał krzyki, które szybko umilkły.Pamiętał buchające z drewnianych chat płomienie i nade wszystko pamiętał zapach spalonych ciał.
Po kilku dniach wyczerpanego płaczem, głodem i zziębniętego malca znaleźli jacyś ludzie. Ponieważ był zbyt słaby by iść, kilka dni nieśli go do swojej kryjówki. Z tego marszu zapamiętał jedynie dotyk szorstkiego, szarego płaszcza mężczyzny, w którego ramionach spędził podróż i jego tubalny śmiech. Kryjówką okazało się miasto ukryte w olbrzymim labiryncie jaskiń,ciągnącym się kilometrami pod rozległymi połaciami lasu. Było tu znacznie więcej dzieci, niektóre w jego wieku, inne nieco starsze, kilkoro młodszych. Opiekowało się nimi siedem starszych pań, które jednocześnie uczyły dzieci pisać i czytać. Codziennie, na kilka godzin, przychodzili też dwaj ubrani w szare płaszcze panowie. Zadawali dzieciom różne pytania i wymyślali fajne zabawy. Trzeba było na przykład stanąć twarzą do ściany, żeby nie podglądać. Jeden z panów uderzał metalowym tłuczkiem w wydające różne dźwięki naczynia. Należało jak najdokładniej powtórzyć dźwięki. Jarvel prawie zawsze robił to bezbłędnie. Panowie, których nazywali Nauczycielami, pokazywali też jak wspinać się po linie, jak rozpalać ogień by nie było widać dymu. Uczyli ich też strzelać z łuku, walczyć drewnianymi mieczami i ...obserwowali ich. Po kilku miesiącach Jarvela i jeszcze czworo innych dzieci-dwie dziewczynki i dwóch chłopców Nauczyciele zabrali w głąb korytarzy. Całą piątkę wprowadzili do wąskiej, ale bardzo wysokiej groty, której szczyt ginął w mroku, mimo przyczepionych do ścian tłuszczowych lampek. Mężczyźni posadzili dzieci na stojących pod ścianami ławkach i wyszli, zamykając za sobą ciężkie,okute żelazem drzwi. Przez chwilę nie działo się nic. Potem nagle z nosa młodszej z dziewczynek zaczęła płynąć krew. Jeden z chłopców zasłonił dłońmi uszy, zaczął przeraźliwie krzyczeć i osunął się na ziemię. Po kilku sekundach drugi chłopiec runął z ławki, obficie krwawiąc z nosa i uszu. Jarvel i starsza z dziewczynek w przerażeniu patrzyli na siebie, zbyt wystraszeni by choćby drgnąć. Po około minucie od momentu gdy ich zamknięto, drzwi otwarły się z hukiem i do groty wpadło kilku ludzi. Rzucili się ku leżącym na podłodze ciałom, porwali je na ręce i szybko gdzieś wynieśli.
Znacznie później Jarvel dowiedział się, że jeden z chłopców nie przeżył próby. Jego i dziewczynkę odprowadzono daleko w głąb jaskiń. Nigdy już nie spotkali swoich rówieśników z miasta.
Wtedy dopiero naprawdę rozpoczęło się szkolenie Dzwonników.
Gdy Jarvel wreszcie usnął spał mocno i, o dziwo bez snów.
Kiedy wyruszył następnego dnia zauważył stopniową zmianę terenu. Zmieniał się też sam las. Wapienne skały, które początkowo wziął za przedgórze, trzeciego dnia od momentu walki przestały pojawiać się zupełnie. Droga wiodła raz w górę raz w dół. Niektóre zbocza okazywały się tak strome, że pokonywał je z dużym trudem, często wykorzystując zakończoną niewielką kotwiczką linę. Dodatkowym utrudnieniem stawały się coraz gęściej leżące ogromne drzewa, których omszałe, śliskie pnie niejednokrotnie miały średnicę ponad dwóch metrów. Las stawał się coraz bardziej mroczny, wilgotny i ponury. Gęste korony gigantycznych drzew, dochodzących do kilkudziesięciu metrów wysokości nie przepuszczały zbyt dużo światła, tworząc wysoko nad ziemią gęsty, zielony parasol. Zwisające z konarów, nasiąknięte wodą, festony pnączy i płaty poczerniałej ze starości kory, odstającej od grubych pni, nasilały jeszcze wrażenie niesamowitości. Ciszę przerywał jedynie odgłos powoli sączących się kropel wody i, od czasu do czasu łoskot spadającej, bądź trzask pękającej gałęzi. Poszycie zawierało teraz jedynie przegnite liście i zbutwiałe mniejsze i większe fragmenty drzew. Nogi do połowy łydki zapadały się w miękkiej ściółce i kilkakrotnie tylko dzięki refleksowi i szczęściu uniknął poważniejszego urazu, ratując się przed wpadnięciem w głębsze wykroty. Smród rozkładających się roślin i mdła woń padliny powodowały zawroty głowy i mdłości. Nie można już było znaleźć jagód i malin, będących do tej pory głównym pożywieniem Jarvela. Wygrzebywał więc jadalne korzonki, czasem udało mu się znaleźć owoce buka. Nie potrafił rozpoznać gatunków z rzadka znajdowanych grzybów, więc z obawy przed zatruciem nie włączał ich do swojego jadłospisu.
Zresztą jadł bardziej z obowiązku niż z chęci.
Od kilku dni potwornie bolała go głowa, co w połączeniu z nudnościami, i tak nie nastrajało do obfitszych posiłków. W ciągłym półmroku, między potężnymi kolumnami drzew, czuł się jak mrówka w krainie olbrzymów. Zaczynał mieć spore problemy z określeniem właściwego kierunku. Coraz częściej zdarzało się, że rozpoznawał pień który właśnie pokonywał, a leżący pod drzewem, do połowy zagrzebany w ziemi głaz wydawał mu się dziwnie znajomy. Raz nawet utwierdził się w swoich podejrzeniach, znajdując na jednym z pokonywanych zboczy, uszkodzony kotwiczką z liny korzeń. Powoli tracił też poczucie czasu. Wydawało mu się, że idzie tak od zawsze, teraz już nawet za bardzo nie wiedząc gdzie i po co. Wiedział tylko, że musi iść.
Prowadził długie rozmowy z dawno nieżyjącymi znajomymi. Widywał różne, czasem fantastyczne postacie, ni to zwierząt ni ludzi. Kiedyś zmarnował kilka strzał próbując odgonić nieistniejącego szablozęba, który rzekomo go atakował.
Sypiał o różnych porach, przewracając się gdzie popadnie, gdy już naprawdę nie potrafił wykonać najmniejszego ruchu. Często nawet nie zdejmował plecaka. Przybierał wtedy jakieś dziwne półsiedzące pozycje. Bywało, że budził się przygnieciony ciężarem bagażu, zwrócony twarzą ku ziemi, kiedy zeschnięte liście zatykały mu usta i nos uniemożliwiając oddychanie. Przewracał się wtedy niezdarnie na bok, łakomie wciągając cuchnące powietrze w piekące płuca.
Któregoś dnia, w trakcie próby pokonania kolejnego zbocza, zaczepił plecakiem o sterczący z pobliskiego pnia gruby konar. Szarpnął się gwałtownie próbując uwolnić się z pułapki i wtedy poczuł, że zaczepiona powyżej kotwiczka zaczyna tracić przyczepność. Z wysokości jakiś pięciu metrów runął w dół. W momencie upadku poczuł przejmujący ból w prawej kostce i stracił przytomność. Ocknął się jakby nieco jaśniej myśląc, mimo potwornego bólu kostki. A może właśnie dzięki niemu. Delikatnie zsunął but. Okolica kostki zaczynała przypominać dobrze wypełniony balon. Na ile potrafił zbadał obrażenie. Mógł poruszać stopą i nie wyczuwał tarcia kości. Może więc nie było tak źle i obeszło się bez złamania. Założył prowizoryczny opatrunek z wygrzebanych z plecaka pasów lnianej tkaniny, z powodzeniem spełniających rolę bandaży.
Dowlókł się jakoś do pobliskiej kałuży i zanurzył stopę w zimnej wodzie. Ból nieco zelżał. Postanowił spokojnie przemyśleć sytuację. Na początek przeszukał dokładnie plecak. Dwa mocno pokruszone suchary. To był cały zapas żywności jakim dysponował. Z wodą nie będzie problemu, jej akurat było pod dostatkiem. Nie wiedział,gdzie jest i nie wiedział jak długo wędrował, a to już był problem. Jednak znacznie większym problemem był fakt, że nie będzie mógł się poruszać. Jeśli miał szczęście kilka dni, jeśli nie, znacznie dłużej. Z dwoma sucharami ma naprawdę niewielkie szanse przeżycia. Zrobił też przegląd pozostałego ekwipunku. Złamany na dwoje w trakcie upadku łuk nie wyglądał najlepiej. Odłożył też na bok bezużyteczne teraz strzały, z których i tak większość nie nadawała się do użytku.
-No, to problem ewentualnego polowania mamy też z głowy-pomyślał bez większych emocji.
Rozglądał się chwilę za sztyletem, którego nie było przy pasie. Nie widział go też pod zboczem. Poczuł nagłe ukłucie żalu. Dostał go, kiedy został Dzwonnikiem. W czasie króciutkiej, skromnej uroczystości bez wielkich przemówień, którą może właśnie dlatego zapamiętał tak dobrze. Pozostał mu więc tylko miecz.
Szanse przeżycia miał więc raczej marne, szanse dotarcia do kopalń i powrotu z chryzolinem, praktycznie zerowe. Postanowił się przespać, a później jeszcze raz, spokojnie przemyśleć swoje położenie i podjąć jakieś decyzje. Podpełzł powoli pod zbocze, dające osłonę przynajmniej z jednej strony.
I wtedy, nagle, nie wiadomo skąd, pojawiło się przed nim kilka wysokich postaci. W jednej chwili ich nie było, w następnej otaczały go ciasnym, milczącym półkolem przypierając do ściany. Nie usłyszał najmniejszego szmeru, najmniejszego odgłosu ich zbliżania się. To było niemożliwe! Nikt, nigdy nie mógł tak zaskoczyć żadnego Dzwonnika!I nigdy, nikomu się to nie udało! Oszołomiony patrzał na przybyszów nawet nie próbując sięgnąć po broń. Napięte łuki z wycelowanymi w niego strzałami o czarnych drzewcach nie pozostawiały możliwości manewru. I wtedy do niego dotarło! Czarne strzały. Kilkakrotnie widział takie w ludzkich zwłokach i wiedział, że używały ich Elfy. Jedna z ras zamieszkująca teraz Kaledonię,a będąca ponoć,obok Krasnoldów, efektem jakiś eksperymentów genetycznych Ufów. Części Elfów i Krasnoldów udało się przed laty uciec z laboratoriów Ufów i teraz, ich potomkowie ukrywali się w najbardziej niedostępnych częściach wyspy.
Baczniej przyjrzał się przybyszom. Wszyscy byli wysocy, przynajmniej o głowę wyżsi od niego. Jasne, długie włosy niektórzy spięli w kucyki,odsłaniające zakończone szpiczasto uszy. Pociągłe twarze o dość długich nosach i dużych, ciemnych oczach upodobniały ich do siebie. Nosili ciemnozielone bluzy, podobnie jak tropiciele, luźno wypuszczone na takiego samego koloru spodnie. Bluzy zostały ściągnięte szerokimi pasami o dziwnie wyrzeźbionych klamrach. Wysokie do pół łydki buty z miękkiej skóry i narzucone na ramiona, również ciemnozielone,sięgające prawie do ziemi, peleryny z odrzuconymi teraz kapturami, dopełniały całości ubioru. Znad ramion wojowników sterczały rękojeści mieczy,przytroczonych do pleców.
Jarvel słyszał opowieści o Elfach, widział efekty ich działalności w postaci martwych ciał. Ale nie spotkał nikogo kto mógłby się pochwalić, że widział Elfa. Ci, którzy ich zobaczyli już praktycznie byli martwi. Nikt nie wiedział dlaczego Elfy tak nienawidziły ludzi, bo nikt nie żył dostatecznie długo żeby zadać Elfowi takie pytanie.
Było więc co najmniej dziwne, że do tej pory nie został naszpikowany czarnymi strzałami. Nagle, u jednego z napastników zauważył swój, tkwiący za pasem sztylet Dzwonnika. Wykonał mimowolny ruch w jego kierunku. Napięte łuki nieznacznie zmieniły położenie. Jarvel odetchnął głęboko i bardzo powoli podniósł obie ręce do góry. Wtem jeden z Elfów, ciągle trzymając napięty łuk z wymierzoną w Dzwonnika czarną strzałą, zaczął powoli zbliżać się ku niemu. Kiedy znalazł się dostatecznie blisko grotem strzały rozchylił bluzę na piersi Jarvela i wyjął spod niej naszyjnik ze srebrnym krzyżykiem. Przewieszony przez grot krzyżyk podsunął wprost pod oko Jarvela i zadał szybko jakieś pytanie, w śpiewnym, niezrozumiałym dla Dzwonnika języku. Stał więc bez ruchu starając się nawet zbyt głęboko nie oddychać.
-Krestianus?- tym razem pytanie zadano ostrzejszym tonem i składało się tylko z jednego słowa o nadal niezrozumiałym znaczeniu.
Patrzał głęboko w oczy Elfa, starając się ignorować leciutko drgający kilka milimetrów od jego prawego oka, ostry, pokryty zadziorami szpikulec. Nagle poczuł gdzieś w głowie delikatne mrowienie i ogarnęło go uczucie spokoju i odprężenia. Zadziałał odruchowo, momentalnie blokując umysł. Wyobraził sobie wielkie drzewo (dlaczego nie,naoglądał ich się ostatnio dość dużo) rosnące samotnie na rozłożystej, ukwieconej łące. Nad łąką uwijały się zapracowane pszczoły, podążając w sobie tylko wiadomych kierunkach. Tu i ówdzie we wdzięcznym tańcu, parami i pojedynczo, unosiły się kolorowe motyle czasem przysiadając na słodko pachnących, różnobarwnych kwiatach. Przez jaskrawobłękitne niebo majestatycznie płynęły białe, pierzaste obłoki, które...

Dalej nie zdołał wymyślić. Ciemne oczy Elfa, ostry drgający grot, ukwiecona łąka i wielkie drzewo zlały się w jedno pociągając Jarvela w ciemną czeluść, która zdawała się nie mieć dna.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...