Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Easterling- Prolog

gorthaur ·

W owym czasie wiele słyszano i mówiło się we Wschodnim Królestwie o Númenorze i jego potędze. Wiadomo było, że Númenorejczycy zaczynają utrwalać swoje panowanie nad wybrzeżami Wielkiego Morza, znanego tylko z opowiadań starych bajarzy. Lud zamieszkujący okolice wokół Jeziora Rhun od niedawna dopiero uwolnił się spod posępnego cienia Morgotha Nieprzyjaciela, ale nienawiść do szlachetnych potomków Edainów, którzy niegdyś odłączyli się i wyruszyli do Beleriandu, wciąż była mocno zakorzeniona w wielu umysłach.
Easterlingowie nie odznaczali się wysokim wzrostem, byli jednak barczyści, silni w rękach, cera zaś ich była smagła, a oczy i włosy ciemne. Do tej pory wszystkie ludy Śródziemia pamiętają o haniebnej zdradzie ludzi ze Wschodu, kiedy to Ulfang Czarny wraz z synami i swoimi ludźmi w Bitwie Nieprzeliczonych Łez od tyłów zaatakowali znienacka sprzymierzone z nimi elfy i wycięli je, czym zmienili losy bitwy, doprowadzając do klęski pierworodnych. Księgi podają także wzmiankę o tym, że nie wszyscy Easterlingowie zhańbili się wiarołomstwem. Jeden z nich bowiem, Bor, wraz z synami, Borladem, Borlachem i Borthandem, szlachetnie walczył po stronie elfów aż do śmierci. Jeden wspaniały gest nie mógł jednak spowodować by elfowie zapomnieli o tak okrutnej zdradzie. Po wygnaniu Morgotha i zburzeniu Thangorodrimu w czasie Wielkiej Bitwy, pokój znów nastał w Śródziemiu, ale lud znad Morza Rhun został wyklęty i odizolowany od krain Zachodu.
Był to rok 2066 Drugiej Ery. Krainą Rhun rządził wówczas król Khamul. W całym kraju szeptano o nieprawościach i gwałtach czynionych na rozkaz władcy. Ogromne podatki i klęski nieurodzaju zmuszały ludność do wędrówki na Zachód, gdzie niestety nikt nie chciał ich przyjmować pod swój dach, pamiętano bowiem bardzo dobrze o zdradzie Ulfanga. Bieda i głód podsycały nienawiść wśród ludzi. Najstarsi pamiętają jednak, że nie zawsze król pozwalał na takie nieprawości. Dziwiono się również, jak człowiek, niebędący Edainem, może żyć przeżywszy już niemal dwa wieki. Każdy zadawał sobie pytanie, skąd władca czerpie siły na dalsze lata swego nędznego żywota, jego śmierć bowiem przyniosłaby kres cierpienia całej ludności. Mimo iż kraj był słaby i podzielony, król wysyłał swoją armię na północ i dalej na wschód, by móc podporządkować sobie jak największą ilość ziem. Jedynie na południe Khamul nigdy nie zwracał wzroku, ponieważ zawsze zaczynał słyszeć dziwne głosy wokół siebie, podczas gdy dookoła panowała niczym niezmącona cisza. Również ludzie z niechęcią spoglądali na południowe granice swojego kraju. Oprócz czystego morza nad widnokręgiem można było dojrzeć wypiętrzone ostro w górę ciemne szczyty Gór Popielnych. Nikt nie wiedział, co znajdowało się za tym pasmem, ponieważ żaden z mieszkańców znad jeziora nigdy nie zapuszczał się tak daleko, a i tak nie zdołałby przeforsować niemal pionowych ścian, poprzecinanych gdzieniegdzie wąskimi i wysoko położonymi dolinami, które wkrótce kończyły się nad przepaścią lub przed kolejnym nie do zdobycia szczytem. Wydawałoby się, jakby jakaś ogromna moc wyniosła z kośćca ziemi nieprzebyte bloki skalne, by nikt nie mógł się przedostać przez ich granicę. Jednak to nie cień gór tak bardzo napawał lękiem Easterlingów, ale ciemne chmury, które od pewnego czasu kłębiły się nad ostrymi szczytami i wraz z południowym wiatrem spływały aż ku podnóżom. Czarne pyły niczym niemożliwe do zatrzymania szkaradne szpony coraz bardziej sięgały na północ, by w straszliwym uścisku pochłonąć wioski znad wybrzeży Rhun. Obawiano się, iż to Morgoth powraca i znalazł sobie nową stolicę, by móc znowu rozsiewać zamęt i strach.
Gospoda \"Pod Roztańczonym Bawołem\" była jedną z tych niewielu, w której mogli siedzieć i gawędzić wszyscy, niezależnie od tego, do jakiej rasy należeli. Tutejsi bardzo ją chwalili nie tylko ze względu na dobre piwo i czyste talerze, ale również możliwość rozmowy na każdy temat, w wielu bowiem miejscach w krainie Rhun można było natknąć się na szpiegów króla. Wnętrze rozświetlały palące się pochodnie, przymocowane do każdej ze ścian, obok największego ze stołów ciepła dodawał ogień tlący się w kominku wśród sosnowych polan. Podłoga wyłożona płaskim kamieniem oraz głowy zwierząt upolowanych podczas wielu dawnych łowów podkreślały nastrój panujący w karczmie.
Wewnątrz trwała właśnie wielka dysputa nad wydarzeniami, które mają miejsce w kraju. Wiele osób sprzeczało się o to, kto powinien zastąpić starego już króla, inni natomiast przekrzykiwali się między sobą, wymyślając coraz to bardziej nieprawdopodobne sposoby na zdetronizowanie okrutnego władcy.
– Ja to bym spalił głupiego dziadygę na stosie! – ostro powiedział niski mężczyzna stojący przy ladzie.
– Prędzej ciebie powieszą niż jego spalą – zaśmiał się ubrany w połatane spodnie i stary płaszcz dziadek, siedzący tuż obok karczmarza – nie zauważyłeś może, że jego straż przyboczna nie stanowi garstki wynędzniałych orków?
– Stary ma rację – wycedził siedzący dotąd w milczeniu człowiek spod okna.
– A może poprosimy kogoś z zewnątrz o pomoc?
– I kto nam pomoże? – znów z drwiącym głosem wymamrotał staruszek – ludzie z Zachodu, a może dumni elfowie, którzy za nic mają sprawy takich jak my.
– Znajdźmy jakąś bandę orków, na pewno z chęcią przyjmą naszą propozycję.
– Głupek z ciebie Whinthold – wyszczerzył zęby siwobrody – od kiedy widziałeś orków w tej krainie. Odkąd Czarny Pan, Morgoth poniósł klęskę, pochowało się to ścierwo po najciemniejszych kątach. Musiałbyś chyba aż do ruin Utumno drałować o ile nie zatopiło ich morze. Zresztą, garstka głupich orków nie poradziłaby sobie z gwardią Khamula.
– No to będziemy tu bezczynnie siedzieć aż stary łotr sam zdechnie, bo ja nie zamierzam czekać. Mam żonę i dwoje dzieci, a pieniędzy niewiele, aby wykarmić tyle głodnych pysków, a co gorsza na piwo mi nie starcza.
– Tobie tylko piwo w głowie! Nie pozostaje nam nic innego jak cierpliwe czekać na nieuchronne. Wiek niemal dwustu lat Khamula chyba wystarczająco cię przekonuje.
– Jak dla mnie to on pewnie będzie żył jeszcze kilkadziesiąt lat, ale wtedy to ja będę już stary. Trzeba koniecznie coś zrobić.
– I co zakradniesz się nocą do jego komnaty i poderżniesz mu gardło – zaoponował mężczyzna spod okna.
– A czemuż by nie – odparł z determinacją Whinthold – być może to jedyne rozsądne rozwiązanie.
– Nie radzę ci nawet próbować – rzekł wiekowy już człowiek z śmiesznym, najwyżej dwudniowym zarostem, siedzący dotąd z kapturem na twarzy i ćmiący co jakiś czas fajkę z drzewa bukowego.
– A co ty możesz o tym wiedzieć przyjacielu?
– Czy pewien jesteś nazywając mnie przyjacielem. Nie wiesz nawet, kim jestem i co mnie tu sprowadza.
– No to oświeć nas panie tajemniczy? – ze śmiechem zadrwił Whinthold.
– Nie przesadzaj z uprzejmościami, bo kiedyś się możesz oszukać.
– Przestań mi grozić tylko odpowiadaj kim jesteś! Natychmiast! – zadowolony z siebie i swojej odpowiedzi powoli zaczął zbliżać się do tajemniczego wędrowca, wyjmując zakrzywiony miecz z pochwy.
– Po co te nerwy, myślisz, że musisz wiedzieć wszystko co chcesz?
Whinthold nie wytrzymał. Szybko wyjął miecz, chwycił go w lewą rękę, skoczył ku nieznajomemu i zamachnął się do uderzenia. W tej samej chwili mężczyzna z zarostem odrzucił łachmany, w które był dotąd odziany, zrobił szybki unik, wytrącił oręż rozwścieczonego napastnika i powalił go szybkim ruchem na ziemię. Wszyscy goście w gospodzie zamarli w bezruchu. Kufle z piwem stały na stołach niedotykane przez żadną rękę, a jedzenie stygło na drewnianych talerzach. W tej dość dziwnej i niespodziewanej sytuacji odezwał się nagle brodaty dziadek. Trudno to było jednak nazwać słowami, staruszek bowiem śmiał się w niebogłosy:
– Ha, ha, ha! Dobrze ci tak stary durniu. To cię nauczy, że nie należy zaczepiać silniejszych od siebie. Drodzy panowie, przedstawiam wam mojego bratanka Quariona, człowieka dość gwałtownego, ale zawsze gotowego, by podać pomocną dłoń.
Karczmarz i goście odetchnęli z ulgą. Znów zaczęto rozmowy, ale nie spuszczano wzroku z przybysza.
Whinthold podniósł się powoli, trzymając wciąż zaciśnięte pięści ze wściekłości. Jego wyraz twarzy wskazywał na wielkie zdenerwowanie, ale można było również odczytać z niego ogromne zawstydzenie.
– Ach tak, a więc znacie się?
– Oczywiście! Choć no tu nicponiu – uścisnęli się i ucałowali, jak każe zwyczaj we Wschodnim Królestwie.
– Jeden warty drugiego – pogardliwie syknął Whinthold i wrócił do swojego stolika.
– Powiedz, mój drogi Quarionie, co cię sprowadza w takie miejsce, jak to?
– Co mam przez to rozumieć – rzekł stanowczym głosem karczmarz.
– Nie bierz tak wszystkiego do serca, przyjacielu. Przecież wiesz, że szanuję ciebie i twoje domostwo.
– No opowiadaj co tam słychać.
Mężczyzna zasłonił nieco usta i przyciszył głos. Zaczął mówić szeptem tak, by nikt oprócz wuja go nie usłyszał:
– Mam bardzo dziwne i niepokojące wieści.
Dziadek przysunął się bliżej i z ciekawością nadstawił ucho.
– Wróciłem właśnie z południowego traktu. Widzisz wuju te chmury, które rosną niby cień z każdym dniem? Z bliska nie wygląda to najlepiej. Przeczuwam, że coś niedobrego stanie się w najbliższym czasie. Słudzy Władcy Ciemności powracają z wygnania i upominają się o swoje. Nad Górami Popielnymi widziałem liczne błyskawice i grzmoty. Nie wiem na pewno, ale sądzę, że coś złego czai się za tymi przeklętymi szczytami, wiesz bowiem nie od teraz, że kiedyś, za dawnych lat, nie było tam żadnych wyniesień poza jałowym pustkowiem, porośniętym strzępkami traw. Jakaś siła musiała stworzyć tą niemożliwą do przebycia granicę, Nie chcę, aby Morgoth znowu sprowadził lud Easterlingów na zła drogę, jednak obawiam się najgorszego.
– Nie wymieniaj tego imienia nawet tutaj, wiesz bowiem co ono oznacza. Nie sądzę jednak, by Nieprzyjaciel zdołał uciec po raz kolejny. Elfowie z pewnością nie pozwoliliby na to, a co dopiero ich Opiekunowie. Myślę, że to coś innego obudziło się po tylu latach od wielkiej porażki Ciemnego Władcy. Coś, co miało na tyle sił i odwagi, by opuścić czarne zakamarki Utumno i zakończyć dzieło rozpoczęte w początkach świata.
– Też tak uważam. Nie to mnie jednak niepokoi najbardziej. Martwię się o naszego króla. Coraz dziwniejsze rozkazy wydaje swoim podwładnym. Wczoraj kazał wypędzić wszystkich, którzy nie byli w stanie zapłacić corocznej daniny w zbożu. Widziałem jak całe rodziny uciekały na zachód. Jakby jakaś siła kierowała myślami naszego władcy. Mój ojciec opowiadał mi, kiedy jeszcze byłem młokosem, że kiedyś życie nie było tak ciężkie jak dziś. Każdy żył z pracy własnych rąk, a Khamul nieraz przechadzał się od wioski do wioski, by sprawdzić czy aby czegoś komu nie brakowało. A teraz – widzę kraj łupieżców i złodziei, którzy za wszelką cenę chcą przeżyć. Do tego doprowadziła polityka naszego władcy. Poczekajmy jeszcze trochę, a wywoła wojnę z sąsiednimi krajami.
– Póki co musimy się jednak trzymać mój drogi Quarionie, nic wszakże nie poradzisz.
– Być może, ale posłuchaj, co mam ci jeszcze do powiedzenia – ściszył głos do ledwie słyszalnego szeptu – podobno wczoraj w nocy dziwni goście odwiedzili króla. Stajenny widział cztery zakapturzone postacie wchodzące do pałacu. Obserwował okno sypialni Khamula. Spytałem go: \"No i co się stało potem\". On zaś się wzdrygnął. Powiedział, że jakiś straszny syk można było dosłyszeć z góry. Zakrył uszy i odwrócił wzrok, a gdy znów spojrzał w górę nic więcej się nie wydarzyło. \"No ale kim były te postacie?\" – byłem ciekawy. Powiedział dalej, że czekał całą noc, aż dziwni goście opuszczą siedzibę króla, ale do rana nikt nie wchodził, ani nie wychodził więcej przez główną bramę.
– To rzeczywiście bardzo dziwne. Co się dzieje w tym kraju!
– To jeszcze nie wszystko – ciągnął dalej – nad ranem król wyszedł na spacer do swojego ogrodu straszliwie odmieniony, jakby w ogóle nie spał i odbył jakąś nader długą i męczącą rozmowę. Stajenny twierdził jednak, iż od zachodu księżyca, po tym dziwnym krzyku nic więcej nie słyszał. Widział jak skołowaciały król pospiesznie wyrzucił jakąś małą, lśniącą rzecz do jeziora, stojąc przy nabrzeżu. Widać było, że nie wiedział, co miał zrobić. Zamachnął się do rzutu, potem opuścił rękę. Przeszedł się po ogrodzie i znów wrócił na brzeg. Kilka razy zrobił takie kółka, aż wreszcie coś plusnęło niedaleko pomostu. Coś niewielkiego, a jednak ciężkiego. Potem trzęsąc się cały, jakby w chorobliwych konwulsjach powrócił do swych obowiązków w pałacu.
– Myślisz, że to coś mogło mieć jakiś związek z niespodziewanym, nocnym spotkaniem?
– Uważam, że dziś w nocy powinniśmy wkraść się na teren pałacu i sprawdzić, co tak nękało króla. Dopytam się jeszcze stajennego, w którym dokładnie miejscu Khamul porzucił swoje świecidełko, cokolwiek to jest.
– Igrasz z samym królem, nie podoba mi się to. Ja na pewno nigdzie nie idę, a tobie tym bardziej odradzam. Jesteś jeszcze dosyć młody, a w pałacowych lochach przeżyjesz nie dłużej niż rok. Zastanów się lepiej dobrze, to ci radzę.
– Co postanowiłem, to zrobię. Może to rozwiąże nasze problemy.
Quarion dopił resztkę piwa, uderzył kuflem o stół i, pożegnawszy wuja, opuścił wnętrze \"Roztańczonego Bawoła\". Nie zauważył jednak, że zaraz za nim wyszła również druga osoba, której niewidoczna twarz skryta była pod kapturem płaszcza. Od samego początku obserwowała go z sąsiedniego stołu i podsłuchiwała, co też do powiedzenia mają sobie starzy krewniacy, którzy nie widzieli się od dawien dawna. Teraz szybkim krokiem kluczyła za podekscytowanym Quarionem.
Pora była już późna, wiatr dmuchał ciepłym powietrzem od południa, a znad jeziora ciągnęły niskie chmury – wielka burza zbliżała się z pewnością, w oddali bowiem widać już było szklaną powierzchnię wody rozświetlaną przez postrzępione nici błyskawic. Na północy niebo było jednak czyste, ale gwiazdy utraciły jakby swój blask, czy może powietrze przesycała lekka mgła. Sierp ledwie widzialnego księżyca chylił się właśnie ku zachodowi, kiedy Quarion zrozumiał, że w tej chwili musi zawrócić i dostać się do pałacowego ogrodu. Ogromna ciekawość zżerała go od środka, ale jednocześnie miał wielki zamęt w głowie, myśli kłębiły się nieustannie i jakby jakiś głos przyzywał go do siebie. Nie mógł zrozumieć co się dzieje i zanim to do niego dotarło, szedł już, niemalże biegł w stronę Jeziora Rhun, wprost do królewskiego domostwa. Zakapturzona, szara postać nie spuszczała z niego wzroku, śledziła go z wielką ostrożnością, chowając się coraz to pomiędzy drzewa rosnące nieopodal gościńca.
Pojedyncze krople deszczu spływały już z nieba, gdy Quarion stanął pod zachodnim murem bastionu. Khamul musiał czuć się bardzo bezpiecznie, ponieważ główna północna brama była pilnie strzeżona, a na murach przechadzali się uzbrojeni w łuki i topory strażnicy z gwardii przybocznej. Jedynie od strony jeziora nie było żadnych fortyfikacji. Poza ogrodem, małą przystanią i machinami miotającymi ogromne kamienie nie było tam nic ani nikogo, prócz kilku gwardianów. Żaden Nieprzyjaciel nie zdołał się jednak nigdy przedostać tamtędy do pałacu, ponieważ znad brzegu jeziora trzeba było jeszcze przedostać się przez głęboką fosę oddzielającą ogród od dziedzińca, możliwą do przebycia tylko wzdłuż wiszącego, drewnianego mostu. Istotnie, przeszkoda ta była o wiele bardziej trudniejsza do pokonania przez wrogów niż jakikolwiek mur. Quarion wiedział jednak, że jego celem jest przeszukanie dna jeziora nad samym brzegiem. Nagły błysk rozdzierający skłębione chmury obudził go z chwilowego zamyślenia. Natychmiast ruszył przed siebie, wprost do gardzieli mającej się rozpętać lada chwila wichury.
Biegnąc wciąż naprzód, spoglądał co jakiś czas w górę, nie pomyślał bowiem, iż któryś z gwardianów może go wypatrzyć swym bystrym okiem i posłać strzałę ku niemu. Tak jednak się nie stało, ponieważ właśnie następowała zmiana warty. Znalazłszy się wreszcie nad brzegiem jeziora, zauważył jak ogromne fale obijają się o niezbyt wysoki klif. Postanowił jednak zbiec szybko na dół, nim wichura rozszaleje się na dobre. Zdjął przemoczony płaszcz i nie namyślając się wskoczył ze skalistego występu prosto w spienioną i rozkołysaną wodę. Ponieważ pływać uczył go sam ojciec, bez problemu okrążył kamienny mur wrzynający się naprzeciw falom i niezauważony wygramolił się, pełen zmęczenia, na brzeg pałacowego ogrodu. Z oddali słyszał nikłe rozmowy dwóch strażników, przechadzających się nieopodal mostu, nie zwracał jednak na to uwagi.
Deszcz już lał rzęsiście, a ogromne krople z hukiem wpadały rozdzierając lustro jeziora. Błyski i grzmoty stawały się coraz donioślejsze, a wiatr z każdą chwilą potęgował swoją siłę. Quarion już kilkanaście razy zdążył zanurkować, przeczesując dno wzdłuż brzegu. Na próżno, nic nie znalazł. Zrezygnowany wyszedł na rozmoczony piasek, poprzecinany gdzieniegdzie ostrymi wgłębieniami, którymi wprost do morza spływały strumienie deszczówki. Usiadł na pobliskim kamieniu, śliskim od wilgoci, i począł wpatrywać się w ciemność zasnuwającą wszystko dookoła. Dopiero teraz dotarło do niego, że dobrze zrobił wychodząc na ląd, ponieważ fale przerastały go już niemal o głowę, a wichura nie zamierzała dać za wygraną.
Nagle jego wzrok przykuł maleńki przedmiot leżący na piasku. Spieniona woda raz po raz przykrywała go swoimi długimi mackami. Ten jednak nienaruszony coraz bardziej zagłębiał się pomiędzy małe ziarenka. Jedynie światło błyskawic odbijało się w nim, w przeciwnym razie byłby niewidoczny. Quarion ostrożnie zszedł z kamienia i ruszył w kierunku miejsca, gdzie ostatnio widział odblask pioruna. Pochylił się, zagłębił rękę w wilgotną maź – pod palcami wyczuł coś okrągłego, chłodnego i bardzo ciężkiego, jak na swój rozmiar. Opłukał drobinki piasku w wodzie i spojrzał. Na jego dłoni widniał złoty pierścień, nie zdobiony niczym, nieposiadający żadnych napisów. Nie zdołał jednak przypatrzyć się nowemu skarbowi, kiedy coś twardego spadło mu na kark. Przez zamglone oczy widział jedynie szarą postać stojącą tuż nad nim. Upadł twarzą w wycofującą się właśnie falę i stracił przytomność.

Potężne pioruny rozdzierały niebo, nawałnica wyrywała co mniejsze drzewa, a wylewająca się woda z jeziora podtapiała nadbrzeżne chaty. Nawet najstarsi nie pamiętali tak koszmarnej wichury. Gdyby jednak ktoś dobrze się wsłuchał, z oddali, wśród przeszywających grzmotów i huku obijających się fal, doszedłby go dźwięk nienawistnej kłótni i walki dwojga zdeterminowanych ludzi. Istotnie, w momencie, gdy Quarion ocknął się, o mały włos nie zakrztusiwszy się wodą cieknącą zewsząd do jego ust i nosa, dobiegł go głos dwóch mężczyzn, wykrzykujących na siebie z taką wściekłością, jakiej żaden ork nie mógłby dorównać w swej nienawiści. Dźwignął z ledwością swoje zmarznięte ciało i czując jak głowa pęka mu z bólu, ruszył w kierunku dziedzińca, skąd dochodziły odgłosy. Jego oczom coraz dokładniej rysowały się twarze szarych postaci szarpiących się po drugiej stronie ogrodu, tuż obok mostu. Był już niemal u celu, kiedy potknął się o coś miękkiego i wywinął kozła, lądując w pobliskich krzakach. Z wysiłkiem wychynął z pułapki pnączy i gałęzi – na ociekającej deszczem ziemi leżało dwóch martwych strażników, jeden z podciętym gardłem, drugi z przebitym bokiem, z którego wciąż wyciekała czerwona posoka. Quarion poczuł, że jego serce bije coraz mocniej, a krew burzy się, prześcigając w swej sile skłębione bałwany Morza Rhun. Ominął truchła i nareszcie był w stanie dostrzec niewyraźne z daleka postacie.
W głębokich strugach deszczu Quarion rozpoznał człowieka, którego widział tego wieczora w gospodzie. Whinthold wydawał się być zadowolony z siebie. Zdawało się jakby urósł w siłę, pełen majestatu patrzył ze wzgardą i pewną wrogością na jakiegoś przykurcza miotającego się w błocie przy jego stopach. Śmiał się, trzymając złoty krążek w ręku. Quarion wzdrygnął się, był to bowiem śmiech pełen nienawiści, pustki, przeszywający serce strachem i beznadziejnością. Domyślał się już, dlaczego stracił przytomność nad brzegiem jeziora. Podszedł bliżej i usłyszał niesamowity głos:
– Cóż starcze, chyba wystarczy ci tego nędznego żywota. Moc tej błyskotki należ teraz do mnie! Oddaj pokłon swojemu panu!
Quarion z litością patrzył na starucha odzianego w przemoczone i oblepione mułem łachmany, z ogromną chciwością wyciągającym nienaturalnie długie i blade palce w stronę Whintholda:
– Ależ mój królu, czyżbyś coś chciał ode mnie – zaśmiał się znów widmowym głosem – szykuj się na śmierć za to wszystko, co do tej pory uczyniłeś mnie i mojej rodzinie. Będę nowym królem i już nikt mnie nie powstrzyma.
Quarion nie słyszał w głosie tego człowieka jakiegoś żalu czy wyrzutu, lecz bardzo dobitnie wyczuć można było chęć zemsty i mordu na swej ofierze.
Błyskało się niesamowicie. Przez moment wydawało się, że jest środek dnia, deszcz lał zaś ciężkimi strugami. Wiatr nie ustawał w swej sile – łamał co większe konary drzew. Quarion nie mógł zrobić kroku naprzód, nie był w stanie poruszyć żadną częścią ciała ze strachu przed wyczuwaną dziwną mocą, stojącą ścianą przed nim. Jednocześnie jednak moc ta przyciągała go do siebie i prosiła by ją posiąść. Nagle oglądany widok zagłuszył krzyk ludzi biegnących od strony murów. To strażnicy spieszyli na pomoc swojemu władcy.
– Stój zdrajco! Schowaj broń! – cztery postacie widać już było o jakieś sto, może trochę więcej stóp.
Gdy Whinthold zamachnął się swoim mieczem na starego Khamula, w identyczny sposób jak na Quariona \"Pod Roztańczonym Bawołem\", instynktownie odwrócił się w stronę biegnących mu naprzeciw i wymachujących toporami gwardianów. Lecz w tej chwili niegroźny już wydawałoby się starzec wyciągnął spod przeciekającego płaszcza srebrny sztylet i z dołu szybkim ruchem ręki prosto w brzuch ugodził dręczyciela. Niespodziewający się niczego Whinthold zachwiał się, cofnął o trzy kroki, wyciągnął zakrwawiony sztylet z przebitego ciała, upadł ciężko na kolana, by wreszcie osunąć się na ziemię.
Khamul pospiesznie przysunął się do trupa. Grube krople spływały mu po twarzy i siwych tłustych włosach. Znalazł wreszcie to, czego szukał, co wczorajszego poranka ze strachu wrzucił do jeziora. Quarion ujrzał jak król obracał złote świecidełko a palcach. Gwardianie byli już niemal przy swoim panu.
Wówczas to prawowity właściciel włożył pierścień na palec. Nagły wybuch niewidzialnej mocy odrzucił Quariona na bok. Ujrzał starca unoszącego się nad ziemią, bladego, z pomarszczoną twarzą. Wśród grzmotów błyskawic, deszczu i niespodziewanego rozbłyskowi fioletowego światła, blade ciało Khamula zaczęło stawać się coraz bielsze. Zniknęły oczy, widać było jedynie puste oczodoły, twarz została skręcona jakby w nienaturalnych konwulsjach, srebrna korona wydłużyła się i zmatowiała. Upiorny jęk przeszył całą ziemię, blady król poczuł prawdziwą moc pierścienia, usłyszał zew swego pana, wzywającego go do swej siedziby. Niewidzialne już widmo, otoczone fioletową poświatą i jasnymi gromami spadającymi z zakrytego czarnym mrokiem nieba, szeptanym głosem przemówiło:
– Lord Sauron wzywa swego sługę. Strzeżcie się śmiertelnicy, bo wkrótce upomni się o swoje.
I w tym momencie niedostrzegalny gołym okiem upiorny duch Khamula z okropnym piskiem, ni to wołaniem, ni to krzykiem, powędrował pchany mocą pierścienia przez morze. Wiatr nagle się zmienił, burza straciła na impecie, powoli wszystko cichło.
Quarion, niedowierzając własnym oczom, stał wpatrując się w miejsce, gdzie w tej chwili leżało już tylko martwe ciało Whintholda. Strażnicy spoglądali na siebie po drugiej stronie nieopodal niego. Deszcz bił o jego odkrytą głowę. Długo jeszcze nie mógł się otrząsnąć i zrozumieć proroctw króla. Wkrótce jednak stał się świadkiem spełnienia słów, które wypowiedział owego pamiętnego dnia władca Easterlingów. Ludzie Wschodu znów mieli służyć złu, które nie zapomniało o swoich poddanych.##edit_bysclavia 2005-11-20 12:22:34##ed_end####edit_bysclavia 2005-11-23 18:02:49##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...