Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Evalyn z Shedolath

evalyn ·

***
Biegła ile sił w nogach, na plecach miała w połowie pełny kołczan. Mimo że przebiegła wiele mil, nie czuła wyraźnego zmęczenia. Jej myśli zaprzątał tylko obraz portu, statku i czekających elfów. "Jeszcze chwilę i znów ich ujrzę" myślała, a cienkie gałązki i wystające korzenie drzew szarpały jej skórę. Las się przerzedził, już tylko pas kosodrzewiny przesłaniał morze. Poczuła ostatnie ciepłe tchnienia wiatru, niosącego promienie słońca, które właśnie znikało za horyzontem.
Zamarła, gdy tylko stanęła na niskiej skarpie. Jej duże, piękne oczy błądziły od zachodu po wschód, po falach, po piętrzących się chmurach...
-Zostawili mnie-wyszeptała, a jej spierzchnięte od wiatru usta pozostały otwarte. Tego wieczoru zapłakała pierwszy i ostatni raz, klęcząc na chłodnym już piasku.
A mewy krzyczały dalej niespokojnie.

***
Na granicy Shedolath i Monie Poel, w języku Dawnych Elfów oznaczającego "Srebrna Perła", zatrzymało ją paru postawnych męzczyzn , od których cuchnęło piwem i dawno nie zmienianą koszulą. Bez uśmiechu, bez jakichkolwiek emocji, jak zwykle, podała jednemu z nich, większemu, zwitek pergaminu. Mężczyzna popatrzył, zmarszczył brwi i oddał go po chwili elfce, mrucząc coś do kompana.
"Akurat zrozumiał" pomyślała, widząc z jakim wysiłkiem łączył litery. Mężczyźni odsunęli się, pozwalając przejechać jej na czarnym ogierze w stronę promu. Wiedziała doskonale, że obserwują ją od tyłu, czuła na sobie ich obleśne spojrzenia. Ale przyzwyczaiła się już do tego.
Przewoźnik także zerknął z zainteresowaniem, choć miał powyżej osiemdziesiątki. Ci ludzie... Tak samo mądrzy jak długowieczni. Z właściwą sobie miną, a raczej jej brakiem, rzuciła staruszkowi trzy sztuki złotych monet. Ten wyszczerzył zęby, które pogniły mu chyba już w dzieciństwie. Elfka westchnęła cicho.

***
- Spokojnie, Amar, zaraz będziemy na miejscu - szepnęła do konia, klepiąc go po błyszczącej szyi. - Wiem, że denerwują Cię przeprawy przez wodę, ale co mieliśmy robić?
Koń prychnął, zastukał kopytami, ale niski, choć nieco zimny głos dziewczyny uspokoił go. Elfka przysiadła na skraju dużej tratwy i zapatrzyła się w dal.
W wodzie odbijało się miliardami złotych plamek południowe słońce, a las na przeciwległym brzegu Johany zielenił się soczyście. Za nim, daleko widniał rozciągający się od wschodu po zachód łańcuch górski. Elfka, z racji swojej rasy mogła dostrzec zalegające na szczytach, białawo niebieskie śniegi.
- Dlaczegoż to taka śliczna panienka podróżuje po tych ziemiach całkiem samiuteńka? – zanucił kretyńsko staruch, wionąc dookoła zielonkawym, zdaje się, odorem. Spojrzał na nią i, nie widząc najmniejszego odzewu, podszedł do konia.
- Nie radzę – łaskawie zdobyła się na ostrzeżenie, patrząc na śmigające w wodzie małe, srebrne rybki. W końcu ten człowiek nie mógł nic zrobić ze swoją głupotą.
– Nie radzę, dziadku.
Mimo powtórzenia, „dziadek” ciesząc się, że wreszcie zwrócił jej uwagę, podszedł bliżej i wyciągnął rękę.
Elfka spodziewała się tego. Usłyszała prychnięcie Amara, zgrzyt zębów i zduszony krzyk. Odwróciła głowę, ujrzała starca ssącego zranione palce i zadowolonego konia, który odbijał w lśniącej sierści, czarnej jak smoła, znikające za drobnymi chmurkami promienie słońca.

***
Tym razem dziadek trzymał się z daleka. Schodziwszy z tratwy, trzymała konia za uzdę i ledwo dostrzegalnym skinięciem głowy podziękowała za usługę. Na tym brzegu spotkała elfów. Zrobiło jej się weselej na duszy i ciele. Z uśmiechem, który mógł oznaczać wiele, ale na pewno nie zainteresowanie mężczyzną, podała ten sam pergamin. Elf, szczupły, lecz muskularny, rzucił okiem, podał zwitek drugiemu, który charakteryzował się złotą czupryną i powiedział:
-Witamy w Garaniell, pani.
-Dziękuję – odpowiedziała krótko, acz miło, i schowała kartkę w dekolcie.
Rzecz jasna, zrobiła to celowo. Lubiła czasem poprowokować mężczyzn, szczególnie ze złotymi czuprynami. Wsiadła z gracją na konia, uniosła głowę, i jak księżna lekkim kłusem pomknęła w stronę miasteczka, którego światła widziała już stąd. Zmierzchało.

Gdy dotarła do pierwszych domów, było już ciemno, a sowy w okolicznych lasach pohukiwały złowrogo. Amar dyszał już nieco, gdyż dzień był upalny, nawet wieczór był bardzo ciepły.
- Spokojnie, dziś już nie pojedziemy dalej. Zatrzymamy się jak zwykle u Marry’ego.
Koń jakby zrozumiał, pokłusował trochę szybciej, a grzywa falowała mu na wietrze pachnącym sianem i jabłkami.
Przewiązała lejce przez palik (koń był narowisty) i spojrzała na drzwi oberży. Była to typowo wiejska, no! Małomiasteczkowa oberża, cała z drewna, tylko dach pokrywała imponująca strzecha. Przez liczne okna biła łuna światła, zapach dymu i potu zmieszany z wonią pieczeni z sosem, piwa i kiszonej kapusty. Nie mówiąc o hałasie, w który wmieszane były krzyki pomocnic, perliste, zapite śmiechy gości i szczęk kufli. Tak, kufle...wielkie i pełne trunku.. strzaskane..
Odpędziła wspomnienie, miała być przecież twarda, i z uśmiechem weszła do środka.

***
To, na co zanosiło się już na zewnątrz było niewielkim akcentem tego, co działo się wewnątrz. Elfka zgrabnie omijała rozbawionych, poczerwieniałych dryblasów, którzy opowiadali zbereźne kawały o kobietach z Noticen, czy też kołysali się w rytm, który wystukiwał jakiś bard – amator, podrywając jedną z krzątających się pilnie panien. Niekiedy musiała wstrzymać oddech, kiedy ktoś ryknąwszy śmiechem akurat odwrócił się w jej stronę, czy też spiorunować wzrokiem obwiesi próbujących zajrzeć jej pod spódnicę, którą podciągała, gdy nie chciała umoczyć w wylanym na podłogę piwie.
- Witaj, Marry – uśmiechnęła się do oberżysty, oparłszy się o jego królestwo, na którym ustawione były niezliczone kufle, dzbanki, talerze i inne mało interesujące rzeczy.
- Ev!!! Na miłość Vivion!! – zawołał Marry, wybałuszając na nią przekrwione oczy i szczerząc zęby od ucha do ucha. – Skąd się tu wzięłaś? Jak mogłaś nie uprzedzić mnie o przyjeździe, ty bezczelna elfico!
Dziewczyna zaśmiała się. Na Marry’ego nie była zdolna się gniewać. Poklepała go po ramieniu.
- Ja też się cieszę, że cię widzę, Marry! To miała być niespodzianka.
- Nie pleć głupstw, moja panno, przecież ty nie cierpisz niespodzianek – spojrzał na nią pozornie złowieszczym wzrokiem, w przerwie wycierając swój blat. – Emi, piwo dla panów z trzeciego! – odkrzyknął do pulchnej, jasnowłosej dziewczyny, która była chyba najbardziej narażona na podszczypywanie i pożądliwe spojrzenia, ze względu na swoje kształty. Ujrzawszy Ev, pomachała jej żarliwie, świecąc białymi ząbkami. Elfka odmachała i odwróciła w stronę oberżysty.
- Masz rację, za dobrze mnie znasz – mrugnęła do niego. – Nie wiedziałam, że przyjadę.. to zależało od.. pewnej sprawy.
Marry, wesoły, grubiutki, z uroczą łysinką wyglądał przezabawnie, gdy patrzył na nią niby to tajemniczo. Tak właśnie teraz patrzył, ale wiedział, że nic od niej nie wyciągnie, więc nawet nie próbował.
- Czyli sprowadzają cię tu jakieś tajne sprawy...Emi, zawołaj Moriv, co ona tam robi z tym gałganem tak długo?! Wołaj z zaplecza, niech się ruszy, jak jej posada miła! – przerwał wywód, ponownie spoglądając na gościa.
- Wiesz...- zaczęła korzystając z okazji – Jeśli już mowa o posadzie...
Zerknęła na niego spod rzęs. Marry uśmiechnął się, kręcąc głową i nakładając przy tym kapustę na talerz.
- Nic się nie zmieniłaś, moja droga, Evalyn, nic a nic!
- Dlaczego miałabym się zmieniać? Ja się sobie taka podobam – zaśmiała się. Nie zdarzało się to często.
- No, nie tylko sobie...- mrugnął porozumiewawczo, i w locie podał Moriv talerze. Młoda elfka, z rozmazaną szminką na ustach, wypadła niedawno z zaplecza, po chwili zaś wyszedł stamtąd jak gdyby nigdy nic, nawet przystojny elf.
- Co sugerujesz tym razem?...
- Ja? Broń Bogini, nic! Wiesz przecież, że jesteś atrakcyjna...
- Oboje wiemy, że nie o to chodzi. Ja tez cię dobrze znam, Marry. On był tutaj?
Oberżysta, już sowicie oblany potem, udał, że wyciera każdy palec w przysmalony fartuch.
- Czyli był – stwierdziła Ev, od niechcenia zabijając natrętną muchę, która lgnęła do jej słodkiej, poziomkowej szminki. – Dawno?...
- Pannico – spojrzał jej w oczy mrużąc je śmiesznie – Ostatnim razem zaklinałaś się, że nie chcesz o nim więcej słyszeć. Że choćby tu był i błagał o wiadomość, gdzie jesteś, mam prędzej zginąć w imię naszej przyjaźni, niż mu powiedzieć.
Elfka milczała, przypatrując się swojej zielonej sukni z wyszytymi na niej, brązowymi motywami, głównie kwiatów.
- Wiem. Ale teraz pytam.
Marry pomilczał trochę, potem zagrzmiał rubasznym śmiechem.
- Jak dzieci, jak dzieci!...- rechotał pod nosem, po czym oddalił się na chwilę, by usłużyć bardziej dostojnemu z gości, który z widoczną odrazą spoglądał na cały ten motłoch wokół niego. Było pewne, że nie zabawi tu długo.
- Był tu parę tygodni temu, robił jakieś interesy czy coś. Nie pytał o ciebie.
- Nie?- rozczarowała się, a jej ciemne oczy zamigotały. – Aha.
- Czekaj, coś zapomniałem powiedzieć..- podrapał się po głowie. – A! Wspominałaś o posadzie?
- Tak. Nic z tego?
- Nie, no, Ev, słuchaj, wiesz, że na mnie zawsze możesz liczyć, tylko teraz mam te dwie młode, muszę je utrzymać, bo ta druga to przyszła od mojego młynarza, wiesz, zalegam mu trochę z zapłatą, to on mówi, że weź ją pan...
- Dobrze, Marry, jak nie możesz to nie, rozumiem...
- Nie unoś się dumą, moja droga, jeszcze nie skończyłem! – burknął po ojcowsku prawie, ale ona wiedziała, że się ani trochę na nią nie złości. – Otóż, ja nawet jeśli bym chciał, nie miałbym Ci czym zapłacić.. Przykro mi, ale czasy się zmieniają, wraz z nimi moje dochody.. Ale słyszałem, że w ratuszu kogoś potrzebują, nie wiem, do czego, ale można popytać...
- Piwa, drogi panie!..- zawołał chudziutki jak patyk mężczyzna, obejmując czule swego kamrata. Piwa mieli chyba za dużo.
- Już podaję, Swath! – odkrzyknął Marry i zgrabnie uporał się z tym zadaniem.
- Na czym to ja skończyłem?.. Aha, no, to pójdziesz do burmistrza, pogadasz, jak nie, kopniesz w zasiedziały tyłek i poszukamy ci czegoś nowego...A do tego czasu, znaczy się, jak będziesz chciała, możesz oczywiście mieszkać u mnie, w tym pokoiku, co ci się tak ostatnio podobał...
- Marry – powiedziała z godnością – jesteś najlepszym przyjacielem!
- No dobrze, już dobrze..- pomruczał, ale był zadowolony. – A teraz idź, zaprowadź Amara do stajni, pewnie będzie padać, bo cały dzien tak parno było..

***
Istotnie, zaczęło w końcu padać. Ciężkie, letnie krople deszczu bębniły o okiennice, mokry chłód wdzierał się uparcie do środka przytulnego pokoiku, w którym miała zamieszkać jakiś czas. Upatrzyła go sobie zeszłej jesieni, gdy wpadła do Garaniell w poszukiwaniu rękopisów pozostawionych być może w świątyni przez Dawnych Elfów. Nie znalazła. Od tej pory zrezygnowana tułała się po Wschodnich Wzgórzach, w miejscowościach w pobliżu Johany, czy też w Lesie Marium w celu uzyskania dobrze płatnych skór różnych dziwnych zwierząt, które namnożyły się w ostatnim czasie. Zdobyła pieniądze dobijając targu z gadatliwym kupcem, który twierdził, że to nie skóra niedźwiedzia, tylko zszyte futerka dzików. Należałoby wspomnieć, że ów kupiec był tak ślepy, że na początku myślał, że rozmawia z lokatym niziołkiem płci żeńskiej, co oczywiście tak obruszyło Evalyn, że podniosła cenę o dwadzieścia procent. Do tej pory nie wiedziała, czemu się zgodził, choć podejrzewała, że wnuk kupca, który gapił się na nią bez przerwy, maczał w tym palce.
Tak więc pokoik był wprost stworzony dla niej, łóżko miękkie, pościel pachnąca, kwiatki na oknie, obrazy na ścianach (jej ulubiony z jednorożcem pijącym wodę z krystalicznie czystego źródła) i ten cudowny zapach drewna... Do tego widok z okienka wprost na ogród, pełen kwiatów i brzęczących owadów. Istna bajka.
No, może nie do końca.
Nie mogła zasnąć. Pewnie pełnia, zawsze wtedy była jakaś nieswoja.
Wstała z łóżka, z przyzwyczajenia spojrzała w lustro. Co jak co, ale ona nie czuła się w pełni komfortowo, jeśli nie stwierdziła rano, że wygląda dobrze. Spojrzała na siebie, przez okno przedarł się nikły blask księżyca i wplątał się w jej włosy, zamigotał w oczach, wielkich i ciemnych jak kasztan.
Już kiedyś widziała siebie w tym lustrze...Już kiedyś spoglądała w nie przy blasku księżyca...
Capnęła się ręką w czoło. Koniec! Było dawno i nieprawda.
Zdenerwowana na siebie, otworzyła szerzej okiennice i wychyliła się na zewnątrz.
Zamknęła oczy, wciągnęła zapach mokrych kwiatów, pozwoliła, by wilgotny wiatr owiał jej rozpaloną twarz. Była pełnia. Deszcz powoli ustawał. Było tak cicho i tak pięknie... jak wtedy...
„ Evalyn, szepnął, dotyk jego dłoni na jej chłodnym ramieniu był paraliżujący. Evalyn, kochana... czuła jak wciąga rumiankowy zapach jej loków...Nie, Niver. Musiała tak, nie mogła inaczej. Nie usłuchał, wtulił się w nią całym sobą, a księżyc oświetlał jego piękna twarz. Nie, powiedziała ostrzej, choć potrzebowała tego ciepła. Nie! Odejdź!..”
I odszedł.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...