Góra ukradzionych wspomnień - Cz. III
- Wstawaj! – ryknął mi ktoś prosto do ucha. Podskoczyłam jak oparzona i wszelkie sny srebrne Salomei wywietrzały mi z głowy.
- Nareszcie się ocknęła! Zawiadom górę. Ja nie chcę się pokazywać Starlightowi, bo mam u niego dług.
- Nie powinieneś się z nim zakładać. Ten cwaniak ma zawsze więcej szczęścia, bądź jest lepiej poinformowany, co w sumie na jedno wychodzi.
O Boże, o Boże. Gdzie ja jestem? Jedno jest pewne, z pewnością nie tam, gdzie powinnam. Leżałam na łóżku, co samo w sobie nie jest niczym niezwykłym, ale jeśli się do tego dołoży skomplikowany sprzęt medyczny i kraty w oknach, to nawet najgorszy bałwan się zorientuje, że nie jest dobrze. Nade mną pochylał się właśnie starszy gość z bródką, odziany w biały kitel.
- Podróże tym cholernym tunelem to nic przyjemnego, nie? Mnie zawsze po tym boli głowa. Ale że ciebie Drago nie wykończył, to prawdziwe świństwo. Przegrałem dwieście dolców.
- Niezmiernie mi przykro! – wymamrotałam. Czułam się okropnie, jakbym miała kaca po dwudniowym chlaniu.
- Nnoo… - Zakłopotał się. Chyba dotarło doń, że nie znajdzie u mnie zrozumienia.
- Miło cię znowu widzieć. Dobrze wyglądasz, co zważywszy na okoliczności jest dużym osiągnięciem…
„Co on pieprzy?” – pomyślałam leniwie. W głowie miałam pustkę.
- Zbieraj się! Za piętnaście minut ona ma być na górze, ubrana, uczesana i przytomna! - do pokoju wbiegł młody człowiek w pseudofaszystowskim mundurze polowym.
- No laluniu, pora wstawać! – popędził mnie łagodnie staruszek. - Nasz szef to dobry człowiek, ale nie lubi niesubordynacji.
- Będziecie się gapić, jak nakładam majtki? – spytałam jadowicie. Powinnam właściwie być zdziwiona, ale nie byłam. W tym porąbanym światku można się było wszystkiego spodziewać.
Okazało się, że majtki mam na sobie, jak i całą resztę, a przemowa żołnierza była jedynie wyszukaną metaforą. Niestety zarówno odzież, jak i ja nie byłyśmy w kondycji balowo – audiencyjnej. Skończyło się na tym, że musieli mnie nieomal nieść.
- Możecie mi powiedzieć, gdzie ja, u diabła, trafiłam? – spytałam, kiedy mijaliśmy kolejne zamknięte drzwi, przy których stali strażnicy – Gdzie jest Drago?
Nie odpowiedzieli, tylko wepchnęli mnie do windy. Zaczynałam tęsknić za starymi, dobrymi schodami. Ostatnio gdy tylko wsiadałam do windy, robiło się nieprzyjemnie.
Winda zatrzymywała się na każdym piętrze, po czym następowała wymiana haseł, podtykanie identyfikatorów pod skanery i zaglądanie w dziurki w celu sprawdzenia tęczówki. Tymczasem mnie chciało się rzygać. I to nie w przenośni, a zupełnie dosłownie.
- Muszę do łazienki – wyrzęziłam na kolejnym przystanku.
- Musisz wytrzymać, kotku – powiedział staruszek. – Niektórzy tak reagują na środki odurzające i nie ma na to rady. A jak się zarzygasz, to nigdy nie wpuszczą nas do szefa.
- W dupie mam twojego szefa! – jęknęłam i zwymiotowałam.
Dzięki problemom z żołądkiem otrzymałam prawo do prysznica i czystego ubrania. Ubranie wyglądało trochę dziwnie, jak skrzyżowanie rzymskiej togi z hinduskim sari. Ale że było jednocześnie czyste i nowe, nie wzdragałam się zastąpić nim wymiętą koszulkę i obhaftowane dżinsy.
Kiedy w końcu doprowadzono mnie przed oblicze szefa, byłam spóźniona jak cholera. A gdybym wiedziała, co mnie czeka, chętnie spóźniłabym się jeszcze bardziej.
Na początku wszystko wyglądało niegroźnie, jeśli nie liczyć chmary robotów i uzbrojonych ludzi pilnujących korytarzy i przejść. Szef, do którego mnie w końcu doprowadzono, też był niczego sobie, chociaż znowu brunet. Ale za to miał takie ładne biuro…
- Spóźniłeś się, Lind.
Dreszcz mnie przeszedł. Ten głos… Gdybym nie bała się już wcześniej, to teraz bym zaczęła.
- To nie jego wina! – wtrąciłam. – Zdarzył się mały…
- Słyszysz? Ona jeszcze cię broni! Dobra robota, przyjacielu.
Nie wiedziałam, o co mu chodzi, w dodatku coraz mniej mi się podobał. Wyczuwało się tu coś… W każdym razie wolałabym znów przebywać w bazie renegatów i wykolejeńców na Hermesie, niż w tym wycackanym hotelu dla paranoików.
- Gdzie Drago? – spytałam niecierpliwie.
- Według moich ustaleń, gdzieś między Aioną a Układem Neptuna, razem z wojskami Ligi Buntowników. Szykują się do walki z Imperium! Słyszałeś kiedyś coś równie zabawnego, Lind?!
Moje przeczucie mnie nie zawiodło. Szklane pudło i tym razem przeniosło mnie prosto do latryny pełnej gówna.
- Ale się ubawiłam! – Postanowiłam nadrabiać miną. Co innego mogłam zrobić? – A teraz może trochę konkretów?
- Zostaw nas! – czarnowłosy nagle spoważniał. Lind zmył się z wyraźną ulgą.
- Powiadasz, konkrety? Jak sobie życzysz, kochanie. Zapewne nie wiesz, kim jestem? Otóż dziwnym zrządzeniem losu jestem Imperatorem. Innymi słowy, udzielnym władcą cyrku, który powstał po wojnie zwanej ładnie Armagedonem. Jak widzisz, mimo szumnej nazwy nie był to koniec świata. Wręcz przeciwnie. Stany Zjednoczone urosły w siłę, zajmując kolejne połacie Ziemi, aż utworzyły Imperium. Po rewolucyjnym odkryciu profesora Iwanowicza stopniowo rozszerzały swoje panowanie na kolejne planety zamieszkałe przez istoty wprawdzie inteligentne, ale pozbawione ludzkiej żądzy dominacji. Wzięliśmy ich pod nasz amerykański but. Niestety chwilowa niedrożność tuneli wychodzących z Ziemi uświadomiła tym idiotom, że mogą się doskonale obejść bez nas. Beze mnie. Bowiem, jak rzekł pewien królewski chłystek, państwo to, kurwa, ja.
Słuchałam z otwartą buzią. Co ma do tego świętej pamięci Ludwik, XXI wiek i moja osoba? Czy ten człowiek jest zupełnie normalny?
- I tu dochodzimy do sedna, czyli do ciebie. – Uśmiechnął się i ruchem ręki wskazał barek. – Drinka?
- Dzięki, obejdzie się – odparłam machinalnie. – To znaczy tak, poproszę! – Stwierdziłam, że może jak się napiję, to zrozumiem tego szajbusa.
- Tak naprawdę sprawa Bellony była wielką pomyłką jednego z moich dowódców. Oczywiście już opuścił ten padół, przeniósłszy się na lepszy. Albo gorszy. Zresztą nie to jest ważne. Rzecz w tym, że co się stało, nie mogło się już odstać. Bo podróże w czasie to mrzonka, Nimianne. Możemy pokonać przestrzeń, ale nikt nigdy nie oszuka czasu, choćby był samym Imperatorem Wszechświata. Szybciej, wolniej, ale tempus semper fugit.
O Boże, o Boże. O czym on mówi? Przecież to by oznaczało…oznaczało…
Żołądek znów podjechał mi do gardła. Poczułam gorąco. To był strach, jakiego nie doznałam od początku tej dzikiej podróży. Strach przed czymś, na co nie było żadnej rady. Pragnęłam, żeby ten wymuskany, słodko uśmiechnięty wariat zamknął gębę i niczego mi już nie wyjaśniał.
- Co ty chrzanisz? – wydusiłam rzężącym szeptem. – Przecież…
- Pamiętasz swoją mamusię i tak dalej? Lind to prawdziwy geniusz. Zresztą tylko tacy tu pracują. Twój Sebastian też był taki. Jego Tytani to niepokonana broń. Wracając do twoich wspomnień, jest to wypadkowa mojej wiedzy o czasach minionych oraz mistrzostwa Linda i jego speców od prania mózgu. Myślisz, że gdybyś naprawdę przeniosła się w czasie, twój umysł by to wytrzymał? Zwariowałabyś, Nimianne. Tymczasem nawet nie byłaś bardzo zdziwiona. Przystosowałaś się do świata, którego nie potrafiłabyś sobie nawet wyobrazić, ot tak, bezboleśnie? Kochanie, to jest możliwe jedynie w kiepskich filmach, odzyskanych w drodze archeologicznych wykopalisk. Wszystko, o co musieliśmy zadbać, to odpowiednie interludium. Stąd cała heca z tatusiem. Żebyś nie wpadła w katatonię, bo to popsułoby moje plany.
- Bardzo jestem ci wdzięczna. – wymamrotałam.
Nagle straciłam zdolność logicznego myślenia. Chryste, ten człowiek nie chciał mnie zabić. Gorzej, on ukradł mi tożsamość. Kim jestem, jeśli nie Aliną Ziębicką, kiepską modelką?
- Czego ty chcesz? – szepnęłam – Dlaczego mi to robisz? Przecież ja ciebie nie znam. Nie chcę nawet przebywać w waszym zasranym świecie! Chcę…
- …do domu? Twój dom jest tutaj! Tamten w ogóle nie istnieje! A dlaczego ci to robię? Bo mogę! Mogę wszystko! – zaśmiał się pogardliwie – Za to, że wolałaś jego i za to, że zorganizowałaś tę swoją głupią ligę! Wszyscy myśleli, że zginęłaś podczas ostrzelania Bellony. Ci, którzy ocaleli, znaleźli schronienie na okolicznych planetach. Odnalazłem każdego, ale ciebie wśród nich nie było. Wyznaczyłem nagrodę. Nikt się nie zgłosił. W tym czasie Sebastian wszczął bunt. Kazałem go zamknąć. Byliśmy w końcu przyjaciółmi, no i był mi potrzebny, pracował przecież nad nową bronią. Niestety udało mu się zbiec, i chociaż kazałem zabić wszystkich, którzy byli odpowiedzialni za pilnowane więzienia, nigdy nie dowiedziałem się prawdy. Osławiony Drago i jego maszyny stały się przekleństwem Imperium. I oto na małej, zapyziałej planetce zamieszkałej przez wyrzutków kosmosu, ktoś odnalazł kilka ofiar kataklizmu. Wszyscy byli w kiepskim stanie, ale dzięki opiece jakoś trzymali się życia. Ten ktoś nieźle zarobił na informacji. No i proszę, miałem w ręku moją nadobną Nimianne, która narobiła takiego zamieszania. Ale cóż by mi z tego przyszło, gdybym przywrócił ją światu? Ano, zupełnie nic. Najwyżej ucieszyłbym Drago, który do tej pory zalazł mi już za skórę jak nikt inny. Mogłem ją zabić. Nie, przecież była mi droga! Obmyśliłem coś ciekawszego. Zabiłem cię Nim, chociaż nadal żyjesz. Ta dziewczyna ma twoje rysy, twoje włosy, oczy, usta i całą resztę. Ale to ktoś zupełnie inny, Alina jakaś tam. Nie pamięta swego Sebastiana. W ogóle nic nie pamięta. I nie przypomni sobie. Do końca pozostanie Aliną. Widzisz – moja zemsta jest godna Imperatora. A przy tym byłaś doskonałym szpiegiem. Kazałem ci wszczepić do mózgu implant, dzięki któremu dowiedziałem się więcej o planach buntowników, niż gdybyś była rasowym agentem na moim garnuszku. Nick był bardzo pomocny, zadbał, by nikt nie przyjrzał się bardzo wnikliwie rentgenowi twojej skołatanej głowy. Sam nie mógł snuć się po całej bazie nie wzbudzając podejrzeń, ale twoja ciekawość była zupełnie naturalna. Drago powinien cię zabić, ale nie potrafił! Sentymentalny dureń! Wiedziałem, że zaryzykuje. Może miał nadzieję, że twój debilizm to stan przejściowy, a może ufał ekspertom od implantów. Tak czy owak jest już martwy. A ty, moja droga, ciesz się, bo spełniło się twoje pragnienie. Jesteś w domu. Że wygląda troszkę inaczej, niż za czasów nadobnej Aliny? Cóż, nie można mieć wszystkiego.- nacisnął jakiś przycisk na biurku - Aha! – zawołał, kiedy strażnicy pojawili się w drzwiach, by mnie wywlec – Nie spodziewaj się, że możesz ode mnie uciec. Gdziekolwiek się udasz, mój implant ściągnie cię z powrotem, gdy tylko znajdziesz się w tunelu. W twoim przypadku wszystkie drogi prowadzą na Ziemię.
Szarpnęłam się, chcąc skoczyć mu do gardła. W tym stanie ducha morderstwo byłoby dla mnie pestką. Niestety nie mogłam się wydrzeć dwóm rosłym gorylom, z których każdy ważył dwukrotnie więcej niż ja.
- Ty kupa amerykańskiego gówna!!! – wrzasnęłam, nadeptując na stopę jednemu z moich pogromców i waląc łokciem drugiego. – Łżesz jak pies! Zabiję…
Uspokoiłam się dopiero wtedy, kiedy dostałam po buzi. Mimo to zdołałam jeszcze stłuc kopniakiem gipsową kopię Wenus z Milo stojącą przy drzwiach.
***
O Boże. Kim ja jestem? Skąd się tu wzięłam? Przecież to niemożliwe, by zaprogramować człowieka jak komputer. Niemożliwe? A skąd mam wiedzieć, co będzie możliwe za setki lat?
Kuliłam się na podłodze maleńkiego pustego pomieszczenia wyglądającego jak cela śmierci, do której ktoś zapomniał wstawić krzesło elektryczne. Imperator nie miał widocznie zamiaru mnie rozpieszczać. Miałam to w dupie. Co znaczy odrobina niewygody? Nic.
Próbowałam sobie wmawiać, że to sen, albo że Aleksander ma powód, by mnie okłamywać. Niestety mój mózg, chociaż wywrócony na nice, nie został przecież amputowany. Mogłam myśleć, ale rezultaty tego myślenia nie wprawiały mnie w zachwyt.
Jak to jest ze mną? Wszystko to na milę pachniało potężną szajbą. Jedno jest pewne. Wystawiłam buntowników na strzał i nic nie mogłam na to poradzić.
Leżałam na lodowatej żelaznej podłodze i chciałam wrzeszczeć, kopać i szarpać zębami. Ukręcenie łba Imperatorowi było na razie niewykonalne, więc zaczęłam płakać. Nie mogłam się powstrzymać. Co ze mną będzie, jeśli to wszystko prawda? Jeśli mój świat istniał tylko w mojej głowie? Było jedno logiczne rozwiązanie. Boże. Mimo wątpliwości natury egzystencjalnej ciągle nie chciałam umierać.
Z nadmiaru wrażeń musiałam przysnąć. Przebudzenie było gorsze niż wszystko, co mnie dotychczas spotkało.
- Wstawaj! – Do celi wpadło kilku uzbrojonych po zęby żołnierzy w mundurach. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że to, co brałam za uniform faszystów, było zmodyfikowanym wdziankiem amerykańskiej armii. Jezuniu, a zawsze tak oczerniali Rusków.
- Co…
Nie zdążyłam dokończyć. Pojęcia dotąd nie miałam, jak boli kopniak w żebra zadany wojskowym buciorem.
- Nie kop jej, idioto! – ujął się za mną inny – Chcesz ją wlec? Potem sobie ulżysz, teraz nie ma czasu na zabawę.
O kurwa. Miałam nadzieję, że oto zawodzi moja znajomość angielskiego i że ci mili chłopcy wcale nie mają na myśli tego, o czym ja myślę.
Niestety nie wyglądało to dobrze. Skulona z bólu, który rozrywał mi bok, musiałam prawie biec, by za nimi nadążyć. Raz przystanęłam dla złapania oddechu, co okazało się dużym błędem. Chyba nigdy w życiu – obojętne, tym czy tamtym – nikt mnie nie uderzył, ale teraz przechodziłam przyśpieszony kurs bycia ofiarą. Zanim dotarliśmy do miejsca przeznaczenia, dzielni chłopcy zdążyli dokładnie przefasować mi twarz. Miało to jedną dobrą stronę. W oczywisty sposób zamierzali rozwiązać za mnie konflikt osobowości.
- Kto to jest? – zaciekawił się jakiś oficer, kiedy mijaliśmy kolejny punkt kontrolny.
- Mamy rozkaz neutralizacji. – wyjaśnił ten leniwy, który wolał, bym szła o własnych siłach - Zdekonspirowany szpieg. Płotka.
Gdybym była zdolna myśleć, to może bym się bała. Na szczęście lub nieszczęście mój mózg rejestrował już tylko ból.
Mimo to zaczęłam wrzeszczeć, kiedy zrozumiałam na czym polega „neutralizacja”. To było krematorium. Ogromne piece pracowały pełną parą, a na taśmach wciąż pojawiały się nowe zwłoki czekające na swoja kolejkę.
- Co wy mi tu, kurwa, przyprowadziliście? – rozdarła się kobieta w średnim wieku wystrojona w workowaty fartuch z napisem „ Nieświęta Inkwizycja”. – Myślisz, że mało mam roboty ze zdechlakami? Mam dla odmiany smażyć żywych? Popieprzyło cię do cna, Harry?
- Ingrid, kochanie, za dwadzieścia minut zaczyna się mecz koszykówki, a jutro wyruszam na wojnę z tymi cholernymi robotami. Nie mam pojęcia, co za dureń wymyślił sobie, że maszyny to przyszłość ludzkości. Ralf, ucisz tę sukę, zanim jej wrzask ściągnie tu kogoś nieproszonego, bo będziemy musieli wlec ją do kapitana i się spóźnię. Te papierzyska…
Ktoś walnął mnie w głowę.
***
- Jak chcesz żyć, to wstawaj! – Twarz Ingrid, zwariowanej baby od pieców, jawiła mi się w otoczeniu gęstej białej mgiełki. Bolała mnie głowa i nie bardzo wiedziałam, co się właściwie dzieje. Tylko na filmach akcji bohater dostaje w łeb żelaznym drągiem, a potem nawet nie ma guza. Ja guza miałam. I parę innych rzeczy też.
- Słuchaj, wykazuję mnóstwo dobrej woli i głupoty, nie każ mi ginąć na próżno!
- Co…
- Nie mamy całego dnia! Żołnierze szybko się zorientują! Niemal słyszę wycie syren alarmowych! – Ja nie słyszałam nic, poza waleniem bębnów w mojej głowie. – No, już! Wstań!
Spróbowałam, ale nie było to łatwe.
- Chodź! – Ingrid podparła mnie i jakoś stanęłam na nogi – Nie pozwolimy ci umrzeć, Nimianne, nawet jeśli została z ciebie tylko poszewka. Niestety możliwości Ligi Pojednania bardzo ostatnio spadły. Nie mogę ci zagwarantować bezpiecznej podróży ani tym bardziej miękkiego lądowania. Ale tutaj czeka cię pewna śmierć, bo Aleksander nie może znieść twojego widoku i na nic mu się już nie przydasz. Tu masz urządzenie, które zakłóci działanie implantu. – Wcisnęła mi w garść malutkie czarne pudełko. – Będzie działało najwyżej szesnaście godzin. Potem musisz znaleźć kogoś, kto usunie implant. Byle nie Nick, bo to on cię wystawił. Aha! Tunel w bazie Imperium zaprowadzi cię na którąś z planet Ligi. Tytan jest wyposażony w GPS, nie da się zabłądzić. Pojęcia nie mam, jakie przeszkody napotkasz, ale mam nadzieję, że Aleksander nie dał rady zabić twego niezłomnego ducha.
- O czym ty…
- Nie czas na dyskusje! Właź!
Zanim się zorientowałam, byłam wewnątrz pieca. „Dziki tunel!” – zdołałam pomyśleć, zanim otoczył mnie zimny mrok.
To było jak lot portalem magicznym na filmach o Merlinie. Niestety, w przeciwieństwie do wielkiego maga, nie wiedziałam gdzie i czy w ogóle wyląduję. No i co ja wiedziałam o prowadzeniu robota bojowego? Chłopcy z bazy wyjawili mi, iż można kierować nim za pomocą nadajnika wszczepionego w ciało. Ja miałam jeden, obawiałam się jednak, że zgoła nie ten, o który chodziło. Głowa pękała mi z bólu.
Krótki błysk i byłam w wielkiej hali pełnej ogromnych, przerażających maszyn. Przypominały gigantycznych ludzi z blachy i szkła, kanciastych, brzydkich i nieforemnych. W „głowach” mieściły się maleńkie kabiny, gdzie dzielni amerykańscy chłopcy naciskali guziczki pomagające złym kosmitom przenosić się w zaświaty. Zmagazynowana śmierć. Ścisnęłam skronie rękami. Boże, muszę jakoś się przemóc, inaczej za chwilę zemdleję. Zbierało mi się na wymioty, a w żyłach, zamiast krwi, tętnił chyba płynny strach.
- Nim! Tu jestem!
Omal nie umarłam z przerażenia. Między potężnymi „łapami” Tytana coś się poruszyło. Istota nie większa od psa, z ogromną głowa i wyłupiastymi oczami. Śmieszny, mały karzełek.
- Kim jesteś? – Przed oczami latały mi czarne płatki, miałam wrażenie, że ślepnę.
Karzełek zmarszczył twarz w dziwacznym grymasie.
- Co on z tobą zrobił, Nim? Ingrid ostrzegła, ale… Naprawdę nic…?
Wolno pokręciłam głową.
- Chodź! To ten! – Wskazał na olbrzymiego robota przy wejściu – Trzymaj! – Wcisnął mi do ręki małą, srebrną kartę. - Nie jest to najnowszy model, ale klucze są tak dobrze strzeżone, że i tak zakrawa to na cud. Właź i módl się do swoich bogów, o ile jakichś znasz. Jaką lubisz muzykę?
- Co?
- Muzykę. Każdy ma ulubioną, przy której dobrze mu się pracuje.
- Nirvana. Iron Maiden. Cokolwiek.
- Załatwione. Chwilę to potrwa, bo te kawałki mają ze trzysta lat, ale…
- Zaczekaj! – zawołałam, kiedy zaczął się pośpiesznie oddalać. – Dlaczego wy…?
- Niektórzy walczą dla pieniędzy, niektórzy z nienawiści, jeszcze inni dla idei. A niektórzy byli gotowi na wszystko dla Nimianne. Jedna rada – wybierz właściwy tunel i nie patrz za siebie. W sumie to dwie rady. Obie dobre. Idą. Pośpiesz się, Nim!
Wspięłam się do maleńkiej kabiny. O dziwo, panel sterowania nie był skomplikowany, w dodatku wszędzie zamieszczono objaśnienia. Zabijanie musi być proste, bo, mimo wszystko, mordercy nieczęsto są geniuszami. Wetknęłam kartę w szczelinę podpisaną „key”. Maszyna drgnęła, a ja omal nie posikałam się ze strachu. Wojna, zabijanie – to chyba mnie przerastało. Ale nawet szczur walczy, kiedy nie ma dokąd uciec.
Ujęłam drążek sterowania i zaczęłam zabawę. Żałowałam teraz, że zawsze jak ognia unikałam wszelkich gier komputerowych.
Pchnęłam wajchę w przód i mój wielki wierzchowiec zdruzgotał ścianę, jakby była z papieru. Zaryczały syreny, wokół zaroiło się od ludzi w mundurach Imperium. Dotarło do mnie, ze właśnie zapieprzyłam Tytana ze strzeżonej bazy. Teraz naprawdę nie było odwrotu. Pomyślałam o wszystkich, którzy zorganizowali mój występ. Nie obejrzą go już, nie łudziłam się, ale nie miało to znaczenia. I tak dam z siebie wszystko.
Coś z łoskotem uderzyło w mego rumaka. „Strzelają do mnie!” – pomyślałam. Miałam nadzieję, że zanim oprzytomnieją, zdążę dostać się do węzła komunikacyjnego i otworzyć sobie tunel na którąś ze zbuntowanych planet. Nie miałam pojęcia jak to zrobić, ani czy rebelianci nie każą mnie zgładzić, ale o to postanowiłam się zatroszczyć we właściwym czasie.
Nacisnęłam guzik z napisem „RAKIETY”. Gdzieś daleko baza wybuchła ogniem. Wstrząs rzucił mną jak lalką, w głowie boleśnie chrupnęło. „Budynek z kopułą” – powtarzałam niczym jakąś zwariowaną mantrę, pomna wskazówek Ingrid.
W następnej sekundzie serce uciekło mi w pięty, kiedy zobaczyłam jak zbliżają się do mnie dwaj Tytani. Skuliłam się w oczekiwaniu ataku rakietowego, który zrobi z nas mokrą plamę. Zamiast tego w głośnikach wybuchł naraz głos Kurta Cobaina. To mały gremlin spełnił obietnicę. Równocześnie rozbłysły ekrany komputerów, dotąd martwe jak moja stara osobowość. Ujrzałam na nich mnóstwo ciekawych rzeczy, między innymi zielony napis „Centrum Komunikacji” wraz z opisem trasy, którą muszę przebyć.
Wokół mnie zagwizdały pociski. Rycząc wraz z Kurtem „take your time, hurry up, choice is yours, don’t be late”, pchnęłam drążek maksymalnie do przodu. Zderzenie było straszne, na chwilę przestałam cokolwiek widzieć i słyszeć, ale mój przeciwnik runął z przeraźliwym hukiem, a ja wciąż pędziłam do przodu. Kurt Cobain pytał swoją dziewczynę, gdzie spała poprzedniej nocy, a ja wiałam aż się kurzyło. Zaczynałam być dobrej myśli. Nagle głośniki zacharczały i muzyka umilkła. Przeraźliwy ryk bólu zmroził mi w żyłach resztkę krwi, która jeszcze tam była. Imperium dorwało szlachetnie głupiego buntownika.
- Moja naiwna Nimianne! Nigdy ci się nie uda! Nawet jeśli otworzysz sobie tunel, nie dotrzesz nim na żadną z planet opanowanych przez buntowników. Jest niedrożny! Najwyżej wdepniesz w gówno, o jakim ci się nie śniło. Poddaj się, to może okażemy ci łaskę…
„Wal się” - pomyślałam. Jacyś głupcy zajechali mi drogę pojazdem przypominającym czołg. Długą chwilę nie mogłam się zdobyć na pierwszy strzał. Nie miałam instynktu zabójcy. Niestety wyboru też nie. Nacisnęłam wyzwalacz pocisków. Tytan plunął ogniem, czołg utonął w błyskach, ale mój atak nie wyrządził mu widocznych szkód. Za to kiedy oni wypalili z działa, omal nie wybiłam sobie zębów o drążek. W tym samym momencie robot zgniótł pojazd jak pluskwę, samym tylko ciężarem. Jezu, to naprawdę była niezniszczalna broń.
Drugi Tytan następował mi na pięty, ale wciąż dzielił nas spory dystans. Dziwiłam się, czemu nie użyje rakiet i nie zakończy tej zabawy w łapanego. Czyżby Imperator żywił jeszcze jakiś sentyment dla nieboszczki Nimianne? Wątpliwe.
Zerknęłam na ekran monitora i zaklęłam. Za moimi plecami zbierała się armia. Zapomniałam, że oni nie muszą, jak ja, osobiście nadstawiać karku. O Chryste, a jak nie zdążę? Co wtedy? Autodestrukcja czy neutralizacja?
Wejście do tunelu było już w zasięgu strzału, niestety nie chodziło o to, by doń strzelać. Zbierało mi się na mdłości, zarówno od uderzenia w głowę, jak i ze strachu. Byle tylko zachować przytomność…
Mój rumak miażdżył tymczasem mniejsze pojazdy razem z uwięzionymi w środku pasażerami. Wyglądało na to, że jednak dam radę. Sterowałam Tytanem, jakbym robiła to od lat. Niestety kiedy niemal docierałam do kopulastej budowli, przede mną wyrósł mur potężnych robotów. Znalazłam się w potrzasku. Dziwne, zamiast mdleć ze strachu poczułam gwałtowny przypływ wściekłości. Nie dam się wziąć żywcem, powiem to, co Cambronne, a potem jeszcze parę innych rzeczy! Zrobiłam nagły unik, a potem posłałam serię w najbliższego kolosa. Skutek był, rzecz jasna, żaden. Kątem oka dostrzegłam na tablicy guzik z napisem „LASER”. To było to. Wcisnęłam go bez wahania. Mój przeciwnik stanął w ogniu, a wskaźniki rozjarzyły się czerwonym blaskiem, sygnalizując, że przeginam i niedługo mogę tego pożałować. Zaklęłam z furią. Skoro wymyślają broń, powinna być niezawodna!
- Nim, to twoja ostatnia szansa! Za chwilę każę użyć rakiet. Wypróbowałaś już, do czego są zdolne, więc nie bądź głupia!
- A gówno! – ryknęłam zgodnie z wcześniejszą obietnicą. – Mam nadzieję, że Drago ci dokopie, ty zasrańcu!
Tuż za moim ogonem ziemia stęknęła od wielkiej eksplozji. Kurwa, oni rzeczywiście mieli zamiar mnie zneutralizować!
W następnej sekundzie zostałam otoczona i po raz ostatni wezwana do złożenia broni. Musiałam się zatrzymać. Wyglądało na to, że mimo poświęcenia przyjaciół z poprzedniego wcielenia, zakończę tu swoją wielką misję.
Następne sekundy należały do najdziwniejszych i najbardziej poruszających w moim życiu.
- Naprzód, dziewczyno! Ten gnój nie zasługuje na to, żeby cię pokonać!!! – krzyknął jakiś młody głos. Jednocześnie w ścianie Tytanów utworzyła się szczelina. Jedna z maszyn plunęła ogniem, rozwalając najbliższych współbraci, torując mi drogę do węzła i wolności.
- Niech żyje Nimianne i Liga Pojednania!
- Zabijcie tego durnia! Nimianne, jeżeli wejdziesz w tunel…
Tytan zdruzgotał wrota zamykające wejście do węzła i mego zbawienia.
- Implant sprowadzi cię z powrotem na Ziemię! – ryczał Aleksander, kiedy ustawiałam się na wielkiej platformie. Nie miałam czasu się zastanawiać, skąd właściwie wiem co robić.
Za pomocą stalowej dłoni robota pociągnęłam za wajchę wystającą ze ściany i weszłam w tunel. Głośniki umilkły, a ja mogłam pozwolić sobie na łzy.
***
Cisza, która panowała w miejscu, do którego przypadkowo zaniosło mnie i mego wiernego sprzymierzeńca, niosła jakąś niesprecyzowaną groźbę. Mimo to postanowiłam opuścić bezpieczne schronienie Tytana. Przez moment miałam wątpliwości co do atmosfery, wątpliwości zupełnie naturalne u istoty z XXI wieku. Gdybym była sobą, czy może właśnie nie, wiedziałabym, że wszystkie ciała niebieskie, na których istnieje życie, muszą mieć atmosferę zbliżoną do naszej. Inaczej nici z rozwoju organizmów i tak dalej. Pytanie tylko, czy trafiłam na zamieszkałą czy też „bezkosmitną” część świata.
Wszystko wskazywało na to, że planeta nadaje się do kolonizacji. Wszystko też przemawiało za tym, że owej kolonizacji tu nie przeprowadzono. Mogłabym się długo zastanawiać dlaczego, ale nie byłam w stanie. Moja głowa nadawała się w tej chwili wyłącznie do wymiany. Żołądek zresztą także.
Bojowy robot wyglądał w tym otoczeniu jak gigantyczny robal czyhający na ofiarę, ale mnie wydawał się piękny. Nic to, że niedawna potyczka trochę powgniatała go tu i ówdzie i zdarła większość farby z pancerza. Ta maszyna stała mi się nagle bliższa niż wielu ludzi.
Krajobraz przypominał nieco Hermesa, ale nad pustynią świeciło inne słońce. Jego mdły, zielonkawy blask nie dawał poczucia bezpieczeństwa, jakie ludzie bezwiednie czerpią ze słonecznych promieni. Wszystko tu zdawało się gnić, nawet piasek pod stopami.
Postanowiłam wdrapać się na wzgórze i rozejrzeć. Jak, do cholery, miałam się stąd wydostać? Czyżby Aleksander miał jednak rację?
Po paru krokach stało się jasne, że albo odpocznę dobrowolnie, albo po prostu padnę. Usiadłam na jakimś żółtawym kamieniu i zadumałam się nad swoim losem. Po chwili dały o sobie znać głód i pragnienie, dwaj wrogowie, przeciw którym nie mógł mi pomóc nawet Tytan. Nie jadłam od kilkunastu godzin. Nie robiłam też innych rzeczy zgodnych z prawami fizjologii, które pozostawały niezmienne nawet w kosmicznej przestrzeni. Ale akurat na to miałam dosyć miejsca. Całą planetę.
Wzgórze wciąż było tam, gdzie wprzódy i kiedy w końcu wdrapałam się na szczyt, ujrzałam widok radujący serce każdego kosmicznego włóczęgi – budowlę wzniesioną niewątpliwie przez istoty inteligentne. Bałam się mieć nadzieję, ale przypominała trochę Taj Mahal. Wskazywałoby to na obecność ludzi. Pomyślałam o moim stalowym obrońcy. Bezpieczniej byłoby po niego wrócić na wypadek, gdyby ktoś wybudował ów zamek w tym samym celu, co hinduski władca. Jak wjadę tu potężnym robotem, od razu zrobię lepsze wrażenie.
Ups!
Nie słyszałam, jak nadeszła, ale stała tuz za moimi plecami. Przez chwilę nie mogłam się ruszyć, gapiłam się tylko z otwartą buzią. Jakby mi było mało wstrząsów!
Naprzeciw mnie stała… stałam… ja. A jednocześnie nie ja. Z mojej twarzy spoglądały na mnie oczy istoty, której w ogóle nie znałam.
- Nimianne? – na poły stwierdziłam, na poły zapytałam. Ból głowy stał się naraz nie do zniesienia.
Skinęła głową i uśmiechnęła się przyjaźnie. Chyba też była zdumiona, ale z pewnością nie tak, jak ja. Moje poprzednie wcielenie! Jak to możliwe? Gdzie ja się w ogóle znalazłam? Mogę z nią porozmawiać? O co pytać?
Jednocześnie moje oczy rejestrowały szczegóły. Powłóczystą, czerwoną suknię. Bladą cerę. Trochę za ostry makijaż. Albo była chora, albo wypaliła przez pomyłkę nie tego papierosa co zwykle, bo zielone oczy, za które od dzieciństwa zbierałam pochwały, lśniły podejrzanym blaskiem.
- Jak ci na imię? – Dziwne uczucie, kiedy ktoś mówi do ciebie twoim własnym głosem. Jakbyś rozmawiał sam ze sobą, nie wiedząc kim jesteś.
Co miałam odpowiedzieć? Byłam Aliną i nic nie mogło tego zmienić.
- Co się stało z twoją twarzą? – Pytanie zabrzmiało dziwnie obojętnie, jak gdyby zadała je z czystej grzeczności. A przecież moja fizys musiała prezentować się bardzo intrygująco, cała w różach i fioletach. Coś tu było cholernie nie tak.
- Hm… Wypadek? – Spróbowałam się bardzo nieszczerze uśmiechnąć, co przy stanie moich warg nie było łatwe i zerknęłam w kierunku miejsca, gdzie zostawiłam swego stalowego przyjaciela. A potem poczułam ten zapach.
- Co tak ładnie pachnie? – W jednej chwili zapomniałam o niebezpieczeństwie. Coś drgnęło…
- Andorya. Lilia z Temporis. Bardzo rzadki gatunek. To ulubiony kwiat Sebastiana.
„…siedzieli na najwyższym ze szczytów. Słynne góry Temporis, znane z najpiękniejszych widoków i bogactwa minerałów.
- Powinieneś był zabrać to wino! Z chęcią wypiłabym łyczek!
- To wino jest na wyjątkową okazję.
- Jaką? Czy to, że lazłam za tobą na przebrzydle rozgrzaną górę, przez piach i kamienie, żeby zobaczyć więcej kamieni i piachu, nie jest warte butelki wina?
- A wyjdziesz za mnie? – Wyciągnął butelkę, którą chował w plecaku od chwili, gdy opuścili Ziemię. W drugiej ręce trzymał wspaniały, jaskrawoczerwony kwiat andorii.
- Ty oszuście! – Rzuciła w niego nadgryzionym jabłkiem i zaczęła się śmiać. – Jakim cudem ten kwiatek wygląda tak świeżo?
- Więc jak będzie?
- Do licha, jasne że tak!…”
Niemal czułam na języku smak tamtego wina.
Nie pamiętałam nic więcej i podejrzewałam, że już sobie nie przypomnę.
- Jesteś ranna – odezwała się Nimianne. – I pewnie głodna. Tamto koszmarne gmaszysko to mój dom. Zapraszam cię na obiad. Opowiesz mi, co ci się przytrafiło.
- Opowiedz mi o Sebastianie.
Przysięgam, samo mi się wyrwało!
- Jeśli pozwolisz, wolałabym wejść do środka.
Teraz sobie myślę, że musiałam dostać chwilowego zaćmienia umysłu spowodowanego bólem i strachem. Gdybym była w pełni przytomna, od razu dałabym nogę. Bo któraś z nas musiała być cholerną podróbką. Nie ja.
Nie nosiłam przy sobie żadnej broni, nic prócz zakłócacza, który zatknęłam za gumkę od majtek. Szata wspaniałomyślnie darowana mi przez Imperium nie miała kieszeni, po moich perypetiach nabrała za to szyku, jakiego nie powstydziłby się średniowieczny dziad proszalny. Nadrabiałam miną, ale byłam bezbronna niczym niemowlę. Skutki lania zaczynały się nasilać, w miarę jak ustępowało znieczulające działanie adrenaliny. Szłam coraz wolniej i czułam się coraz gorzej.
W końcu ciężko klapnęłam na piasek.
- Nie mogę! – jęknęłam. – Nie dam rady!
Nimianne odwróciła się z błyskiem w oku, który zdecydowanie mi się nie spodobał.
- To źle. – powiedziała miękko. – Bardzo źle.
„Sama o tym wiem, durna krowo!” – chciałam wrzasnąć, ale głos uwiązł mi w gardle.
Nagle znikły kłopoty z samoidentyfikacją. Bardzo dbam o zęby, ale aż takie mi nie wyrosły! Może i nie byłam tak seksowna jak ona, jednak preferuję kły standardowej długości.
Wydałam z siebie cienki pisk. Ucieczka ani walka nie miały najmniejszych szans powodzenia. Jedyne, co mogłam zrobić, to umrzeć z godnością.
- Łaaa!!! – wrzasnęłam przeraźliwie, kiedy zrobiła krok w moją stronę.
Przystanęła.
- Niedługo moim śladem przybędzie armia! – Zdawałam sobie sprawę, że zabrzmiało to przeraźliwie głupio.
- Niejedna armia już tu gościła. – rozmarzyła się. – Ha! Łatwo przyszło, łatwo poszło.
- Stój! – ryknęłam, kiedy zrobiła następny krok. Jeszcze kilka i znajdzie się tuż obok, co nie wróżyło mi szczęśliwej przyszłości.
- Jestem przyjaciółką Sebastiana!
Źle. Twarz wampirzycy wykrzywił okropny grymas.
- To znaczy…
- Będziesz walczyć, czy od razu się poddasz?
Jeszcze czego!
- On na ciebie czeka, na planecie zwanej Aiona, czy jakoś podobnie! – W miarę, jak się zbliżała, podnosiłam głos – Przysłał mnie tutaj. Patrz, mam twoją twarz! Twój głos! – dodałam na wypadek, gdyby moja obita gęba nie spełniała standardów.
Zawahała się.
- Mam cię ze sobą zabrać – kłamałam w żywe ( ? ) oczy.
- Jak chcesz to zrobić?
No właśnie? Jak?
- Mam Tytana! – natchnęło mnie – Wystarczy, że otworzysz przejście!
Wampirzyca wahała się. Wyglądała w tej chwili jakoś bezradnie, jak dziecko, które chciałoby wziąć zabawkę należącą do dorosłego, ale boi się kary.
- Przecież go kochasz! – kusiłam – Chodź ze mną!
Kiedy skinęła głową, omal nie zemdlałam z ulgi.
***
Dojście do maszyny wyzuło mnie z reszty sił, ale nie mogłam sobie pozwolić na słabość. Obok mnie kroczyła bowiem córa hrabiego Draculi, z dziwnie oderwanym wyrazem twarzy. Jakby straciła impet. Musiałam powtarzać proste polecenia po kilka razy, niczym przygłupiemu dziecku.
Przestała też odpowiadać na pytania.
Zastanawiałam się, kim, czy też czym, jest moja Nimianne. Bo przecież nie mną. Zapach kosmicznej lilii zwrócił mi jedno króciutkie wspomnienie, ale wystarczyło, by się upewnić, że to drugie życie jednak miało miejsce. Gdzieś, kiedyś żyła sobie kobieta, której ciało opanowała Alina Ziębicka. Niby obrzydliwy pasożyt zapełniła jej mózg swoimi marnymi, pospolitymi wspomnieniami.
Dotarłyśmy w końcu do Tytana. Cierpliwy, kochany brzydal. Jak już uratuję Ligę Buntowników i cały wszechświat, to oddam go do międzygalaktycznego muzeum. A co! Zasłużył sobie.
Nimianne usiadła obok mnie i w sterówce zrobiło się naprawdę ciasno. Bystra była. Planowałam wleźć do środka jako pierwsza i użyć niezawodnych rakiet, by się jej pozbyć. Niestety zdążyła się wpakować przede mną.
Skierowałam robota w stronę kosmicznego Taj Mahal i w tym momencie zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy. Jako chyba jedyna osoba w kosmosie używałam Tytana bardziej jako taksówki niż broni. I bardzo piekły mnie twarz i ramiona. Spojrzawszy na dłoń stwierdziłam z przestrachem, że jest czerwona jak buraczek.
- To słońce. – wyjaśniła Nimianne. – Przybysze zawsze tak reagują. Jest silnie rakotwórcze. I psuje smak.
Nie odważyłam się skomentować.
Manewrowałam robotem, starając się zmieścić w bramie pałacu, co wcale nie było łatwe, ale nie wiedziałam, jak moja ostra przyjaciółka zareaguje na burzenie ścian. Była blisko, wystarczyłoby się schylić. I po zawodach.
A potem akcja znów nabrała tempa.
Kiedy tylko przekroczyłyśmy bramy tego wątpliwego raju, zobaczyłam hałdy kości spoczywające we wszystkich kątach. Poza śladami uczt nie było tu nic, co mogło kojarzyć się z tradycyjnym, ziemskim pałacem. Ogromna, pusta przestrzeń.
Nimianne w końcu zrobiła to, czego się po niej spodziewałam. Skoczyła mi do gardła.
Paniczny strach dodał mi sił. Od dłuższej chwili ściskałam w ręce jedyną broń, jaką udało mi się tu znaleźć – spory kamień. Zrobiłam potężny zamach i walnęłam prosto w wyszczerzone kły. To ją na chwilę zamroczyło. Starczyło czasu akurat na wypchniecie dziwki na zewnątrz.
A potem wdusiłam guzik „RAKIETY” z taką siłą, że złamałam paznokieć.
***
Twarz i głowa nadal bolały jak cholera, a na ramionach miałam czarno – fioletowe siniaki, ale nie było ani śladu oparzelizny. Może i zastanawiałabym się nad tym nieco dłużej, ale jak zwykle lądowanie okazało się twarde.
Pierwszy raz widziałam kosmiczną bitwę i zaiste, było na co popatrzeć.
Armie robotów ścierały się na ogromnej, pustej przestrzeni, walcząc zaciekle o każdy skrawek ziemi, jakby to były co najmniej złotonośne działki. W pewnej odległości od rozszalałych kolosów kłębiły się jednostki opancerzone, prowadząc intensywną wymianę ognia. Jakim sposobem odróżniali swoich od wrogów, pozostawało dla mnie tajemnicą. Kto go tam zresztą wie, czy odróżniali.
Postanowiłam natychmiast dokonać taktycznego odwrotu. Ostatnie wydarzenia „osłabiły mojego ducha”, tak że miał już tylko ochotę spieprzać, gdzie kosmici zimują. Niestety w tej chwili zapiszczał mój zakłócacz. Czas zabawy się kończył. Według elektronicznego czasomierza zostało mi jeszcze piętnaście minut. Wprawdzie bohaterom filmów sensacyjnych zawsze udaje się ocalić świat w ostatniej sekundzie, ale miałam małe szanse, by powielić ten schemat. Najprędzej zostanę zabita w czasie potyczki, nie wiedząc kto i o co tu walczy. Już taki, kurwa, mój los.
W następnej chwili, jakby na potwierdzenie tej tezy, mój żelazny przyjaciel zatrzeszczał w szwach od wybuchu pocisku. Byłam już wprawiona, wiedziałam, że to nic takiego. Ale tym razem srodze się omyliłam. Chociaż wydawało się to niemożliwe, Tytan stanął w płomieniach. Mając do wyboru – krematorium czy Aleksander – zdecydowanie wolałam tego ostatniego.
Wyprysnęłam z fotela w chwili, kiedy obwody elektroniczne zaczęły dymić i iskrzyć. Stanęłam na metalowym stopniu i zawyłam. Wierne adidasy stopiły się w mgnieniu oka, okleiły stopy płynnym ogniem, skóra na dłoniach zaskwierczała w zetknięciu z rozgrzaną blachą pancerza. Wypadłam na zewnątrz i gruchnęłam o ziemię. Tytan był ogromny, upadek okazał się katastrofalny w skutkach. Strach i szok sprawiły, że ledwie poczułam, jak pękają kości nóg, na których bardzo głupio próbowałam wylądować. Popełzłam po kamieniach, bezradna jak pies z przetrąconym grzbietem. Wybuchy, krzyk, smród spalenizny...gęstniejąca ciemność...
Rozpaczliwa wola życia pchała mnie naprzód. Uciekać. Schować się w jakiejś dziurze, byle dalej od pocisków i ognia trawiącego resztki Tytana.
Nie zdążyłam. Obok płonącej maszyny z wizgiem zatrzymał się szeroki, pokraczny pojazd. Znów dałam się złapać jak głupia. Cholerny los odmawiał mi nawet przywileju spokojnego zdechnięcia we własnym towarzystwie.
***
Przez dwadzieścia cztery lata żyłam w nieświadomości, co znaczy prawdziwy ból. Niektórzy szczęściarze dociągają do setki i umierają, nic nie wiedząc o fizycznym cierpieniu. Ale, oczywiście, nie ja.
Kilka dni byłam chyba wyłączona z gry i o mały włos odpadłabym na dobre, ale to by było zbyt proste. Zgadnijcie, kogo zobaczyłam, kiedy odzyskałam świadomość? Mojego kochanego, złotego, najśliczniejszego androida, jaki kiedykolwiek zaszczycił swoją obecnością kosmiczne przestrzenie.
- To naprawdę ty? – upewniłam się słabym głosem.
- Naprawdę on! – Ten głos też poznałam. I nie mogę powiedzieć, że brzmiał niemile. Wręcz przeciwnie.
- Omal nie przeniosłaś się na czyjeś tam łono – Drago pojawił się w polu widzenia. – Ku naszemu niewymownemu żalowi, rzecz jasna.
- Więc jak to się stało, że dotąd jestem z wami na waszym…hm… łonie? – Wysiliłam się na sarkazm, chociaż nie miałam na to dość energii. Gdybym była w formie, pewnie dłużej porozmawialibyśmy w tym duchu.
- Szczerze mówiąc, zawdzięczasz to majtkom uszytym na specjalne zamówienie, by mogły udawać te produkowane w XX wieku. Były tak mocne, że jakimś cudem nie zgubiłaś nadajnika, który Ingrid wmontowała w zakłócacz.
- Ale to nie tłumaczy wcale, skąd się tu wzięłam. Majtki mnie tu nie przeniosły.
- Było wielce prawdopodobne, że gdy wejdziesz w tunel w jednej z baz Imperium, w końcu trafisz za wojskiem na Aionę, bądź do której z siedzib buntowników. To znaczy na pole bitwy. Pozostawało mieć nadzieję, że nie zginiesz, zanim cię zlokalizujemy. Wyobraź sobie, że przebyliśmy tunel w ostatniej sekundzie działania zakłócacza.
No tak.
- A… - Z wysiłkiem poprawiłam się na kosmicznie twardej poduszce – te wszystkie dziwne przygody?
- Co masz na myśli?
- Moje alter ego z wyszczerzonymi kłami.
- Ach, więc poznałaś Morannę? Moje gratulacje. To dziecko Aleksandra. Program komputerowy. Miała być niezawodną bronią, ale wymknęła się spod kontroli i teraz jest wrzodem na dupach wszystkich ras. Niektóre z tuneli prowadzą donikąd, prosto w wirtualną rzeczywistość. Moranna jest piekielnie skuteczna. Żaden mężczyzna i większość kosmitów nie potrafi się jej oprzeć. Miałaś sporo szczęścia.
- Rzeczywiście, jestem wybrańcem losu – zadrwiłam gorzko. Nie mogłam poruszyć palcami u nóg. Bałam się myśleć, co to może oznaczać. – Dlaczego mnie okłamałeś? Naprawdę zależy ci tylko na kasie?
Skrzywił się, a ja dopiero teraz uświadomiłam sobie, ile musiało go kosztować samo patrzenie na moją twarz.
- Do diabła...nie mogłem. Byłaś taka pewna, że to tylko mała, interesująca przygoda, która skończy się odesłaniem do cieplutkiego, bezpiecznego domu. Aleksander... – Zacisnął pięści. – Do diabła z nim! Jak on nas wszystkich dobrze znał! Gdyby zamienił cię w żałosną dziwkę, podobną do niego samego, to ja bym...
- Dlatego ta Moranna wygląda jak ja? Ukłon w stronę dawnych wrogów? Muszę ci powiedzieć, że bardzo się ucieszyła, słysząc twoje imię.
Drago usiadł na stołku przy łóżku i zapalił papierosa. Papierosa! Tego mi właśnie było trzeba!
- Daj fajkę! – wymamrotałam.
- Nie wolno, personel się wścieknie.
- Nie pieprz. Mnie już nic nie zaszkodzi.
Wetknął mi papierosa w usta i odpalił. Zaciągnęłam się z rozkoszą. Rzuciłam palenie dawno temu, bo to zgubny nałóg jest, ale niech tam. Chrzanić to.
- Moranna…Przeklęty Aleksander stworzył ją na obraz i podobieństwo Nimianne. Nie wiem, może miał nadzieję, że w przypływie rozpaczy pójdę tam i pozwolę, żeby mnie zagryzła. A może… Wiesz, on ją naprawdę cholernie kochał. Znali się od dziecka i praktycznie wychowali razem. Jej ojciec był najlepszym przyjacielem poprzedniego Imperatora.
- Więc to dziedziczny urząd?
- Cha cha, a wyobrażasz sobie, że ktoś dobrowolnie wybrałby Aleksandra na prezydenta? Bo tytuł Imperatora jest tylko dla obcych, oficjalnie Aleksander to X Prezydent Ziemskiego Imperium. Mają senat, sądy i cały cyrk egzystuje jak za dawnych, dobrych czasów. A Aleks pociąga za sznurki. Kiedy Nimianne Watson przyjęła moje oświadczyny, oszalał z wściekłości. Odebrał ci wspomnienia, ale najwidoczniej nie chciał, żeby całkiem przepadły. Żyją sobie więc w wirtualnym piekiełku, zdeformowane i wypaczone. Gdzieś ze dwa lata temu do programu zakradł się wirus. W tej chwili nawet Aleks nad nim nie panuje, Moranna robi co chce. Podobało ci się twoje poprzednie wcielenie?
- Wybacz, ale nie całuję mego odbicia za każdym razem, kiedy zaglądam w lustro! Zirytowałam się. Za kogo on mnie uważał? Tak się składa, że oglądałam „Matrixa” i dzięki temu nie musiałam pytać, co to jest „wirtualna rzeczywistość” i czym różni się od tej zwykłej.
- Nick był zdrajcą. – Przypomniałam sobie rewelacje Ingrid. – A tak skurwiela lubiłam.
- Ja też. – Nie wydawał się poruszony informacją, która była, moim zdaniem, dość istotna.
- I co?
- Nic. Już go nie ma.
Znaczy, rewelacja się przeterminowała.
- Wiesz co? Naprawdę cię polubiłem. – wyznał z odcieniem zdumienia – Nie jesteś moją narzeczoną i nic mi jej już nie zwróci, ale mimo wszystko wciąż masz w sobie to coś, co przyciągało do niej ludzi. Mój Boże, to takie...takie...
- Jakbyś zdradzał narzeczoną z jej własnym ciałem. – dokończyłam ponuro.
Sama miałam kłopot z ogarnięciem tego zjawiska.
- Widzę, że coś ci leży na wątrobie. Wal śmiało. Nie musisz tego osładzać. – Chciałam wzruszyć ramionami, ale było to niewykonalne. Dobrze, że chociaż nie czułam bólu. Właściwie to nic nie czułam.
- Chodzi o dwie sprawy – wyjaśnił cicho. – Jedna to twoje nogi. Uszkodziłaś sobie kręgosłup, wypadając ze sterówki. Lekarze twierdzą, ze może dałoby się to jakoś naprawić, ale raczej nie zatańczysz już na żadnej balandze. Druga to implant.
Poczułam się, jakby świat walił mi się na głowę. O Boże. Jestem kaleką! Moje piękne, zdrowe nogi! Zamrugałam, próbując powstrzymać łzy. Zerknęłam na Ikara, ale gapił się w ścianę z głupkowatą miną, jak zawsze, kiedy nie zwracano się bezpośrednio do niego.
- On…
- Nie kręć! – wrzasnęłam ochryple. Ostatnie przeżycia dobrze zrobiły mi na odwagę.
- Dobra, powiem ci. Jest genialny. Rejestruje wszystko, co widzisz i słyszysz, i wysyła do komputerów Imperium. Siedzi głęboko. Bardzo.
Pojęłam w mig. Albo mnie zabiją, albo spróbują go wyciągnąć, albo wsadzą w tunel i poślą do Aleksandra. Rzeczywiście, genialny mat.
- Po co przyszedłeś? Spytać, czy mam ochotę wrócić na Ziemię, planetę…no właśnie, czyją? Bo trudno ich nazwać ludźmi. Nie, nie dam mu tej satysfakcji.
Drago skinął głową.
- Jakie mam szanse? Tylko szczerze, proszę.
- Jedną na sto.
- Marnie, prawda? – Teraz już otwarcie pociągałam nosem. – Powiedz chociaż, że wojna idzie dobrze.
- Mamy mniej więcej takie szanse, jak ty. Chyba że Darvani, Skergowie i…
- Wybacz, w tej chwili mam to gdzieś.
- Wybaczam. Może…
Zachichotałam, chociaż łzy ciekły mi po skroniach i wsiąkały we włosy.
- Chcesz mi jednak zaproponować ostatni posiłek skazańca? Musiałbyś przynieść rurkę.
- Gdybym miał ci coś zaproponować, byłby to raczej ognisty seks.
- Cholera, nie mogłeś wcześniej tego powiedzieć? Jak byłam w stanie? Teraz raczej wolałabym zostać sama.
***
I jestem sama. A niedługo, o świcie – o ile można w tym piekle liczyć na jakiś świt – „znajdę się w bezkresach ponad wami i poza wami”. Nigdy bym nie podejrzewała, że profesor Lind czytuje „Wichrowe Wzgórza”