Gra bogów
***Rozdział I***
Zwykłe późne popołudnie. Niebo było prawie bezchmurne, a słońce wciąż mocno przygrzewało. Zazwyczaj w oddali można było usłyszeć świergot ptaków, dzisiaj jednak całkowicie przytłumiony przez niespokojne szepty ludzi, zgromadzonych na placu w samym środku miasta. Ludzie owi rozmawiali o czymś gorączkowo i co chwilę zerkali na ulicę, która musiała być główną. Byli wśród nich młodzi i starzy, kobiety i dzieci, wszyscy bardzo podekscytowani; na ich twarzach można było wyczytać niezwykłe napięcie. W nerwowym oczekiwaniu czas płynął niemiłosiernie wolno.
Na środku palcu, na kamiennym podwyższeniu ustawiony był około dwumetrowej długości, szeroki dębowy pal, wokół którego leżała duża ilość cienkich patyków i grubszych gałązek oraz stosunkowo potężnych konarów; wszystko poukładane w odpowiedni sposób. Bez wątpienia był to stos.
Nagle tłum się ożywił. Na głównej ulicy pojawiła się kilkuosobowa grupka ludzi, poruszających się w stronę placu w bardzo wolnym tempie. Rodzice na widok pochodu brali swoje pociechy na ramiona a co ciekawsi gapiowie stawali na palce, by lepiej zobaczyć niecodzienne wydarzenie. Gdy i to nie dawało rezultatu, próbowali się dopchać bliżej stosu, co na ogół im się nie udawało - każdy chciał jak najlepiej zobaczyć przedstawienie. W budynkach znajdujących się wokół rynku pootwierano na oścież okna i po chwili zaroiło się w nich od głów ciekawskich ludzi, zadowolonych, że mają tak dobry widok z tego miejsca.
Pochód zbliżał się niemiłosiernie wolno. Dopiero po dłuższej chwili można było zrozumieć dlaczego - pośrodku znajdowała się postać w kapturze, okryta płaszczem, dziwnie zniekształcona. Dwie masywne sylwetki szły z przodu i dwie z tyłu – musiała to być jej eskorta. Postać szła wolnym krokiem, wlekąc za sobą nogi i niebezpiecznie się chwiejąc to na jedną stronę, to na drugą, jakby lada chwila miała upaść i już się nie podnieść.
Im bliżej był pochód, tym bardziej tłum cichł. Eskorta zatrzymała się kilka metrów od grupy gapiów i czekała, aż tamci zrobią przejście. Nic takiego nie nastąpiło – ludzie stali w miejscu i w ciszy przyglądali się z lekkim strachem, lecz także ogromnym zaciekawieniem eskortowanemu. Nagle donośny głos rozkazał:
- Zrobić przejście!
Wszystkie głowy odwróciły się w stronę, z której doszedł okrzyk. Głos należał do chudego, wysokiego mężczyzny, który był raczej w średnim wieku, który znajdował się na podwyższeniu oddalonym nieco od stosu, Na jego ciemnych włosach można było zauważyć pierwsze oznaki siwizny. Mógłby nawet uchodzić za przystojnego, gdyby nie trzy szpecące szramy ciągnące się prawie równolegle od lewego ucha, zahaczające o dolną wargę i sięgające aż do podbródka. Jego twarz wykrzywiał grymas nienawiści, który, zniekształcony przez blizny, sprawiał dość groteskowe wrażenie. Mężczyzna usiadł z impetem na krzesło obok innych ważnych osobistości. Burmistrz oczywiście był uprzywilejowany i miał specjalnie przygotowane miejsce, by mieć dobry widok na egzekucję; jakże by mogło być inaczej. Tłum, słysząc rozkaz tej szanowanej osobistości, rozstąpił się.
skorta powoli zaczęła się zagłębiać w gąszcz ludzi, niepewnie rozglądając się na boki. Wokół panowała niemal całkowita cisza. Słychać było jedynie szum nielicznych drzew znajdujących się w mieście, a także parskanie koni znajdujących się w pobliżu. Ciszę przerwały także rytmiczne kroki eskorty. Zapanowała dość nerwowa atmosfera. Nagle ktoś wyskoczył z tłumu i popchnął eskortowanego. Ten nie utrzymał równowagi i upadł jak długi na ziemię. Ludzie podnieśli krzyk. Słychać było obelgi i złorzeczenia. Ktoś opluł skuloną istotę, ktoś inny rzucił w nią zgniłym pomidorem, a kilka bardziej zuchwałych osób rzuciło się na leżącego. Eskorta niezbyt przekonująco zaczęła grozić, że użyje broni - widać było, że nie są zachwyceni swoją rolą i podzielają niechęć tłumu. Burmistrz po raz kolejny podniósł głos i ludzie rozstąpili się opornie. Nikt już nie odważył się podejść do leżącego skazańca, ponieważ nikt nie chciał wejść w drogę burmistrzowi, więc skończyło się na jeszcze kilku splunięciach i obelgach. Czterej mężczyźni z eskorty popatrzyli na siebie niepewnie, gdy postać w płaszczu się nie podniosła. Spojrzeli na burmistrza, a gdy ten wyniośle skinął głową, podnieśli leżącego i pomogli mu pokonać resztę drogi; a właściwie to zawlekli go, ponieważ on sam był nieprzytomny... Wtaszczyli go na podest i ściągnęli mu płaszcz.
Na ten widok rozległo się kilka okrzyków, w których pobrzmiewały zdumienie, odraza i lęk. Chyba każdy w tym małym miasteczku o tym słyszał, bo w takich miejscach wiadomości rozchodzą się błyskawicznie, jak w każdej małej mieścinie; lecz mało komu dane było zobaczyć to na własne oczy. Nierówności wystające spod płaszcza były skrzydłami. Czarne jak smoła pióra kontrastowały z jej bladą, poszarzałą ze zmęczenia i wykrzywioną z bólu twarzą dziewczyny.
rzywiązano ją do pala. Dopiero teraz można było się jej dokładnie przyjrzeć: ubrana była w prostą, brudną i zakrwawioną lnianą sukienkę; jej głowa bezwładnie opadała na bok, a z kącika ust sączyła się strużka krwi. Oczy miała na wpół przymknięte, na policzkach lśniły ślady schnących łez; długie, splątane i posklejane krwią włosy sięgały jej prawie kolan. Mimo, iż była brudna i poraniona można było zauważyć jej niezwykła urodę.
***
- Dlaczego przyszedłeś, skoro nie zamierzasz jej pomóc? – spytała bezbarwnym głosem.
Już od pewnego czasu siedziała na dachu jakiegoś domu i stamtąd spoglądała na zapełniony ludźmi plac.
- Skąd wiesz, że nie zamierzam jej pomóc? Może w ostatnim momencie pojawię się tam i rozgromię ich na cztery strony świata – zaśmiał się.
- To by było w twoim stylu, ale wiem, że tego nie zrobisz.
Gdy zapadła cisza, popatrzyła na niego wyczekująco. Był to mężczyzna około lat dwudziestu pięciu. Ciemnobrązowe włosy opadały mu na ramiona. Orli nos dodawał jego twarzy drapieżności a w lekko skośnych, tak brązowych, że prawie czarnych oczach, czaiły się niebezpieczne błyski. Tak jak dziewczyna przywiązana do pala posiadał potężne, czarne skrzydła dodające masywności jego i tak już potężnej sylwetce.
Usiadł koło niej.
- Jak długo już tu jesteś? – spytał, by zmienić temat.
- Wystarczająco długo, by zobaczyć to żałosne przedstawienie.
Schylił się, by ją pocałować, ale ona się odsunęła.
- Ostatnio byłaś milsza... – spojrzał na nią z wyrzutem.
Miała długie czarne włosy. Jej skóra miała dziwny, srebrzysty odcień. Ubrana była w długą, czarną, zwiewną sukienkę. Sprawiała wrażenie nierzeczywistej, jak senne marzenie na skraju jawy i snu, które, gdy chcesz mu się przyjrzeć, znika bez śladu. Spojrzała na niego dużymi, szarymi oczami i odparła surowym głosem:
- Ostatnio nie patrzyłeś na to, jak katują twoją córkę.
Teatralnie wzniósł oczy ku niebu.
- Aleś ty przewrażliwiona...
- Przewrażliwiona? Zaraz zacznę wierzyć w to, co mówią o was ludzie, że nie macie uczuć.
- O co ci chodzi?! Przecież to tylko człowiek!
- Tak, jak jej matka, co zresztą nie przeszkodziło ci jej uwieść – stwierdziła zimno, a jej oczy się zwęziły. – Ona była moją kapłanką. Moją ulubioną kapłanką.
- Nie moja wina, że umarła – w jego oczach pojawiły się niebezpieczne błyski. – A ona w ogóle nie powinna była się urodzić – krzyknął z rozpaczą w głosie i wskazał na dziewczynę przywiązaną do pala. – Nie wiem jak to się stało...
- To nie słyszałeś tych bajeczek o pszczółkach i kwiatkach... – zaczęła się z nim droczyć.
- Przestań! Mówię poważnie...
Popatrzyła na niego zaskoczona.
- Może ona miała się urodzić? – powiedziała cicho do siebie.
Parsknął.
- Wciąż uważasz, że jesteśmy wszechmocni – powiedziała ze znudzeniem. – Pogódź się z tym, że kiedyś odejdziemy tak jak wielu innych bogów sprzed setek lat, którzy byli przed nami. Zapomną o nas jak zapomnieli o tamtych.
- Wcale nie muszą zapomnieć...
- Tak. Możemy ich zmusić, żeby w nas wierzyli i nigdy nie przestawali -wyrecytowała znużonym głosem.
- W każdym razie, to tylko człowiek – powtórzył.
- Skoro tak uważasz...
Spojrzał na nią podejrzliwie.
- Ty zawsze wiesz więcej niż mówisz.
- Ja? Ja tylko obserwuję to, co się dzieje wokół mnie i wyciągam wnioski.
***
Jakaś kobieta wbiegła na podest i krzyknęła z pogardą w głosie:
- Madareth! – splunęła dziewczynie w twarz.
Strażnicy niespiesznie ją odsunęli.
Z tłumu dały się słyszeć okrzyki:
- Madareth!
- Precz z Madareth!
- Na stos z nią!
- Głupcy – krzyknęła z tłumu jakaś staruszka. – Gdyby ona była Madareth to nikt z nas nie uszedłby stąd z życiem, już dawno by nas wszystkich pozabijała, nie pozwoliłaby się torturować! – zawołała ze złością.
- Taaa. Racja – zaśmiał się szyderczo przysadzisty mężczyzna. – Przeca to tylko bękart Madareth.
- A jeśli zjawi się tutaj jej ojciec? – spytał jakiś głos.
Przez tłum przebiegł niespokojny pomruk.
- Jeśli chciałby jej pomóc, to już dawno by tu był – odparł ktoś inny.
- Na stos z nią! – krzyknęło kilka osób.
- Jak... Jak możecie? – krzyknęła z rozpaczą w głosie młoda kobieta.
Oczy miała przerażone, nerwowo rozbiegane a po jej policzkach płynęły łzy. Nerwowo wykręcała palce, przerażona własną śmiałością.
- Przecież... Przecież ona się tutaj urodziła, wychowała, po... pomagała wam – kontynuowała, onieśmielona tym, że wszyscy jej słuchają.
- Zabrać ją stąd! – krzyknął jakiś stary mężczyzna.
Kobieta przestraszyła się i nie powiedziała już słowa. Po chwili zniknęła w tłumie. Uwagę ludzi zajął mężczyzna, który pojawił się na podeście. Miał czarny kaptur i z pochodnię w ręku - kat. Spojrzał pytająco na burmistrza, a gdy ten skinął głową, kat zbliżył pochodnię do stosu drewna . Najpierw pojedyncze języki ognie pojawiły się, niespiesznie zajmując cienkie gałązki, by już po chwili rosnące płomienie pożerały drwa z coraz większą zachłannością.
Dziewczyna pustym wzrokiem patrzyła na ogień. Gdy jej skrzydła zaczęły się palić po jej policzku spłynęła łza. Po chwili na jej twarzy pojawił się grymas bólu.
Tłum w milczeniu wpatrywał się w ogień. W powietrzu rozniósł się swąd palonych piór. Tłum w milczeniu wpatrywał się w ogień. W powietrzu rozniósł się swąd palonych piór. Najbliżej stojący gapie byli zmuszeni nieco się cofnąć – gryzący dym drapał w gardle i wyciskał z oczu łzy. Nawet ptaki przestały śpiewać. Słońce zaczęło się chylić ku zachodowi.
***
Bogini ze smutkiem na twarzy przyglądała się scenie, gdy kat podkładał ogień.
- Ty naprawdę nie zamierzasz jej pomóc – głos jej lekko zadrżał mimo, że siliła się na obojętność.
- Nie. Przecież podobno nie mam żadnych uczuć...
Przesunęła delikatnie ręką po jego lewym skrzydle i wyrwała małe puchowe pióro.
- Auu! Co robisz? – zmarszczył brwi zastanawiając się, co znów jej przyszło do głowy.
- A jednak ból czujesz – uśmiechnęła się.
Położyła pióro na wyciągniętej dłoni. Przez chwilę się mu przyglądała, po czym dmuchnęła lekko i piórko zaczęło powoli, okrężnymi ruchami spadać w dół. Czas jakby spowolnił swój bieg, jakby cały wszechświat skupił się w tym jednym miejscu. Piórko już miało dotknąć ziemi, gdy powiał wiatr i uniósł je w górę.
***
Ni stąd, ni zowąd zerwał się silny wiatr, zagrzmiało. Na niebie pojawiły się ciężkie, ciemne burzowe chmury. Najpierw jedna, potem następna i następna kropla deszczu zaczęły spadać na ziemię, a po chwili panowała już prawdziwa ulewa. Rozszalała się burza, jakiej nie pamiętali nawet najstarsi ludzie z miasteczka.
Ogień początkowo zaczął syczeć, lecz już po chwili dał za wygraną i zgasł. Tłum zaczął uciekać do swoich domów. Kat z toporem zbliżył się do dziewczyny, by zakończyć swoje zadanie. Podniósł ręce do góry, by zadać cios, gdy nagle niebo rozjaśniła kolejna błyskawica. Piorun uderzył w topór, a kat padł martwy na ziemię. Ludzie, którzy to zobaczyli podnieśli krzyk i zaczęli uciekać. Nikt nie odważył się zakończyć dzieła kata.
Na wpół spalone i rozmiękłe liny pękły a dziewczyna bezwładnie osunęła się na podest. W bramie miasta pojawił się jeździec, który przegalopował przez plac i zatrzymał konia przy dziewczynie. Koń toczył pianę z pyska i dyszał ciężko. Mężczyzna szybko zeskoczył z wierzchowca, sprawdził, czy dziewczyna oddycha a następnie delikatnie ją podniósł i posadził przed sobą w siodle. Koń zakołysał się niebezpiecznie, jakby miał zaraz się przewrócić, lecz jeździec wymruczał jakieś słowa i w konia jakby wstąpiły nowe siły. Ruszył galopem i po chwili zniknął.
Burza skończyła się tak nagle, jak się zaczęła. Na placu nie było nikogo, z wyjątkiem martwego kata i burmistrza, który zaciskając pięści patrzył w kierunku, w którym odjechał jeździec. Miasteczko było jakby wymarłe. Nikt nie śmiał nawet wyjrzeć przez okno.
***
- No, to już koniec – powiedział, przeciągając się.
Następnie rozpostarł skrzydła i wzleciał w powietrze by po chwili zniknąć.
- Nie. To dopiero początek... – uśmiechnęła się do siebie i rozpłynęła się w powietrzu.
***Rozdział II***
Drzwi lekko skrzypnęły, co wyrwało Wareta z trwającego już dłuższy czas odrętwienia, spowodowanego nieustającym czekaniem. Podniósł głowę, która do tej pory spoczywała na stole i spojrzał na znajdujące się naprzeciw niego drzwi. Z komnaty wyszła kobieta. Jej ognistorude włosy, oświetlone słońcem wpadającym przez małe okno mieniły się dziesiątkami odcieni. Zielone jak u kota oczy dziwnie połyskiwały. Twarz wyrażała bezgraniczne zmęczenie. Spojrzała na siedzącego przy stole mężczyznę i dopiero wtedy się ocknęła z zamyślenia. Usiadło na miejscu obok niego.
- Dziękuję - powiedział zachrypniętym głosem i odchrząknął. - Dziękuję, że zgodziłaś się przybyć – powtórzył i zaczął się jej przyglądać badawczo.
Zaśmiała się sztucznie.
- Nie ma za co - powiedziała przesłodzonym głosem. - Wszystko dla przyjaciół. Inna sprawa, że przez tyle lat przygotowywaliśmy cię, byś mógł zostać nauczycielem i byś mógł objąć stanowisko w Radzie... a potem posłałeś nas wszystkich do Otchłani i poleciałeś za zwykłą kobietą, która i tak znalazła sobie w końcu innego – krótką przemowę zakończyła ironicznym prychnięciem.
Oddech mężczyzny stał się nagle bardzo szybki - ledwo mógł powstrzymać gniew. Na twarzy pojawił się grymas złości. Powstrzymał się jednak i spytał, siląc się na obojętność:
- Więc dlaczego tu przyjechałaś?
- Hmmm... – kobieta zastanowiła się nad odpowiedzią. - Powiedzmy, że mam w tym swój interes. Nie codziennie ma się okazję spotkać Madareth. Właściwie to pierwszy taki przypadek. Niektórzy nawet się zastanawiali, czy one naprawdę istnieją - zmyśliła się. – Ale, oczywiście, ty o tym dobrze wiesz.
Waret zawahał się na chwilę.
- Czy mogę... - urwał i spojrzał na nią z niemą prośbą. - Mogę liczyć na dyskrecję?
Spojrzała na niego czujnie. Nalała sobie wina do stojącego na ławie kielicha, a następnie nieco wypiła opóźniając tym samym odpowiedź.
- Wiedziałeś, jeszcze zanim przybyłam, że nie mogę ci tego obiecać. Rada musi się o niej dowiedzieć. Właściwie zna już pogłoski. Nie wie tylko całej prawdy. Mogę co najwyżej obiecać, że dopóki dziewczyna nie wydobrzeje, nie podam miejsca jej pobytu.
Spojrzał na nią zaskoczony. Ona jednak zaczęła się interesować sposobem wykonania kielicha i unikała jego wzroku. Widać było, że nic nie powie.
- Co z nią? - spytał zatroskanym głosem, by przerwać przedłużającą się ciszę.
- Jest strasznie pokiereszowana. Jej ciało to jedna wielka rana. Nie oszczędzali jej na torturach...
- Skąd wiesz, że była torturowana? - spytał przytomnie rzucił jej uważne spojrzenie.
Kobieta zmieszała się a na jej twarzy pojawił się lekki rumieniec.
- Powiedzmy, że po incydencie z burmistrzem doszły do mnie pewne plotki i zaczęłam się tym trochę interesować - burknęła zła na siebie.
Mag skinął głową na znak, by kontynuowała. Słuchał uważnie i podejrzliwie się jej przyglądał. Pomyślał, że za tym musi kryć się coś więcej.
- Poza tym, jest strasznie poparzona – kobieta mówiła wolniej, ostrożnie dobierając słowa. Cud, że przeżyła. Normalny człowiek by się z tego nie wylizał. Opatrzyłam jej rany i zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. Zostawię ci duży zapas maści i eliksirów, bo domyślam się, że nie przyszło ci do głowy, by w ciągu tylu lat pustelniczego życia doszlifować swoje umiejętności z tej dziedziny.
- Wiesz, że nigdy tego nie lubiłem. Poza tym, to ty byłaś mistrzynią w eliksirach i sztuce leczenia, dlatego ciebie poprosiłem o pomoc.
- Stare dzieje. Źle zrobiłeś odchodząc od nas. Mogłeś wrócić... ale wolałeś odciąć się od świata zewnętrznego.
Nie odezwał się ani słowem.
- Ona się z tego wyliże - tym razem to ona zmieniła temat. - Nie wiem jakim kosztem, ale jej życiu nic nie zagraża. Podobno Madareth mają ogromne zdolności regeneracyjne - uniosła charakterystycznie dla siebie lewą brew.
- Nie wiem Vivianne, nie wiem. Jak spotkałem ją pierwszy raz, była w strasznym stanie, ale to było po Przemianie, a ja oczywiście nie wiem jak one ciężko ją przechodzą... Sama mówiłaś, że one są tylko legendą. Poza tym to tylko w połowie Madareth – zamilknął, a po chwili dodał: - dziękuję.
Kobieta zaśmiała się.
- Oj Waret, Waret! Tyle lat się znamy a ty w tym czasie zdołałeś podziękować mi tylko dwa razy. I to jednego dnia. Kim jest dla ciebie ta dziewczyna?
Zawahał się i odwrócił wzrok, spoglądając w zamyśleniu w okno.
- Promykiem światła. Jedynym, jaki znalazłem w swoim życiu w ciągu tych siedemnastu lat...
***
Za oknem już zmierzchało. Mrok zaczął otulać świat, sprawiając, że w pomieszczeniu z każdą chwilą było coraz ciemniej. Kobieta i mężczyzna jakiś czas jeszcze rozmawiali, po czym ona podała mu zawiniątko i przez chwilę mówiła coś, żywo przy tym gestykulując. Potem pożegnali się; dość chłodno, jakby z pewnym zażenowaniem. Kobieta wyszła, nie oglądając się za siebie, a mężczyzna, starając się, by nie narobić zbytniego hałasu, przeszedł do jednej z komnat. Wokół niewielkiego zamku Wareta panowała cisza.
Atmosfera w pokoju zagęściła się. Wnikliwy obserwator zauważyłby, że coś jest nie tak. Ale nikogo, takiego tam nie było.
***Rozdział III***
Wokół słychać było przytłumione szepty ludzi w różnym wieku, siedzących na stopniach świątyni, która była naprawdę olbrzymia, jak na tak małe miasteczko. Przez otwarte wrota każdy, kto chciał zaspokoić swoją ciekawość, mógł zajrzeć do środka i podziwiać ogromną salę, liczne, wielkości dorosłego człowieka, pozłacane posągi, przeróżne ofiary składane na pęknie i bogato zdobionym ołtarzu. W środku panował podniosły nastrój, który potęgowało pełne przepychu wyposażenie i intensywna, lecz dusząca i otępiająca umysł, woń kadzideł.
Kapłan chodził tam i z powrotem, co chwila kręcąc głową i denerwując się, ponieważ ta dziewczyna znów zadała pytanie, na które nie potrafił znaleźć odpowiedzi; znów znalazła błąd w ich rozumowaniu. To niebywałe! A ci ludzie się z niego śmieją! Z kapłana! To niedopuszczalne! Nie można na to pozwolić, przecież ona podkopuje ich autorytet! Znów czeka ją kara – tak trzeba. Surowsza od innych, bo w końcu im jest starsza, tym bardziej niezręczne pytania zadaje, a tak przecież nie można, on musi ją powstrzymać. Bogowie mu to wynagrodzą. Arcykapłan pewnie zresztą też...
***
W chacie, stojącej na skraju lasu, nieopodal miasteczka, roznosił się intensywny zapach ziół. Było lato, w chacie było duszno, lecz mimo to w palenisku płonął ogień, a w dużym kotle gotowała się jakaś mikstura, rozsiewająca wokół siebie dziwny, lekko słodkawy zapach. Starsza, siwa już kobieta o krępej budowie ciała, lecz nadzwyczaj zręcznych ruchach, krzątała się nerwowo po izbie. W sąsiednim pokoju dało się słyszeć jęk. Kobieta wydała polecenie dziewczynie, by ta czym prędzej udała się do chorej. Dziewczyna oczywiście zrobiła to bez protestów i, nie zważając na odór rozkładającego się ciała, zaczęła zajmować się chorą. Kobieta miała bardzo wysoką gorączkę, która mimo podawanych ziół i eliksirów oraz ciągłego chłodzenia całego ciała lodowatą wodą, nie dawała się zbić. Jej ciałem już od pewnego czasu wstrząsały dreszcze. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, gdy Indra weszła do izby, a na twarzy chorej kobiety pojawił się ledwo widoczny grymas, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa miał być uśmiechem.
- Jesteś tego pewna? – spytała zielarka patrząc kobiecie w oczy.
- Nie chcę w ten sposób... Dość cierpienia mojego i moich najbliższych.
ndra bez słowa podała chorej kubek z wywarem bliżej nieokreślonego koloru. Kobieta zaczęła pić – najpierw niepewnie, później już coraz bardziej łapczywie, jakby każdy łyk był dla niej wybawieniem. Wypiła wszystko, do ostatniej kropli. Na jej twarzy pojawiła się wyraźna ulga – ból wreszcie zaczął mijać, po raz pierwszy od wielu tygodni. Zdrętwiałymi wargami wyszeptała słowa podzięki, które z trudem można było zrozumieć. Gdy głowa kobiety bezwładnie opadła na poduszkę, po policzku Indry spłynęła łza.
***
Chodziła późnym popołudniem po lesie szukając ziół, po które wysłała ją Indra. W otoczeniu można było wyczuć dziwny niepokój – powietrze było ciężkie, duszne, było prawie bezwietrznie a wokół panowała dziwna, niespotykana wręcz cisza zakłócana tylko ostrzegawczym krakaniem kruka. Jej samej w tym nerwowym napięciu żołądek podchodził do gardła. Nagle zobaczyła Nataszę biegnącą co sił w jej kierunku. Straszna wiadomość – Indra pochwycona przez żołnierzy, oskarżona o zabójstwo. W pierwszej chwili całkowite zaskoczenie, szok, później zagubienie, wręcz panika. Niepewna sugestia Nataszy: „burmistrz”. Szaleńczy bieg przez las i pola do misteczka...
***
Drzwi do bogatej kamienicy. Serce bijące szybko i mocno. Gniew. Lęk. Ciało nie uspokojone jeszcze po długim biegu. Głęboki wdech na uspokojenie. Pukanie do drzwi. Kobieta o surowej twarzy przyglądająca się jej podejrzliwie. Chwila czekania. Zaproszenie do środka. Wejście do pokoju. Chudy, siwiejący mężczyzna przyglądający się jej z nienawiścią. Prośba o pomoc. Uśmiech satysfakcji na twarzy. Ostre słowa. Nienawiść w oczach. Zniewaga. Kłótnia. Ręce zaciskające się na jej szyi. Usta chciwie chwytające powietrze. Mściwy uśmiech. Nagłe przerażenie. Oczy rozszerzające się ze zdziwienia i ze strachu. Potworny ból. Nieludzki krzyk. Oczy widzące więcej. Uszy słyszące każdy szmer. Szpony rozrywające opuszki palców. Paląca skóra robiąca się coraz twardsza i twardsza, ciemniejąca z każdą sekundą, by stać się w końcu czarna. Rozrywana skóra na plecach. Przeraźliwy ból. Wyrastające czarne skrzydła. Świat widziany innymi oczami. Wyraźniejszy, dokładniejszy, prawie bez kolorów. .Mężczyzna, wciąż trzymający ręce na jej szyi. Wściekłość. Syk. Szpony rozdzierające twarz. Krzyk. Ciepła gęsta krew na twarzy. Kobieta wpadająca przez drzwi. Okrzyk przerażenia. Otwarte okno. Ciało wznoszące się w powietrze.
***
Noc. Lot ponad miastem. Oczy widzące dalej i uszy słyszące więcej. Księżyc świecący nad głową, pohukiwanie sowy. Świat pogrążony we śnie. Chłodny, nocny wiatr uderzający w twarz i rozwiewający włosy. Złość, która trzeba gdzieś wyładować. W dole las, miasto i znowu las. Wolność, prawdziwa wolność. Taniec w powietrzu. Dzika radość. Ciało unoszące się i opadające zgodnie z rytmem nadawanym przez potężne, czarne skrzydła. Po chwili niepokój. Ogromne zmęczenie. Skrzydła poruszające się coraz wolniej i wolniej. Przyspieszony oddech. Suchość w ustach. Pragnienie. Szmer wody w dole.
***
Zimno. Lodowata woda obmywająca stopy. Przeraźliwy krzyk ptactwa rozsadzający czaszkę. Każdy oddech sprawiający ból. Dreszcze. Każdy centymetr ciała palący strasznym bólem. Wirujący świat widziany spod półprzymkniętych powiek. Mocne słońce świecące oślepiająco prosto w oczy. Każdy szelest słyszany kilkakrotnie razy głośniej. Odgłos kopyt. Parskanie konia. Męski, mocny głos przemawiający najpierw spokojnie, później gwałtownie, zabarwiony nutką gniewu. Szelest łamanych gałęzi. Kroki. Niewyraźna postać nachylająca się nad nią. Pytanie. Brak odpowiedzi. Cisza. Po chwili błogość. Ciepło.
***
- Athre, mówiłem, żebyś nie wchodziła do biblioteki! Odłóż tę księgę!
- Ja tylko chciałam...
- Ile razy mam ci mówić, że magia to nie zabawa?! To jedno z największych niebezpieczeństw dla niewtajemniczonych na tym świecie!
- To mnie wtajemnicz...
- Ja...
- Dlaczego nie chcesz mnie nauczyć?
- Athre... Co ty trzymasz w ręce?
Na ziemię spadł niewielki obraz. Pech chciał, że dziewczyna gwałtownie się odwracając potrąciła świecę, która spadła wprost na miniaturę. Mężczyzna natychmiast rzucił się na kolana i jednym zaklęciem ugasił płomień, lecz z obrazu prawie nic już nie pozostało; cały został osmalony i tak nadgryziony przez ogień, że ledwo można było zauważyć kontury kobiety, która jeszcze nie tak dawno temu tam się znajdowała. Czarodziej klęczał na ziemi zrezygnowany, a pobielałe wargi drżały, nie mogąc wydobyć zza siebie żadnego dźwięku.
- Waret... Ja... Przepraszam...
- Sprowadziłem cię do mojej samotni, do której od siedemnastu lat nie miał wstępu żaden człowiek... Uzdrowiłem cię i ugościłem a ty nie dość, że naruszyłaś moją prywatność nie zważając na ostrzeżenia, to jeszcze zniszczyłaś jedyną pamiątkę, jaka mi pozostało po Niej... Wynoś się...
- Ale... Ty chyba nie mówisz...
- Nie chcę cię więcej widzieć – szepnął.
***
Siedziała w krzakach już od dłuższego czasu. Serce biło jej mocniej za każdym razem, gdy tylko usłyszała najmniejszy szelest. Niewygodna pozycja dawała jej się we znaki. Nogi zaczynały jej już cierpnąć, a jakiś większych rozmiarów sęczek wbijał się jej bezlitośnie w plecy. Nagle usłyszała śpiew, zaś po chwili na ścieżce pojawiła się tak dobrze jej znaną, kobieca postać. Szybko wyskoczyła z krzaków i rzuciła się na szyję oniemiałej ze zdziwienia Nataszy. Słowa powitania, wyjaśnienia, a nawet łzy szczęścia z powodu nieoczekiwanego spotkania przerwał odgłos końskich kopyt. Kilkunastu mężczyzn pojawiło się właściwie znikąd i otoczyło je. Jeden zsiadł z konia i szarpnął Athre za włosy. Gdy ta próbowała się wyrwać, uderzył ją w twarz i śmiał się, widząc jej bezbronność, chociaż ostrzegano go, że dziewczyna jest śmiertelnie niebezpieczna... Cóż mogłoby być niebezpiecznego w chudej, zaniedbanej nastolatce? Napastnicy mocno związali jej ręce i przywiązali sznur do siodła. Potykając się i upadając wśród śmiechów i urągiwań musiała pieszo pokonać całą drogę do miasta.
***
Zbliżający się człowiek z kapturem na głowie. Człowiek zadający ból. Krew zalewająca oczy. Znów ten dziwny ból. Skrzydła wyrastające z ramion. Tylko one. Zdziwienie. Przerażony wzrok. Mocny głos wydający komendy. Ręce wyrywające garściami pióra. Omdlenie. Uderzenie w twarz. Śmiech. Znów ból. Zobojętnienie. Ciemność.
***
Szturchnięcia. Mężczyźni wywlekający ją brutalnie z celi. Związanie rąk. Ból ogarniający całe ciało. Morderczy marsz ulicą. Ludzie wpatrujący się w nią złowrogo. Wszechogarniająca cisza. Człowiek wybiegający z tłumu. Znajoma twarz. Grymas nienawiści na twarzy. Popchnięcie. Upadek na ziemię. Coś czerwonego rzucane w nią z tłumu. Obelgi. Splunięcia. Ludzie rzucający się na nią i zadający jeszcze większy ból jej okaleczonemu ciału. Ciemność. Przebudzenie. Mężczyzna w kapturze zadający ból. Zobojętnienie. Ogień. Ból. Skrzydła, które się palą. Wszędzie ogień.
Krzyk. Odgłos otwieranych drzwi. Ktoś mówiący do niej łagodnym głosem. Chyba słowa otuchy. Lepka, słodkawa ciesz wlewana jej do gardła. Senność. Znów słowa. Znajomy głos.
- Wszystko już dobrze. To tylko sen. Śpij. Teraz już nie będzie koszmarów...
Ciemność...