Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Gra bogów II

luna ·

***Rozdział IV***

Szybkie kroki odbijały się głośnym echem po kamiennym korytarzu. Vivianne jednym ruchem odgarnęła loki opadające na twarz i zaklęła siarczyście. Po raz kolejny się spóźniła, chociaż obiecywała sobie, że to się już więcej nie powtórzy. Teraz będzie zmuszona znosić złowrogie spojrzenia co poniektórych członków Rady. Jakże ją irytowali ci dwulicowi, łaszący się do posiadających władzę, czarodzieje… Jak tylko spotykali się razem, prawili sobie komplementy, żartowali, podczas gdy później tylko myśleli o tym, co zrobić, by zlikwidować co bardziej poważanego kolegę po fachu. Nie było dla nich ważne to, że idą po trupach – wszakże cel uświęca środki, nieprawdaż? Czarownica zaśmiała się ironicznie. Umorzeni słudzy Przewodniczącego, którzy gotowi są zabić, by spełnić jego najmniejsza zachciankę. Żałosne… Vivianne była ambitna - a jakże, lecz duma nie pozwalała jej płaszczyć się przed tymi, którzy mogli uchylić jej rąbka swych tajemnic. Nie mogła sobie wyobrazić tego, że do swego celu dojdzie dzięki knowaniom i intrygom. Dworskie ploteczki jej nie bawiły. Nie była zainteresowana szantażem ani korzystnym romansem. Owszem… Była posłuszną Przewodniczącemu członkinią Rady, ale nic ponadto. Poza tym, nikt nie będzie mógł jej zarzucać, że kolejne stopnie kariery zdobywała dzięki znajomościom, ponieważ sama natrafiła na najprawdopodobniej najważniejszą sprawę w historii…
Gdy w końcu doszła do wielkich, mosiężnych drzwi, zatrzymała się, wzięła głęboki oddech, strzepnęła niewidzialny pył z ramienia i wygładziła zagięcia, których nie było. Skoro się spóźniła, to przynajmniej postara się wyglądać perfekcyjnie, by nikt nie miał jej nic do zarzucenia. Odgarnęła charakterystycznym ruchem włosy i weszła do jaskini lwa.
No tak… Wszyscy już zajęli swoje miejsca, a Przewodniczący najwidoczniej wcześniej chodził po sali i o czymś mówił, ponieważ teraz stał pośrodku i przyglądał się jej ciekawym, choć, o dziwo, nie sprawiającym wrażenia zbyt surowego, wzrokiem.
- Ach… Droga Vivianne… Witamy, witamy – powiedział, wskazując jej płynnym gestem miejsce po swej prawicy.
Kobieta usiadła na krześle, przypominającym nieco swą budową fotel, nie zwracając uwagi na przeszywające ją spojrzenia, które w każdym razie nie oznaczały aprobaty dla zajęcia tak szacownego miejsca przez tak młodą, niedoświadczoną a tym bardziej tak impulsywną i czasami bezczelną czarownicę. Ona jednak zrobiła to z gracją, jakby ten zaszczyt był dla niej czymś naturalnym.
- Z jakimi wieściami do nas przychodzisz? Wypełniłaś zadanie? – spytał Przewodniczący, wpatrując się w nią swymi nieskazitelnie błękitnymi oczyma, z których biła, jak u każdego elfa, mądrość i doświadczenie.
- Tak – skłoniła głowę.
- A zatem opowiedz wszystkim zebranym, nad czym pracowałaś przez tak długi czas, ponieważ niektórzy zdają się sądzić, że opuszczając nas, zaniedbałaś swoje obowiązki – rozejrzał się po postaciach siedzących wokół prostokątnego stołu, zatrzymując się przy niektórych twarzach ułamek sekundy dłużej, co jednak wystarczyło, aby owe kilka osób spłonęło rumieńcem.
Vivianne sięgnęła po kielich i upiła łyk słodkiego wina o intensywnym smaku. Wstała, odetchnęła głęboko i zaczęła mówić czystym i pewnym siebie głosem:
- Historia, którą wam opowiem, o najpotężniejsi z magów, może wydać się nieprawdopodobna. Zaręczam jednak, iż pewne fakty miały miejsce naprawdę. Część oczywiście to próba połączenia pewnych wątków i wypełnienia luk między nimi, pozostająca w sferze spekulacji i domysłów. Opowiem wam historię jedynego, udokumentowanego przypadku istnienia Madareth.
Po sali rozległ się szum głosów pełnych niedowierzania.
- Madareth? Przecież to bajka! – zaśmiała się czarownica, ubrana w idealnie dopasowaną suknię, koloru nocnego nieba.
- Dobra dla dzieci, a nie dla nas, najpotężniejszych z magów, jacy stąpają po ziemi – zarechotał mag ze szpiczastą bródką i o łysej czaszce.
Kilkoro magów zawtórowało mu, a nawet zaczęło się śmiać pełnym głosem, nie zwracając uwagi na powagę elfa i młodej czarownicy.
- Nie uważacie, że gdybym nie miał dowodów, to narażałbym się na śmieszność? – spytał spokojnym, acz stanowczym głosem Przewodniczący, co sprawiło, że na sali momentalnie zapadła cisza.
Każdy czuł respekt przed tym niepozornym, jasnowłosym elfem, który, nie ukrywając, był chyba najpotężniejszym z nich a do tego najbardziej charyzmatycznym. Chociaż wielu knuło za jego plecami, żaden z członków Rady nie odważył się jawnie wystąpić przeciwko niemu.
Przewodniczący skinął głową na znak, by Vivianne kontynuowała.
- Nasz Madareth a właściwie pół-Madareth, nazywa się Athre. Pierwszy raz, gdy ją spotkałam, miała rozległe oparzenia, z których normalnego człowieka nie mogłabym wyleczyć, chociaż, jak powiem bez fałszywej skromności, całkiem nieźle sobie poczynam z uzdrowieniami. Szybkość regeneracji tego stworzenia była naprawdę zdumiewająca. Ze zdziwieniem zauważyłam, że na jej plecach wciąż widoczny był szkielet skrzydeł… Oczywiście zażądałam wyjaśnień, a tych Waret nie mógł mi odmówić…
- Waret? Ten Waret? – spytał głos z sali.
- Tak, ten Waret, który, jeśli wierzyć plotkom, powinien już nie żyć. On znalazł ją na wpółżywą nad jeziorem podczas jednej ze swych samotnych wędrówek. Była całkowicie wycieńczona. Nie przeżyłaby kolejnej nocy, gdyby nie zabrał jej do swojej siedziby. Tam, wbrew swoim zwyczajom, otoczył opieką i pomógł wrócić do zdrowia. Chyba zaczęli się darzyć sympatią, ponieważ nasz mag nie odesłał jej, gdy wróciła do pełni sił. Pewnego dnia wybuchnął między nimi spór i Waret wygnał ją w przypływie złości.
Z tego, co zdążył się dowiedzieć, dziewczynę wychowywała Indra, zielarka żyjąca na skraju lasu, ponieważ matka Athre umarła zaraz po jej narodzinach. Początkowo opiekunka próbowała kształcić dziewczynkę w świątyni, lecz ta wydawała się być bardzo inteligentna i zadawała kapłanom niewygodne pytania. Karano ja bardzo surowo, więc zielarka zabrała ją stamtąd i zaczęła uczyć tego, na czym sama znała najlepiej – działania różnorakich ziół i uzdrawiana za ich pomocą. Było to jednak niebezpieczne zajęcie, ponieważ kobieta pomagała także umrzeć tym, którzy nie mieli już szans na przeżycie a cierpieli ogromne męki. Ktoś doniósł o tym i kobietę aresztowano. Jedyną osobą, która mogła coś wskórać, był burmistrz – do niego też udała się Athre.
Niestety nie wiem, co się tam wydarzyło. Doszło chyba do jakiejś kłótni, ale to nic pewnego. Dziewczyna nie chciała o tym mówić – wciąż była w szoku. Pewne było jedno. Wtedy doszło do pierwszej przemiany, którą dziewczyna przeszła bardzo ciężko. Zraniła burmistrza i wyleciała przez okno, przypadkiem lądując nad jeziorem, gdzie znalazł ją Waret.
Co się stało później? Mag nękany wyrzutami sumienia, wyruszył na poszukiwanie swej podopiecznej. Zdążył na egzekucję i ledwo udało mu się ją uratować. Zerwała się burza, jakiej ja nigdy na oczy nie widziałam i o jakiej nawet nie słyszałam… Nie wiem, co za potężna moc ją sprowadziła… Sami wiecie, że magia żywiołów jest najtrudniejszą do opanowania, a wichura zaczęła się i skończyła równie szybko… Może nie tylko my interesujemy się tą dziewczyną?
- Przypuśćmy… - zaczęła, rumieniąc się, młoda czarodziejka o oliwkowej cerze. Odchrząknęła. – Przypuśćmy, że Vivianne ma rację… Ale… Ale co ona tutaj robi? – bąknęła i skuliła się, mając nadzieję, że nikt nie zwrócił na nią większej uwagi.
- To bardzo dobre pytanie… - zamyśliła się ognistowłosa.


***

Antiste już jako młoda dziewczyna, postanowiła poświęcić się bogini. Nie wyobrażała sobie innego życia, niż te, w blasku świątynnych świec i odurzającego zapachu kadzideł. Najbardziej chyba fascynowało ją uczucie wibrującej mocy, prawie namacalne… Coś wspaniałego! Kapłani, co prawda, zarzucali jej, że nie uważa na naukach, lecz ona wsłuchiwała się w ciszę, w szept modlitw i wprowadzała się w hipnotyczny trans.
Szybko się przekonano, że Luna ma w niej upodobanie. Jeszcze nikogo nie obdarzyła tak ogromną mocą. Chociaż sama była pomniejszą boginią w całym panteonie, pozwoliła jej ‘widzieć’, co wprawiało w zazdrość najbardziej szacownych kapłanów. Obawiali się o utratę swego poważania i stanowisk. Teraz to do niej lud zwracał się z prośbą o wstawiennictwo do bogini, o pomoc w rozwiązaniu problemu, o wyrażenie Jej woli. Nie mieli wyboru. Musieli ją przyjąć w swe szeregi. Postanowili jednak wpierw odseparować niewygodną dziewczynę od motłochu. Wszak, by mogła zostać jedną z nich, musiała pobierać nauki jeszcze przez wiele lat… A to da im czas… Tak często się przecież zdarzało, że ‘dar’ zanikał. Może i tym razem im się poszczęści?
Antiste położyła się w swoim pokoju sypialnym po dniu wypełnionym modlitwami i medytacjami. Nie tego się spodziewała… Wpajano jej poglądy niezgodne z jej przekonaniami, niezgodne z przekonaniami bogini! Tak nie mogło dalej być!
Długo biła się ze swymi myślami, lecz w końcu zasnęła po ciężkim dniu. Miała dziwny sen… Zapamiętała z niego tylko czarne pióra, ciemną skórę…To było tak…
Otworzyła oczy. Zobaczyła przy oknie kształt, rozmywający się w mroku nocy. Chmury odsłoniły księżyc, ukazując ogromne, czarne, pierzaste skrzydła i potężną sylwetkę. Ciemne oczy kontrastowały z jasną skórą, nadając mężczyźnie jeszcze bardziej demoniczny wygląd.
Antiste upuściła świecę, biegnąc do pokoju swojej opiekunki. Przeraźliwie drżąc i jąkając się wyjaśniła, że w swoim pokoju widziała demona! Inkuba!
- Inkuba? Drogie dziecko… - zaśmiała się kapłanka. – Skoro nie spałaś, jak mogłaś wiedzieć, że był to inkub? Przecież one ukazują się tylko we śnie. Pewnie gra świateł sprawiła, że wydawało ci się, iż widziałaś sylwetkę mężczyzny.
- Ale ja naprawdę…
- Chodź, sprawdzimy – wzięła ją pod rękę. – Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego kapłani nie chcą cię dopuścić do swego grona… Wszyscy wiedzą, że Luna ma w tobie upodobanie…
Oczywiście w pokoju nie było nikogo. Kapłanka wyjaśniła Antiste, że przecież bogini nie pozwoliłaby nikomu jej skrzywdzić. Następnej nocy dziewczyna już nie uciekła, lecz z ciekawością zbliżyła się do tego niezwykłego, jakże fascynującego i pociągającego mężczyzny…

***

Mantriel rozkoszował się zachodem słońca, na podziwianie którego tak rzadko mógł sobie pozwolić. Nie tak łatwo jest przecież zbiec z Otchłani. On jednak przeżył tam tyle setek lat, że znalazł sposoby, by odszukać nikomu innemu nieznane przejścia. Owszem, było to dla niego niebezpieczne, lecz już tyle razy wymykał się niepostrzeżenie, że groźba wykrycia przez Najwyższego, wydała mu się prawie nieprawdopodobna. Zresztą… Kiedy ktoś o nim ostatnio słyszał? Wieki temu…
Słońce znikło już za horyzontem, a wszelkie odcienie czerwieni, pomarańczy i złota, zaczęły się rozmywać w stonowaną czerń nocnego nieba. Pohukiwanie sowy przerwał dźwięk, którego nikt nie spodziewałby się usłyszeć… Gdzieś niedaleko zakrakał kruk.
- Oho… Szykują się kłopoty… – mruknął niezadowolony.
Jak na komendę, obok znudzonego Madareth uderzył piorun, osmalając mu pióra.
- Co ty wyprawiasz?! Chcesz…
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, ponieważ bogini uderzyła go z impetem w twarz. Zdumiony dotknął ręką policzka i patrzył, jak drobne iskierki wędrują po jej srebrnej skórze, przeskakując między kosmykami włosów, skórą i suknią. Naprawdę było niedobrze…
- Chyba dużo cię kosztowało, by ukryć twój romans z moją kapłanką – syknęła Luna przez zaciśnięte zęby.
- Nie rozumiem, dlaczego się tak denerwujesz… - Mantriel próbował załagodzić sytuację. – Przecież z każdym dniem masz ich coraz więcej.
- Mogłeś wybrać każdą, ale zachciało ci się Antiste!
- Uspokój się… Jeśli tak bardzo ci na niej zależy, to więcej się z nią nie zobaczę…
- Za późno. Ona spodziewa się dziecka.
Kolejny grzmot. Bogini zostawiła oniemiałego demona samego.
- To niemożliwe… – wyszeptał pobladłymi wargami.

***

- Madareth… - mruknął mag z bródką. – Zdajecie sobie sprawę, co moglibyśmy dzięki niej osiągnąć?
Przewodniczący uśmiechnął się, słysząc poruszone nerwowe szepty.
- Tak potężne narzędzie w naszych rękach… Jeśli wierzyć legendom… Zabójca doskonały! – kontynuował poruszony. – Wystarczy odpowiednio nią pokierować. Tylko jak to zrobić?
- Po to właśnie wysłałem Vivianne – odparł elf. – Jak się powiodła misja, którą ci powierzyłem?
- Athre jest w drodze. Będzie tu lada dzień..

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...