Graviora Manent
- Wiesz, że nie tam prowadzi NASZA droga, musisz o NIM zapomnieć- usłyszała wewnątrz swojej głowy. Odwróciła się w kierunku towarzysza. Był to śnieżnobiały, wielkości sporego kuca, wilk. W czarnych oczach błysnęła troska.
- Nie martw się, pamiętam. Nie potrafię tylko pogodzić się z myślą, że nic nie można zrobić- odparła. Świadomość, że nie jest w stanie uratować swojego ukochanego pieska napawała ją rozpaczą. Ale, jak powiedział kiedyś Kaien, trzeba żyć dalej.
Zbliżyła się do wilka, który \"przykląkł”, pozwalając Melianie wygodnie umościć się na swoim grzbiecie.
Po chwili gnali już przez bezkresne morze zieleni. Złote słońce na nieskazitelnym nieboskłonie nadawało pagórkom i równinie szmaragdowy kolor. Delikatne podmuchy ciepłego wiatru podkreślały piękno tego wczesnoletniego dnia.
Meliana nieco rozpogodziła się na widok uroku otaczającej ją przyrody. Zaczęła nucić jakąś wesołą piosenkę i z minuty na minutę poprawiał się jej humor.
W zupełnie innym nastroju był Kaien. Zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa tej podróży. Malownicza okolica kryła wiele strasznych tajemnic. Czuł to. Gdy słońce zajdzie, zniknie też bezpieczeństwo. Nic im nie groziło ze strony istot żywych. To, co napawało go prawdziwym lękiem mieszkało tu, w powietrzu, ziemi i roślinach. Musi ze wszech miar zatroszczyć się o dziewczynę, tylko ona się liczy.
Dzień powoli chylił się ku końcowi. Robiło się coraz chłodniej, wiatr wzmógł się i zmienił kierunek. Stał się lodowaty. Groza powoli poczęła ogarniać podróżników. Coś było w powietrzu. Ostrzeżenie? Oczekiwanie? Nie wiedzieli. W chwili, gdy czerwona tarcza schowała się za najbliższym wzgórzem, zatrzymali się. Rozbiciu obozowiska towarzyszyły ukradkowe spojrzenia za siebie. Ogniska nie rozpalili, bo nie mieli z czego. Na ich całe otoczenie składała się jedynie trawa i jakieś zielone roślinki. Tak więc w tym wypadku ,,rozbicie obozowiska” obejmowało rozłożenie koca. Po skromnej kolacji, Meliana otuliła się szczelnie kocem i zamknęła oczy. Kaien położył się za nią, ogrzewając jej plecy i chroniąc przed ewentualnymi zagrożeniami.
Niebo przybrało barwę ciemnego granatu, a migotliwe gwiazdy zaczęły zdobić nocne sklepienie. Pomimo zamkniętych oczu i zmęczenia, Meliana nie mogła zasnąć. Coś jej w tym przeszkadzało.
Na początku słyszała tylko szelest poruszanej trawy. Po pewnym czasie, zdającym się być wiecznością, usłyszała cichutki śpiew, który niósł w sobie echo cierpienia i samotności.
Nie miała pojęcia, co powinna w tej sytuacji zrobić. Serce jej się ściskało na myśl o biednym dziecku, które w tę noc było tutaj same. Z drugiej zaś strony doskonale pamiętała ostrzeżenia wilka, by pod żadnym pozorem nie odchodziła od niego. Nie mogła prosić Kaien o pomoc, bo on z pewnością zignorowałby śpiew. Po długich rozważaniach, zdecydowała. Wygrała wrażliwa na ludzką krzywdę natura dziewczyny. Ostrożnie, by nie zbudzić przyjaciela, wysunęła się z koców.
Zalęknionym wzrokiem ogarnęła okolicę. Wszystko wydawało się drzemać w srebrnym blasku księżyca. Była wyjątkowo jasna, choć zimna noc. Wsłuchała się w wątły głosik i ustaliła, że pochodzi z najbliższego wzgórza. Zaczęła się wspinać po mokrym od rosy, dywanie trawy.
Zdyszana dotarła na miejsce. Śpiew ucichł. Okręciła się dookoła własnej osi, rzucając niespokojne spojrzenia. Coś zaszeleściło za nią. Odwróciła się. Nic. Znów usłyszała szelest, tym razem z prawej strony. To, co zobaczyła sprawiło, że serce zamarło jej z przerażenia.
Ciszę przerwał krzyk śmiertelnego strachu.
Kaien zerwał się na równe nogi. Zasnął. Nie chciał, ale wiatr nucił porażającą kołysankę, której nie potrafił się oprzeć. Rzucił krótkie spojrzenie na okolicę i zrozumiał. Podczas gdy on spał, Meliana powędrowała na szczyt wzgórza. Stamtąd dochodził krzyk.
Zdążył zaledwie zrobić kilka kroków, gdy coś oplątało kostki jego tylnych łap i zaczęło ciągnąć w tył. Odwrócił głowę chcąc przegryźć krępujące łańcuchy. W zębach trzymał trawę, która nim zdążył cokolwiek zrobić, oplotła przednie łapy i tułów. Szarpał się, gryzł i warczał na przemian, ale nic nie pomagało. Zielony dywan w zastraszającym tempie pochłaniał jego ciało. Zaczynało brakować mu powietrza.
Nagle rozległ się krzyk ptaka. Kaien rozpoznał go natychmiast. Jastrząb. Wielkie szpony wbiły się zaledwie kilka centymetrów od jego karku, wyrywając dziurę. Poczuł, jak coś chwyta go za grzbiet, wbijając się w skórę i ciągnie do góry. Jedno silne szarpnięcie i łapy miał wolne. Unosił się jakieś siedem metrów nad ziemią. Lecieli w stronę, z której dochodził krzyk.
Żołądek ścisnął mu się, gdy zobaczył scenę, jaka tam się rozgrywała. Na środku stało coś, co kiedyś było człowiekiem. Mięśnie, układ krwionośny i nerwowy był pokryty cienką, przezroczystą błoną, która pozwalała na zobaczenie czerwonych płatów mięsa i ciemnoniebieskich nitek nerwów. Przekrwione oczy wpatrywały się w swoją ofiarę. Z pleców wyrastały zielone macki, z których większość trzymała w powietrzu wijącą się dziewczynę. Reszta falowała na wietrze. Wszędzie unosił się smród zgnilizny, który przyprawiał o mdłości. Wilk mógł dokładnie przyjrzeć się całemu widowisku, gdyż zbliżali się do lądowania. Gdy odległość od ziemi zmniejszyła się do pół metra, został upuszczony. Już miał zamiar skoczyć do gardła kreaturze, która ośmieliła się spróbować zrobić krzywdę jego przyjaciółce, ale powstrzymały go słowa wypowiedziane lodowatym tonem- Ani mi się waż.
Odwrócił łeb i zobaczył jeźdźca czarnego, jak się okazało, jastrzębia, który błyszczącymi miodowymi oczyma wpatrywał się w niego. Człowiek, który na ogromnym ptaku przyszedł im z pomocą, okazał się być bardzo wysoką kobietą, całą spowitą w czerń, z krzyżującymi się na plecach mieczami. U boku wisiało lasso. Czarne jak smoła włosy, prosto opadały na plecy. W niemalże białej twarzy błyszczały agatowe, pozbawione białek oczy. Mocno zarysowana linia szczęki świadczyła o silnej woli. Gdy ich spojrzenia skrzyżowały się, poczuł się tak, jakby coś wniknęło w jego głąb i dokonało szczegółowej analizy. Było to bardzo nieprzyjemne. Kobieta zwinnie wyciągnęła sporej wielkości oburęczny miecz o ząbkowanym ostrzu i klingą pokrytą dziwnymi symbolami. Z kocią gracją pokonała odległość dzielącą ją od monstrum.
Kreatura zauważywszy nowo przybyłą, uśmiechnęła się, ukazując kły zamiast zębów. Zielone macki wyrastające z pleców, uderzyły w nią. Z nadludzką szybkością obcinała wciąż atakujące powoje uwite z trawy i nie zwalniając kroku, zmierzała w stronę monstrum, które puściło bezwładne ciało ofiary i skupiło się walce z napastnikiem. Posłała mu zimny uśmiech, nim z miecza wystrzelił w jego stronę ciemny płomień.
Rozległ się ryk nieopisanego bólu, gdy potwór zajął się ogniem, który z niezwykłą szybkością pochłaniał całe jego ciało, zamieniając je w popiół.
Nieznajoma skierowała swoje kroki w kierunku ciała dziewczyny. Wilk nawet nie zauważył, kiedy broń znalazła się z powrotem na swoim miejscu. Faktem jednak było, że podniosła nieruchome ciało Meliany, jakby nic nie ważyło, a z doświadczenia wiedział, że tak nie jest.
Po kilku minutach znalazła się przy nich, a potwór w tym czasie zdążył się spalić. Wiatr rozwiał jego prochy w cztery strony świata. Kobieta położyła Melianę na ziemi i wyjąwszy mały flakonik z torby przytroczonej do siodła, podsunęła go pod sam nos dziewczyny. Ta, odkaszlnąwszy, zaczerpnęła duży haust powietrza i otworzyła jasnoniebieskie oczy. Przenosiła wzrok kolejno z pochylającej się nad nią kobiety, na jastrzębia i na wilka. Tu jej spojrzenie zatrzymało się najdłużej. Lęk, przerażenie i poczucie winy odmalowało się jednocześnie na twarzy Meliany. Pospiesznie podniosła się.
- Kim jesteś, pani? Kaien, wybacz mi, że cię nie posłuchałam, ale słyszałam śpiew i ... Jesteś ranny? Jak to się stało? Nic ci nie jest? On był po prostu okropny i paskudnie pachniał, ale...
- Wystarczy. Rozumiemy i nikt cię o nic nie obwinia. Nazywam się Aien. Nie pojmuję jednak, po co zawędrowaliście na te trawiaste pustynie i prędzej czy później umarlibyście z głodu i pragnienia, chyba że lubicie rośliny zielone?- zapytała.
Kaien napotkał przenikliwy wzrok kobiety w czerni.
- Ponad trzy lata temu ktoś z niewiadomych przyczyn wysłał za dziewczyną oddział stu wojowników, którzy wymordowali opiekunów i przyjaciół Meliany.
- Opiekunów?- zapytała kobieta.
- Jej matka zmarła w połogu, a ojciec zginął w jakichś walkach.
Ich wybawczyni tylko skinęła głową i milczała przez chwilę, po czym podeszła do Meliany i chwyciła w dłonie jej głowę, zmuszając, by spojrzała prosto w mroczne oczy. Kaien z niepokojem przyglądał się, jak jego przyjaciółka stoi niczym zahipnotyzowana, z oczami bez wyrazu. Po upływie czasu, wydającego się mu wiecznością, puściła ją. Dziewczyna zamrugała kilka razy i zdziwienie odmalowało się na jej niewinnej buzi.
- Taak, teraz wszystko stało się jasne- mruknęła pod nosem właścicielka ogromnego jastrzębia, który szturchnął ją lekko. Wilk podszedł do Meliany i otarł głowę o małą rękę dziewczyny.
- Zabieram was ze sobą do jakiegoś bezpieczniejszego miejsca. Mała usiądzie ze mną na jastrzębiu, a ty będziesz musiał zadowolić się mocnymi szponami Vien.
Jak powiedziała, tak też zrobiła. Przerażoną dziewczynę usadziła na grzbiecie ptaka i siadła za nią, każąc mocno się trzymać. Ogromne skrzydła wykonały dwa machnięcia i Kaien poczuł, jak chwyta go jastrząb, a łapy odrywają się od ziemi. Księżyc pokonał już większą część swojej drogi po nieboskłonie, gdy wznieśli się dostatecznie wysoko i polecieli. Na południe.
Jest bardzo młoda, za młoda. Nie poradzi sobie, gdyby była chociaż trochę starsza, może wtedy... Nie, ona się nie nadaje. Ma za miękkie serce. I wykazuje braki inteligencji. Przegra.
Aien miała mętlik w głowie, gdy spoglądała na uśpione ciało Meliany. Znajdowali się w jednej z jaskiń położonych wysoko w górach na którejś z półek skalnych. Nie miała pojęcia, co wyrzeźbiło tę grotę o idealnie ociosanych ścianach i łukowatym sklepieniu w brunatnym kamieniu. Grunt, że byli tu bezpieczni. Na środku żarzyły się ostatnie węgielki (tak przy ludziach nazywała czarne kamienie, które po wyszeptaniu odpowiednich słów, zaczynały płonąć). Obok leżała owinięta w koce mała postać. Twarzyczkę o brzoskwiniowej cerze okalały kasztanowe włosy, zwijające się w strąki. Gładkie policzki i delikatne rysy twarzy nadawały jej wyraz niewinności i naiwności. Miała co najwyżej trzynaście lat. Wyglądała doprawdy wzruszająco, gdy tak leżała skulona i opatulona szarobrunatnymi kocami. W przyszłości miała wyrosnąć na przepiękne, delikatne stworzenie. Szkoda jej.
Westchnęła ciężko. Takie w końcu jest życie. Niszczy to, co najpiękniejsze i pozostawia same brudy. Tak dla zabawy. Przekonała się o tym podczas długich lat samotności. Nie była człowiekiem, ani też potworem, czy jedną z istot lasu lub wody. Była niczym. Wytworem bogów, żeby było śmieszniej. Ni to płaz, ni ryba. Coś, a zarazem nic.
Została obdarowana niezwykłymi zdolnościami, ale też ograniczeniami. Nie starzała się, szybko wyleczyła się z każdej rany, była bardziej odporna. Miała nadludzką siłę, zwinność i szybkość. O wiele lepiej widziała i słyszała od zwykłych śmiertelników. Używała pewnego rodzaju magii, doskonale znała zachowanie i obyczaje poszczególnych ras, zwierząt i roślin. Jednym słowem była lepsza. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać.
Wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie tęsknota. Nie było dnia, by żelazna obręcz nie ściskała jej gardła i niepokój nie gnał Aien wciąż dalej. Czegoś szukała, coś ją wzywało... Nie wiedziała tylko co. Coś kusiło, przyzywało i pomimo, że przemierzyła cały świat kilkanaście razy wzdłuż i wszerz, nie znalazła tego czegoś.
Żyła bardzo długo, na początku liczyła lata, ale później przestała. Przestała, gdy przekroczyła dwieście ziemskich lat. Z braku zajęć, zaczęła zabijać potwory, coś w końcu musiała robić. Z czasem opanowała wiele pożytecznych zdolności, które rozwijały się w licznych walkach.
Teraz czuła jeszcze wyraźniej niż zazwyczaj, że coś ją wzywa. Już niedługo to odnajdzie, była o tym przekonana, musiała tylko cierpliwie czekać i pomóc temu biednemu dziecku, które czeka niewesoła przyszłość. Czas pokaże, czy miała rację.
- Znajdźcie tego bachora i przyprowadźcie do mnie. Muszę mieć ją żywą! Tyle razy wam umknęła, przeklęte matoły! Co z was za wojownicy, skoro zwykłego dzieciaka nie potraficie dorwać?! Nic! Banda bezmózgowców wymachujących mieczami, zera!!!- darł się w niebogłosy niski, pulchny człowieczek o obrzmiałej, czerwonej twarzy, parskając śliną na boki i świdrując swych podwładnych paciorkowatymi, wyblakłymi oczami. Czerwony kaftan i spodnie opinały się na wydatnym brzuchu. Kary koń, na którym siedział, wyglądał, jakby tylko czekał, aby zrzucić ciężkiego jeźdźca.
Wskazał palcem lewej ręki, na którym tak jak na innych błyszczał pierścień z rubinem wielkości chrabąszcza, w stronę jednego z żołnierzy w zbroi, który wyglądał jak poruszająca się kupa żelaza - Ty! Zapewniałeś mnie, że dziewczyna zginęła w lesie razem ze swoim psem! Ale ona żyje, co masz na swoje usprawiedliwienie? Nie toleruję niekompetencji.
- Ja...to znaczy my, goniliśmy ich i wtedy zobaczyliśmy przed sobą stado Die, a w tej sytuacji musieliśmy zawrócić, ale wyraźnie słyszałem krzyki, nikt nie mógł przeżyć, to niemożliwe...
- A jednak przeżyli- zauważył zimno.- Za to, że przyznałeś się do swojego tchórzostwa, zmniejszę ci karę. Zabrać go do Ghas.
- Nie! Panie, błagam, zabij mnie natychmiast! Nie chcę do Ghas, to gorsze od śmierci! Proszę!- wył żołnierz, próbując się wyrwać swoim towarzyszom, którzy zrzucili go z konia i poprowadzili w stronę ponurego zamczyska na wzgórzu. Na próżno. Pan już dawno zapomniał o skazańcu i pogrążył się w ponurych rozmyślaniach. Całe zajście z nabożnym lękiem śledziły dziesiątki par oczu innych wojowników.
Potworny grymas odmalował się powoli na twarzy tłustego zwierzchnika. W głowie miał już gotowy plan na ewentualność pojawienia się Meliany. Będzie oczekiwał jej powrotu z niecierpliwością. Tak, nie mógł się już tego doczekać.
- Wiesz, często masz doskonałe pomysły- mruknęła nieziemsko piękna kobieta o złotych włosach i szafirowych oczach.
- Przecież zawsze tak twierdziłem- odpowiedział równie urodziwy mężczyzna. Dotknął palcem mętnej wody w złotej misie, stojącej na podwyższeniu po środku sali wykonanej z oślepiająco białego kamienia.
Na jej powierzchni poczęły się pojawiać koła, z każdą sekundą coraz większe. Ciecz wypełniająca naczynie rozjaśniła się i w pewnym momencie stała się zupełnie przezroczysta.
- Ciekawe, jak dalece jesteśmy w stanie zmusić istoty ludzkie do posłuszeństwa. Swoją drogą, pomysł, by spotkać ze sobą te dwie, był nadzwyczajny, gratuluję. Teraz zabawa stała się o wiele ciekawsza- powiedział, zafascynowany czystością zawartości misy.
- Jest tylko jeden minus mojej decyzji- rzekła po głębszym namyśle
- Jaki?
- Aien zaczęła się chyba czegoś domyślać, jest teraz bliżej odkrycia prawdy o sobie, niż przez wszystkie te lata. To mnie martwi.
- Nie potrzebnie się przejmujesz, nawet gdyby Go odnalazła, nie zrozumie, jaki ma związek z nią. To nazbyt skomplikowane. Szczerze mówiąc, sam często się w tym wszystkim gubię. - odparł dziarsko.
Mimo wszystko jednak nie pozbyła się uczucia niepokoju. Gdyby w jakikolwiek sposób dowiedziała się prawdy o swoim pochodzeniu i ścisłym związku z małą Melianę, skończyłoby się to gorzej niż źle. Bramy prowadzące do Krainy Bogów stanęłyby otworem. Zapanowałby powszechny chaos, śmierć i spustoszenie. To byłby faktyczny koniec świata i to nie tylko świata ludzi.
Nie można do tego dopuścić. Nigdy, przenigdy...
W mroku czarniejszym od najciemniejszej nocy wisiała przykuta do skalnej ściany istota, której rozpaczliwe jęki mieszały się z świstem zimnego, zachodniego wiatru. Istota ta została przykuta nierozerwalnymi łańcuchami na początku wszelkiego życia. Wiedziała za dużo, a co najgorsze, chciała się tą wiedzą podzielić z innymi. Na szczęście otrzymała stosowną karę.
Kilkaset lat później na świecie pojawiło się dziecko. Dziecko, które było w stanie uwolnić więźnia. To obudziło nadzieję skazańca. Skupił całą siłę swojej woli i wysyłał sygnały, które miały naprowadzić wybawcę. Na próżno. Pomimo usilnych starań nigdy nie udało mu się nawiązać kontaktu. Coś w tym przeszkadzało, blokowało. Aż do dzisiaj.
Wiatr owiewający znękane ciało przyniósł dobrą wiadomość. Po bardzo długim czasie, a właściwie wieczności całej, znalazł kontakt. Słaby wprawdzie, ale jednak. Teraz pozostaje jedynie zbierać siły i w odpowiednim czasie przesłać wiadomość. Nareszcie los się uśmiechnął do jedynego mieszkańca tej podziemnej groty, do której nie wiadomo skąd dochodziły podmuchy lodowatego powietrza. Musiał zdobyć się na cierpliwość, skoro wytrzymał tyle, może poczekać jeszcze trochę, ale niezbyt długo. Westchnienie nieopisanej ulgi wyrwało się z wychudzonej piersi.
- Nie, to możliwe- szepnęła w osłupieniu Meliana, ściskając rękę Aien.
- Ale to prawda. Jesteś jedyną wnuczką umierającego króla Deiera. Miał on córkę imieniem Melia, która wbrew zakazowi ojca wyszła za mąż za księcia małego państewka na północy. W tym czasie wasz sąsiad ze wschodu wzmorzył ataki na królestwo twego dziada i nie miał on czasu szukać pomsty na swym zięciu i niepokornej córce. Wojna trwała dziesięć lat i niemal doszczętnie zrujnowała oba państwa. Nie to jednak było najgorsze. Król podczas niej stracił wszystkich swoich synów. Tron nie miał następcy. Podczas walk władca otrzymał bardzo wiele ran i nie miał sił, by osobiście odszukać swą córkę. Wysłał więc najbardziej zaufanych ludzi, aby ją odnaleźli. Wrócili po czterech miesiącach. Przynieśli złe wieści. Melia zmarła przy narodzinach swej córki, a jej ojciec zginął w walkach przygranicznych. Dzieckiem zajęła się stara, zniedołężniała ciotka, która zabrała ją niewiadomo dokąd. To załamało Deiera. Polecił swemu doradcy, by odnalazł jego wnuczkę. Był to człowiek żądny władzy i bezwzględny. Owszem, chciał odnaleźć dziewczynkę, ale dla własnych celów. Miał zamiar ją poślubić i zdobyć władzę. Teraz chyba rozumiesz, dlaczego jesteś ścigana? Przyjrzyj się uważnie murom Eres, od dziś będzie to twój dom. Nie myśl, że tu cię porzucę. Jeszcze dziś staniesz przed obliczem Jego Wysokości i wiedz, że będę przy tym obecna. Nie pozwolę, by stała ci się krzywda. Twój przyjaciel również- zakończyła cicho, spojrzawszy znacząco na wilka.
Z samego rana po krótkim, acz pożywnym posiłku zabrała tę dwójkę w podróż. Lecieli bardzo wysoko, a dziewczyna na początku była sztywna ze strachu, w miarę jednak jak oddalali się od nocnego schronienia, odprężała się i szeroko otwartymi oczyma chłonęła widoki na dole. Długie, granatowe, wijące się wstęgi, które był rzekami. Soczysto zielone lasy i domy wielkości kamyków. Była zauroczona. Wylądowali po dwóch godzinach lotu w niewielkiej kotlinie. Gdy tylko znaleźli się bezpiecznie na ziemi, jastrząb odleciał. Wspięli się na niewielki pagórek obficie obsypany kwiatami, z dominacją stokrotek i maków. W odległości pół kilometra wznosiły się szare mury, z ogromnymi otwartymi wrotami. Co kilkaset metrów rozmieszczone były wieże strażnicze, na których trzepotały flagi, przedstawiające koronę, a pod nią czarnego kruka. Wszystko na krwisto czerwonym tle. Szerokim gościńcem nieopodal zmierzali do miasta kupcy i handlarze, pragnący sprzedać swe towary w mieście, które ogromnie ich potrzebowało. Aien z łatwością dostrzegała szczegóły twarzy tych ludzi, jak i towaru, ciągniętego przez konie lub woły. Po raz wtóry doskonały wzrok przydał się. Czuła, jak mała ściska mocno jej rękę, a bezładne myśli krążą jej po głowie. To zbyt dużo jak dla wrażliwego dziecka.
- Biedny dziadek- powiedziała przez łzy. Aien spojrzała na nią zaskoczona. Żałowała dziadka. Tego, który sprzeciwił się szczęściu dwojga młodych ludzi i sam doprowadził do swej zguby.
- Nie płacz, sam sobie jest winien, nie ma co rozpaczać nad ludzką zapalczywością. Powinnaś raczej żałować rodziców- powiedziała, starając się przybrać łagodniejszy ton. Niepewnie pogłaskała Melianę po głowie. Ona, jakby tylko na to czekała. Puściła rękę i mocno przytuliła się do Aien, obejmując rękami jej szczupłą talię i zanosząc się przeraźliwym łkaniem.
Zdumiona tym gestem, nie wiedziała, co ma zrobić, więc dalej gładziła jedwabiste włosy.
- Już dobrze, to wydarzyło się dawno temu i należy do przeszłości. Teraz wszystko jest już dobrze, za kilka godzin spotkasz dziadka i znów stworzycie piękną, kochającą się rodzinę. Nie chcesz chyba mieć czerwonych oczu jak królik, gdy się z nim spotkasz?- wypowiadając te słowa czuła się bardzo głupio. Nadała głosowi pewne brzmienie, choć absolutnie nie wierzyła w to, co przed chwilą powiedziała.
Wilk z mieszanymi uczuciami przyglądał się tej scenie, która absolutnie nie pasowała do tej zimnej kobiety. Niestety, byli od niej uzależnieni. Przynajmniej na razie.
Meliana okazywała za duże zaufanie Aien. To w końcu on był jej opiekunem a nie ta... osoba. Pogrążywszy się w niemiłych rozmyślaniach, ruszył za już oddalającymi się towarzyszkami.