,,(GW) Święta prawda''
*
Mrok zapadał na małej i mroźnej planecie. Można było to poznać jedynie po późnej godzinie, wskazywaną przez czasomierz, bo w bazie wykutej w skale nie można było nigdy określić jaka była pora. Nic tu nie rzucało cienia, bo nie miało od czego go rzucać. Jeden długi cień zaległ tylko na podłodze. Widać na nim było postać i pelerynę powiewającą przy ruchach tak nie pozornych, że omal nie widocznych. Jedna lampa tylko skierowana była ku postaci, przez co ciemny cień mógł istnieć. Nie zwykle czarne i nieprzeniknione odbicie posiadacza.
Właściciel był skupiony i nieprzerwanie analizował każdy szmer, oddzielając go od szelestu własnej peleryny. Słuch miał niezawodny. Kątem oka spoglądał za siebie i wokół, z poirytowaniem zaglądał w każdą szczelinę. Czemu to robi? Nie potrafi sobie uświadomić. Wciąż podąża przed siebie i wykonuje ruchy całkowicie nie pasujące do rycerza Sith. Nie czuje się bezpiecznie pod mroczną peleryną uknutą z całej nienawiści i strachu rycerza Jedi. ,,Nie jestem Jedi''. ,,Strach prowadzi na ciemną stronę Mocy''. ,,Nie jestem Jedi''. Już nie''.
Strach, którego źródła nie dało się określić jest największym utrapieniem Darth, dziwnym nawykiem, prezentem od Imperium. Domeną sługusa Imperium. Ale on nie mógł się z tym pogodzić. Robię to, co jest według mnie słuszne i mogę robić, co chcę. Akurat przemieszczał się korytarzem bazy Rebelii, którą przed chwilą desantowano. Szedł i był zadowolony z siebie. Dookoła leżały zwały trupów, porżniętych świetlnym ostrzem z przywileju noszenia tej broni przez jednego z wojowników.
Moc jest obowiązkiem, nie przywilejem.
Wewnątrz hangaru rozlegały się odgłosy walki, szturmowcy nawoływali na siebie i przeciwników. Nieodparta siła pchnęła Darth na ratunek tym żołdakom. Siła nie dająca się sklasyfikować. Pchnięcie ciemnych midichlorianów.
Wpadł między nich z prędkością błyskawicy, w jego ręku rozjarzył się miecz świetlny o czerwonym ostrzu. Tańczył w powietrzu i odbijał pociski niczym najlepszy Jedi, skoncentrowany na jednej czynności. Zabijanie Rebeliantów sprawiało mu nieopisaną rozkosz. Wirował i śmiał się, w pogardzie mając wszystkie moce świata zdolne go powstrzymać; jednym ruchem ręki zrzucał ze skarpy kolejnych żołnierzy. Był przy tym jeszcze w pełni zmysłów. Spojrzał na kolegę po fachu z lewej - ten miotał się i wywijał swą bronią bezlitośnie, zabijał błyskawicznie. Ryczał przy tym, jak najdzikszy chewbacca, popadając w obłęd. Nawet sam lord Vader pochwaliłby takie męstwo. Było w nim jednak coś nieopisanego, coś, czego bardzo obawiał się spokojny Sith, zabijający powoli. Kolega dostawał istnego pandemonium swej zawiści. Zaczynał nienawidzić. Sith z prawej uspokajał go Mocą, ale nie skutkowało. Wywarło to na nim dziwny i złowieszczy wpływ, przestał się śmiać. Zimny pot wystąpił mu na skronie.
Wreszcie stało się to, co miało się stać. Czarna strona Mocy wzięła w nim górę, nie zważał na wrogów i siebie. Liczył się tylko miecz i kolejny cios. Stracił na chwilę koncentrację, a to wystarczyło na ugodzenie pociskiem blasteru. Upadł na ziemię nie wiedząc, co poszło nie tak. Jego dotąd opanowany towarzysz broni rzucił się teraz na przeciwnika, popadłszy nieomal w ten sam obłęd, co on. Wyrżnął wszystkich do cna. Poczym przypadł do przyjaciela i odrzuciwszy broń, ujął jego głowę w dłoniach. Szturmowcy otoczyli ich ciasnym kołem, ale ten kazał im się usunąć. Przymknął oczy. Czekał na uzdrowicielskie ciepło płynące ku potrzebującemu, wytężył resztkę Mocy dla ratowania. Nic jednak nie nastąpiło. Zgiął się w pół i jęknął nad swoją niemocą i bezsilnością Sith wobec tak prostej i oczywistej rzeczy. Nie był już Jedi. ,,Sith nigdy nie uzdrowi drugiego człowieka''. Stało się tak, odkąd zapomniał o obowiązku. Pozostały jedynie przywileje. Przywileje mordu.
Co podpowiada ci resztka midichlorianów? Wstał i wsiadł do kokpitu ścigacza, ruszył samotnie ku jakiejkolwiek bazie rebeliantów, którą będzie dane mu napotkać.